Rozdział I

Brewerie i uprzedzenie

Pokój wspólny Gryfonów był puściuteńki, większość uczniów młodszych klas leżała już w łóżkach, zaniechawszy nauki. Ron i Harry najchętniej uczyniliby to samo, ale Hermiona nie dawała im spokoju, a więc siedzieli i kuli, by uzyskać z NUTEK (Nieludzko Utrudniających przeTrwanie Egzaminów Końcowych) jak najlepsze oceny, czego Ginny za Chiny nie mogła pojąć. Nie wyglądało też na to, by chłopcy rozumieli, po co im to wszystko, ale przyzwyczaili się już dawno do robienia tego, co kazała Hermiona, bo w końcu wychodziło na jej.

Ginny natomiast większość dnia spędziła na przekonywaniu siebie samej, że to będzie szaleństwo, tak podejść do Dracona Malfoya i zaproponować mu swoje niewolnicze usługi. Nieważne, ile razy nie wyobrażała sobie tej sytuacji, była pewna, że cena taka jak ta, płacona tylko za dostatnie dorosłe życie, jest trochę za wysoka, ponieważ poniżenia, na jakie będzie wystawiona, już jej nic nie wynagrodzi.

Skończyło się na tym, że zaczęła sobie wmawiać, choć na próżno, że właśnie teraz wróci do Bractwa i wymówi się z członkostwa.

Wcale go nie potrzebuję, powtarzała. Mam rodzinę, jestem zdrowa i nie wcale nie potrzebuję Dracona Malfoya.

Jej uwagę zwróciło głębokie westchnięcie Hermiony.

- Widzę, że bardzo chcecie dostać O z Transmutacji, co? - powiedziała. - Bo zanosi się na to, że dostaniecie, jeśli będziecie dalej tak pracować.

- Hermuń - odparł cierpliwie Harry (Ginny była pewna, że próbował być cierpliwy, nawet jeśli mu trochę nie wyszło). - Uczymy się już od ośmiu godzin i...

- I będziemy się uczyli kolejne osiem, dopóki mnie nie przekonacie, że jesteście już chociaż w połowie przygotowani do egzaminów! - wyjaśniła Hermiona.

- My to po prostu mamy głęboko w dupie - jęknął Ron. - To tylko ty masz obsesję na punkcie tych głupich NUTEK.

- One nie są głupie, Ron - odparła urażona.

- Po co zacząłeś? - syknął Harry do przyjaciela.

- Każdy dzień, mało, każda lekcja, na której siedzimy tu, w Hogwarcie, jest czasem straconym, jeśli mamy nie zdać z pozytywnym wynikiem NUTEK - ciągnęła dziewczyna.

Ron spojrzał na nią spanikowany.

- Hermiono, sorry, nie chciałem...

- Trochę więcej szacunku dla nauki - pouczyła go. - Myślisz, że dobra robota z nieba ci spadnie?

- No cóż, gdyby się tak zapisać do drużyny Quidditcha, to by można powiedzieć, że...

Ginny spróbowała się nie zaśmiać, a Harry zdążył ugryźć się w język akurat w momencie, kiedy Hermiona spojrzała na niego rozeźlona. Dwoje rudzielców i brunet odwrócili twarze, nie chcąc jej zranić, ponieważ jej gadka nie odniosła na nich żadnego skutku.

- Jak dobrze, że ja mam egzaminy dopiero za rok, - stwierdziła Ginny, odchrząkując, by ukryć tkwiący w jej gardle śmiech.

- Szczęściara - potwierdził nieuważnie Ron.- Za to w tym nie ominie cię łażenie po lesie i szukanie czegoś.

- Ron! - wysyczała Hermiona.

- Co? Oj! - odwrócił się do Ginny. - Głupoty gadam, nie słuchaj.

Dziewczyna chciała już zapytać, co to ma znaczyć, kiedy to Hermiona wydała z siebie urwany krzyk, zwracając na siebie uwagę wszystkich w pokoju. Spoglądała na kawałek pergaminu.

- Co to? Coś się stało? - zapytał zestresowany Harry.

- Och, niech diabli wezmą tego obrzydliwego... śmierdzącego... albinosowatego trolla! - krzyknęła Hermiona.

- Co się tak drzesz, kobieto?- zaciekawił się Ron.

