PŁOMIENNA IDYLLA

PŁOMIENNA IDYLLA

Spomiędzy palców siedmioletniego chłopca wystrzelił płomień, unicestwiając plakat drużyny siatkarskiej i zostawiając brzydki, czarny ślad na ścianie.

-MAES!! – wrzasnęła wysoka blondynka. – Ile razy mam ci mówić, że NIE-WOLNO-BRAĆ-RĘKAWICZEK-TATY-BEZ-PYTANIA?!

Chłopiec- bystry, czarnowłosy po ojcu rozrabiaka- uśmiechnął się promiennie i szczerze, jak tylko dzieci potrafią.

-Przepraszam, mamo… nie mogłem się oprzeć… - powiedział, oddając rękawiczki. – Robię postępy, prawda? Prawda?

-No, niezupełnie. Co prawda potrafisz już regulować płomień, jednak ciągle zdarza ci się spalić rzeczy, które są nam potrzebne. Tak nie wolno, Maes, i tata się o tym dowie. – oznajmiła Riza. – Raczej nie będzie zadowolony z tego, że spaliłeś jego ulubiony plakat. Mnie się on nie podobał…

-Ze względu na ze „skorty", które one noszą? – domyślił się Maes. Riza westchnęła.

-Tak, masz rację. Ale to nie powód, żeby to palić! To nieładnie.

Maes westchnął teatralnie, całkiem jak Roy, gdy mu się robiło wymówki. Teraz oczywiście nikt nie robił Royowi wymówek w pracy, kto by śmiał robić wymówki Fuhrerowi…

No, wyłączając żonę…

…to nikt.

A Fuhrer siedział w swoim biurze, przyglądając się pewnej pani podpułkownik w minispódniczce, nieświadom, że jego plakat „Złotek" przepadł bezpowrotnie. Jednak to nie on tworzył jego małą, płomienną idyllę- to żona i syn.