Rozdział 1
Sigyn zacisnęła lekko wargi. Źle się czuła pod ciężarem spojrzeń swoich mimowolnych kompanów, zwłaszcza ze świadomością, że musi im przekazać coś, co im się nie spodoba. Rudowłosa Muspelianka, idąc za jej radą, usiadła na ziemi, oparta plecami o pień drzewa, na które wdrapała się uprzednio para czarnych elfów spoglądających teraz na nią z góry. Loki natomiast stał nadal, ze skrzyżowanymi ramionami, unosząc lekko brew w wyczekiwaniu.
Sigyn wzięła głęboki oddech i wyprostowała plecy, starając się przybrać zdecydowaną postawę.
- Są rzeczy, których mówić wam za pewne nie muszę. Władcy naszych krain oddali nas pod sąd Asgardu i z wyroku Odyna zostaliśmy wygnani, pozbawieni naszych mocy, bez prawa opuszczenia Midgardu, w którym mamy odbyć karę - zaczęła ciężkim głosem. - To o czym was muszę poinformować, to że z woli wszechojca nie wolno nam się rozdzielać.
Urwała, gdy ponad jej głową rozległo się drwiące prychnięcie.
- Czyli jednak grupa samopomocy - zakpił czarny elf, a jego siostra, Tana, zawtórowała mu śmiechem. - Wybacz ptaszyno, ale nie uznajemy takich zabaw.
- W twoim mniemaniu kara polega na robieniu co nam się będzie podobało? - wtrąciła niespodziewanie Darir, ani na chwilę nie odrywając wzroku od Sigyn. Nie sposób było ocenić, co myśli na temat tej idei. Jej twarz, tak jak głos, pozostawały przeraźliwie opanowane.
- Ciekaw jestem, jak Odyn zamierza nas powstrzymać.
- Z pewnością ptaszyna zaspokoi twoją ciekawość, kiedy pozwolisz jej mówić dalej - wtrącił Loki.
Sigyn opanowała grymas wywołany uzyskaniem nowego przydomku. Dopóki nie znali nawzajem swoich imion, mogła to zaakceptować.
- Zanim nas odesłano, większość z was spotkała chyba mała nieprzyjemność - kontynuowała.
- Mnie nie - odparł natychmiast Tem, jednak jego siostrze ubyło pewności siebie. Wzdrygnęła się u boku brata i uniosła dłoń do szyi, na której nosiła teraz metalową obręcz. Pozostali zareagowali w podobny sposób. Loki skrzywił się wyraźnie, a ciało Darir napięło się, podczas gdy jej dłoń nieświadomie potarła klatkę piersiową.
- Każdy z nas nosi w sobie - Sigyn zerknęła na siedzącą na gałęzi Tanę - lub na sobie coś zabójczego. Coś, co ma nas pozbawić życia, jeśli spróbujemy złamać zasady. Jednocześnie innej osobie powierzono tajemnicę remedium na poszczególne z naszych problemów, z którego będziemy musieli skorzystać przynajmniej raz na trzy dni. Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył - uniosła lewą rękę, a na wierzchu jej dłoni widniały cienkie linie magicznego znaku, identycznego jak na dłoni Lokiego… i wszystkich innych - nałożono na nas także symbol tajemnicy, aby powstrzymać nas przed zdradzaniem sobie nawzajem tych sekretów. Albo zaakceptujemy nasze wyroki, albo dostaniemy kolejne, tym razem wyroki śmierci, bo jeśli się rozdzielimy, wszyscy szybko poumieramy.
- Mnie nic nie zrobiono, więc jak ten system ma się do mnie? - odezwał się znów elf. Wyraz jego twarzy był mieszanką niepewności - zapewne o siebie - oraz obojętności na los wszystkich pozostałych.
- A ja to co? Zostawiłbyś mnie? - zaatakowała go natychmiast jego siostra, a w jej głosie rozżalenie mieszało się z groźbą i nutą paniki.