- Parvati Patil przesłała mi liścik na Numerologii - odpowiedziała Hermiona, a jej głos graniczył ze szlochem.- Nie przeczytałam go na zajęciach, bo wiecie, co myślę o takim sposobie kontaktu.

- Tak, kochanie, - wymamrotał Harry, wiedząc bardzo dobrze, co jego dziewczyna uważa o zajmowaniu się na lekcjach czymś innym niż nauką.

- I co ci napisała? - spytał Ron, wpychając sobie do buzi Czekoladową Żabę, którą ostatnio kupił w Hogsmeade.

- No... przez to nieporozumienie w chłopięcej łazience w zeszłym tygodniu... (Ginny nie wiedziała, co się tam stało i do jakiego nieporozumienia doszło - wyjaśnijmy więc, że w zeszłym tygodniu Hermiona wślizgnęła się tam naga, by zaskoczyć kąpiącego się Harry'ego. Natomiast w żadnym wypadku nie pragnęła spotkać Neville'a Longbottoma, który, zastawszy ich w chwili miłosnego uniesienia, zaczął się drzeć jak panienka na całe gardło - ale miała przeczucie, że Hermiona przeszła z tym czymś do porządku dziennego i nie uważała tego za coś niezwykłego)... Ten baran... Ten debil, Draco Malfoy zaczął... Zaczął mnie nazywać...

Wyglądała, jakby za chwilę miała się rozpłakać.

- Jak cię zaczął nazywać? - Ron miał morderczy wyraz twarzy. Z drugiej strony, on zawsze tak wyglądał, gdy tylko ktoś wspomniał o kimś z tej znienawidzonej przez niego rodziny. Ginny miała ochotę zapaść się pod ziemię.

- Hermuń - ponaglił ją łagodnie Harry.

- ZDZIRMIONA! - wykrzyknęła Hermiona. - Wystarczy? Dumny z siebie jesteś? Woła na mnie Zdzirmiona! I wygląda na to, że się przyjęło, bo Parvati usłyszała to od jakiejś Puchonki z szóstej klasy.

- Och, Hermiono - mruknęła Ginny ze współczuciem.

Czy to znak? zastanowiła się. Malfoy był tak okrutny, tak małostkowy... jak gdyby robił tak tylko po to, by nie tracić wprawy. Czy cokolwiek - nawet zabezpieczenie własnej przyszłości - było na tyle warte, by poddać się tej torturze, której powinna?

- Zabiję go. - Oświadczył Ron.

- Och, i tak nic z nim nie zrobisz - zaszlochała Hermiona, po chwili dochodząc do siebie. Ginny uwielbiała taką postawę w Hermionie, nawet jeśli nie była zbyt zdrowa dla ducha.

Wygadało na to, że Harrym się tym bardzo przejął, ponieważ objął dziewczynę ramieniem i zaczął ją delikatnie głaskać po plecach. Ginny przygryzła wargę i odwróciła głowę. To, że już go nie chciała, nie oznaczało, że by nie pragnęła, by ją także tak kiedyś przytulił.

- Jeszcze tylko kilka tygodni, kochanie - próbował pocieszyć Hermionę, co ją od razu podniosło na duchu.

- Jakoś nie potrafię w to uwierzyć, Harry.

- W co? - zaciekawiła się Ginny.

- Wieją od nas - wyjaśnił Ron.

- Pierwsze trzy tygodnie wolności zamierzmy spędzić tylko we dwoje, - dodał Harry.

- Tylko jeszcze nie wiemy, gdzie się udamy, - powiedziała Hermiona.- Może do Włoch albo Hiszpanii.

- Fajnie by było, gdybyś z nami jechał, Ron - stwierdził Harry. Hermiona kopnęła go w nogę, po czym westchnęła, przesyłając Ronowi zrezygnowane spojrzenie.

- No jasne, że tak - odparła. - Komu by się chciało świętować tylko we dwoje?

- Dzięki. Wiem, że wam przykro, że nie mogę, nawet gdybym bardzo chciał. - Ron westchnął w sposób podobny do Hermiony. - Ale muszę natychmiast po skończeniu szkoły szukać pracy. Nie mam czasu na takie bumelanctwo jak wy, obiboki.

- Tak źle już jest u was? - zapytała Hermiona.

Ron przesłał Ginny spojrzenie.

- Gin, jakoś nie było okazji, żeby ci to powiedzieć. Mama pisał dziś rano.

- Co napisała?

