Rozdział II

Harry zamknął za sobą drzwi sypialni i ruszył do salonu rodziny Blacków. Właśnie tam miał się zjawić dokładnie za dwadzieścia minut od czasu powrotu z ulicy Pokątnej. Minęły ażdwadzieścia dwie minuty, ale już nic na to nie poradzi. Po prostu za długo myślał o bieżących i nadchodzących sprawach. Wziął prysznic i przebrał się w wygodniejsze ubranie - za duży, wyblakły granatowy t-shirt i spadające z tyłka jeansy — taka „mała" pamiątka po jego szanownym kuzynie.

Gdy w końcu trafił do pokoju, zachwycił go widok rodem z mugolskiego filmu familijnego. W pomieszczeniu oprócz świec, palił się również ogień w kominku, z którego można było usłyszeć charakterystyczne odgłosy żarzącego się drewna. Obrazu dopełniał stolik, przy czarnej, skórzanej kanapie, na którym znajdował się talerz pełen kanapek oraz dwa kubki z mlekiem. Na wspomnianej kanapie wygodnie siedział Syriusz, który zobaczywszy chrześniaka poklepał miejsce zaraz obok siebie.

— Spóźniony! Może zamiast okularów, powinien kupić ci zegarek, hmmm?

— Nie, okulary są idealne. — Harry zajął wskazane miejsce i z uśmiechem na twarzy chwycił za kanapkę z wędliną. — Wow, Syriuszu, jestem głodny, ale kto to wszystko zje? Może mogliśmy zabrać Rona ze sobą. Chociaż… nie jestem pewien, czy wtedy by nam coś zostawił.

— Spokojne młody, mamy cały wieczór i pół nocy. Chyba, że zanudzę cię na śmierć i mi tu zaśniesz. – Łapa mrugnął figlarnie, a Harry parsknął śmiechem.

— Jasne, jak gdyby przynudzanie i Huncwot miało cokolwiek wspólnego.

— Och, dziękuję, że doceniasz moje zdolności. A teraz trzymaj! — Syriusz podał chłopakowi obiecany wcześniej album szkolny.

Młodszy czarodziej zawahał się. — Mogę?

— No jasne, a po co ci go daję? Wiesz, oprócz nas, jest tam sporo innych uczniów, cali ci Puchoni i Krukoni. No tak, jeszcze te obślizgłe kreatury ze Slytherinu. Hmmm… co jeszcze… Składy drużyn Quidditcha z różnych lat i jakieś tam inne ugrupowania. Wiesz, twoja mama - Lily, była dobra z, o zgrozo, eliksirów, więc zapraszana była na ten cały ekskluzywny balik u Slughorna. — Zatrzymał się na moment, by dodać: — Przeglądaj sobie aż nie natrafisz na prawdziwe gwiazdy, wtedy pytaj o co chcesz.

— Haaaa… Znaczy się: na ciebie, co Syriuszu? — Harry w końcu otworzył album „Hogwart, lata 1971-1978". Fotografie były mugolskie, co go zaskoczyło.

— Śmiesz wątpić? A no tak, przecież przy pańskiej gwieździe, Harry Jamesie Potterze, tak słabo lśniąca nie może się równać…

Chłopiec-Który-Przeżył nie odpowiedział na zaczepkę, wciągnął się w oglądanie twarzy młodych czarodziei.

Uśmiechnął się do siebie oglądając roczniki Huffelpuffu.

Zaraz widać, że to Puchoni — same szczere i sympatyczne twarze. Tak samo jest i dzisiaj. Chociaż z drugiej strony nie znam ich za dobrze i polegam tylko na przekonaniu, że każdy Puchon jest przyjazny…

Zaraz, zaraz: Gryffindor!

„James Potter"

Dzięki za tę czuprynę na głowie!

— Jest i nasz Rogacz! Jesteś taki podobny, Harry! Wspaniały przyjaciel…

Harry oderwał się od zdjęcia ojca.

— Szczerze to oprócz tego czegoś na głowie i okularów, nie widzę podobieństwa. Dumbledore kiedyś mi powiedział, że tylko na pierwszy rzut oka wyglądam jak James.

— Staruszek chyba ma problemy ze wzrokiem, no popatrz na tego przystojniaka na zdjęciu!

— Że niby sugerujesz, że jestem takim samym przystojniakiem…? — zakpił.

