Niestety, i tym razem bez bety.
2.
To nie był zwykły sen-Harry z łatwością potrafił wyczuć subtelną różnicę pomiędzy nocnymi marzeniami, a obecnym stanem, który z jakiegoś powodu doświadczał już drugi raz w ciągu tych wakacji.
Harry zdecydowanie nie rozumiał natury tej rzeczy, ale nawet on nie był tak głupi, by nie wiedzieć, co się działo. A działo się coś strasznego. Wtedy też to czuł: najpierw wchodził coraz głębiej w swoją podświadomość, aż nagle pojawiała się nieprzyjemna myśl, że wcale nie jest sam w swojej głowie, i gdy tylko to dostrzegał, jakaś siła opanowywała jego umysł, łącząc go...z Voldemortem, no bo jakżeby inaczej- Harry miał zawsze pecha, więc byłby idiotą, gdyby spodziewał się połączenia z jakąś miłą osobą.
I teraz działo się to samo.
Pierwszą oznaką na to, że został brutalnie wyszarpany ze swojego snu i przeniesiony do umysłu Voldemorta było pieczenie blizny, której nawet nie mógł rozmasować, sparaliżowany strachem przed tym, co znowu zobaczy. Ból nigdy nie trwał długo, a przynajmniej do momentu, gdy Harry w końcu się poddawał i już dłużej nie walczył z połączeniem. Wtedy to pojawiał się przed nim rozmazany obraz, jakby patrzał na świat bez swoich okularów, ale to również nie trwało długo, gdyż po kilku mrugnięciach jego oczy przyzwyczajały się do niecodziennej sytuacji- bądź co bądź współpraca z gałkami ocznymi największego czarnoksiężnika w dziejach historii, musiało być ogromnym szokiem dla niewinnych oczu Pottera.
Harry nie rozumiał wizji, w którą został wrzucony. Znajdował się w okropnie zapuszczonej, mugolskiej sypialni (a przynajmniej tak wydedukował, nie widząc w wystroju pokoju żadnych magicznych przyrządów). Pośrodku pomieszczenia stało małżeńskie łoże, oświetlone blaskiem księżyca, wpadającym przez ogromne, otwarte na całą szerokość okno. Na jasnej pościeli leżało długie cielsko węża(Harry dałby sobie głowę uciąć, że liczyło co najmniej dwanaście stóp długości!), który bezskutecznie próbował odpełznąć od Harry'ego- a raczej Voldemorta- z powodu, no cóż, ewidentnie połkniętego w całości człowieka. Potter dokładnie widział każdy szczegół ciała pożartego nieszczęśnika!
-Nagini, powtarzam ci ostatni raz: wypij to!- wysyczał żądająco-rozkazującym tonem, machając przed nosem węża ciemną buteleczką. Harry nie miał dużego pola manewru, gdyż nie mógł wpływać na ruchy ciała Voldemorta, ale kątem oka dostrzegł etykietkę, przyklejoną do szkła: "olej rycynowy", głosił napis i Potterowi od razu przypomniał się poranek, gdy Dudley miał problem z wypróżnianiem i ciotka Petunia postanowiła wspomóc go nieinwazyjnymi sposobami.
Wężyca wystawiła ostrzegawczo kły, kiedy blada dłoń Voldemorta zbyt blisko znalazła się jej głowy.
-Nagini...- Szept Voldemorta brzmiał niezwykle słodko, gdy zniżył się na wysokość oczu węża. Oczywiście to był podstęp. Harry czuł gniew czarnoksiężnika, który teraz był również i jego gniewem.-...miła pani w aptece przyrzekła mi, że to wcale nie jest takie obrzydliwe. No dalej, wypij to.
-Nagini nie będzie piła obrzydliwych, mugolskich specyfików!
Z gardła czarnoksiężnika wydobył się wściekły warkot, przypominający ryknięcie lwa.
-Nagini, musisz mi go zwrócić!- warknął, waląc pięścią w tapczan, z którego uniosły się pyłki kurzu.
-Nagini nic nie będzie zwracała! Nagini jest wężem, a węże nie oddają tego, co już zjadły!