- Tatę wylali z pracy - odparł z żalem. Ginny miała wrażenie, jakby ziemia się pod nią zapadła.

- O, Ron - jęknęła ze współczuciem Hermiona.

- To przez te jego mugolskie zabawki, których nie chciał się pozbyć - zaczął narzekać rudzielec. - A mama tyle razy mu mówiła, że przez nie się Ministerstwo do niego doczepi.

- Ale on uwielbia te mugolskie szpargały - zaprotestowała ponuro jego siostra, przygnębiona tym, że ich rodziciel stracił pracę... Jak to mogło się stać?!

- A teraz będzie musiał je uwielbiać z pieniędzmi Percy'ego, Billa i Charliego, którzy będą nam trochę co miesiąc przysyłać, żebyśmy z głodu nie pomarli - stwierdził gorzko Ron.

- Jesteś nie fair w stosunku do niego - uparła się Ginny. - Tata nie zrobił nic złego. To ktoś w Ministerstwie się uparł, żeby go wywalić.

- Czy jest coś... - zaczął Harry, a rumieniec ozdobił jego policzki.

Jego najlepszy przyjaciel zmusił się do uśmiechu.

- Nie musisz nic robić - upewnił go. - Weasleyowie są zbyt dumni, by żyć na czyjejś łasce. Poza tym, nic się nam nie stanie. Fred i George na pewno coś wysupłają od biednych durniów, którzy kupują u nich w sklepie wszystkie te śmieszne gadżety...

- Eee, Ron - przerwała mu hardo Ginny. - Bo wiesz, jeśli chodzi o ten sklep Freda i George'a...

- Gin - przestrzegł ją brat. - Dzisiaj już mi nie przekazuj takich wieści. Moje serce może tego nie wytrzymać.

- Wpadli w tarapaty - ciągnęła Ginny. - Postawili na jakieś wyścigi... chyba na zaklętych żab... No i...

- I co? - zapytał Ron.

- Stracili cała kasę, kiedy ich faworyt, Książę Skoczek wyłożył się na trzecim okrążeniu,- wydukała z siebie dziewczyna.

- Może my już pójdziemy... - zaczął nerwowo Harry.

- Tak, wygląda to na rodzinne porachunki. - Zgodziła się Hermiona.

- Siadać mi! - krzyknęli w tej samej chwili Ron i Ginny, po czym znów wrócili do gapienia się na siebie nawzajem.

- Czemu mi wcześniej nie powiedziałaś? - zapytał Ron.

- A ty od razu raczyłeś mnie uprzedzić o tacie? - z sarkazmem odszczeknęła.

- To co innego?

- Taa?

- Bo ja wiem dopiero od dziś - odpowiedział z triumfalnym uśmiechem.

- A ja od tygodnia - wymamrotała Ginny. - I obiecałam, że nic nikomu nie powiem. Mamie chcą sami wszystko wyjaśnić. Wybrali taki sposób, żeby im nie przysyłała Wyjca.

- No, teraz ich po prostu udusi.

- Zauważą, jak się po cichu zbierzemy? - wymamrotał Hermionie do ucha Harry.

- Nie trzeba - odezwała się Ginny ostrym głosem. - Ja już wychodzę.

I zanim Ron zdążył cokolwiek powiedzieć, Ginny wyskoczyła za portret Grubej Damy i już jej nie było.

Nie ma się co zastanawiać, pomyślała markotnie. Draco Malfoyu, oto nadchodzę.

Obserwowała go od ponad półtorej godziny.

Siedział na trawie wraz z dwójką swoich goryli i Ginny nie potrafiła oprzeć się zdumieniu, że oto wielki Malfoy pozwolił sobie ubrudzić swoją szatę. Nie spała całą noc, zastanawiając się, czy naprawdę powinna go zapytać, po czym doszła do takiej samej konkluzji jak uprzedniego wieczora, kiedy to opuściła Pokój Wspólny, zostawiając w nim Rona, Harry'ego i Hermionę. Musiała to zrobić.

Crabbe i Goyle wyglądali tak, jak zwykle, czyli niczym dwa Neandertalczyki. Mieli porozpinane szaty, jakby materiał nie mógł już więcej owinąć ich ogromnych cielsk. Malfoy leżał na trawie z twarzą skierowaną ku niebu i zamkniętymi oczami, a w świetle słońca jego blada cera niemal niczym się nie różniła od koloru jego włosów.

