Rozdział drugi: Nadrasa


Raven POV

- To nie moja wina. To on zaczął.

Siedzieliśmy w gabinecie panny Caldwell, i od prawie godziny musiałam wysłuchiwać jej litanii na temat tego, co mi tutaj wolno, a czego nie.

- Musisz zrozumieć, Raven, że ci chłopcy nie przywykli jeszcze do Jeremy'ego. Twoje przybycie było średnio zaplanowane, ale miałam nadzieję na to, że z twoją pomocą doprowadzimy w końcu tych zbuntowanych nastolatków do porządku. – prychnęłam cicho, okazując swoją dezaprobatę.

- To… – Tu wskazałam na drzwi gabinetu, za którymi znajdował się korytarz, po którym chodzili teraz uczniowie tej placówki. – są podludzie. Osiemdziesiąt procent tej gówniarzerii urodziła się tylko z jedną sprawną półkulą i dwoma klepkami na krzyż. Jeśli sądzisz, moja droga, że przyjechałam tutaj, aby ich naprostować na właściwą drogę, to wybacz, ale mocno się na tym przejedziesz. Jestem tutaj tylko ze względu na Jeremy'ego. – Słaby, blady uśmiech rozświetlił twarz mojego nowego przyjaciela. Poznałam Jeremy'ego i pannę Caldwell zaledwie niecały tydzień temu, ale zdołałam się już z nimi wystarczająco mocno zżyć. Jessie Caldwell była kompletnym przeciwieństwem innych kobiet pracujących w jej zawodzie: była wyrozumiała, ciepła, spokojna i delikatna.

- Tylko nasza placówka zapewni ci ochronę, Raven. – przypomniała mi Jessie. Z niechęcią musiałam jej przyznać rację. – Gdyby ktoś inny dowiedział się prawdy o tobie, na pewno jak nic by to wykorzystał w złych celach.

- Nie moja wina, że się taka urodziłam. – burknęłam. – Jeremy też wkrótce stanie się taki sam jak ja. To jednocześnie dar i przekleństwo.

- Też będę nieśmiertelny? – zdziwił się Jeremy. Westchnęłam ciężko, odchylając głowę w tył, i opierając kark na oparciu skórzanego fotela.

- Tak, Jeremy, też się staniesz nieśmiertelny. Idę o zakład że już nim jesteś, tyle że jeszcze tego otwarcie nie widać.

- Wszyscy tacy jak my stają się tak młodo nieśmiertelnymi? – Po tym pytaniu pokręciłam przecząco głową.

- Tylko ci z naprawdę silnymi i potężnymi mocami. Ci z pomniejszymi zdolnościami mają dłuższy okres oczekiwania na ten „przełącznik" nieśmiertelności, ale ostatecznie dołączają do naszego grona koło trzydziestki lub czterdziestki, czasami, jak im się poszczęści, to i przed trzydziestką. – Dokładnie dwie sekundy po tym, jak skończyłam to mówić, drzwi od gabinetu panny Caldwell się otworzyły, i do środka dosłownie wbiegł John Box – ów chłopak, który wtedy zaczepił mnie w stołówce, licząc zapewne na to, że łatwo się do niego przekonam, i przed końcem dzisiejszego dnia znajdę się w jego łóżku.

Słowo honoru, faceci w dzisiejszych czasach myśleli tylko o jednym. Chociaż, patrząc na to wszystko obiektywnie z perspektywy czasu, to tak naprawdę faceci zawsze myśleli tylko o jednym.

Westchnęłam ciężko, po czym od razu wstałam z krzesła, i skierowałam się do wyjścia.

Jak mogłam się domyślić, John od razu zablokował mi wejście, patrząc się na mnie tymi swoimi bezbarwnymi, niebieskimi oczami, tak innymi od moich jasnoniebieskich.