— Bo mi oceniać facetów, weź przestań! Chociaż dwa zdjęcia dalej, jest takich dwóch, którzy olśniewają swoją urodą…

Młodszy czarodziej powrócił do albumu, by tak jak sądził, zobaczyć młodych – Syriusza i Remusa.

— Bo ja wiem…? — Przerwał i uśmiechnął się szeroko. — Jacyś tacy…

— Ty, młody! Musisz wiedzieć, że byłem całkiem popularny u dziewczyn. No może nie tak, jak Złoty Chłopiec w dzisiejszych czasach, ale…

— Cholera, chyba nie wierzysz w te bzdury wypisywane w prasie? — Mówienie o jego sławie, a raczej o sławie Chłopca-Który-Przeżył, irytowały go od zawsze.

— Nie wkurzaj się tak, młody. Drażnię się z tobą… A może masz kogoś konkretnego na oku? Ron już sobie znalazł pannę, nie możesz być gorszy, o nie!

— Nie, nie mam. I wybacz, ale z nikim, a tym bardziej z Ronem, nigdy nie rywalizowałem o dziewczyny.

— Dobra, dobra. Rozumiem. Nie masz ochoty rozmawiać o tych sprawach ze starym ojcem chrzestnym… — Szturchnął go w ramie.

— Nie ma tych spraw, Syriu… — zawahał się, gdy przewracając kartki natrafił na roczniki Slytherynu. Konkretniej na znajomego czarnowłosego Ślizgona.

— SMARKEUS! I o to jest nasz Snape, a raczej obślizgła kreatura. W tym momencie dobrze, że to nie magiczne fotografie. Jeszcze by nas zabił wzrokiem…

— Weź przestań… — zdołał wyszeptać Harry, nie mogąc oderwać się od fotografii. Niby nie magiczna, a zdołała niemalże zahipnotyzować młodego Pottera.

Snape, nastoletni Severus Snape. Już wtedy miał ten szydzący wyraz twarzy i przeszywające oczy, jakby wiedziały o tobie wszystko. Chyba wtedy jeszcze nie umiał Legilamencji, co? Nie zmienił się jakoś drastycznie, oprócz zmian oczywistych - wywołanych biegiem lat. Hehe, nie odważyłbym się tak na niego gapić teraz, o nie! Pewnie już zdążyłby mnie kilkakrotnie przekląć, a ja… Nie zauważyłbym tego. Jak można coś zauważyć patrząc na te ciemne jak węgle źrenice?

— Ziemia do Harry'ego!

Potter zdołał w końcu oderwać wzrok, chociaż zdawał się to robić niezbyt chętne.

— Co jest, Syriuszu?

— Ufff, już myślałam, że Smarkerus jakoś zdołał cię spetryfikować… Chociaż nie, dla niego Petrificus Totalus to zbyt pospolite zaklęcie…

— Łapo daj spokój… Snape, to Snape, ale bez przesady.

— Masz rację, on tylko w gębie jest mocny, a jak przychodziło co do czego… hehehe.

— Wiesz, was było czterech, nie ma co się przechwalać…

— No co ty! Harry! Daj spokój, to tylko Snaaaaape.

O matko, błagam. Tylko nie mówmy o tym.

— Dobrze Łapo, nie rozmawiajmy o nim… O! W końcu Quidditch… Co to za modele mioteł?

Najpopularniejszy sport w świecie magii, okazał się być odpowiednim zagadnieniem, by zmienić temat ich rozmowy. I tak o to Harry otrzymał streszczenie najbardziej pamiętliwych pojedynków ze Slytherynem, które zawsze, ale to zawsze (według byłego zawodnika) kończyły się zwycięstwem Lwów. Powodem był nie kto inny, jak ich szukający - James Potter. Mówiono, że już wtedy był na poziomie zawodowców i bez problemu dostałby się do czołowej drużyny.

— Twój ojciec, zawsze chciał być aurorem, później członkiem Zakonu Feniksa, rzecz jasna. Wierzył i walczył dla jasnej strony. James był wielkim czarodziejem i dobrym człowiekiem. Byłby z ciebie cholernie dumny, Harry!

Dumny? Chciałbym w to wierzyć.

— Ja… nie pamiętam. Znam go tylko z opowieści. Jednak… czuję, albo tylko mam taką nadzieję, że mnie kochał, to znaczy kochali, mama też. Wiesz, tak jak rodzicie kochają syna.