-Nagini, załatwmy to jak dwoje rozsądnych ludzi...- Voldemort westchnął, siadając obok węża. Harry musiał przyznać, że łóżko było niezwykle wygodne, nie takie jak to, na którym zmuszony był spać w domu wujostwa.-... Jak mężczyźni. Ty wyplujesz truchło tego parszywca, a ja wspaniałomyślnie wybaczę ci wcześniejsze sprzeciwy i nie zrobię z ciebie wężowego dywanika.
Wąż spojrzał na niego, ze łzami w oczach.
-Pan nie kocha Nagini!- wężyca wysyczała, teraz już na dobre tonąc w łzach.- Nagini nic nie znaczy dla Pana!
Voldemort zmrużył oczy, posyłając jej lodowate spojrzenie, które mogłoby zatrzymać bicie serca każdego idioty, który ośmieliłby się doprowadzić go do takiego poziomu furii. Harry naprawdę zaczął żałować biednego węża.
-Na różdżkę Salazara, wypij to!- Czarnoksieżnik rzucił się na gada, przyszpilając go do tapczanu. Gibkie ciało wiło się pod ciężarem mężczyzny, lecz osłabiona trawieniem wężyca nie miała szans ze wściekłym Voldemortem. -Oddawaj Glizdogona, ty niegodziwa bestio!
Nagini zaczęła wrzeszczeć, przerywając krzyk tylko wtedy, gdy buteleczka z olejem zbyt blisko znajdowała się jej paszczy.
-Mordują! Mordują!- zaczęła jeszcze raz, gdy udało jej się wytrącić specyfik z rąk czarnoksiężnika. -Oprawca! Nagini wyjedzie do Brazylii i niegodziwy Pan będzie sam i wtedy poczuje, jak bardzo brakuje mu Nagini! Ale Nagini nie wróci!
-Nie stać cię na bilet...z resztą jak zamierzasz się tam udać? Nie uda ci się tam dopełznąć, bo sama nie pokonasz mórz i oceanów, a do żadnego transportu cię nie wpuszczą. Sama widzisz- jesteś skazana na moją łaskę. A teraz otwieraj paszczę!
Szczęka węża zacisnęła się w uporze, nie dając się rozewrzeć. Gniew Voldemorta dosięgał już wyżyn.
-Dobra, zrobimy to innym sposobem- wysapał, ześlizgując się z ogromnego cielska. Przez chwilę mężczyzna leżał na łóżku, wyrównując oddech i uważnie obserwowany przez podejrzliwego gada. Kiedy jego oddech był już spokojny, a wściekłość przerodziła się w rezygnację, spojrzał w oczy Nagini, gotowy się targować. -Jeśli go wyplujesz...pozwolę ci zjeść mugolskie dziecko.
Wężyca poderwała trójkątną głowę ze śliskiej pościeli i z uśmiechem otarła język o policzek Pana.
-Nagini z największą chęcią spełni prośbę Pana!
Harry jeszcze poczuł niewielką radość, rodzącą się w Voldemorcie, po usłyszeniu zgody węża, gdy nagle obudził się w swoim pokoju na Privet Drive 4. Jego blizna na czole bolała, choć nie był to ból tak silny jak za pierwszym razem, dlatego rozcierał ją przez kilka minut, próbując przypomnieć sobie każdy szczegół wizji. Chyba wizji. To co widział, było tak surrealistyczne, głupie i pozbawione strasznego mroku, który zawsze towarzyszył osobie Voldemorta, że Potter od razu odsunął od siebie myśl, że ponownie połączył się z czarnoksieżnikiem. Nie, to nie była kolejna wizja, tylko sen. To musiał być sen.