- Chcesz czegoś? – spytałam się bezpośrednio Johna, wwiercając się w niego swoim spojrzeniem. Tak jak sądziłam, po moich słowach i morderczym spojrzeniu, John pokręcił przecząco głową, po czym odsunął się posłusznie z drogi.

Wyszłam z gabinetu panny Caldwell, za swoisty cień mając Jeremy'ego, który postawił sobie chyba za punkt honoru nie opuszczać mojego boku ani na chwilę. Minęłam po drodze grupę chłopaków, z jakimi w stołówce siedział John, zanim nie podszedł do mnie.

Żaden z nich się nie odezwał. Wyczułam jednak ich strach bez problemu; bali się, że jestem taka sama jak Jeremy, i że wkrótce zacznę odstawiać to samo, co on.

Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, słysząc te myśli.

Nie był to pierwszy raz, kiedy wszyscy wokół bali się mnie jak diabeł wody święconej. Tak było praktycznie od zawsze; czy wtedy, gdy sama tego chciałam, czy wtedy, gdy chciałam się tylko wtopić w tłum, i pozostać nie zauważoną.

- Hej, Vidal! – Momentalnie zamarłam w miejscu, a z moich ust wydobył się cichy, przeciągły syk, który spowodował, że dwóch przechodzących obok mnie trzynastolatków pierzchło w popłochu, zapewne przerażonych dźwiękiem, jaki wydobył się z moich ust.

- Chyba nie rozumiesz koncepcji zostawienia kogoś w świętym spokoju, Box. – odwróciłam się do swojego „oprawcy" i spojrzałam się mu prosto w oczy.

O dziwo, tym razem moje chłodne spojrzenie nie podziałało na niego. John wytrzymał je bohatersko, i po chwili wahania wyciągnął ku mnie rękę.

- Zostawiłaś to w gabinecie panny Caldwell. – John wręczył mi moją torbę z książkami. Wzięłam ją od niego bez słowa, i od razu założyłam na swoje lewe ramię.

- Dzięki. – przyznaję, po raz pierwszy poczułam się zażenowana tym, że tak źle odniosłam się do drugiej osoby. W myślach Johna nie znalazłam bowiem żadnego dwuznacznego podtekstu. Nie liczył on na nic w zamian za to, że odniósł mi tą torbę. Wiedział, że mógł ją zabrać, i dzięki temu dowiedzieć się czegoś nowego o mnie.

Nie zrobił jednak tego. Wyczuł już bowiem, że pomimo tego, że tak niepozornie wyglądałam, to mogłam jednak stanowić spore zagrożenie.

Nie odezwałam się już słowem. Skupiłam się na myślach Johna, na krótką chwilę odpływając.

- Dlaczego chcesz trzymać się z tym dziwakiem? – padło nagle pytanie ze strony Johna. Momentalnie przywróciło mnie ono do rzeczywistości z dwóch powodów: po pierwsze, nie było ono do końca głupie i bezsensowne, a po drugie, bo bądź co bądź obrażało ono mojego nowego przyjaciela.

- Sądziłam, że to już sobie wyjaśniliśmy. – zrobiłam krok w stronę Johna, stając dokładnie naprzeciw niego. Dzieliło nas tylko kilkanaście centymetrów, dzięki czemu mogłam z niesamowitą dokładnością widzieć, jak iskierki pewności siebie tlące się w oczach Johna zmieniają się powoli w ciemne kręgi strachu. – Jeremy nie jest żadnym dziwakiem. Trzymam się z nim dlatego, bo jesteśmy tacy sami.

- Co, też umiesz czytać ludziom w myślach za pomocą dotyku? – zażartował jeden z kumpli Johna; Zane, jeśli dobrze pamiętałam. Myśli całej tej przeklętej piątki poznałam w ciągu pierwszych dwóch minut pobytu na stołówce. Myśleli podobnie, no może z wyjątkiem Mitcha, najmłodszego z nich; on jako jedyny miał spore wątpliwości co do tego, czy Jeremy powinien być w ten sposób traktowany.