— Oczywiście, że tak! — Zerwał się Syriusz i kontynuował: — Harry, tak szczerze, James zmienił się już gdy zaczął chodzić z Lilly. Jednakże to, jak TY go zmieniłeś, to już zupełnie inna sprawa! Taki ojczulek się z niego zrobił, że nie mogłem się powstrzymać by się z niego nie naśmiewać! — Kończąc to, głośno się roześmiał.

Harry nie mógł nic poradzić na ciepło jakie zagościło w jego sercu. Prawdziwa rodzina, coś czego zazdrościł Ronowi, miał ją przez rok swego życia. Gdyby chociaż zamiast Dursley'ów to Łapa, albo Lunatyk się nim zajęli. Jak wyglądało by jego życie z dala od Privet Drive?

Rozmawiali tak jeszcze przez chwilę, gdy w kominku pojawił się zielony płomień przynosząc zapieczętowany list. Obaj spoglądali na siebie zaskoczeni, aż w końcu Harry sięgnął po kopertę.

— Do Ciebie, Syriuszu. Spodziewałeś się listu?

— Nie, ale to wygląda na robotę Albusa… *Finite Sigillum* — Starszy czarodziej uważnie czytał treść listu, a gdy tylko odczytał inicjały nadawcy papier zapłonął.

— Coś się stało? Dlaczego nic nie mówisz? — Sytuacja zaniepokoiła młodego czarodzieja.

— Nie wiem — odpowiedział wciąż zamyślony Black.

— Jak to? Proszę, jak coś się wydarzyło to po prostu mi powiedz…

— Harry, cholernie mi przykro, ale wzywają mnie. Jutro muszę się stąd wynosić.

— Dlaczego? Syriuszu, proszę!

— Spokojnie Harry, nic się nie stało. Pewnie Zakon potrzebuję węchu Łapy. I chociaż jest to kurewsko irytujące, mam nadzieję, że to rozumiesz.

— Tak, rozumiem. Ale chciałbym wiedzieć co się dzieje! Wiesz, cała ta wojna trochę mnie dotyczy…

— Wiem tyle co ty Harry. Teraz chodźmy spać. Ach, i jutro ktoś mnie zastąpi. – Ostentacyjnie zakończył temat i wstał z kanapy.

Harry zrobił to samo mrucząc:

— Merlinie, nie potrzebuję niańki…

Syriusz skomentował marudzenie chrześniaka szczerym uśmiechem. Oboje skończyli w ojcowskim uścisku z obietnicą, że Łapa spróbuję odwiedzić Harry'ego w Hogwarcie.


Potter obudził się gwałtownie, dusząc w sobie krzyk. Ta noc zdecydowanie nie należała do przyjemnych. Najpierw nie mógł zasnąć, myśląc o sprawie wezwania Syriusza, by później sen nie przyniósł upragnionego ukojenia. Objęcia Morfeusza przywitały go serią koszmarów — to przecież nie pierwszy raz i powinien być przyzwyczajony. Jednakże ta noc była najgorsza ze wszystkich, odkąd spał na Grimmuald Place. Senne mary tak realistyczne, że gdyby nie były o wydarzeniach z przeszłości, pomyślałby, że to kolejna wizja.

Gdy doszedł w końcu do siebie, zorientował się, że zegar wskazuje godzinę 11. Co oznaczało, że nie pożegna ponownie Syriusza, który miał aportować się z samego rana.

Długi, na przemian gorący i lodowaty prysznic, zdołał go rozbudzić. Dopiero głośne burczenie w brzuchu zmobilizowało go do wyjścia z łazienki. Szybko więc zbiegł do kuchni, planując jaki posiłek sobie przygotuje. Mógł poprosić Zgredka o co tylko chciał, ale gotowanie dla siebie dawało mu poczucie samodzielności. Coś co kiedyś było smutnym obowiązkiem, stało się czynnością, która go w pewien sposób relaksowała.

Teraz zjem tosty z dżemem — tak tylko by zaspokoić głód. Jest już późno, więc chwilę później wezmę się za obiad. Chyba będę musiał zrobić coś dla dwóch osób, nie wiem kiedy ta moja aurorska niańka się zjawi. Mam nadzieję, że to nie będzie Tonks, po dzisiejszej nocy, raczej nie mam ochoty na żarty i psikusy.

W międzyczasie czajnik dał sygnał, że woda na herbatę się zagotowała. Zalał więc dzbanek, wziął swój kubek z herbem Armat z Chudley i zasiadł do posiłku. Dopijał ciepły napój, gdy kominek podłączony do sieci fjuu, dał o sobie znać. Zaniepokoiło to młodego Gryfona, szybko więc zaczął analizować sytuację.

