od autora:

- Świat Harry'ego Pottera należy do JKR, ja tylko pożyczam go na chwilę dla zabawy. Nie osiągam z tego żadnych zysków.

- Wszelkie podobieństwo osób i wydarzeń jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.


Rozdział 1

*jezioro Śniardwy, lato 2010*
- Grot dookoła! - słychać było krzyk dochodzący z żaglówki klasy omega, o dumnej nazwie „Bombel".
- Ruchy! Ruchy! „Zołza" i „Jaskółka" są tuż za nami! - krzyknął tak na oko piętnastoletni chłopak.
- Szybciej! Szybciej!
- Fok na lewo!
- Wybieraj fały! Mocno, mocno!
- Ostrzyć!
Przez głos wykrzykiwanych komend nagle przebił się przeraźliwy dziewczęcy krzyk – Z lewej!
Dalsze słowa zagłuszył ryk potężnego silnika motorówki, a potem trzask pękających kadłubów, masztów i dartych żagli.
Seria okrzyków przerażenia utonęła w ryku silnika motorówki, która gwałtownie przyspieszyła i ruszyła jak najdalej od miejsca kolizji, zostawiając za sobą szybko pogrążające się w wodzie wraki trzech żaglówek.
- Michał! Tomek! Krzysiek! Jesteście? - piętnastolatek przebił powierzchnię wody i zaczął nawoływać kolegów. - Jesteśmy Marek, jesteśmy... – odkrzyknęli nawoływani.
Zaczęli się gwałtownie rozglądać za resztą. Wokół pływało kilka osób, piętnastolatek zapytał reszty pływających w wodzie – Macie wszystkich?
- Mam! - odkrzyknęła jedna z dziewczyn, po rozglądnięciu się w wodzie.
- Magda! Magda! - wołała inna z dziewczyn. - Nie ma Magdy! - zawołała z paniką w głosie.
- Szlag! - zaklęli chłopcy, po czym spojrzeli po sobie – Na dno! - stwierdzili jednogłośnie. Michał, Tomek, Krzysiek i Marek nabrali głęboko powietrza i zanurkowali. Tomek na migi wskazał kolegom spoczywające na dnie na głębokości około pięciu-sześciu metrów wraki żaglówek. Ruszyli w tamtą stronę uważając na pływające wkoło płachty żagli i trzepoczące pozrywane stalówki. Udało in się zorientować w położeniu wraków żaglówek. Ale zaginionej dziewczyny nigdzie nie zauważyli. Tomek na migi wskazał powierzchnię. Wynurzyli się niemal nad zatopionymi żaglówkami. Oddychali głęboko – Schodzę raz jeszcze! - krzyknął Michał.
- Czekaj! - krzyknął Tomek, ale było już za późno, Michał zaczerpnął głęboko powietrza i ruszył na dno. - Michaaaał!
- „Muszę! Muszę! Muszę!" - myślał Michał, szybko dotarł na dno i zaczął rozglądać się po dnie. Chwilę później zauważył nogę wystającą z na wpół zniszczonego kokpitu jednej z żaglówek.
- „Mam" - pomyślał Michał - „Teraz tylko ja wyciągnąć..."
Zaparł się mocno o zatopiony kadłub i zaczął wyciągać fragmenty wraków, coraz mocniej czuł potrzebę zaczerpnięcia oddechu, ale zdawał sobie sprawę, że nie uda mu się uratować dziewczyny jeśli teraz wypłynie. - „Magda... ma na imię Magda" - pomyślał Michał, a potem...

Potem stało się coś dziwnego, czas jakby zwolnił, a w mięśnie Michała wstąpiła nowa siła, sam nie wiedział skąd ona się wzięła.

Nie zastanawiał się nad tym dłużej. Wiedział, że teraz ma szansę, ostatkiem sił wyciągnął nieprzytomną dziewczynę z wraku i mocno odbił się od zatopionej żaglówki. W uszach mu dzwoniło, ciemne plamy latały przed oczami, ale udało mu się przebić powierzchnie wody.
- Trzymajcie – zdążył tylko rzucić do kolegów podając bezwładną dziewczynę, a sam wyłożył się na plecach, oddychając głęboko. - Udało się" - gdzieś tam kołatało mu się pod czaszką.

Kwadrans później, kiedy dotarła do nich policyjna motorówka wszystko było już w miarę w porządku. Tomek, który był dumny z faktu, że udało mu się zdobyć uprawnienia młodszego ratownika w najbardziej karkołomny sposób wykonał ratowanie metodą usta-usta. Co zresztą później złośliwie wytknęli mu koledzy. Tym niemniej efekt został osiągnięty i Magda zaczęła sama oddychać. Wykorzystując ten czas Krzysiek zebrał pływające po powierzchni wody kapoki i związawszy je znalezioną na którymś z wraków linką oznaczył miejsce zatopienia żaglówek. W końcu na dno poszło wszystko co mieli ze sobą. Od przybyłych policjantów dowiedzieli się, że najprawdopodobniej ta sama motorówka, która zatopiła ich żaglówki rozbiła się o filar mostu kolejowego w Okartowie i zginęło troje z pięciorga pasażerów.


*Popielno, lato 2010*
Michał mając chwilowo dosyć wody odstawił żeglowanie, aby pospacerować trochę po lądzie. Marek namówił ich na zwiedzenie rezerwatu, gdzie mieli zobaczyć koniki polskie i zwiedzić w Popielnie muzeum, gdzie prezentowano stare powozy, bryczki i sanie. Koledzy wiedzieli, że Michał pochodzi ze szlachty polskiej i pielęgnuje szlacheckie tradycje swojego rodu, dlatego chętnie przystali na takie zwiedzanie stwierdzając, że zawsze czegoś można się nauczyć. A znając Michała i Marka nie od dziś, wiedzieli że na pewno nie będzie to nudne zwiedzanie. W końcu to Marek był synem „znanego i szanowanego biznesmena" jak to się zwykło mówić. Sam Marek nic sobie z tego nie robił, ale musiał przyznać, że sława ojca znacznie mu pomagała. Mógł zawsze liczyć, że uda się zobaczyć więcej, niż pokazywano przeciętnemu zjadaczowi chleba i więcej mu uchodziło na sucho. Choć sam starał się nie przesadzać, ale też przyznawał w duchu, że od roku od czasu jak zaczęli się spotykać w pięciu – Bartek – piąty z ich paczki musiał zostać w domu – w ich życiu nie zaistniało pojęcie nudy...