Uśmiechnęłam się lekko pod nosem wiedząc, że to, co im zaraz powiem, kompletnie ich zwali z nóg, i zamknie im też jadaczki na dobre. No i może, przy odrobinie szczęścia, trochę też przyciszy ich rozwrzeszczane, pełne buzujących młodzieńczych hormonów mózgi.

- Och, nie… – powiedziałam, nie przestając się uśmiechać. – Nie czytam w myślach przez dotyk. Potrafię to robić na odległość. – Tak jak się spodziewałam, po moich słowach cała piątka dosłownie zamarła. Mitch pobladł niemiłosiernie, Skye aż się zakrztusił powietrzem, a Zane i Brennan otworzyli szeroko swoje jadaczki w szczerym zdumieniu.

John tymczasem przyglądał mi się z niedowierzaniem.

- Kłamiesz. – zdołał wydukać. Pokręciłam przecząco głową, zachowując pełną powagę na swojej twarzy.

- Od godziny trzynastej, kiedy tu przyjechałam, myślałeś o tym, żeby mnie przelecieć dokładnie jedenaście razy. Z czego przy pięciu tych razach w miarę dokładnie to sobie wyobrażając. – Mentalnie wzdrygnęłam się na samo wspomnienie tych myśli. To była jedna z najważniejszych wad możliwości czytania innym w myślach na odległość; dowiadywałeś się najczęściej tego, czego za nic w życiu nie chciałbyś się dowiedzieć.

John zbladł o kilka ładnych tonów, po czym przełknął ciężką gulę, jaka stanęła mu w gardle z nerwów. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, zadowolona z wyniku swoich działań.

- Chłopcy, mała rada na przyszłość; trzymajcie swoje myśli dla siebie, kiedy jestem w pobliżu. Nawet Magneto z X-Menów nie dałby rady ukryć swoich myśli przede mną. Także… pilnujcie się, panowie. Radzę wam to naprawdę z głębi mojego serca. – i odeszłam. Dołączyłam do Jeremy'ego, który w ciszy poprowadził mnie w stronę wschodniej części budynku, gdzie znajdowały się pokoje sypialne.

- Dlaczego to zrobiłaś? – spytał się wreszcie Jeremy, wprowadzając mnie do osobnej kwatery sypialnej, jaką Jeremy do niedawna miał tylko dla siebie. Teraz, kiedy ja dołączyłam do grona mieszkańców tego budynku, miałam tu rezydować aż do swojego wyjazdu. Dlatego właśnie stały tu dwa osobne łóżka, a nie jedno, i dwie szafki nocne zamiast jednej, dwa biurka, i dwie szafy oraz dwie komody zamiast pojedynczych egzemplarzy.

- A sądzisz, że daliby tobie czy mi spokój, gdybym nie zareagowała? – Jeremy po chwili wahania pokręcił przecząco głową. – Tak jak myślałam.

- Obawiam się, że John może wraz sobie nie odpuścić. – Tylko parsknęłam cicho śmiechem po tych słowach.

- Oczywiście, że sobie nie odpuści. – Jeremy był kompletnie zdezorientowany po moich słowach. – Jeremy, ile masz lat?

- Osiemnaście. – odpowiedział Jeremy, lekko się ociągając.

- John Box ma tyle samo lat. – kontynuowałam swoją wypowiedź. – Tyle że ty, w przeciwieństwie do niego, byłeś wychowany z w miarę kochającymi ludźmi. Nigdy cię nie bili, nie krzyczeli na ciebie… tylko trochę się ciebie bali. Ale cię kochali mimo to. John z kolei ma za sobą niesamowicie ciężkie dzieciństwo. Jego ojciec zmarł, gdy John był mały, a jego ojczym bił go i dręczył psychicznie. John uciekł z domu, gdy miał niecałe dwanaście lat, i tułał się po miastach i miasteczkach przez ponad trzy lata, zanim Jessie Caldwell go nie zgarnęła z ulicy i nie zabrała do siebie. – Gdy skończyłam, wzięłam głęboki wdech.