Ktoś miał tutaj przybyć, ale nikt wcześniej nie dostawał się tu przez sieć fjuu. Kominek zdaje się być podłączony tylko do Hogwartu, ewentualnie do innych kwater Zakonu Feniksa… Ale bo ja wiem? I dlaczego jeszcze ten ktoś nie krzyczy, że przybył? To na pewno nie Tonks - ona już by się darła… Cholera, za długo myślę!

Nie zastanawiając się dłużej, chwycił za różdżkę i powoli ruszył w stronę salonu. Zawahał się przed drzwiami, ale w końcu otworzył je gwałtownie i wskoczył uzbrojony do środka. Nie został przywitany serią klątw, co go trochę uspokoiło.

— Potter!

Harry nie zanotował odgłosu tajemniczego gościa i zaczął go mierzyć wzrokiem.

Ubrany był w ciemne skórzane buty i mugolskie granatowe jeansy. Oczy patrzyły coraz wyżej, by ujrzeć czarną, opinającą dość szerokie barki koszulę.

Wysoki, szczupły mężczyzna. Och i czarnowłosy i… SNAPE?

— Potter, idioto! Opuść już tę różdżkę, jakbym przybył tu z polecenia Czarnego Pana już tysiąc razy zdążyłbym cię przekląć!

Automatycznie schował różdżkę do kieszeni. Sytuacja była dla niego czysto abstrakcyjna. Snape w jego salonie, Snape w mugolskim ubraniu! Ciągle spoglądając na profesora, obalił własną teorie na temat niemożliwości otwartego analizowania wyglądu czarodzieja.

— Potter, mówienie może być dla ciebie tak samo ciężkim zadaniem jak myślenie, więc po prostu: Przestań. Się. Gapić!

— Ekhm – zdołał wydukać. — Prof… Profesor Snape!

— Naprawdę, Potter? Jak zawsze elokwentny.

— Przepraszam. Nie wiedziałem, że pan przybędzie, profesorze. Eeee… Wcześniej nikt nie korzystał z kominka… oprócz przesyłania paczek i listów. Więc…. — Czując się zażenowanym, podjął próbę wytłumaczenia swojego zachowania.

— Dobrze, panie Potter, że nie zakładasz, że jesteś całkowicie bezpieczny nawet tutaj… Jednak ktoś, kto byłby wstanie obalić zaklęcia nałożone na ten dom, musiałby być potężnym czarodziejem.

— Ja wiem, że….

— Cisza! — Zamachnął się Snape. — Zapewniam pana, panie Potter, że pańska żenująca akcja skończyłaby się dla całego czarodziejskiego świata tragicznie. Ich bohater skończyłby gorzej niż marnie.

— Przepraszam, profesorze. Eeee… tak.

Parsknięcie.

— To znaczy, że to pan tu zostaje do końca wakacji… — Harry chciał zmienić temat.

— Merlinie, Potter! Chyba nie myślisz, że wpadłem tu na herbatę?

— Przecież wiem! Syriusz wspominał, że kogoś tu przyślą.

— Skoro, twój ukochany kundel ci wspominał, to po co oznajmujesz oczywiste? – ton profesora wskazywał na bardzo wysoki poziom jego irytacji.

— Przepraszam. Yyy.. to może zaprowadzę pana do pokoju gościnnego?

— Znam drogę, więc jak mi łaskawie pozwolisz sam się ugoszczę.

— Oczywiście!

Snape uniósł swój kufer w powietrzu i ruszył w kierunku wyjścia.

— Ja będę w kuchni w razie, gdyby… gdyby czegoś pan potrzebował… Yyy, zrobię obiad i… zawołam pana…

Pierdolę, co ja ględzę!

— Mam spodziewać się trucizny? — Odwrócił się na moment, posyłając Harry'emu kpiący uśmieszek.

Ten jednak zdołał tylko szeroko otworzyć usta, by nie wydając z siebieżadnej odpowiedzi, zamknąć je ponownie.

Głośnym parsknięciem Mistrz Eliksirów definitywnie zakończył ich konwersację i ruszył ku swojej tymczasowej sypialni.

Harry stał oszołomiony na środku salonu, jeszcze nieświadomy, że miał na sobie tylko dresowe spodnie.


*Finite Sigillum* - skończenie pieczęci.