Przestrzeń czasowa tej części: marzec 1941


Lying in That Sound, Tonight - część 2

Ciągle nie wiedział, dlaczego tu był.

Pociąg sunął z łoskotem przez szarą wieś; głośna, skrzypiąca maszyna. A gdy Alfred patrzył za okno, obserwując przemijający krajobraz – udając, że pisk kół o tory nie był rozpraszający – dalej się nad tym zastanawiał. Ten kraj był ciemny i bury, nie przypominał niczego, w czego pobliżu chciałby się znaleźć. Nie, kiedy zostawił za sobą coś dużo lepszego, nie, kiedy miał dom tak daleko od miejsca, w którym teraz był. Dawał z siebie wszystko, aby zachować kamienną twarz, taką, jaką widział u innych narodów, gdy ci starali się ukryć uczucia. Sceneria przewijała się dalej, a Alfred robił, co tylko mógł, żeby nie zwracać na nią żadnej uwagi, jednocześnie powstrzymując się od rozmyślania. Co jakiś czas przymykał oczy, tylko po to, by gwałtownie je otworzyć, gdy stawał w obliczu obrazów, których nie chciał widzieć. Czuł się niemal jak dziecko przyłapane na robieniu czegoś złego i zmuszone do stawienia czoła konsekwencjom swojego zachowania. Skrzyżował ręce, chcąc oprzeć głowę o szybę – opierał się temu. Trzymał plecy prosto.

John Winant siedział po drugiej stronie przedziału, naprzeciwko niego. Dłonie położył na kolanach. Był cichym człowiekiem, dłuższą chwilę zajmowało mu powiedzenie tego, co myślał. Ale było w nim coś urokliwego, coś, co sprawiało, że dawało się go polubić. Był zupełnie inny od tego, jaki parę miesięcy temu był Joseph Kennedy. Tamten okres wydawał się tak odległy – teraz była prawie wiosna. Alfred wciąż pamiętał Kennedy'ego: jego straszne, lekceważące słowa. Winant wyglądał, jakby z zadowoleniem przyjmował wytchnienie i marcowa pogoda tak właśnie go przywitała. Z deszczem. Jakże angielsko.

Winant był przygarbiony, jakby także opierał się pokusie zaśnięcia. Albo może był głęboko zamyślony. Alfred nigdy nie był pewien – trudno było go rozgryźć. Podróżowali już od jakiegoś czasu, żeby teraz tutaj dotrzeć. Ale mimo tego Alfred czuł się zagubiony. Odchrząknął, nie wiedząc, co innego zrobić. Winant poderwał głowę, wyglądając na zdezorientowanego przez nagłe przerwanie ciszy. Ich oczy spotkały się na pół chwili, ale nic nie powiedzieli. Alfred odwrócił wzrok. Patrząc na krajobraz, na widok za oknem, niemożliwym było wiedzieć, że tysiące Brytyjczyków już zginęło. Kraj wydawał się nietknięty, spokojny – był niepokojąco podobny do kraju Alfreda i ten przez moment poczuł się niepewnie. Chociaż w sumie nie miał czegoś innego, na co mógłby patrzeć. To miejsce…

- …Anglia – wymamrotał Alfred zanim zdołał się powstrzymać. Słowo na języku wydawało się obce i nie mógł zdobyć się na odwagę, by wypowiedzieć jego imię.

Winant jednak patrzył na niego jakby wiedział, o czym myślał Alfred.

- To… bardzo piękne, prawda? Byłeś tu wcześniej?

Po tym nastąpiła długa przerwa, podczas której Alfred rozważał skłamanie. Ale Winant od razu wiedziałby, że to kłamstwo – każdy wiedziałby, że to kłamstwo. Ktokolwiek, kto znałby historię Alfreda z… Anglią wiedziałby, że to kłamstwo. Alfred przez chwilę się nie poruszał. Potem potrząsnął głową, przestał i skinął. Nic nie powiedział. Wtedy znowu skinął głową. Nagle, niespodziewanie, chęć mówienia ścisnęła mu gardło i bardzo cicho rzekł:

- Dawno temu… Ledwo to teraz pamiętam.

Dni jego młodości, dni po jego rewolucji—

Nie myślał o tym za często. Niech przeszłość będzie przeszłością. Nie chciał tego przeciągać. Obrazy, jeśli im pozwolił, były duszące w swej przejrzystości.

Winant uśmiechnął się swoim dziwnym uśmiechem, który wydawał się niezręczny w zbyt ujmujący sposób.