- Nie musieli nic ci robić - wtrąciła się Sigyn, zanim jego naiwny komentarz zdążył się przemienić w pełnowymiarową kłótnię. - Z tego co mi wiadomo jesteś poważnie chory i aby żyć musisz regularnie przyjmować lek z rośliny, która tu, w Midgardzie, nie występuje.
Mężczyzna wzdrygnął się i zacisnął zęby ze złości.
- A my? - odezwała się znów Darir, podnosząc się z ziemi i wpatrując w Sigyn z wyczekiwaniem. - Zanim mnie odesłali, zaprowadzili mnie do jakiegoś pokoju. Było tam pełno niebieskiego światła.
- Napromieniowali cię energią z Tesseraktu. Odpowiednio ukształtowana, spowodowała zmiany w twoim ciele, które teraz produkuje jakąś substancje mieszającą się z twoją krwią. Ta substancja będzie stopniowo spowalniać akcję serca, aż całkiem stanie.
- Wcześniej nauczono mnie, jak tę substancję wyodrębniać. Szkoda, że nie wiedziałam, po co to - kąciki jej ust uniosły się nieznacznie. - Ale pozyskanie tego pierwiastka z mojej krwi mnie nie wyleczy, więc?
- Nie. To, jak sądzę, lek dla Lokiego - wydedukowała Sigyn i odwróciła się w stronę boga oszustwa. Mężczyzna wpatrywał się w nią tak lodowato, że niemal się dziwiła, iż jeszcze nie zmieniła się w sopel lodu. - Ta substancja, którą ci podano, powoduje wzrastanie temperatury ciała. Nie wiem, jak jest w twoim przypadku, ale u ludzi krew ścina się przy czterdziestu dwóch stopniach.
Sigyn nie powiedziała tego wprost, ale przekaz był jasny. Teraz byli zwykłymi ludźmi. Oczywiście, ponieważ Loki był Jotunem, nigdy nie będzie to w stu procentach prawda, ale jego wargi i tak wygięły się w pełen odrazy grymas.
- Czyli odtrutka, którą nauczono mnie przygotowywać, jest dla Darir - odezwała się znów Tana. - A co ze mną? To mnie zabije, prawda? - Wskazała na swoją szyję.
Siedzący u jej boku mężczyzna zmarszczył brwi, jakby coś sobie przypomniał, po czym sięgnął do kieszeni i wyjął z niej jakiś przedmiot, kształtem przypominający nieco podwójny klucz. Pochylił się nad siostrą i przyjrzał obroży. Zbadał ją palcami za wszystkich stron.
- Są tu jakieś otwory pasujące kształtem, ale są zbyt płytkie.
- Obręcz jest dwuwarstwowa, a pod spodem jest jeszcze jeden otwór. Te warstwy będą się zaciskać i dwa otwory nałożą się na siebie. Wtedy będziesz mógł użyć klucza, żeby ją poluzować.
- Albo obroża ją udusi - podsumował elf. Sigyn potaknęła ze współczuciem.
- A więc ja odpowiadam za ciebie, czy za niego? - wtrącił się Loki. Jego wargi wygięły się w złowrogim uśmiechu.
Sigyn wzdrygnęła się, żałując, że jej odpowiedź nie mogła być inna.
- Za mnie. Nałożono na mnie jakiś rodzaj zaklęcia. Twoja moc została zablokowana, ale blokada nie obejmuje przeciwzaklęcia dla mnie. Będziesz mógł go użyć - odparła, odwracając wzrok. Ostatnie, czego chciała, to być na jego łasce. Z nich wszystkich on przerażał ją najbardziej. Spojrzała na Tema, swoje następne słowa kierując do niego. - Ja dostałam zaszczepkę kwiatu, z których można przygotować dla ciebie lek. Inny niż brałeś do tej pory, ale poskutkuje. Nauczono mnie, jak je hodować. - Rozejrzała się dookoła. - Myślę, że będą tu rosnąć. Skoro wysłali nas akurat…
- To nauczono cię, czy nie? - przerwał jej elf, zeskakując na ziemię.
Sigyn wzdrygnęła się, gdy ruszył w jej kierunku.
- Nauczono - powtórzyła.
- Więc jak to 'myślisz'?