Matko kochana, czego człowiek się nie dowie w ciągu trzydziestu sekund… jeśli tylko wie, w którym zakamarku czyjejś jaźni powinien się rozglądać.

- Do czego zmierzasz? – spytał się w końcu Jeremy. – Wiem, że próbujesz mi coś powiedzieć, ale… nie wiem, co to właściwie jest.

- John nie jest taki jak ty czy ja. – odpowiedziałam, siadając naprzeciw Jeremy'ego. – Owszem, jego przeszłość to pikuś w porównaniu z tym, co ja przeszłam, ale to zwykły człowiek. Zwykły śmiertelnik, Jeremy. – dodałam, patrząc się Jeremy'emu prosto w oczy. – Jego życie będzie krótkie i szybkie, w przeciwieństwie do naszych, które mogą potrwać i milenia. Jego pragnienia w stosunku do mnie powrócą, prędzej lub później.

- Dlaczego zatem starasz się go od siebie odsunąć, skoro wiesz, że i tak do ciebie wróci? – Tu nie wytrzymałam i westchnęłam ciężko.

- Jeremy… czy znasz może jakąś dziewczynę, która ci się podoba? – Ku mojemu zdziwieniu, Jeremy przytaknął skinieniem głowy. – Jak ma na imię?

- Lindsey. Lindsey Kelloway. – Jeremy lekko się uśmiechnął, gdy wypowiedział jej imię. Nie mogłam również się nie uśmiechnąć, widząc, jak Jeremy rozwesela się na samo wspomnienie tej dziewczyny.

- Jeremy… jeśli o mnie chodzi, to mi nie przeszkadzałoby ani trochę, żeby zaryzykować i pozwolić Johnowi Boxowi na lepsze poznanie mnie, i nawet może na nawiązanie ze mną głębszej relacji emocjonalnej. Zrozum jednak, że mam za sobą ponad trzysta lat życia. Zbyt wiele bliskich mi osób zmarło, czy to z przyczyn naturalnych, czy to w wyniku najróżniejszych chorób czy urazów, czy też z mojej winy, bo przyjaźnili się ze mną. Prawdę mówiąc, mam już tego dosyć. Dlatego odsuwam od siebie praktycznie każdego śmiertelnika. Nie chcę znowu cierpieć. – Jeremy przytaknął głową ze zrozumieniem. Po jego minie widziałam jednak, że na tym pytania się nie skończą. – Chcesz wiedzieć coś jeszcze? – spytałam się na wydechu.

- Tylko o jedno. – Jeremy z jakiegoś powodu ukrywał w głębi swojego umysłu to pytanie, tak abym nie mogła go poznać, zanim go nie zada. – Raven Vidal to nie twoje prawdziwe imię, prawda? – Przez chwilę milczałam, po czym parsknęłam cichym śmiechem. Jeremy dołączył się do mnie po krótkiej chwili.

- Tak… Raven Vidal to imię, które poniekąd sama sobie nadałam, mniej więcej w połowie dwudziestego wieku. – przyznałam, wciąż się lekko uśmiechając. – Ale głównie dlatego, że imię „Constance Charbonneau" w obecnych czasach brzmiałoby jak imię jakiejś nawiedzonej wampirzycy z książek Anne Rice.

- Nazywałaś się Constance Charbonneau? – przytaknęłam pojedynczym skinieniem głowy. – Jesteś zatem Francuzką? – Kolejne przytaknięcie. – Nie słychać tego w twoim akcencie.

- Jeremy… zapominasz się. – Jeremy zmarszczył lekko brwi, patrząc się na mnie pytająco. – Miałam ponad trzysta lat na opanowanie do perfekcji angielskiego i amerykańskiego akcentu. Minęło tyle lat, że jak tylko zechcę, to mogę ci nawet zaśpiewać czystym rosyjskim Kalinkę czy Katiuszę.