- W takim razie będziesz miał szansę ponownie zapoznać się z Anglią.

Alfred poczuł, jak jego ramiona napinają się odrobinę i natychmiast wiedział, że ambasador to zauważył. Nic nie powiedział i zapadła między nimi niezręczna cisza. Przynajmniej dla Alfreda niezręczna.

Alfred kątem oka obserwował, jak Winant się prostuje, oblizuje wargi, kalkuluje słowa.

- Alfred… – przerwał jeszcze na chwilę. To było właśnie to, co czyniło z Winanta tak troskliwą osobę, ale jednocześnie tak okropnego mówcę – dużo czasu zajmowało mu zebranie słów, potykał się o nie, gdy już je znalazł, i przez to zostawiał rozmowy w martwym punkcie. – Musisz zrozumieć, Alfredzie, jak tragiczna jest ta sytuacja.

Kolejna przeciągająca się cisza, podczas której Alfred nie chciał znów przeżywać audycji Murrowa sprzed paru miesięcy, jeszcze z jesieni i zimy. Teraz była wiosna. W Wielkiej Brytanii nastąpiła najostrzejsza zima w ciągu kilku ostatnich lat, a z U-bootami niszczącymi dostawy jedzenia i bombardowaniem największych miast – to była tylko kwestia czasu. To była tylko kwestia czasu, zanim—

A przecież on nie—

Alfred wyciszył myśli.

- Wiem o tym – powiedział cicho.

Nie spojrzał na Winanta, nie chciał zobaczyć wyrazu jego twarzy. Nie było powodu, dla którego Alfred miałby rozumieć, po co tu był. Nie było powodu, dla którego Winant, po poznaniu tożsamości Alfreda, miałby nalegać, żeby ten pojechał z nim do Anglii. Nie było absolutnie żadnego powodu, dla którego prezydent miałby kazać Alfredowi jechać. Kazać mu jechać. Nie był tu z wyboru. Nigdy nie wróciłby do Anglii z wyboru. Powinien być w domu, ze swoimi ludźmi. Powinien pracować, pracować, by sprawić, że jego ludzi znów będą szczęśliwi. Jeśli miał reprezentować ich i to, co myślą, jakby się poczuli, dowiedziawszy się, że ich kraj siedział w pociągu przemierzającym wioskę, żeby spotkać się z królem Anglii?

- Nazywają twoją pracę najtrudniejszą, jaką tylko prezydent mógł ci przydzielić – powiedział Alfred, odwracając uwagę od siebie i kierując ją z powrotem do ambasadora. Tak było łatwiej, rozmawiać o kimś innym, nie o sobie.

Winant przez długą chwilę nic nie mówił. Wydawało się, że cała jazda będzie zawsze przeciągającą się ciszą, a nie było niczego, czego Alfred nienawidziłby bardziej niż ciszy. Ale wtedy Winant przemówił.

- I tak jest. Muszę… wyjaśnić krajowi i mieszkańcom, którzy codziennie są bombardowani, że bezpieczny naród trzy tysiące mil stąd chce pomóc, ale nie będzie walczyć.

Alfred spojrzał na niego ostro, otwierając usta. Słowa się zatrzymały, napęczniały i zaklinowały. Nie było żadnego dźwięku i umysł Alfreda gonił za wszystkimi kłamstwami, które mógł powiedzieć, wszystkimi wymówkami, za wszystkim. Wszystkim. Chciał powiedzieć tak wiele, tak wiele w nim się wzburzało, by być wymówionym, by być usłyszanym. Jednak pomyślał o tym lepiej i odwrócił wzrok, oczy miał zwężone.

Winant natomiast nie oczekiwał, że Alfred powie cokolwiek.

- Trudno powiedzieć coś takiego osobie, której dom zniszczyła bomba.

Dreszcz spłynął w dół kręgosłupa Alfreda. Żołądek mu się skręcił. Pamiętał audycję, dźwięk pocisków i spadających bomb, krzyków. Pamiętał opisy zniszczonych budynków, gaszenia świateł w nocy, starając się otulić miasto ciemnością – dla ochrony. Pożary. Wszędzie pożary.

- Ale – powiedział Winant i Alfred ponownie podniósł oczy. – To jest tego warte. To jest tego warte… jeśli Anglia przetrwa.