- Będą tu rosnąć - poprawiła się natychmiast, kierując spojrzenie z jego twarzy na dłonie, które właśnie zwinęły się w pięści.
- Daj jej spokój Tem, bo ptaszyna zaraz zemdleje ze strachu - zadrwiła Tana, zeskakując na ziemię.
- Mam na imię Sigyn - syknęła dziewczyna, mrużąc oczy. - Nie 'ptaszyna'.
- Możecie przestać? - wtrąciła się Darir, podchodząc do grupy. - Zanim się pozabijacie i nas wszystkich szlag trafi. Wszyscy jesteśmy zdenerwowani.
- Zdenerwowani? - Tem odwrócił się ku niej. - Zrobili z nas jakieś chore poligamiczne małżeństwo z elementami homoseksualizmu i kazirodztwa!
- Hej, a ty niby dokąd? - zawołała Sigyn odwracając się w kierunku Lokiego.
Mężczyzna zdążył już oddalić się na kilkanaście metrów. Słysząc jej krzyk, obejrzał się przez ramię i posłał jej drwiący uśmiech, po czym znów ruszył przed siebie, po chwili znikając pomiędzy drzewami.
Noc powitała ich ulewnym deszczem i niemal nieprzeniknioną ciemnością. Ponieważ znajdowali się w samym centrum niczego pozbawieni wszystkiego, było to ze strony Midgardu iście paskudne powitanie. Aby uniknąć kompletnego przemoczenia, rodzeństwo czarnych elfów wdrapało się znów na drzewo i usiłowało schować wśród liści. Darir natomiast znalazła dla siebie jakieś wgłębienie pod korzeniami, do którego się wślizgnąwszy, zwinęła się w kłębek.
Sigyn usiadła oparta o pień i wystawiła twarz do nieba, pozwalając, by woda spłukiwała z niej stres i niepowodzenia tego dnia. Nie miała żadnych oczekiwań co do tej pierwszej rozmowy z nowymi towarzyszami, przynajmniej żadnych pozytywnych, a mimo to czuła się zawiedziona sobą. Czuła, że poniosła porażkę. Miała jasno i spokojnie przedstawić im sytuację, a tymczasem wszystko skończyło się kłótnią. W dodatku znów było ich czworo. Loki do tej pory nie wrócił, a przy takiej pogodzie, w ciemnościach, nie było sensu go szukać. Miała tylko nadzieję, że zjawi się jutro, bo dopóki brakowało w ich grupie choć jednej osoby, tak długo nie liczyło się, ile z nich akceptuje system, mający trzymać ich razem.
Nimfa drgnęła, gdy przez wszechobecny odgłos kropel uderzających w poszycie przedarło się czyjeś chrapanie. Zadarła głowę, spoglądając na gałęzie drzew. Po wszystkich emocjach dnia, pozostając pod strumieniami lodowatej wody nie spodziewała się, że ktokolwiek z nich zaśnie. Najwyraźniej jednak zwyciężyło zmęczenie. Ich śmiertelne teraz ciała domagały się odpoczynku.
Tana usnęła na piersi brata, którego noga zwisała bezwładnie z gałęzi tuż nad głową Sigyn. To on tak głośno chrapał. Dziewczyna podniosła się powoli i pochyliła, by zajrzeć w szczelinę pod koszeniami. Powieki Darir były opuszczone, a klatka piersiowa unosiła się w regularnym oddechu.
Sigyn odetchnęła głęboko, wyprostowała się i ruszyła w głąb lasu. Nie miała najmniejszej nawet ochoty spać, a wciąż musiała coś jeszcze zrobić. Zajęło jej kilka godzin, zanim wśród całej tej gęstwiny znalazła odpowiednie miejsce, mimo że wcale nie leżało daleko. Polanka była niewielka i kończyła się kilkumetrową skałą, z której z szumem spływał wodospad wprost do małego, choć głębokiego jeziorka.