Podobnie miało być i tym razem.
- Mówię panu! - jakiś mężczyzna w wybrudzonych jeansach i flanelowej koszuli w czarno-czerwona kratę niemal krzyczał na drugiego ubranego w nieskazitelny garnitur. - Brakuje dwu koników, nie ma Pchełki i Włóczykija!
- Bo pan nie umiesz zadbać o zwierzęta – odparł człowiek w garniturze. - Niech pan się przejdzie po terenie rezerwatu i ich poszuka. - uciął jakąkolwiek dyskusję i chcąc zaznaczyć definitywny koniec rozmowy odwrócił się na pięcie odchodząc w stronę budynku biurowego.
- Pieprzony biurokrata – wyrwało się zostawionemu pracownikowi.
- A wy czego tu szukacie? - warknął na chłopaków, których teraz zobaczył.
- Chcieliśmy wejść do rezerwatu i zobaczyć koniki – powiedział Marek. Pracownik zaklął pod nosem po czym zapytał podejrzliwie: - A wy to kto jesteście?
Marek niezrażony niemiłym zachowaniem odparł – Jestem Marek P. Tata mówił, że dzwonił tu do państwa i mieliśmy mieć wycieczkę po rezerwacie.
- Niech to szlag – skrzywił się facet – pamiętam, jestem Adam Pawlicki i jestem opiekunem stadka koni polskich, ale źle trafiliście – pokręcił głową. - Bardzo źle.
- Może moglibyśmy pomóc? - Michał wyrwał się zanim koledzy zdążyli zapytać o co chodzi.
- Potrafimy poruszać się po lesie, mieszkać w nim i przetrwać... - dodał Michał, a koledzy tylko pokiwali głowami. Coś tam zaczynało im majaczyć na horyzoncie. Dziki las, namioty, spanie w lesie, koniki... - szykowała się nowa przygoda.
- Nie... - zaczął mówić pan Adam, ale chyba właśnie coś go olśniło – a dlaczego by nie... - zastanowił się na głos.
- Umiecie tropić zwierzęta? - zapytał. Chłopcy pokiwali głowami, na co pan Adam się uśmiechnął.
- To miałbym dla was zabawę – stwierdził tajemniczo.


*rezerwat Stacji Badawczej Rolnictwa Ekologicznego i Hodowli Zachowawczej Zwierząt PAN, okolice Popielna*
- Ciszej! - syknął jeden krzak do drugiego.
- Sam bądź cicho – zachichotał trzeci krzak.
- Dajcie se siana już, dobra? - odparła duża zielonkawa narośl ze starego dębu.
- Dobra, wyłazimy – decydował drugi krzak, po czym wysuną się spod niego Marek.
- Uwaga, leci! - padło z drzewa, po czym chwile później opadła stamtąd siatka maskująca. A w chwilę później zjechał plecak, po czym po pniu zsunął się Michał.
- Nic nie widziałem, dziwne – powiedział do Marka.
- Racja, dziwne – ten odparł wpatrując się w odręczny szkic jaki usiłował dopasować do mapy okolicy. - Albo my jesteśmy dupy, a nie skauci, albo gość się pomylił, albo... - zawiesił głos.
- Albo ktoś płoszy koniki – dodał cicho Tomek.
- Ale koniki tu były – zaprotestował Michał – chodźcie coś wam pokażę. - powiedział prowadząc kolegów na sąsiednią polankę.
- O, tu, tu i tu – pokazywał na ślady gdzie można było zobaczyć wytartą, zdeptaną trawę oraz odciski kopyt w rozmokłym gruncie przy wodopoju.
- A więc koniki tu były... - powiedział sam do siebie Marek. - No dobra idziemy je tropić dalej – rzucił z uśmiechem do reszty chłopaków.


*ta sama okolica, trzy dni później*
- Powiedzcie mi kto wpadł na ten genialny pomysł? - lekko złośliwie zapytał Krzysiek po kolejnej przeprawie przez mocno podmokłe łąki. Siedzieli właśnie na małej polance i wylewali wodę z butów. Nastroje mieli naprawdę paskudne, ale byli zawzięci. Ogier kierujący śledzonym stadem był dobry. Wymykał im się i kluczył, chował i pojawiał, ale nigdy nie udało im się zobaczyć całego stada. Mieli już dosyć, byli zmęczeni, niewyspani, głodni, ale jeszcze się nie poddawali. Nie przejmowali się tym, że nie byli w Stacji od trzech dni. Co wieczór łączyli się z panem Adamem i zdawali mu relację z tego gdzie są i co robią.
- No dobra – Marek był już zupełnie zrezygnowany – dziś idziemy nocą, może wtedy uda się nam dopaść stado...

Wieczorem chłopcy zebrali wszystkie śmieci po sobie i powoli ruszyli śladami stada. Posuwali się bardzo ostrożnie i powoli, już, już wydawało im się, że widzą stado, gdy nagle...

-POLICJA! Nie ruszać się! - padło z kierunku w którym zmierzali, jednocześnie zabłysło kilkanaście potężnych reflektorów. W ich świetle chłopcy zobaczyli kilku uzbrojonych ludzi stojących nad leżącym konikiem.
Na hasło „policja" stojący jak jeden mąż rzucili broń i unieśli ręce do góry.

- A kogo my tu mamy? - dało się słyszeć z krzaka tuż koło chłopaków.
- Eee, bo my..., no bo... - zaczęli się plątać w wypowiedziach.
- Zaraz, zaraz – przerwał im krzak, z którego zaczął wychodzić jakiś osobnik ubrany w maskujący mundur. - Czy to wy pomagacie Andrzejowi na stacji? - zapytał.
- Pan Andrzej o nas wie – tyle tylko wymyślił na szybko Michał.

Zamaskowany osobnik parsknął naraz śmiechem – A więc to wam zawdzięczamy złapanie tych kłusowników? - zapytał.
- Eeee? - tylko tyle byli w stanie wyjąkać.
- Pan Adam Pawlicki ściśle z nami współpracował i powiedział nam, że ma grupę ochotników, która śledzi stado. Wiedzieliśmy, że stado będzie musiało uciekać jedną z trzech dróg, więc obsadziliśmy je wszystkie. A z drugiej strony oni – tu wskazała na właśnie skuwanych kłusowników – nie mogli ryzykować usypiania koni wiedząc, że ktoś za stadem idzie. Aż do dziś o was wiedzieli, ale bali się zrobić coś z wami, żeby nie mieć problemów za dużych. Co innego nawet usypianie i kradzież koników, a co innego napad na ludzi. Ale dziś jak nie zauważyli waszego ogniska stwierdzili, że daliście sobie spokój i postanowili odłowić resztę stada. Zrobili to akurat w naszej zasadzce. To się nazywa mieć szczęście. - uśmiechnął się od ucha do ucha.

- A wy właśnie możecie iść i z bardzo bliska zobaczyć koniki polskie – dodał na zakończenie widząc zaskoczone miny chłopaków.

- Ale czad! - tylko tyle był w stanie powiedzieć Tomek.

Ostrożnie podeszli do leżących na ziemi koników, sprawiały wrażenie takich małych sympatycznych zwierzątek, aż dziwne, że przewodnik stada był w stanie ich wodzić za nos przez ponad cztery dni.