Alfred czuł, że powinien odwrócić spojrzenie, ale nie mógł. Opierał się pragnieniu drżenia, wbrew sobie czując tworzącą się gęsią skórkę. Więc tylko patrzył na Winanta, skamieniały, z rozszerzonymi oczami i napiętymi ramionami. Przełknął gulę, którą miał w gardle – zastanawiał się, jak wygląda Anglia. Jak musi wyglądać Arthur. Gdy przypominał sobie go podczas wielkiej wojny, z czasów na długo przed tym… wiedział, że ten nie byłby szczęśliwy, że widzi jego, nie bez większego wsparcia.

A potem, znowu, zostawiło go to zastanawiającego się, czemu myślał o Anglii. Dlaczego obchodziło go, co ten staruszek robił, jak wyglądał? To nie była jego sprawa. Jeśli jego ludzie chcieli pomóc, to dobrze dla nich. Nie dołączy do wojny.

- Nie rozumiem, czemu to w ogóle ma znaczenie – powiedział Alfred, znów czując się jak małe dziecko będące przeciw czemuś na rzecz samego bycia przeciw – albo czemu w ogóle tu jestem.

Winant uśmiechnął się spokojnym, prawie smutnym uśmiechem.

- Przez to, kim jesteś, Alfredzie… Ameryko. Chcę, żebyś zobaczył, jak wygląda świat poza twoimi granicami. Izolowałeś się zbyt długo.

Widząc, jaki świat jest teraz, nie jestem pewien, czy izolacja jest taka zła, Alfred nie mógł się powstrzymać od pomyślenia tego. Szczególnie będąc w Anglii. Nie zobaczył jeszcze pełnego zniszczenia wywołanego Blitzem, ale wiedział o problemach. Wiedział o możliwej inwazji Niemiec przez Kanał la Manche, wiedział o braku właściwego zaopatrzenia brytyjskich żołnierzy, zagubionych i rzuconych na linię obrony, wiedział o U-bootach zatapiających tak dużo statków handlowych, jak to tylko możliwe, i pilnujących ich kursów. To tylko kwestia czasu, zanim

- Dla tych ludzi jest wiele okazji, szczególnie gdy wydaje się, jakby piaski czasu miały się wyczerpać i wszystko miało się skończyć – powiedział Winant, jakby czytając w myślach Alfreda. Ten nie odpowiedział. Obserwował, jak krajobraz przemieszcza się i zmienia, blednie i przepływa.

- Naprawdę nie masz żadnych wątpliwości co do tej pracy? – zapytał Alfred po długiej ciszy wypełnionej myślami, których wolałby uniknąć. Ten kraj był posępny, był zawzięty, ale Alfred czuł malejącą nadzieję, czuł mały płomień czegoś, czegoś starającego się nie poddawać. Nie wiedział, czy niepoddanie się jest możliwe.

Winant uśmiechnął się.

- Nie.


Król Jerzy VI wraz ze swoją świtą czekał na stacji, gdy Winant i Alfred tam się pojawili. Zobaczenie monarchy stojącego na dworcu było niesłychane. Alfred zawahał się lekko – nie wiedział już, jak zachowywać się przy królach. Dawno temu pracował tak ciężko, żeby zerwać z monarchią, ale nie mógł nic poradzić na to, że czuł się lekko onieśmielony, kiedy widział jakiegoś jej przedstawiciela (chociaż gdyby go o to zapytać, stanowczo by zaprzeczył). Gwałtownie wciągnął powietrze, mając wrażenie, że śni na jawie. Chciał się obudzić. Chciał być w domu, a nie w miejscu, które wiło się w jego sercu niczym dziwne spaczenie domu. Nie chciał odczuwać żadnej zażyłości z czymś, co zostawił za sobą wieki temu.

Ale i tak wyszedł za Winantem z przedziału i poszedł na peron. Przełknął ciężko. Król witał ambasadora. Alfred zostaw w tyle, wlokąc się za nimi. Choć, rzecz jasna, Alfred wiedział, że król będzie na wystarczająco wysokim szczeblu, żeby wiedzieć, kim był, nie czuł się komfortowo musząc przed nim stanąć. Czuł nawet trochę strachu, ale tak naprawdę nigdy zbyt dobrze nie dogadywał się z monarchią Anglii. Tak było chyba lepiej. I król w sumie nie miał powodu, żeby rozpoznać Alfreda za to, kim ten był – dla niego mógłby być równie dobrze kolejną twarzą w tłumie. Mimo to Alfred opuścił głowę.

- Miło mi tu pana powitać – powiedział król do Winanta.

