Autorka: James, mógłbyś?
James: Co?
Autorka: Powiedzieć w końcu to ogłoszenie i mieć to z głowy?
James: Co będę z tego miał?
Autorka: Może pozwolę ci umawiać się z Lily?
James: Może?
Autorka: To zależy od tego, czy będziesz grzeczny.
James *z ponurą miną*: Autrka tego ff nie czerpie z niego żadnych korzyści. Świat Harry'ego Pottera należy do Rowling. Autorka tu tylko sprząta. Zadowolona?
Autorka: Dzięki, Słońce.
Leżę, bezmyślnie wpatrując się w ciemnoniebieski sufit, na którym namalowano małe złote plamy, chyba są to gwiazdy, ale nie jestem pewna. Żeby to stwierdzić musiałabym zacząć myśleć, a tego nie chcę. Nie chcę zastanawiać się, co tutaj robię, co… NIE! Natychmiast przestań! Nie myśl o tym! Biorę głęboki oddech na uspokojenie, zamykając oczy. Stawiam mur, odgradzający mnie od wszystkiego, od świata, od teraźniejszości, a przede wszystkim od myśli. Do czasu. Nie wiem jak długo znajduję się w takim stanie, jednak powoli przez moją zaporę zaczynają przedostawać się dźwięki. Słyszę kroki i otwierane drzwi. Ktoś wchodzi do pomieszczenia, w którym się znajduję. Jęczę cicho w momencie, w którym odzywają się głosy. Za głośno! Idźcie sobie! Zostawcie mnie w spokoju, ja nie chcę wracać! Idźcie, wtedy było dobrze! – krzyczę w myślach, nie wysilając się by powiedzieć to na głos. I tak by się nie udało. Jestem zbyt słaba. Ktoś głaszcze mnie po głowie, mówiąc coś cicho. Nie wiem co, nie potrafię rozróżnić słów, które wypowiada, jednak czuję, że miały mnie uspokoić. Kiedy kończy, jęczę cicho, nie mogąc wypowiedzieć tego, co mówię w myślach. Nie! Nie przerywaj! Mów dalej, masz taki ciepły głos! Nieznajoma, to chyba kobieta, ponownie się odzywa, a ja czuję się dziwnie lekka, moje ciało zalewa fala ciepła. Usypiam.
Kap… kap… kap… kap… kap… Irytujący odgłos kapania wybudza mnie ze snu. Skąd ono się bierze? Przecież w moim pokoju nie ma okna! A może bawiłyśmy się z Tunią i u niej zasnęłam? Tak, po prostu zasnęłam w pokoju Petunii, a ona, nie chcąc mnie budzić, poszła do mnie. Przecież często zdarzały nam się takie sytuacje. Powinnam chyba już wstawać, ciocia Merry pewnie zaraz zacznie wołać mnie na śniadanie. Może jednak trochę poleżę? Jestem taka zmęczona. Co my tak właściwie wczoraj robiłyśmy z Pet, że teraz czuję się jakby mnie pociąg przejechał?
— Otwórz oczy, księżniczko — szepcze męski głos przy moim uchu.
Uśmiecham się, nie uchylając powiek, by sprawdzić kto to. Tylko jedna osoba mogła nazwać mnie księżniczką, a wujka Marka łatwo można przekupić. Wystarczy, że będę udawać śmiertelnie zmęczoną, wujek zaśmieje się, czochrając mnie po włosa i powie, żebym w takim razie wypoczęła, a on porozmawia z ciocią. Mam już nawet plan, jak go przekonać, teraz trzeba tylko wcielić go w życie. Leżę jeszcze przez chwilę, a potem powoli otwieram oczy, patrząc w twarz nieznanego mi mężczyzny. Krzyczę przerażona. Przecież to nie jest wujek!
— Blackey, czy ty naprawdę nie rozumiesz powagi sytuacji, w jakiej się znalazłam? — spytałam, patrząc błagalnie na przyjaciółkę.