*niewielka willa na przytulnym osiedlu, początek czerwca 2012*
Natarczywy dzwonek wyrwał domowników ze słodkiego nic-nie-robienia.
Szczupły, ciemnowłosy chłopak jako pierwszy zerwał się z fotela.
- Otworzę! - krzyknął.
Bez zbędnych słów podszedł do drzwi. Za nimi stał dziwny mężczyzna ubrany w jakiś rodzaj uniformu.
- Pan Michał Dawbór? - zapytał ciężkim głosem.
- Tak, to ja... - odparł chłopak, uważnie taksując wzrokiem posłańca.
- Pismo dla pana. - nieznajomy podał dużą bladożółtą kopertę.
- To do mnie! - krzyknął Michał do domu, zanim odebrał list z ręki nieznajomego.
Gruba koperta z ręcznie czerpanego papieru z jakimś herbem rodowym wyraźnie wskazywała na wysoki status nadawcy.
- Ma być odpowiedź? - zapytał chłopak z lekkim uczuciem niepokoju.
- Nie sądzę. - odparł posłaniec, po czym ukłoniwszy się z szacunkiem, oddalił się w swoją stronę.
Michał wszedł do domu obracając nieotwarta kopertę w dłoni.
- Mamo, tato! - zawołał - Możecie podejść? Mam tu coś dziwnego... - dodał z wahaniem.
Kiedy z piętra zeszło dwoje ludzi, pokazał im herb na kopercie i zapytał - O tym mieliśmy kiedyś porozmawiać?

Dwoje dorosłych ludzi tylko na siebie spojrzało.
- O mój Boże... - wyszeptała z przejęciem matka - To na pewno to? - spytała męża.
- Tak kochanie, to na pewno to. - pokiwał głową ojciec chłopaka.
- No cóż, synu... - odezwał się ojciec z lekką obawą w głosie - Właśnie musisz zapomnieć o wielu aspektach świata nauki i przyjąć, że do tej pory znałeś tylko połowę świata. Tą niemagiczną połowę. - wyraźnie zaakcentował ostatnie zdanie.

Widząc zdziwioną minę syna, ojciec westchnął ciężko i podszedł do swego biurka uważnie śledzony wzrokiem przez resztę rodziny, wydobył z biurka grubą kopertę i podał synowi - Masz, przeczytaj. - powiedział po prostu.
Michał bezwiednie obracał w dłoni grubą kopertę z herbem rodowym Dawborów i ręcznym dopiskiem: "Dać do przeczytania wybrańcowi Twardowskiego".
Zdecydowany poznać następne sekrety rodu Michał jednym ruchem otworzył kopertę i wydobył kilkanaście stron pergaminu.

Strony były zapisane równym, starannym pismem.

"Potomku rodu mego... - zaczął czytać Michał - Nie wiem, czyś Nim po mieczu czy kądzieli, ale pozwól przeto, że traktować Cię będę jakbyś miał być nim po mieczu. Jeśli jednak miało by się zdarzyć, żeś waćpanna po kądzieli mym potomkiem - racz wybaczyć staremu człekowi jego niewiedzę, albowiem nikt przyszłości pewien być nie może.

Ale powracając do tego w jakim to celu ów list piszę.

Jeśli go czytasz przeto mnie nie ma już na tym padole płaczu - jak nazywała go ma ukochana żona...".

Michał popatrzył na rodziców, a potem usiadł i zagłębił się w lekturze. List był długi i szczegółowo opisywał przygody jakie przeżył autor w krajach północnych. Opisywał spotkanie z mieszkańcami tamtejszych ziem, opowiadał o kulturze, obyczajach i o miłości do Vivien - dziewczyny tam poznanej. Miłości szczerej i czystej. Pisywał o radości z bycia przyszłym ojcem, ale i obawy, jak jego wybranka zostanie w rodzinnym domu przyjęta.
Potem list stawał się mroczniejszy.
Była w nim mowa o ciężkim porodzie podczas którego młoda matka zmarła, desperacji, żalu i smutku oraz strasznej tęsknocie za utraconą osobą. Było też o wielkiej pogardzie dla życia jaka opanowała autora listu.
Wyprawy na niedźwiedzie polarne, wilki i inne drapieżniki północy, w których jedyną bronią autora listu był długi bagnet wojskowy wypełniały następne wersy listu.
Spotkanie z jakąś istotą o mało pociągającej aparycja, które nastąpiło podczas jednej z wypraw stanowiło przyjemną odmianę w opisach polowań. Nieznajomy chciał odkupić od myśliwego trofea w postaci kłów i zębów dopiero co upolowanego niedźwiedzia polarnego.
Podobne spotkania były również opisywane później, i zawsze nieznajomi kupowali od niego trofea - jak określały te istoty - kły i pazury drapieżników. A płaciły czystym złotem, choć on złota nie potrzebował.
Podczas tych spotkań dowiedział się także, że te istoty - zawsze grzeczne i uprzejme w stosunku do niego - określały go mianem "Północnego Łowcy" albo "Demona Żalu".

A potem był niejasny opis spotkania z kimś, jak to podawał list "kimś wielkim", z kim autor przeprowadził długą i szczerą rozmowę.

Opisywał swój szok, kiedy usłyszał od rozmówcy, że jego wybranka była czarownicą.
Usiłował nie uwierzyć w to co słyszał. A potem kiedy odbył długą i szczerą rozmowę z ojcem swojej już byłej żony. Kiedy zaprezentowano mu możliwości magii, swoje wrażenie jakie na nim wywarła demonstracja i szok, że któryś z jego następców również może władać mocą magii.

A potem był opis powrotu do kraju, wielka awantura w pałacu Dawborów. Twarde postawienie sprawy dziedziczenia nazwiska i rodu, zderzenie ze światem magicznym, walka o nieutracenie syna, o zrozumienie.

Było i o wielkiej wojnie w świecie niemagicznym, o odwadze, przyjaźni, poświęceniu.

O odbudowywaniu więzi z rodziną, o radości z posiadania wnuków, o przynależności do rodziny.

List kończył się słowami, aby nigdy nie zwątpić w siebie i swoje osądy, bo jak pisał autor tylko wtedy można być człowiekiem, kiedy ma się własne zdanie.

Dodatkiem do listu był mniejszy pergamin na którym był wypisany jakiś adres i kilka cyfr oraz imię i nazwisko Vivien Heyerdall.

Michał skończył czytać i odetchnął głęboko. Nawet nie zauważył, że dzień minął mu na czytaniu listu od swojego zmarłego przodka. Rozumiał już teraz trochę więcej, ale niespecjalnie poprawiało mu to nastrój.
- Więc jestem czarownikiem? - spytał rodziców.
- Na to wygląda, synu. - odparł poważnie ojciec.
Niepewny tego, co usłyszał Michał zamknął oczy i postarał sobie przypomnieć wszystko to, co go spotykało jako młodego człowieka. Jezioro i zatopiona żaglówka gdzie niemal się utopił, spotkanie z kłusownikami nad jeziorami, dzikie konie, jaskinie i żyły kwarcu, festiwal Wikingów i wiele, wiele innych przygód - zawsze przytrafiało mu się coś ciekawego.