Alfred uniósł głowę, szukając kogoś innego. Anglii jednak nie było w pobliżu, a Alfred tak naprawdę nie spodziewał się, że ten tu będzie. Wbrew sobie, poczuł, jak relaksuje się trochę, a ramiona mu opadają. Coś z niego wyparowało i poczuł się pusty, stojąc na peronie, otoczony ludźmi, którzy nie byli jego. Anglia pewnie wygląda okropnie, myślał Alfred, z małą ilością litości i samozadowoleniem większym, niż było to konieczne. Jego ludzie byli bombardowani, całkowicie wyczerpani i głodni. Anglia bez wątpienia wyglądał tak samo, odzwierciedlając wychudzone twarze swoich ludzi. To nie było coś, co chciał zobaczyć i, w sumie, wcale nie chciał zobaczyć Anglii. Po prostu chciał pojechać do domu, ale skoro jego prezydent go tu wysłał i Winant nalegał, naprawdę nie mógł nic z tym zrobić.

Król i ambasador rozmawiali, ale myśli Alfreda odpłynęły. Jego oczy śledziły to, co mógł zobaczyć z peronu i poczuł w gardle żółć. Starał się to ignorować. Mocno zacisnął powieki, czując, jak ludzie dookoła niego buczą i żyją – i nie są jego.

Winant chciał, żeby przełamał swoją izolację, ale Alfred nigdy wcześniej nie czuł się tak samotny.


- To nadzwyczajne – powiedział Winant.

Alfred spojrzał na niego, w oczach miał niewypowiedziane pytanie. Jechali do miejsca, w którym mieli mieszkać podczas pobytu w Londynie. To, co znajdowało się za oknem, było boleśnie znajome i Alfred był szczęśliwy za odwrócenie od tego uwagi, za możliwość popatrzenia na niezmienną, amerykańską twarz.

Winant potrząsnął głową.

- Sam król Jerzy…

- Co masz na myśli? – spytał Alfred, marszcząc czoło.

Ambasador przez chwilę gładził brodę. Wydawał się zdenerwowany, dobierając słowa najlepiej, jak mógł.

- Cóż – powiedział, zwilżając usta. – Uzyskanie audiencji u króla zwykle zajmuje miesiące – a wtedy do niego przychodzisz, a go nie ma. To, że przyszedł na stację… że złamał protokół, jedynie dla ambasadora, mówi bardzo wiele.

- …Że naprawdę chcą naszej pomocy?

- Twojej pomocy, tak – zgodził się Winant, lekko kiwając głową. – Wielka Brytania ma szansę przetrwać jedynie, gdy okażemy więcej wsparcia – lub dołączymy do wojny.

Wzdłuż kręgosłupa Alfreda ponownie przepłynął lodowaty dreszcz i, zanim odpowiedział, wciągnął i wypuścił powietrze.

- Jestem neutralny.

- Oczywiście, Alfred, wiem. – Winant przerwał i westchnął. – Wiem.

- Naprawdę aż tak bardzo nas potrzebują?

- Tak – odpowiedział bez wahania Winant. W tym jednym słowie stłoczone było tak wiele rzeczy, że Alfred, po raz kolejny, musiał odwrócić wzrok.

Przeklinał siebie za bycie tak słabym w obliczu tylko jednego człowieka. Ale czuł dezaprobatę Winanta w stosunku do swojej neutralności, mógł poczuć, jak ten próbuje odpędzić go od zabezpieczeń i izolacji. Zmuszał go do otworzenia się na świat i robił to przyciągając go do jedynego miejsca, w którym Alfred nie chciał więcej być. Przebywanie w Anglii było słodko-gorzkie – nie było go tu od przyjazdu z innym amerykańskim ambasadorem, Johnem Adamsem. A i przedtem minęły dekady odkąd był w Anglii, jako młoda kolonia, wisząc na fraku Arthura, a raczej – Anglii, podczas gdy kluczyli po ulicach Londynu. Odczucia były wtedy tak odmienne. Jako chłopiec ciągle jeszcze nie doszedł do siebie po długiej podróży statkiem, czuł się przeciążony nowym otoczeniem. Jako młody kraj stawił czoła szyderstwom i frustracji Anglików, wiedział, że nie traktują młodego zarozumialca i jego ambasadora poważnie. Teraz był już znużony Anglią. Odczuwał zmęczenie, czuł to rozdarcie wojną i usuwanie problemów. Tak dużo jego własnych ludzi spisało już Wielką Brytanię na straty – umarły w wodzie, zwykły mały, wyspiarski naród – i rozumiał, czemu tak było. Niemcy były w końcu w pełni rozwiniętym, bojowym mocarstwem i w jaki sposób Anglia, mimo swojej wojskowej chwały, mogła przetrzymać to bez dostaw zaopatrzenia i pomocy?