Odeszła do najbardziej oddalonego miejsca, uklękła i zaczęła garściami wyrywać trawę i odgarniać liście. Źdźbła były śliskie, ale grunt podmokły, więc nie stawiały oporu. Gdy dotarła do gołej ziemi, wbiła w nią paznokcie, kopiąc mały dołek, a następnie sięgnęła do kieszeni i wyjęła dwie rośliny. Jedna była kwiatem, o kremowych płatkach w kształcie dzwonków. Druga była zaledwie drobną łodyżką, wyłaniającą się nieśmiało z plątaniny korzeni.
Sigyn schowała kwiat z powrotem do kieszeni i wyciągnęła dłoń, by umieścić w ziemi zaszczepkę, ale jej ręka zadrżała i zatrzymała się w powietrzu, nie chcąc się posunąć ani o centymetr do przodu. Nimfa zmarszczyła brwi i spróbowała znów, jednak czuła, jakby jej ramię po przekroczeniu pewnej odległości drętwiało. Jej mięśnie napięły się boleśnie, a palce zacisnęły na roślinie. Niespodziewanie poczuła pieczenie na wierzchu lewej dłoni i zerknęła na wytatuowany na niej symbol. Skóra wokół zaczerwieniła się, a tatuaż zdawał się lekko lśnić w ciemności. Sigyn zamrugała zdziwiona, nie rozumiejąc. Zaklęcie miało ją powstrzymać przed zdradzeniem sekretu uprawy tej rośliny, ale nie przed jej hodowaniem. Dlaczego więc…
Wzdrygnęła się nagle, a potem uśmiechnęła pod nosem i cofnęła ramię, obawiając się zniszczyć roślinę.
- Choć nie masz już mocy, nie ubyło ci wiedzy - zawołała, przekrzykując deszcz, który zdążył już nieco przycichnąć, zmieniając się w gęstą mżawkę. Sigyn nie musiała się oglądać, by wiedzieć, że jest obserwowana, a dreszcz przebiegający wzdłuż jej kręgosłupa pozwalał jej mniemać, przez kogo. - Jako mistrz magii najlepiej z nas wszystkich znasz i rozumiesz działanie zaklęcia tajemnicy. Ma nas powstrzymać przed zdradzaniem sobie nawzajem sekretów nie tylko poprzez słowa.
Sigyn bardziej wyczuła niż usłyszała, że Loki zbliżył się do niej.
- Nie śledziłem cię - oświadczył, a w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. Gdy był już na tyle blisko, że niemal mogła poczuć jego chłodny oddech na karku, odwróciła się, spoglądając na jego szeroki uśmiech. - Ale może ty mnie? Byłem tu pierwszy.
- Jeśli obserwujesz mnie wystarczająco długo, wiesz, po co tu przyszłam.
- Ach tak. - Spojrzał na jej ubłocone dłonie i powoli wyjął roślinę z jej palców. Gdy ich dłonie się zetknęły, Sigyn wzdrygnęła się krótko, w duchu dziękując za ciemność, która, jak miała nadzieję, ukryła to przed wzrokiem Lokiego. - Ładny kwiatuszek.
- To akurat tylko zaszczepka. Muszę ją zasadzić jak najszybciej, aby zdążyła wypuścić kwiaty. Właściwego leku dla Tema wystarczy tylko… - zaczęła, ale urwała, krztusząc się gwałtownie i chwytając za lewą dłoń, przeszytą gwałtownym bólem. Chciała powiedzieć, że kwiat spoczywający w jej kieszeni wystarczy tylko na jedną dawkę, ale jak widać nawet tyle nie mogła zdradzić. - …wystarczy tylko do czasu, aż zakwitną nowe kwiaty, więc byłabym wdzięczna, gdybyś sobie poszedł - dokończyła kulawo, krzywiąc się.
Nawet wśród wszechobecnej ciemności, Sigyn mogła dostrzec rozbawienie błyszczące w zielonych oczach boga oszustwa.
- Jesteś nieostrożna.
- Nie wiem jeszcze, jakie konkretnie informacje blokuje to zaklęcie. Być może rzucająca je osoba inne rzeczy uznaje za wymagające ukrycia niż ja. Zapewne nie zdarza mi się to po raz ostatni.