Nie miał „bezbarwnego" życia, a z drugiej strony nigdy nic poważniejszego sobie nie zrobił, co było dziwne, jak na taką ilość przygód i tarapatów w jakie wpadał.
- No dobrze. - rzekł zdecydowany - To jestem czarownikiem. - uśmiechnął się do rodziców.
- Ale co to dla mnie oznacza? - zapytał.
Delikatny uśmiech rozjaśnił twarze rodziców - To może teraz przeczytasz list? - ojciec pokazał wzrokiem bladożółtą kopertę.
Michał rozerwał kopertę i wydobył trzy pergaminy, na największym był wyrysowany plan miasta z delikatnie migającymi punkcikami - Magia - domyślił się Michał.

Drugi pergamin był listem:

"Krakowski Uniwersytet Magiczny
Dyrektor: Jerzy Wojciech Twardowski

Szanowny Panie Dawbór,

Uprzejmie informuję o fakcie przyjęcia Pana w poczet uczniów tej wielce szacownej instytucji. Lista książek i dodatkowego wyposażenia jest zamieszczona na oddzielnych stronach.

Informujemy jednocześnie, że rok szkolny rozpoczyna się 3 września o godzinie 8:45. Oczekujemy potwierdzenia do 31 lipca, a osobistego stawienia się najpóźniej 3 września w godzinach porannych w gmachu głównym szkoły.

prof. Krzysztof Tarczyński
zastępca dyrektora"

Trzeci pergamin zawierał informacje w jaki sposób dotrzeć do punktów kontaktowych, gdzie zaopatrzyć się w niezbędne wyposażenie, oraz jaki ubiór obowiązuje uczniów.

Michał spojrzał na rodziców - To co? - zapytał z uśmiechem - Gotowi na wyprawę do świata magii?


*różne miejsca, początek czerwca*
Listy zostały dostarczone osobiście do wszystkich zainteresowanych przez niczym nie wyróżniających się ludzi, choć słowo „ludzi" mogło by czasami budzić wątpliwości. Tym niemniej wszystkie te istoty miały dwie ręce, dwie nogi, tułów i głowę oraz chodziły w pozycji wyprostowanej. Więc można przyjąć, że były to jakieś humanoidy. Każda z pukających do różnych domów istot miała list, który miał być doręczony bezpośrednio do adresata.


*kilka dni później, Kraków, zaułek ulicy Wiślnej*
Młody chłopak szedł pilnie patrząc w plan miasta. Tylko ktoś uważny i to z bliska zauważyłby, że nie jest to zwyczajny plan miasta.
- To tutaj. - stwierdził chłopak do dwojga starszych ludzi. - Wchodzimy? - zapytał z uśmiechem.
- Ale jak? - z lekkim zdziwieniem zapytała kobieta. - Nie ma tu żadnej bramy.
- Jak to? - chłopak wskazał na ścianę - Tu są drzwi... - powiedział i pchnął je silnie.
Bez specjalnego problemu przeszli przez właśnie otwartą bramę.
Za bramą była wąska uliczka z wieloma szyldami informującymi co można nabyć w każdym sklepiku. Chłopak patrząc w trzymany pergamin stwierdził - Zaczniemy chyba od banku...

Pierwszy zapytany sklepikarz popatrzył na nich dziwnie, po czym jakby coś sobie właśnie przypomniał - Państwo z niemagicznego świata? - spytał - I pewnie po raz pierwszy... - dodał.
Chłopak tylko potwierdził skinięciem głowy - Tak, pierwszy raz.
- O tam, na końcu uliczki jest filia banku. - sklepikarz wskazał kierunek.
- Dziękujemy. - odparł chłopak i ruszył z dwójką dorosłych w tamtą stronę.


*bank, hol główny*
Po wejściu do gmachu ich oczom ukazało się okazałe wnętrze wykończone białym marmurem - Zupełnie jak w zwykłym banku. - stwierdziła kobieta.
- Bo to jest bank, proszę pani. - zauważył jakiś dziwny stwór podchodząc do nich.
- Jestem Fhruhl, w czym mogę Państwu pomóc? - zapytał uprzejmie.
- Tu możemy wymienić pieniądze jak sądzę? - zapytał ojciec.
- Niemagiczne na magiczne... - pokiwał głową Fhruhl - Tak, można.
- I jeszcze... jeszcze chciałbym zobaczyć co jest w pewnej skrytce. - dodał nieśmiało Michał.
- Skrytce? - wyraził zdziwienie Fhruhl – A czy to Pana skrytka? - zapytał uprzejmie.
- Nie wiem, po prostu mam jakieś namiary.
- To może być trudne. - dystans w głosie Fhruhla był wyraźnie słyszalny. - A akt własności Pan ma?
- N... nie... - stwierdził z wahaniem Michał - Ale mam coś takiego. - podał pergamin z numerem skrytki.
Brwi Fhruhla wyraźnie drgnęły - Proszę zaczekać. - rzekł, oddając pergamin i oddalając się szybkim krokiem.
- Co mu pokazałeś? - zainteresowała się matka.
- Nic mamo. - wzruszył ramionami Michał - Ten pergamin z listu. - dodał po chwili cicho.
Dwie minuty później Fhruhl wrócił z drugim wyższym osobnikiem, a z całej jego postawy przebijał duży szacunek do swojego towarzysza.
- Który z panów to pan Michał Dawbór? - zapytał wyższy.
- Ja. - odparł Michał.
- Pan jest potomkiem "Północnego Łowcy"? - z niedowierzaniem zapytał wysoki stwór.
- Kogo? - zdziwił się Michał, ale przypomniał sobie fragmenty listu...
- Zaraz, zaraz... - zastanowił się Michał - Czy to nie wasi pobratymcy odbierali od mojego przodka kły i pazury ze zwierząt północy?
- Tak. - pokiwał głową wyższy stwór - Ach, gdzie moje maniery. - uśmiechnął się do rodziców Michała nie pokazując zębów - Jestem Vorad, dyrektor polskiej filii Banku Gringotta.
Vorad spojrzał na Michała - Młody człowieku, jest pewien szkopuł ze skrytką. - skrzywił się lekko.
- Owa skrytka znajduje się w norweskiej filii naszego banku - jak rozumiem, pochodzisz ze świata niepowiązanego z magią. - uśmiechną się nie pokazując zębów. - I pewne niuanse naszego świata są Ci obce.
- Zapewne. - odparł bezpośrednio Michał, uśmiechając się podobnie jak stwór nie ukazując zębów.
- Szybko się uczysz. - pokiwał w zadumie głową Vorad - Pozwolisz, że zaproponuję pewne rozwiązanie... - dodał po krótkim namyśle.
- Zaoferujemy Tobie i Twoim opiekunom podróż do naszej norweskiej filii banku, ale będziemy w zamian prosić o przekazanie pewnego dokumentu... czy to uczciwe? - zapytał nie okazując emocji.
- Uczciwe. - odparł Michał - Przysługa za przysługę.
Twarz Vorada rozjaśnił promienny uśmiech - Miło będzie się z Tobą robiło interesy. - skłonił się lekko. - A teraz proszę, transport już czeka...