- Jestem neutralny – powtórzył Alfred i Winant na niego spojrzał.

- Wiem – powiedział. – Nie musisz mnie przekonywać.

- Ale ty i tak starasz się mnie przekonać – odpowiedział Alfred – przywożąc mnie tutaj. Masz nadzieję, że jeśli zobaczę to na własne oczy, będę w stanie przechylić szalę opinii publicznej. Ale to nie działa w ten sposób – ja nie kształtuję moich ludzi, to moi ludzie kształtują mnie.

Winant przyglądał mu się przez długą chwilę, jak gdyby zaglądając prosto w niego. Alfred nie wiercił się, odmawiając zrobienia tego. Był zbyt przyzwyczajony do czegoś takiego, do tego, że ludzie tak na niego spoglądają, zbyt przyzwyczajony do bycia analizowanym. Winant patrzył na niego tak samo, kiedy po raz pierwszy się spotkali, prawdziwie spotkali, człowiek i jego ojczyzna. Dużo ludzi robiło to w ten sposób, ale u Winanta to spojrzenie było bardzo kalkulujące, bardzo intensywne – i przez cały ten czas ambasador nic nie mówił albo próbował znaleźć słowa, żeby powiedzieć to, co myślał.

Wtedy, powoli, Winant pochylił głowę i odwrócił wzrok i Alfred nie był pewien, co chciał powiedzieć – albo czemu nie powiedział nic.


Alfred obserwował, jak reporterzy przyciskają się bliżej Winanta, zadając swoje pytania. Ten wyglądał na bardziej niż zakłopotanego, ale on w pewien sposób zawsze wydawał się lekko zakłopotany. Prasa była tu już od kilku minut. Alfred czuł się, jakby minęły godziny. Chciał po prostu sobie pójść i odpocząć. Chciał pójść do domu.

- Bardzo się cieszę, że tu jestem – powiedział Winant, uśmiechając się swoim pół zawstydzonym uśmiechem. – Nie ma miejsca, w którym chciałbym być teraz bardziej niż w Anglii.

Alfred stał z bok, słuchając słów ambasadora. Patrzył na swoje stopy, a ręce wepchnął w kieszenie. Z Winantem musiało być coś trochę nie tak. Miał takie serce do tego kraju, do ludzi – i był wystarczająco szalony, żeby chcieć tu być. To prawda, że bombardowania nie były już tak częste. Tak naprawdę minęło już trochę czasu od ostatniego i, tak jak mówił Winant, ludzie wyglądali zdrowiej niż w zeszłym roku. Być może szczęśliwiej. Alfredowi trudno było w to uwierzyć i nie chciał sobie tego wyobrażać – ale przecież tak łatwo było to zrobić. Słuchał radia, wiedział, z czym tutejsi ludzie mierzyli się przez długie miesiące.

Szczerze mówiąc, to nie było miejsca, w którym chciałby być mniej niż w Anglii. Było tu deszczowo, szaro i nieszczęśliwie. I wiedział, że to tylko kwestia czasu zanim zobaczy samego Anglię – i nie chciał tego. Nie było nikogo, kogo tak bardzo nie chciałby już nigdy zobaczyć. W głowie doskonale mógł ujrzeć rysy Anglii, znał każdy wyraz jego twarzy – albo przynajmniej te, które kiedyś widział. Pewnie więcej ich nie zobaczy – uśmiech, miłość, tros—

Naprawdę nie chciał o tym myśleć.

Chyba niedługo będzie musiał zobaczyć się z Anglią. Poczuł przypływ czegoś – nienawiści? – wzbierającego mu się w jelitach, zanim tego nie stłamsił. To musiała być nienawiść. Jego ludzie nienawidzili Brytyjczyków. Ale jednocześnie wielu chciało im pomóc – przynajmniej kiedy nie dołączyli jeszcze do wojny. Najmniejszą pomocą. Sprzeczne uczucia, sprzeczne idee, pulsujące wewnątrz niego, niekiedy zostawiały go zdezorientowanego, kiedy myślał o tym za długo. Pomóc albo nienawidzić.