Szatynka spojrzała na mnie z rozdrażnieniem, posyłając mi spojrzenie godne zawodowej morderczyni. Odpowiedziałam jej tym samym, chociaż muszę przyznać, że pod względem przerażania wzrokiem, szarooka jest mistrzynią. Spojrzy ci w oczy, a ty zastanawiasz się, czy przypadkiem zaraz nie zginiesz. Nie ma w sumie się co dziwić, na tym polega praca, którą wykonuje. W gwoli ścisłości, muszę wspomnieć, że Blackey, wbrew pozorom, nie zajmuje się morderstwami – ojciec nigdy nie pozwoliłby, by moją przyjaciółką została morderczyni. Przyjmując Czarną - jak nazywano dziewczynę podczas misji - na szkolenie zadbał o to, bym przyjaźniąc się z nią była bezpieczna, uczynił z niej kogoś w rodzaju mojego ochroniarza. Oczywiście, wciąż wysyła ją na zadania – przypominanie o długach, porwania, przechwytywanie przewozów, zastraszenia i inne – jednak można zauważyć różnicę w tym, jak ją traktuje – wymaga od niej więcej niż od normalnych „pracowników" w jej wieku. Nie żeby było ich wielu. To nie przedszkole.
— Lily, wyluzuj. Wiem, że nie masz szczególnie miłych wspomnień związanych ze szkołą, ale to przecież co innego! W Hogwarcie nikt nie będzie ci dokuczał tylko dlatego, że zmienisz nauczycielowi okulary w motyle — zaśmiała się brązowowłosa, wywracając oczami.
Westchnęłam cicho, czemu mnie to nie dziwi? Szatynka wprost uwielbiała wspominać o mojej pierwszej „wpadce" jaką zaliczyłam, uczęszczając do pierwszej i ostatniej szkoły, w jakiej się uczyłam. Wydaje mi się, że robi to, ponieważ od tamtego zdarzenia zaczęła się nasza przyjaźń. Ona, jako jedyna z klasy, w której byłam, nie odwróciła się ode mnie po tym, jak w furii zmieniłam okulary nauczyciela w stado motyli. Uśmiechnęłam się, wspominając przerażenie na twarzach podłych dzieci i śmiech Blackey, który rozniósł się po sali lekcyjnej. Do tej pory nie mam pojęcia, czy szarooka zrobiła to celowo, czy też zupełnie nieświadomie, ale śmiejąc się z mojego „przestępstwa" podpisała na siebie wyrok. W jednej chwili z powszechnie lubianej uczennicy stała się tą, która trzyma się z dziwaczką. Nigdy nie zapomnę miny Cassandry, gdy ta próbowała „nawrócić" na „dobrą" stronę Czarną, która stwierdziła, że jej się tam znudziło. Naprawdę, coś pięknego. Pokręciłam głową, wracając do rzeczywistości i odparłam:
— Owszem, nie będę musiała ukrywać swojej mocy, ale zdajesz sobie sprawę z tego, co się stanie jeśli ktokolwiek dowie się KIM jestem? — spytałam, a brązowowłosa przekręciła głowę, posyłając mi pytające spojrzenie. Ponownie zapytam, czemu mnie to nie dziwi? — Widzisz, Blackey, pojawienie się nowej uczennicy, która nie jest pierwszoroczną może wzbudzić pewne, hmm… zdziwienie wśród mieszkańców zamku. Zauważ również, moja droga, że ktoś może zacząć węszyć, co z kolei może spowodować, że pozna moją tożsamość. Jak myślisz, co się stanie, gdy w Hogwarcie dowiedzą się, kim jest mój ojciec? Wątpię, czy wpłynie to pozytywnie na moje szkolne życie. Jeśli w ogóle uda mi się w niej po tym zostać — dodałam z ironią.