*jedna z komnat banku*
- Jesteś pewien, że to on? - zapytał cicho jeden z kilku stojących w mroku komnaty stworów.
- Tak, absolutnie. - odparł pewnym głosem drugi - Vorad sam z nim rozmawiał i też to potwierdza.
- To znaczy, że pomyłka jest wykluczona. - pokiwał głową trzeci z rozmówców.
Zbiorowe potakiwanie przypominało mruczenie stada kotów, ale raczej wyglądało na potwierdzenie jakiegoś faktu.
- Trzeba dać znać Erzanowi, żeby się nie wygłupił przy naszym gościu. - dodał kolejny z rozmówców. - Ostatnią rzeczą jakiej byśmy sobie życzyli to uczynienie sobie z niego wroga. Jest zbyt nieprzewidywalny. Znowu szmer potakiwań przeszedł przez komnatę.
- To kiedy potomek rusza na północ? - zapytał trzeci z rozmówców.
- Właśnie powinien iść w stronę komnaty startowej... - odparł drugi.


*bank – filia polska, komnata transportu*
Michał wraz z rodzicami dotarł bez żadnego problemu do miejsca skąd mieli - jak to im powiedziano - zostać wysłani do Norwegii. Cały czas towarzyszył im Vorad, uprzejmie wyjaśniając pobieżnie przeznaczenie komnat które mijali.
- A oto komnata transportowa. - Vorad otworzył dość masywne wrota.
Komnata miała formę ośmiokąta, a w każdym koncie stała jakaś kolumna kryształu.
- Proszę wejść na platformę. - powiedział Vorad wskazując okrągłą platformę na środku sali wystającą na dwa, trzy centymetry nad poziom posadzki.
Kiedy Michał ruszył w stronę platformy Vorad zatrzymał go na moment – Przesyłka. - powiedział, wręczając Michałowi szarą kopertę mniej więcej wielkości dużego zeszytu i podobnej grubości.
- Dyrektor norweskiej filii nazywa się Erzan. - rzekł Vorad - Jemu oddaj proszę tą przesyłkę.
Michał dołączył do swoich rodziców na platformie, a Vorad opuścił pomieszczenie starannie zamykając grube drzwi. Kryształowe kolumny zaczęły się jarzyć przyjemnym tęczowym światłem, którego intensywność powoli rosła, by w końcu osiągnąć natężenie uniemożliwiające patrzenie. Tuż przed zamknięciem oczu Michał zdołał zauważyć, że komnata zniknęła i zamiast niej widać ciemną, szarą pustkę.


*bank – filia norweska, komnata transportu*
- Witam, jestem Froll. - przedstawił się stwór który podszedł do nich jak tylko zniknęły barwy tęczy ich okalające.
- Miło mi gościć Państwa w norweskiej filii Banku Gringotta. - wyglądało, że recytuje jakąś wyuczoną na pamięć formułkę. - Mój przełożony już do państwa idzie.
- Witam Państwa, jestem Erzan i jestem dyrektorem norweskiej filii Banku Gringotta. W czym mogę Państwu pomóc? - stwierdzenie padło z ust osobnika który właśnie wszedł przez masywne wrota.
W końcu - pomyślał – nie co dzień jest organizowany transport dyplomatyczny między bankami...
Michał uśmiechną się, pamiętając o nie pokazywaniu zębów, po czym podał Erzanowi pakunek - Proszono mnie o przekazanie tego. Przy okazji wizyty w mojej rodowej skrytce. - dodał.
Przez pysk Erzana przemknęło zaskoczenie, ale gładko je zamaskował uprzejmym zdziwieniem.
- Skrytka rodowa? - zapytał - A która to skrytka? - jego ciekawość wzrosła wyraźnie.
- Nie mam pojęcia... - odparł szczerze Michał - Mam tylko to... - podał Erzanowi wyjęty z pomiędzy stronic listu pergamin.
Zaskoczenie było wyraźnie widoczne na pysku Erzana kiedy zobaczył pergamin.
- Proszę bardzo za mną. - rzekł nieco sztywnie i z wyraźną obawą. Ale czego mógł się obawiać, tego Michał nie był w stanie sobie wyobrazić.

Podążali przez hol bardzo podobny do tego jaki widzieli w Krakowie, tylko tutaj było odrobinę zimniej. Przecięli kilka korytarzy, aż w końcu stanęli na niemal normalnym dworcu metra, tyle że nie było tu zwykłych wagonów, a małe wagoniki mogące pomieścić cztery, pięć osób. Jeden z nich właśnie się zatrzymał przed Michałem i rodzicami. Siedzący za czymś w rodzaju pulpitu kontrolnego stwór popatrzył pytająco na Erzana.
- Zawieziesz Państwa do TEJ... - wręczył pergamin kierowcy - skrytki. Kierujący pojazdem rzucił okiem na pergamin i wyraźnie poszarzał na pysku.
- Tej... - zapytał z niedowierzaniem.
- Tak, TEJ. - zaakcentował Erzan.
- Proszę Państwo pozwolą. - wskazał wnętrze wagonika.


*korytarze pod bankiem*
Podróż wagonikiem trwała chwilę i przypominała Michałowi jazdę szybką kolejką górską, taką jaką raz jechał będąc w wielkim wesołym miasteczku. W górę, w dół, w lewo, w prawo... w różnej sekwencji, pod różnymi kątami ale zawsze z dość dużą prędkością. Po około pięciu minutach jazdy wagonik zwolnił, a chwilę później zatrzymał się przed skalnym nawisem. Michał wysiadł z wagonika i zatrzymał się przed wielkimi drzwiami.
- Co mam zrobić? - zapytał kierowcy.
- Popatrz na wrota. - odparł tamten.
Na oczach Michała na wielkich drzwiach zaczął się pojawiać napis:

Wy, co do mych wrót pukacie,
namyślcie się dobrze, czego tu szukacie,
zaiste, bo marny będzie Wasz los,
jeśli nie do Was należy ten trzos,
jam waszym stróżem i sędzią i katem,
jeśliście tu obcy...
wynocha stąd zatem.

Michał przeczytał i zastanowił się chwilę.
Fajnie" - stwierdził w duchu - „skąd ja mam wiedzieć czy mam jakieś prawa do tej skrytki?"
Kiedy podszedł do drzwi usłyszał jakiś głos w swoim umyśle: "Połóż prawą dłoń na słońcu". Co też Michał uczynił bez zastanowienia. Ciemność wessała go i po chwili zorientował się, że stoi na łące pełnej kwiatów nad brzegiem wąskiej i głębokiej zatoki wcinającej się w ląd.