Jednak gdy uniósł wzrok, przy tych wszystkich reporterach, brytyjskich zarządcach i pracownikach rządowych, zobaczył jego—

Anglię.

Powinien wiedzieć, że tu był, powinien uprzytomnić sobie, że zobaczy swojego starego opiekuna raczej prędzej niż później. Ten nie patrzył na Alfreda, ale niewątpliwie musiał wiedzieć, że Alfred tutaj był. Stał dumnie, z wyprostowanymi plecami, ubrany w wojskowy mundur, nie patrząc nawet na Winanta. Ręce miał zaciśnięte za plecami, można było to powiedzieć przez ułożenie jego ramion. Ale wyglądał strasznie. Miał te same, ponure spojrzenie, chociaż teraz znaczenie ostrzejsze, zmarszczki były wyryte na jego starszej twarzy bardziej, niż Alfred pamiętał – czy on zawsze wyglądał tak staro? Jego oczy wydawały się niemal zapadnięte, kości policzkowe bardziej widoczne – głodował. Blady, wychudzony, słabowity. Ujrzenie go nie wysłało do serca Alfreda wstrząsu, tak jak wtedy, kiedy zobaczyli się pierwszy raz przed wspólną walką w wielkiej wojnie. Wtedy był jakoś bardziej zszokowany, zobaczywszy go po tak długiej przerwie. Chociaż teraz od ostatniego spotkania minęło mniej czasu, wciąż poczuł wstrząs, mimo że nie taki, jak wcześniej. Anglia wyglądał inaczej – chudziej, słabiej. Już gdy Alfred myślał, że ten stary drań nie może się bardziej zahartować w walce, ten udowadniał mu, że jest w błędzie.

Alfred ledwo zdał sobie sprawę, że otwarcie się w niego wpatruje, ale Anglia albo nie zauważył, albo nie chciało mu się patrzeć na Alfreda. Alfred czuł się, jakby przywalił głową w ślepy zaułek. Czuł się niemal odurzony. Jakby miał majaki. Co teraz zrobić, co zrobić?

Co, jeśli na siebie spojrzą?

Co, jeśli ich oczy spotkają się po raz pierwszy od lat?

Czemu go to w ogóle obchodziło?

Nie obchodziło, przypomniał sobie. Odwrócił wzrok, ponownie kierując swoją uwagę na Winanta i tego, jak ten odpowiadał na pytania dziennikarzy. Uśmiechali się i Alfred rozpoznał tę niewielką, drgającą nadzieję. Ci ludzie mieli nadzieję – nadzieję, że ambasador mógłby jakoś sprawić, że byłoby lepiej. Alfred od razu wiedział, mimo niepewnego mamrotania pod nosem Winanta, że następnego dnia będzie to na pierwszych stronach gazet. Ci ludzie nie spuszczali świata z oka, ale ciągle się trzymali.

Alfred obejrzał się w tam, gdzie stał Anglia. Regulował mankiety wojskowej kurtki, jego lewa dłoń poruszała się powoli, miał sztywny nadgarstek. Jasne, że był ranny. Alfred zastanawiał się, ile miał teraz nowych blizn—

Pamiętał z dzieciństwa, że od czasu do czasu mogąc zobaczyć Arthura bez koszuli, bez wszystkich niepotrzebnych akcesoriów, widział postrzępione, stare blizny przechodzące przez jego ciało – historie, których Arthur nie chciał opowiedzieć Alfredowi. Wzruszał ramionami, zakładając ubranie, zakrywając je, ale Alfred o nich pamiętał—

Ile nowych blizn miał teraz Anglia?

Alfred w milczeniu przyglądał się, jak mężczyzna stojący obok Anglii dotknął jego ramienia, pochylił się i szepnął mu coś do ucha. Spoglądające w niebo oczy Anglii zamigotały. Był daleko i Alfred ledwo mógł go widzieć, nawet nie myślał o usłyszeniu go przez szum reporterów i burczący głos Winanta, ale zobaczył te oczy. Pamiętał ten zielony kolor, pamiętał to, jak widział w tych oczach świat, którego nie znał i dopiera zaczynał rozumieć.

Ale teraz te oczy były jakoś ciemniejsze, wyraźnie wystraszone.

I te oczy, z kolei, wystraszyły Alfreda.


- Tutaj zostaniemy – powiedział Winant, kiedy samochód zaparkował. Słońce dopiero zaczynało wschodzić, ale Alfred nawet w ciemnościach rozpoznałby Grosvenor Square. Przywiało to falę wspomnieć, którą Alfred szybko zdusił.