- A zatem nieostrożna, a także niedoinformowana - podsumował, obracając roślinę w palcach. - Kiepski wybór za równo na szpiega jak i na strażnika.
- Słucham?
Loki uśmiechnął się szerzej i zaczął ją powoli okrążać, niczym drapieżnik oceniający przeciwnika. Sigyn śledziła go spojrzeniem, ale nie zmieniła pozycji nawet o milimetr.
- Zastanawiam się, kim tak właściwie jesteś, Sigyn.
- I uważasz, że jestem szpiegiem? - spytała nimfa, a jej głos zaprawiła nuta obawy.
- Nie - zaprzeczył, w przeciwieństwie do niej całkowicie rozluźniony. - Gdyby Odyn zechciał umieścić wśród nas szpiega wybrałby osobę zdolną utrzymać to w sekrecie dłużej niż jeden dzień.
- Więc czego się obawiasz z mojej strony?
Loki zaśmiał się w głos i zatrzymał znów tuż przed nią.
- Obawiam się? - Pokręcił głową. - Dlaczego miałbym się ciebie obawiać? Wystarczy, że jestem w pobliżu, aby przyprawić cię o drżenie. To nie obawa.
- Więc co? - spytała, krzyżując ramiona na piersi i starając się nadać swojej postawie więcej pewności siebie.
- Już ci powiedziałem. Zastanawiam się, kim jesteś. - Zmierzył ją spojrzeniem, przekrzywiając lekko głowę. - W przypadku pozostałych, starczyło mi usłyszeć ich imiona, by wiedzieć. Tem i Tana, rodzeństwo czarnych elfów, słynące ze swych doskonałych wyrobów za równo w dziedzinie broni, jak i wszelakich mikstur, również trucizn. Jednak przede wszystkim zasłynęli jako oszuści i mordercy, tak chciwi zysku, że nie potrafili opowiedzieć się po żadnej stronie w jakimkolwiek konflikcie. Nie wiem, na czym ich w końcu złapano. To mogłaby być ciekawa historia.
Sigyn wzdrygnęła się, mimo że słyszała to już wielokrotnie wcześniej. Tymczasem Loki ciągnął dalej.
- I Darir, urocza Muspelianka wędrująca po świecie, mordując wszystkich swoich krewnych, a także przyjaciół krewnych i przyjaciół ich przyjaciół. Do tego stopnia zapędziła się w te zabójstwa, że ośmieliła się podnieść rękę na rodzinę króla. Jak było ze mną… wiem, że wiesz.
- Słyszałam te historie wiele razy. O was wszystkich.
- Właśnie. A co wiemy o tobie? Imię nigdy nie wymienione w żadnej rozmowie. Twarz, która niczym się nie wyróżnia. Przedstawicielka rasy, w której od stuleci nie pojawił się nikt wart uwagi pozostałych światów… przynajmniej ja o nikim takim nie słyszałem. Nie sposób się nie zastanawiać, co tu robisz.
- Jestem na wygnaniu - odpowiedziała na tyle spokojnie, na ile potrafiła. Wyciągnęła rękę w jego kierunku. - A teraz, czy mógłbyś oddać mi…
Nie dokończyła tego zdania. Loki chwycił ją gwałtownie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Sigyn ze świstem nabrała powietrza do płuc, a jej serce rozpoczęło szaleńczy bieg. Przerażona wpatrywała się w twarz Lokiego, znajdującą się zaledwie kilka centymetrów od jej własnej.
- Obserwuję cię… - wyszeptał wprost do jej ucha, jednocześnie wolną ręką wsuwając kwiat z powrotem do jej dłoni - …ptaszyno.
Puścił ją nagle, po czym odwrócił się i odszedł, ani razu się nie oglądając. Minęła jednak dłuższa chwila, nim Sigyn znów była w stanie się poruszyć.
Choć bardzo nie chcę wyjść na jedną z tych autorek, która się prosi o komentarze, to ponieważ (na ile się orientuję) ten fic jest jedynym śladem języka polskiego w tym dziele, będę wdzięczna za jakiś znak, czy ktoś to czyta.
Tymczasem pozdrawiam was, ludziska :)