Głos, który rozległ się za nim bardzo go zaskoczył.
- Hei, jeg er Vivien. Og hvem er du? - słowa te wypowiedziała młoda dziewczyna o ciemnych, niemal czarnych oczach i długich prostych jasnych włosach. Przez chwilę spoglądała pytająco na Michała, po czym odezwała się ponownie.
- Witaj, jestem Vivien, a kim Ty jesteś?
Michał gapił się na nią jak zahipnotyzowany, odezwała się w czystym i poprawnym języku polskim. Ale nie wyglądała na osobę, która miała by z jego ojczyzną coś wspólnego.
- Jak... skąd... - zająknął się.
- Och, - zaśmiała się Vivien - jesteś krajanem Michała? - upewniła się.
- Tak. - kiwnął głową Michał - Jestem Michał Jerzy Dawbór.
- Mi... - Vivien przycisnęła dłoń do ust - Jesteś Jego - wyraźnie zaakcentowała to słowo - potomkiem. Wyglądasz jak On, tylko... tylko oczy masz moje - stwierdziła spoglądając uważnie na Michała.
- Wiesz kim jestem? - spytała z lekką obawą.
- Czarownicą? - stwierdził pytająco Michał – Tak, wiem.
- I wiem, że jesteś moją pra-pra-pra... sam nie wiem ile tego pra być powinno - dodał z uśmiechem - babką, Vivien.
Sam nie wiedział dlaczego, ale jakoś pasowało mu odezwanie się do Niej właśnie imieniem.
W jej oczach zobaczył nagle łzy. - Nazwałeś mnie Vivien, tak jak On. - w jej oczach widać było szczęście.
- Michał może być z Ciebie dumny, - stwierdziła cicho Vivien - jesteś taki jak On.
- Odważny, silny i delikatny. - pokiwała głową Vivien - Z radością witam Cię w Twojej małej oazie. Tam, - wskazała na jaskinię w urwisku - jest przejście do właściwej skrytki.
- Są tam zebrany skarby Twojego przodka, to co On uważał za ważne. - dodała.
- A tam, - wskazała na stojącą na polu kwiatów kamienną bramę - przejście do świata realnego.
- Dziękuję. - odparł - Chyba pójdę zobaczyć co jest w skrytce.

Powolnym krokiem skierował się w stronę jaskini, nie będąc do końca pewnym czego się spodziewać. W jaskini było ciemno i chłodno, ale przy samym wejściu Michał zauważył pochodnię wetkniętą w ścianę i krzesiwo leżące pod pochodnią. Zapalenie pochodni zajęło mu chwilę, ale potem pochodnia dawała zadziwiająco dużo światła. Wewnątrz jaskini Michał zauważył kilka dość dużych kufrów, jeden mniejszy kuferek - w zasadzie szkatułkę i duży drewniany stół na którym stało coś przykryte materiałem. Zaciekawiony Michał zajrzał pod przykrycie na stole. Na podstawce z rogu jakiegoś jeleniowatego leżał kawałek drewna.

- Różdżka - stwierdził sam do siebie Michał. - Ciekawe, czy mogę ją zabrać? - zastanawiał się.
Delikatnie dotknął leżącej różdżki, ale nic się nie stało. Zaintrygowany podniósł ją ze stojaka i wtedy...
Gdzieś głęboko wewnątrz jego umysłu rozległy się fanfary, trąby, werble i cała masa innych instrumentów grających potężną pieśń - pieśń wojenną.
Pierwsze skojarzenie jakie miał Michał wiązało się z filmem jaki oglądał niedawno, a tyczącym historycznej bitwy jaką Wojsko Polskie pod wodzą króla Jana III Sobieskiego stoczyło z armią turecką pod Wiedniem. To co słyszał bardzo mu przypominało muzykę jaka była podkładem do natarcia husarii polskiej.
A potem dotarło do jego świadomości coś jeszcze - ciepło i spokój płynące z różdżki i wrażenie, że trzyma w dłoni coś czego od zawsze używał.
Michał uważnie obejrzał różdżkę - „Jak ja cię będę nosił?" - zaczął się zastanawiać.

Na początek po prostu schował różdżkę do tylnej kieszeni spodni, i zaczął się dalej rozglądać po jaskini. Po krótkim wahaniu zdecydował się otworzyć mały kuferek. Były tam pieniądze jakich Michał nigdy nie widział, duże wyglądające na złote, średnie jakby ze srebra i małe chyba z miedzi albo brązu. Przyświecając sobie pochodnią Michał podszedł do jednego z kufrów i nie bez problemów podniósł wieko.

Wewnątrz było trochę ksiąg, jakieś drewniane przedmioty, których przeznaczenia nie mógł wywnioskować i coś co wyglądało jak jakiś pokrowiec z paskami na strzałę.
- Zaraz, - zastanowił się Michał - a może... - wyjął różdżkę i sprawdził czy będzie pasowała do pokrowca - pasowała idealnie.
- Fajnie - ucieszył się - teraz tylko jakoś to umocować... - przyglądał się uważnie paskom.
- Noga? Ręka? Lewa? Prawa? - zastanawiał się przymierzając pokrowiec do różnych części ciała. Po krótkim zastanowieniu się doszedł do wniosku, że najporęczniej będzie mu umieścić pokrowiec na lewym przedramieniu - był praworęczny.

Chwilę zajęło mu zorientowanie się w przeznaczeniu pasków, ale po umieszczeniu pokrowca na przedramieniu i dopasowaniu stwierdził, że pokrowiec zupełnie mu nie przeszkadza. Po przemyśleniu sprawy postanowił zaglądnąć jeszcze do pozostałych kufrów, ale w nich były "tylko" skóry dzikich zwierząt. Wychodząc zabrał ze szkatułki trochę pieniędzy, aby zapytać o ich wartość. Przeczuwał, że to właśnie waluta ze świata magicznego.

Wracając przez łąkę nigdzie nie dostrzegł już Vivien, ale zanim wszedł w kamienną bramę obrócił się w stronę łąki i powiedział - Do zobaczeniu babciu Vivien. - z tymi słowami zniknął w kamiennej bramie.

Czas powrotu do banku wydawał się Michałowi znacznie krótszy.