Wysiadł z samochodu i z niewielkim wysiłkiem podniósł ich kufry i walizy. Jeśli Winant był pod wrażeniem, to zachował to dla siebie i Alfred podążył za nim w kierunku budynku – nowej przybudówki. Kiedy spojrzał przez ramię na resztę placu, mógł dostrzec dom, w którym mieszkał Adams z żoną, gdy był ambasadorem całe lata temu. Ale wszystko inne wydawało się obce – neogeorgiańskie budynki mieszkalne i biurowe zostały wybudowane niedawno. Chociaż, z drugiej strony, bomby mogły go oszukać. Na środku placu była ogromna dziura od uderzenia, zakurzona i otoczona służbowymi pojazdami. I baraki, drewniane i zajmujące miejsce, gdzie kiedyś były trawniki i kort tenisowy.

- Tędy – zawołał ambasador i Alfred wrócił do rzeczywistości, pokonując schody po dwa stopnie na raz, żeby go dogonić, zostawiając wspomnienia za sobą.

- To dobrze, że jesteś tak blisko ambasady – powiedział Alfred, podchodząc do niego. Szedł obok Winanta, a przynajmniej się starał, niosąc wszystkie ich rzeczy.

Powrót do tego miejsca był dziwny. Świat się zmieniał, a Alfred jednak czuł się zupełnie tak samo – może tylko odrobinę starzej. Ale w ogólnym rozrachunku ciągle był młody. Było tyle rzeczy, które chciał powiedzieć, tyle rzeczy, które chciał, żeby inni wiedzieli, tak bardzo chciał zrozumieć siebie. Ale były tylko słowa, tylko szepty—

Patrzenie na to miejsce w tej chwili było jak patrzenie na odbicie w odwróconej łyżce. Jeśli chwila może być prawdziwa tylko przez moment—

Winant otworzył drzwi do mieszkania Alfreda i pokazał mu, gdzie odłożyć rzeczy. Zeszli do lokalu Winanta i Alfred położył resztę bagażu, od razu po tym otrzepując ręce, wdzięczny za rozproszenie.

- To jest już tak inne – powiedział, wyglądając przez okno na zakurzone, zniszczone centrum placu. – Mam na myśli to miejsce.

Winant chrząknął cicho, już odpinając zatrzaski na kufrze, przeszukując go, szukając niezbędnych dokumentów i pomiętych ubrań, upychanych tam odkąd statek dopłynął do portu.

Alfred wiedział, że jego ambasador był nieśmiały, nie rozmawiał z łatwością, więc potraktował chrząknięcie jako zaproszenie do mówienia.

- Ostatni raz byłem tu z Johnem Adamsem.

Winant przerwał to, co robił, podnosząc na niego wzrok.

Alfred poczuł się lekko nieśmiało, odwracając spojrzenie i pocierając kark. Rozmawianie o swoich wspomnieniach ze zwykłymi ludźmi było dziwne; z innymi narodami, oni by zrozumieli, samoistnie to zaakceptowali, tak naprawdę o wiele lepiej niż on, biorą pod uwagę ich wiek – i jego szefowie, oni wydawali się w tym bardziej wyćwiczeni. Ale inni ludzie zawsze patrzyli na niego z takim zdumieniem.

Odchrząknął.

- Każdy traktował nas strasznie pobłażliwie. To znaczy, byliśmy tu w 1785 roku… To było do przewidzenia. Nie chciałem przyjeżdżać, ale jakoś przekonałem się do tej wizyty… I po tamtym więcej tu nie wracałem.

Przesunął się, podchodząc do okna i opierając się o nie, wpatrując się w ciemniejące niebo. Na horyzoncie nie było świateł – przyciemnienie, przygotowanie na możliwy atak. Minęło trochę czasu odkąd Luftwaffe wróciło, ale Londyn nie miał zamiaru ryzykować.

Alfred był cicho przez dłuższy moment, oczy miał przymknięte a usta zaciśnięte w wąską linię.

- Ja… – zaczął i przez ramię spojrzał na Winanta, który nie poruszył się, odkąd Alfred zaczął mówić. Alfred znowu szybko się odwrócił, zanim jego twarz zdążyła się zarumienić. – Wtedy to miejsce było naprawdę piękne. Nie tak jak teraz. Mnóstwo ogrodów i żwirowe ścieżki. Coś w rodzaju… pomnika króla Jerzego. To było miłe miejsce do życia – powiedział i prychnął – pod warunkiem, że nie pochodziłeś ze Stanów Zjednoczonych.