Spojrzałam przyjaciółce w oczy i z trudem powstrzymałam uśmiech cisnący mi się na usta. Jej mina zdawała się wyrażać „ Żarty sobie stroisz?". Szczerze, gdybym nie rozumiała powagi sytuacji, sama bym tak pomyślała. Moje słowa są, co prawda, dosyć mało prawdopodobne, zwłaszcza że nie zamierzam tak łatwo dać odkryć mej tajemnicy, jednak, gdyby komuś się udało, zarówno ja, jak i cała moja rodzina, znaleźlibyśmy się w niebezpieczeństwie, a tego nie chcę. Skrzywiłam się, gdy Czarna odpowiedziała:
— Lily, Lily, Lily, czy ty naprawdę wierzysz w to, co mówisz? Zastanawiam się dlaczego jesteś tak pesymistycznie nastawiona — ja pesymistycznie nastawiona? Jasne. — ale nie oznacza to, że twoje czarne scenariusze zawsze będą się sprawdzać. Uśmiech, głowa do góry, przestań się zamartwiać i zacznij żyć — zaśmiała się.
Tak, to właśnie jest cała Blackey.
— Kochanie, jesteś już gotowa? — spytała mama, patrząc na mnie z uśmiechem.
Skinęłam głową, a w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki. Rzadko kiedy widywałam matkę w tak dobrym nastroju, co prawda często można było zobaczyć ją z radosnym uśmiechem, jednak dzisiaj przeszła samą siebie. Szkoda, że nie podzielam jej optymizmu. Zastanawiam się, czy ona naprawdę dobrze się czuje, że kazała mi założyć… spódnicę. Nie od dzisiaj wiadomo, że ja się tak po prostu nie ubieram. Sukienki, spódnice, rajstopy, buty na wysokim obcasie… to wszystko nie jest dla mnie. Nawet w szkole udało mi się wywalczyć spodnie do mundurku, zamiast tego pomiotu szatana. Nie czuję się w tym dobrze, nie mówiąc o moim wyglądzie. Zastanawiam się, jak inni mogą to nosić, przecież… no ale o gustach się nie dyskutuje.
— W takim razie ruszajmy — powiedziała blondynka, łapiąc mnie za ramię.
Poczułam szarpnięcie i zniknęłyśmy, by po chwili pojawić się na zatłoczonej ulicy Pokątnej. Skrzywiłam się, zginając w pół. Jak. Ja. Nienawidzę. Teleportacji. Ze wszystkich środków transportu, to właśnie ten sprawia, że mam ochotę wymiotować na samą myśl o nim. Koszmar. Mama rzuciła mi tylko współczujące spojrzenie, a potem spojrzała przed siebie i uśmiechnęła się szczerze. Podążyłam za nią wzrokiem i aż sapnęłam ze zdumienia. Ulica, która znajdowała się przede mną, była… magiczna w pełnym tego słowa znaczeniu. Cała masa kolorowych kamieniczek przeplatała się ze sklepami, w których można było znaleźć, chyba, dosłownie wszystko. Szczególną uwagę przyciągała księgarnia, na której widok zaświeciły mi się oczy. Uśmiechnęłam się, zastanawiając jak wiele czasu da mi matka na buszowanie wśród książek. Kobieta, widząc moją minę roześmiała się, kręcąc głową, ja jednak nie zwróciłam na to uwagi i rozglądałam się dookoła, chłonąc każdy szczegół.
— Jest piękna, prawda? — spytała mama, uśmiechając się do mnie smutno.