*bank – filia norweska*
Zdenerwowany Erzan czekał na powrót wagonika z gośćmi specjalnymi. Zaszyfrowany przekaz o wadze wizyty dotarł z opóźnieniem i Erzan nie wiedział, czy nie zaprzepaścił wszelkich swoich szans. Kiedy jednak wagonik powrócił, pasażerowie nie sprawiali wrażenia znudzonych, zagniewanych, czy zdenerwowanych, więc Erzan doszedł do wniosku, że cokolwiek się stało nie miało raczej negatywnych konsekwencji.
- Jak przebiegła podróż? - Erzan zdecydował nie pytać o wizytę w skrytce. - Pierwszy raz jest zazwyczaj lekko przerażający. - kontynuował spokojnym tonem mentora objaśniającego coś swoim asystentom. Właśnie asystentom, a nie uczniom.
- Dziękuję. - Michał odparł spokojnie, uważnie patrząc na lekko zaskoczone miny rodziców – Na pewno dla moich rodziców było to niezapomniane przeżycie.
Tylko dyskretne, ale i uważne obserwowanie Erzana pozwoliło Michałowi zauważyć mimowolne drgnięcie warg na dźwięk określenia "rodzice" - coś to musiało oznaczać dla tej rasy. Michał postanowił to zapamiętać i sprawdzić.
- Czy pozwolą Państwo odprowadzić się do komnaty transportowej? - uprzejmie zapytał Erzan. - Czy też będą Państwo coś jeszcze załatwiać w naszej filii? - zapytał z powagą i wydawało się profesjonalnym podejściem.
- Nie, dziękujemy. - odparł Michał - Jeśli byłby Pan tak uprzejmy i odprowadził nas do komnaty transportu...
Coś się stało, a Michał nie wiedział co, ale to było "czuć w powietrzu" - jak mawiał jego ojciec. Coś wisiało w powietrzu.
- Tędy proszę. - Erzan wskazał kierunek i odsunął się robiąc przejście. Powrót nie zajął więcej czasu niż dotarcie tutaj, co ucieszyło trochę Michała, bo zaczynał mieć już jakieś podejrzenia, że dzieje się coś czego nie widzi, i nie rozumie, ale co ma związek z nim.


*bank – filia polska*
Vorad czekał przed komnatą transportu i tylko wtajemniczeni wiedzieli jak bardzo się denerwuje. Zaszyfrowana instrukcja do Erzana nie dotarła na czas, a szybki powrót gości mógł wskazywać, że coś poszło nie tak, i teraz Vorad szykował się na przyjęcie gradu oskarżeń i wyrzutów. Jednak kiedy zobaczył uśmiechniętych opiekunów i młodego spadkobiercę wychodzących z komnaty delikatna nadzieja zagościła w jego sercu - „Może nie wszystko stracone?" - pytał sam siebie.

Uśmiech Michała zdawał się to potwierdzać.
- Dyrektorze Vorad, - Michał lekko się zawahał - chyba tak powinienem się do pana zwracać? - zapytał ostrożnie. Vorad poczuł się jakby właśnie dano mu do spróbowania najlepszego piwa korzennego.
- Vorad wystarczy w zupełności, - odparł starając się zachować spokój i nie okazywać po sobie jak bardzo ucieszyło go określenie Michała.
- Czy może mi pan polecić kogoś kto wprowadzi mnie i moich rodziców w tajniki systemu pieniężnego magicznego świata? - zapytał Michał, starając się ignorować widok Vorada.
- Ależ oczywiście, oczywiście... proszę za mną.
W milczeniu przeszli do sali głównej, gdzie byli obsługiwani klienci. Vorad zatrzymał się przed jednym ze stworów siedzącym przy małym stoliku.
- Ehrim wprowadzi Państwa w tajniki wymiany finansowej i walutowej. - rzekł Vorad wskazując na stwora. Rzeczony stwór spojrzał ze zdziwieniem na Vorada, ale nie odparł nic tylko lekko skłonił się przed Michałem i jego rodzicami, po czym z wyraźnie pytającym spojrzeniem na pysku czekał na ruch ze strony gości.
- Jestem Michał Dawbór. - przedstawił się Michał, nie uszło jego uwadze, że na to stwierdzenie Ehrim głęboko wciągnął powietrze - I chciałbym prosić o wyjaśnienie jakie są powiązania między naszą niemagiczna walutą a magiczną.

Mówiąc to wydobył z kieszeni kilka spośród monet zabranych ze skrytki a z drugiej kieszeni wydobył złotówki. Dzięki tym czynnościom Ehrim miał czas się opanować, dlatego głos nawet mu nie zadrżał kiedy zaczął objaśniać zależności systemu monetarnego.
- Proszę Państwa. - zwracał się zarówno do Michała jak i jego rodziców.
- Jak Państwo się orientują w świecie niemagicznym w waszym kraju obowiązuje dziesiętny, dwuetapowy system monetarny. Mają Państwo grosze i złotówki. Przelicznik złotówki na grosze to jeden do stu. Czyli jeden złoty to sto groszy.
Michał zdawał sobie sprawę, że teraz Ehrim mówi mu rzeczy oczywiste, ale przypuszczał, że takie podejście pozwoli mu lepiej zrozumieć zależności w magicznych finansach.
- W całym świecie magicznym obowiązuje jednakowy trzy etapowy system monetarny. Mamy złote galeony, srebrne sykle i brązowe knuty. Ich przelicznik to odpowiednio dwadzieścia dziewięć knutów to jeden sykl a siedemnaście sykli to jeden galeon. Czyli jak ławo można sprawdzić jeden galeon to czterysta dziewięćdziesiąt trzy knuty. - mówiąc to pokazywał kolejne monety.
- To - rzekł z wahaniem wskazując jedną z monet - to nie moneta, to talizman. - powiedział przeglądając stosik monet wyciągnięty przez Michała.
Zdziwiony Michał zauważył mimochodem, że Ehrim nie chciał dotknąć tej monety - talizmanu, sam jednak nie miał żadnych oporów aby ją podnieść. Faktycznie ten krążek różnił się od innych, był wielkości zbliżonej do galeona, ale wykonany ze srebra albo jakiegoś stopu ze srebrem. Nie chcąc przerywać Michał schował talizman do kieszeni na piersi i z uwaga spojrzał na Ehrima czekając na dalszy ciąg wykładu o systemach monetarnych.

- Ehemm... - Ehrim chrząknął i zaczął kontynuować. - Jak już mówiłem są to dwa różne systemy monetarne, a obecnie przyjęty przelicznik jest cztery i pół grosza za jednego knuta, czyli jeden sykl to sto trzydzieści i pół grosza...
złoty trzydzieści" - machinalnie przeliczył Michał.
... a jeden galeon to dwa tysiące dwieście osiemnaście i pół grosza.
dwadzieścia dwa złote i osiemnaście groszy" - znowu machinalnie przeliczył Michał.

- Opłata za wymianę pieniędzy w Banku Gringotta wynosi od pięciu do dziesięciu groszy dla walut niemagicznych i jednego lub dwa knuty dla waluty magicznej. Waluta magiczna jest respektowana w całym świecie magicznym, niezależnie od położenia w świecie niemagicznym.