Alfred założył ręce, stukając palcami o ramiona, podczas gdy głowę oparł o szybę. Parsknął cicho.

- Sąsiedzi Adamsa traktowali nas z całkowitą pogardą. Żaden z nich nie oczekiwał, że przetrwam jako kraj i dopóki żyłem, arystokracja była zadowolona po prostu mnie ignorując.

Opuścił wzrok.

- On mnie nienawidził. Anglia.

Sądził, że Winant stanie w obronie Anglii, ale ambasador nic nie powiedział. Alfred, ciągle czując się niepewnie, miał potrzebę mówienia, wypełnienia ciszy – uzasadnienia, wymówki, wspomnienia, których powiedział sobie, że nie chce pamiętać.

- I ja nienawidziłem… Nienawidzę jego. – Wdech i wydech; czuł, jak powietrze prześlizguje mu się przez płuca, miał wrażenie, jakby wcale nie oddychał, jakby zapomniał, jak się oddycha. – Abigail, żona Adamsa, powiedziała, że Brytyjczycy byli uprzejmi, ale z maskowanym chłodem… to ukrywało złośliwe serca.

Odsunął się od okna, odwrócił od masakry na placu. Winant stał twarzą do niego, z wyprostowanymi plecami i zamyślonym wyrazem twarzy. Alfred mógł zobaczyć trybiki poruszające się w jego głowie, zobaczyć, jak ambasador usiłuje znaleźć słowa.

Alfred uśmiechnął się do niego lekko i wzruszył ramionami.

- Potrzebowanie mojej pomocy musi ich zabijać, wiesz? Musi zabijać Anglię.

- Anglia potrzebuje nas zbyt bardzo, żeby ludzie byli pozornie pobłażliwi.

Alfred prychnął.

- Heh. – Podszedł kawałek, pomagając Winantowi przenieść jego rzeczy i ruszył z nimi do jego sypialni. – Teraz się czołgają.

Winant nie poszedł za nim i przemówił dopiero, kiedy Alfred się do niego odwrócił z łagodnym wyrazem twarzy. Ambasador patrzył na niego z czymś podobnym do wyzwania, czymś w rodzaju rozczarowania.

- Jesteś z tego dumny?

Alfred zamarł, jego oczy gwałtownie się rozszerzyły.

Winant go obserwował.

Młody naród musiał wreszcie odwrócić wzrok, z trudem odchodząc i praktycznie wrzucając kufer do sypialni Winanta.

Tak, jestem. Nie chcę mieć z nim nic więcej wspólnego, chciał powiedzieć, chciał wykrzyczeć. Im dłużej muszę tu zostać i oglądać Anglię i jego ludzi i te miejsca, tym bardziej robię się chory. Nie chcę go znać, nie chcę mu pomagać

Nie chcę—

Anglia nie istnieje.

Alfred z hukiem wpadł do swojego własnego pokoju, zamykając drzwi na zamek, i przez resztę nocy siedział w ciemności Londynu.


John Winant był amerykańskim ambasadorem w Wielkiej Brytanii po rezygnacji Josepha Kennedy'ego. Wierzył, że USA musi przełamać swoją izolację i cieszył się ze swojej nowej pracy.

John Adams – amerykański politolog, dyplomata i polityk. W latach 1785-1788 był pierwszym amerykańskim posłem w UK.

Grosvenor Square - ogromny park w centrum Londynu. Od czasu, gdy John Adams był ambasadorem w Londynie, jest to tradycyjne miejsce, w którym zamieszkują oficjalni amerykańscy wysłannicy.

Trzy tysiące mil – około pięciu tysięcy kilometrów.


Notka: Przepraszam, że dodaję ten rozdział tak późno. Postaram się, żeby następny pojawił się nie później niż za dwa tygodnie ^^ I tak jak w poprzedniej część: mam nadzieję, że nie ma za dużo błędów i że się spodoba. I w dalszym ciągu szukam bety.

Rinoa Faustus: Bardzo dziękuję za komentarz :D Ja, jako osoba lubiąca, gdy zwraca się na nią uwagę, wręcz kocham komentarze. A co do reakcji Alfreda, to, jeśli jeszcze nie przeczytałaś oryginału, mogę zdradzić, że on sam jeszcze długo nie zorientuje się, jakie są ich przyczyny ^^