Spojrzałam na nią zdumiona, jeszcze przed chwilą zdawała się być najszczęśliwszą osobą na Ziemi, a teraz? Skąd wziął się ten smutek, który pojawił się w jej oczach? Czyżby mi o czymś nie mówiła? A może… Nie, to niemożliwe. Skinęłam głową w odpowiedzi. Ruszyłyśmy, kierując się do apteki, potem miałyśmy zajść do księgarni, stwierdziłyśmy też, że wpadniemy do sklepu ze zwierzętami, a na końcu odwiedzimy bank – mama chciała coś w nim załatwić. Nie było sensu kupować niczego innego – różdżkę już miałam, a szaty zostały zamówione kilka dni temu. Niezbyt mi się podobają, ale cóż… Wzruszyłam ramionami. Dopiero teraz, gdy początkowy zachwyt minął, zaczęłam dostrzegać różne wady tego miejsca. Pierwszą był hałas wydawany przez tłum czarodziei i czarodziejek, przekrzykujących się nawzajem. „Tylko trzy galeony za eliksir radości!", „Tylko u mnie serca smoka po galeona za kilo!", „Słyszałaś o tym nowym zespole?", „Co ci aurorzy wyprawiają! Siedzą na tyłkach i nic nie robią!" – to tylko nieliczne słowa, które usłyszałam. Druga wada to rozmieszczenie, londyńskie ulice, przynajmniej tam, gdzie mieściła się kwatera taty, miały swój charakterystyczny wygląd, którego mi tutaj brakowało. Jasne tutaj jest zdecydowanie więcej kolorów niż tam, ale jednak to nie to samo. Brakuje mi tego klimatu. Trzecia, największa wada, to sami ludzie przebywający na tej ulicy. Gdziekolwiek się nie obejrzałam widziałam dziwacznie ubrane postacie, które zachowywały się naprawdę… dziwnie. Spojrzałam na rozwydrzone czarodziejskie dzieciaki, które wpatrywały się z zachwytem w, znajdującą się na wystawie jednego z sklepów, miotłę – o zgrozo! – miotłę! Przeniosłam wzrok i prychnęłam, widząc jak jakiś nastoletni czarodziej nieudolnie próbuje poderwać dziewczynę w… nie, niech ktoś powie, że wzrok mnie zawodzi. To przecież nie może być prawda… Halo! Mamy dwudziesty wiek, a to nie jest wieś by chodzić w… Pokręciłam głową, posyłając rozbawione spojrzenie dziewczynie w wianku. Ciekawe, naprawdę ciekawe, co jeszcze tutaj zobaczę?
— Lily, proszę cię, zachowuj się gdy wejdziemy do apteki — powiedziała matka, patrząc na mnie srogo. — I nie zadawaj pytań — dodała po chwili.
Rzuciłam jej zdumione spojrzenie. Czemu miałabym się źle zachowywać? I dlaczego mam nie zadawać pytań. Postanowiłam się tego dowiedzieć.
— Dobrze, tylko, dlaczego… — zaczęłam, jednak blondynka ucięła, odpowiadając:
— Chyba mówiłam, żebyś nie zadawała pytań, co?
Spuściłam wzrok. O co jej chodzi? – spytałam samą siebie, marszcząc brwi. Czyżby bała się, że mogę narobić jej wstydu. Czym zasłużyłam na taką opinię? Pokręciłam głową, postanawiając, że później się nad tym zastanowię, weszłyśmy do środka małego budynku. Z trudem powstrzymałam się od skrzywienia, gdy do moich nozdrzy dobiegł otępiający zmysły zapach ziół i czegoś… obrzydliwego. Przełknęłam ślinę, patrząc z obrzydzeniem na gałki oczne, stojące w słoiku na półce. Co za… lepiej będzie, jeśli nie dokończę tego zdania. Odetchnęłam z ulgą, gdy matka zapłaciła i oznajmiła, że wychodzimy. Z bólem zauważyłam, że nawet na mnie nie spojrzała, kiedy po wyjściu skierowała się w stronę księgarni. Nie sprawdziła, czy za nią idę! Niezależnie od tego jak bardzo staram się tego nie okazywać, mi naprawdę zależy na rodzicach, a takie zachowanie mnie rani. Zwłaszcza, że jeszcze chwilę wcześniej było tak pięknie! Dobra, Lily, ogarnij się. Nie masz pięciu lat, nie zachowuj się, jak rozwydrzony bachor – skarciłam się i wzięłam głęboki oddech. Maszerowałam, starając się ze wszystkich sił nie myśleć o tym, co mogło spowodować u niej tak podły nastrój.