Ehrim jeszcze przez chwilę wyjaśniał niuanse kontroli legalności monet ze świata magicznego, ale Michał zapamiętał tylko, że wystarczy stuknąć różdżką monetę i prawdziwa powinna wydać dźwięk dzwonka. Otrzymawszy stosowne wyjaśnienia rodzice Michała wymienili - po krótkiej dyskusji z Voradem , na temat cen i kosztów życia w świecie magicznym - sumę ośmiuset złotych, co dało nieco ponad trzydzieści sześć galeonów. I wedle zapewnień bankowców powinno wystarczyć na okres około pół roku. Również za ich radą zatrzymano tylko kilka galeonów, resztę rozmieniając na sykle i knuty.


*Kraków, ulica Tajemna*
Na całym świecie istnieją osobnicy, którzy muszą być "dobrze poinformowani", nie jest ważne czego ta informacja dotyczy, ale muszą wiedzieć. Jednym z takich osobników był niejaki Felicjan Fryderyk Filip, przez przyjaciół zwany też potocznie "e-f trzy" - to była aluzja do inicjałów jego imion i nazwiska - który uwielbiał przesiadywać w niewielkiej knajpce mieszczącej się na ulicy Tajemnej i obserwować to co się na niej dzieje. Był wytrawnym obserwatorem, potrafił wiele dowiedzieć się o przechodniu z samego sposobu jego poruszania się, a możliwość wymiany kilku zdań podawała mu rozmówcę "na tacy". Znał kilka języków obcych zarówno świata magicznego, jak i niemagicznego. O ile jednak nie zaprzeczał znajomości języków świata niemagicznego, o tyle ze znajomością języków magicznych zbytnio się nie afiszował. Dzięki temu często udawało mu się usłyszeć mimochodem różne informacje. O, jak na przykład dziś, coś się działo w Gringocie, bo gobliny były bardzo nerwowe, a przez to nieostrożne. A te dwa które go mijały paplały nieustannie o jakimś bardzo ważnym gościu który się niespodziewanie zjawił i wywołał sporo zamieszania. A potem Felek usłyszał coś jeszcze, coś co go naprawdę zaciekawiło - gobliny organizowały transfer dyplomatyczny do innego banku - to było coś niespotykanego. Coś co wymagało bliższego zbadania.


*ulica Tajemna, sklepik z materiałami szkolnymi*
Drzwi otworzyły się delikatnie wygrywając jakąś melodię i do sklepu weszło dwoje dorosłych i młody chłopak.
- Dzwonek. - z uśmiechem zauważył chłopak. Dorośli tylko pokiwali głowami rozglądając się wkoło.
Sklep wyglądał jak typowy sklepik mający na stanie absolutnie wszystko, od trutki na szczury poprzez artykuły papiernicze, chemiczne, magiczne aż po ekspres do kawy. Robiąca właśnie zakupy drobna dziewczynka spojrzała z ciekawością na wchodzących. Sama czuła się tu fatalnie, obca w obcym miejscu. Trochę się ucieszyła kiedy zobaczyła, że nowo przybyły chłopak również wyciąga taką samą listę jaką ma ona i zaczyna kupować wyszczególnione pozycje.
- Michał, masz wszystko? - zapytał mężczyzna, na co chłopak tylko potaknął głową.
- A różdżka? - spytał. - Mam od dziadka, tato. - odparł chłopak nie patrząc na ojca, przez co nie zauważył ogromnego zdziwienia malującego się na twarzy rodzica.

Wybrawszy wszystko co potrzeba chłopak nazwany Michałem podszedł do lady i zapłacił za zakupy, w przelocie łapiąc zdumione spojrzenie jakie posłała mu drobna dziewczyna. Widząc jej zdumienie Michał uśmiechną się przyjaźnie. - Też do szkoły? - zagadnął. Zapytana dziewczyna oblała się rumieńcem i zdołała tylko skinąć głową.
- Pierwszy rok? - pytał dalej Michał.
Znowu tylko skinięcie.
- To tak jak i ja. - ucieszył się Michał - Znaczy, spotkamy się znowu w szkole.
Uśmiechnął się szeroko do stojącej przed nim dziewczyny i zabrawszy swoje zakupy wyszedł ze sklepu, pozostawiając zaczerwienioną dziewczynę samej sobie. Jego otwartość i prostota w podejściu chyba miała zbawienny wpływ na wiele osób, bo nie do końca uprzejmy sklepikarz spojrzał jakoś cieplej na dziewczynę i z pojawiającym się na twarzy uśmiechem zapytał - Wybrałaś wszystko, czy też mogę Ci w czymś pomóc?


*3 września, godziny poranne, brama nieopodal ulicy Gołębiej*
Michał ciekawie rozglądał się idąc w stronę wejścia do szkoły, w której miał zacząć naukę. Bez problemu znalazł bramę i dość masywne drzwi wiodące do maleńkiego pomieszczenia. Wszedł i zamknął za sobą starannie drzwi. Nie wiedział jednak zupełnie co ma zrobić dalej, obejrzał ściany szukając jakiegoś przycisku, lub przełącznika, ale nic nie znalazł. Już się zastanawiał czy nie wysiąść i nie zaczekać na kogoś, gdy wtem ściana na wprost niego rozwarła się na pół i energicznym krokiem weszła dość wysoka zgrabna dziewczyna ubrana w sportowe obuwie, obcisłe błyszczące legginsy, krótką jeansową spódniczkę i skórzaną kurtkę z torbą na ramieniu.
Spojrzała na Michała krytycznie.
- Nowy? - zapytała od niechcenia.
- Tak, nowy. - odparł Michał.
- Trzymaj się. - rzuciła dziewczyna i niemal natychmiast dodała - Twardowski!
Michał nie miał czasu na reakcję, jedynie fakt, że podejrzewał iż jest w jakiejś windzie i stał odpowiednio uchronił go od upadku na podłogę. Dziewczyna z uznaniem popatrzyła na Michała.
- Dobry jesteś, większość nowicjuszy leżałaby już na ziemi. - stwierdziła z uznaniem.

Spoglądała przez chwilę na Michała swoimi czarnymi oczami, jakby chciała go przejrzeć na wylot.
- Jestem Katarzyna Sokół. - przedstawiła się i spojrzała na Michała. Ten uśmiechnął się i również się przedstawił - Michał Jerzy Dawbór, herbu Pawęż.

W oczach Katarzyny mignęło coś na kształt zaskoczenia - Michał... - powtórzyła machinalnie, po czym na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech. - Jestem teraz na czwartym roku. - stwierdziła prosty fakt - Jakbyś chciał czasem pogadać albo miał problemy, to zapraszam. - dodała ze śmiechem.
- Uwaga! Będziemy hamować. - ostrzegła Michała. Z lekkim drżeniem winda się zatrzymała i jedna ze ścian zniknęła.

- Jesteśmy. - powiedziała Katarzyna pokazując dość duży jasny hol.
- Witaj w Krakowskim Uniwersytecie Magicznym imienia Jana Twardowskiego... - powiedziała.