Harry jeszcze nigdy w życiu nie śnił takich absurdów. Nie wiedział tylko, że to wszystko działo się naprawdę.
oooo
Voldemort obserwował ze znużeniem jak Nagini z marnym skutkiem próbuje zwymiotować trupa animaga, który z godziny na godzinę był coraz skuteczniej rozkładany przez kwasy jej żołądka, a to nie oznaczało nic dobrego dla czarnoksiężnika- jeśli chciał dowiedzieć się, co podał mu Glizdogon, potrzebował jego nienaruszony mózg, żeby odczytać ostatnie wspomnienia nieboszczyka. Każde uszkodzenie delikatnej tkanki mózgu zwiększało prawdopodobieństwo niepowodzenia zaklęcia...którego z resztą najprawdopodobniej nie był w stanie rzucić, bo jego moc po prostu wyparowała. A tak dokładniej to skumulowała się w jednym miejscu jego rdzenia magicznego i nie chciała wypełnić całej jego długości, przez co pozbawiony był możliwości użycia czarów.
To go niepokoiło.
Bez magii jego wielkie plany nie mogły zostać zrealizowane, gdyż bez niej był tylko nastoletnią kopią samego siebie...a raczej swoją charłaczą alternatywą, bo w przeszłości, jako nastolatek, wcale nie był znowu nikim. Nie wiedział czy i kiedy jego magia powróci. Niby wciąż znajdywała się w jego ciele, ale nie rozumiał jej postępowania. Dlaczego się skryła?
Miał kilka teorii, bardziej i mniej prawdopodobnych, i jak na razie tylko jedna odpowiedź wydawała mu się oczywista: utrata zdolności magicznych musiała być spowodowana szokiem rdzenia na szybki wzrost ciała. Jego magia nie miała po prostu czasu na dostosowanie się do nowego naczynia, gdyż w naturze ciało czarodzieja latami przemienia się z niemowlęcia w dorosłą wersję, a on przeżył ten kilkunastoletni okres dojrzewania w przeciągu kilku minut. Oczywiście Voldemort wolał to ciało od bezsilnego wraku, którym stał się po nieszczęsnej, październikowej nocy w Dolinie Godfryka, trzynaście lat temu, ale również wolał ciało z możliwością używania magii. Był w końcu czarnoksiężnikiem!
Nagini po raz kolejny czknęła ciężko, po wypiciu dwudziestej buteleczki z olejem rycynowym.
-Nawet nie waż mi się tu teraz biadolić: skoro dałaś radę go połknąć, to teraz dasz radę go zwrócić- warknął, widząc, że chciała coś powiedzieć. Cała ta sytuacja nie miałaby miejsca, gdyby choć przez chwilę go słuchała i raczyła zrozumieć różnicę pomiędzy szczurem a animagicznym szczurem, co tłumaczył jej, gdy Glizdogon zaczął się nim opiekować.
Przez ciało wężycy przeszły kolejne skurcze, zapowiadające wymioty. Świetnie, pójdzie szybciej niż wcześniej szacował.
Nagini zaczęła coś mamrotać o brutalnych czarnoksiężnikach, gdy nagle przez otwarte okno wleciała jarzębata sowa, kurczowo ściskająca w dziobie purpurową kopertę. Voldemort zmarszczył brwi. Zdecydowanie żaden list nie powinien być tu dostarczony. Jeśli ten idiota Barty chciał się w ten sposób z nim skontaktować...Nagini wzdrygnęła się, gdy zobaczyła żądzę mordu w jego oczach.
-Otaczają mnie sami idioci-wymamrotał, podchodząc do sowy, która z ciekawością przyglądała mu się z parapetu.
Wyrwał list z dzioba sowy i rozerwał go niecierpliwie, przygotowując się na najgorsze wieści od swojego sługi...jednak jego zapał od razu zniknął, gdy zobaczył logo Ministerstwa Magii na samej górze papieru. O Merlinie...
Nagini położyła łeb na jego kolanie, gdy czytał kolejne, pompatyczne słowa jakieś ministerialnej urzędniczki.
-Nagini...- szepnął, czując jak siły opuszczają całe jego ciało.- Musimy natychmiast uciekać.
Tak, jestem świadoma, że węże nie płaczą i że Voldemort nie był takim idiotą, na jakiego charakteryzuję go w tym opowiadaniu. Ale przecież ostrzegałam w opisie, żeby nie brać tego tekstu na poważnie :)