— Lily, przestań bujać w obłokach, bo na kogoś wpadniesz! — skarciła mnie wesoło, zatrzymując się przy drzwiach sklepu, a ja spojrzałam na nią skołowana.
Nic, naprawdę nic już nie rozumiem. O co w tym wszystkim chodzi? — spytałam samą siebie. Weszłyśmy do środka, a ja sapnęłam z zachwytu, widząc taką ilość książek. Rzuciłam pytające spojrzenie matce, a ta odparła na nieme pytanie:
— Idź, rozejrzyj się i weź sobie parę książek. Ja będę czekać przy kasie z tymi potrzebnymi w szkole i kilkoma, które uzupełnią twoją wiedzę.
Posłałam jej uśmiech i skierowałam się w stronę najbliższego regału. W moich oczach pojawiły się iskry, gdy ujrzałam tytuł pierwszej z nich; „Magia Umysłu". Jeden z moich prywatnych nauczycieli szkolił mnie w oklumencji, a ja szczerze polubiłam tą dziedzinę magii. Ciekawym będzie dowiedzieć się czegoś więcej. Przez kilkanaście minut włóczyłam się po sklepie. Wzięłam ze sobą jeszcze trzy książki, które uznałam ciekawe, przynajmniej takie się wydawały po tytułach; „Odkryj swoją prawdziwą naturę", „Tajemnice Świata" i „W Głębinach". Mam nadzieję, że się nie zawiodę. Ruszyłam w stronę kasy, gdzie stała już mama, rozmawiając ze sprzedawcą, który śmiał się z czegoś.
— Już wybrałam, matko — rzekłam, kładąc książki na ladzie.
Blondynka uśmiechnęła się, odpowiadając:
— Świetnie, chcesz coś jeszcze?
Pokręciłam głową, a Biała Dama, jak żartobliwie ją nazywałam, szepnęła coś do ucha mężczyźnie, który stał za ladą. Rozejrzałam dookoła, gdy mój wzrok padł na starą księgę, na której okładce znajdował się ognisty ptak. Wokół zwierzęcia widać było płomienie, a na górze był napis, jednak nie mogłam go rozczytać.
— Co to za książka? — spytałam, wskazując na obiekt mojego zainteresowania.
Mama i sprzedawca wymienili spojrzenia, a tamten przemówił:
— Ach tak, Pieśń Feniksa, zwróciła twoją uwagę, co? Wiedz jednak, że jest to wyjątkowa księga, z którą będziesz musiała się wyjątkowo obchodzić, dziecko. Rzadko kiedy tak młode osoby, dostrzegają to, czym jest. Zdumiewające — mruknął, podając mi ją, a ja zmarszczyłam brwi.
— Przepraszam, ale ja przecież nie mówiłam, że chcę ją kupić — odezwałam się zdziwiona.
Brązowowłosy mężczyzna spojrzał mi w oczy, a ja poczułam dreszcz przerażenia, przechodzący mi po ciele. To było… dziwne. Cofnęłam się o krok, otwierając usta, a on odparł:
— Ta księga należy do ciebie, młoda damo. Wybrała cię, a ty nie masz wyboru, dziecko. Ciężki cię czeka los.
Przełknęłam głośno ślinę. Chciałam coś powiedzieć, stwierdzić, że się myli, że nie wezmę jej, ale nie mogłam. Nie mogłam wydusić z siebie ani słowa… za bardzo się bałam. Wciągnęłam głośno powietrze, gdy mama powiedziała:
— Lily, bierz księgę i idziemy.
Dziwne. Naprawdę dziwne.