Malfoyowie byli kiedyś aniołami... Pomyślała bezwiednie. Upadłymi, złymi czy potępionymi, ale aniołami.

Był piękny, w takim sam sposób, jak piękne były marmurowe posągi w muzeach - zimne, nietykalne i doskonałe do granic absurdu. Dziwne było, że Draco sprawiał wrażenie kruchego jak szkło, które mogło rozprysnąć się przy najdelikatniejszym stuknięciu; w związku z tym Ginny zastanowiła się, czy potrafił być silny.

Chyba musi... jak się ma za ojca Lucjusza Malfoya, to raczej trzeba...

Pomimo że znała go od lat, nigdy nie przyłapała się na tym, że zaczyna o nim myśleć niemal non-stop, rzecz jasna pomijając wszystkie te przypadki, gdy obrażała go w myślach za to, że znieważył Rona, Harry'ego albo Hermionę. Po tym, jak zdeklarowała się wobec Bractwa, nie było chwili, kiedy by o nim nie pomyślała. Wyłącznie o nim. Za każdym razem, gdy zaczęła rozmyślać nad stanem jej rodziny lub bankructwem bliźniaków - wszystko sprowadzało się do niego. Jej przyszłość tkwiła w jego rękach, a jej nie starczało odwagi, by podejść do niego i zaoferować się jako jego...

Nagle odwróciła głowę od nudnego jak flaki z olejem trio. Przez ten cały numer z Bractwem zapomniała o jednym – jak, na miłość Godryka Gryffindora, ma ona przedstawić swoją propozycję Malfoyowi?!

Właśnie wtedy usłyszała, jak Crabbe i Goyle mamroczą coś do Dracona, na co on odrzekł...

- Dobra.

... po czym przestał zwracać na nią uwagę. O to jej właśnie chodziło - żeby tamte tłuki sobie poszły, zostawiając Malfoya samego. Żeby ona mogła do niego podejść.

Poczuła, że jest jej niedobrze.

- Wyłaź, kimkolwiek jesteś - przemówił znienacka, nie otwierając oczu ani nie przekręcając głowy. - Nie życzę sobie, żeby ktokolwiek mnie śledził.

Zamknąwszy oczy i odetchnąwszy głęboko Ginny postąpiła krok naprzód, modląc się w duchu o odwagę. Porzuciła cień, który opatulał ją bezpieczeństwem i stanęła tu przed Draco Malfoyem, po czym zaczęła się w niego wpatrywać

- Wcale pana nie śledzę, panie Malfoy - oznajmiła mu sztywno.

- Wcale się nie kryjesz w cieniu i mnie nie obserwujesz? - otworzył oczy i zmrużył je. - Weasley?

Wyprostowała się, po czym zmusiła do tego, by utrzymać tę pozycję. Nie będzie się przez niego garbiła. Przynajmniej nie od razu.

- Virginia Weasley - potwierdziła, patrząc na niego poważnie. Wyciągnęła do niego dłoń i poczuła się dumna z tego, że ręka jej się nie zatrzęsła.Uśmiechnął się kąśliwie.

- Nie pasuje do ciebie - odpowiedział bystro.

Zmarszczyła brwi, ciągle trzymając rękę przed sobą.

- Co takiego?

- Virginia - dodał. Czekała, aż nawiąże do tego, co jej nie pasuje, ale po chwili pojęła, że chodziło o imię.

- A co u diabła jest nie w porządku z tym imieniem? - spytała zakłopotana, opuszczając dłoń.

- No nic, - przytaknął.- Jeśli jest się osobą nudną, bez smaku i stylu i hipokrytką - zaklaskał nagle w dłonie, jak gdyby sobie coś przypomniał. - Och, ależ wtopa. Ty jesteś Weasley. Wybacz, Virginio. Do ciebie pasuje.

- Nikt nie mówi do mnie per „Virginio" - wyjaśniła, nie zastanawiając się nawet nad tym, co mówi. - Wszyscy nazywają mnie "Ginny".

Jego zadowolony uśmieszek doprowadzał ją do furii.

- A więc, Ginny, czego chcesz?

Śmierdzącej, odrażającej ROPUCHY.

- Potrzebuję twojej pomocy - odrzekła. - Pragnęłabym, by nasze stosunki istniały na poziomie czysto zawodowym, tak więc byłabym wdzięczna, gdybyś był tak uprzejmy i nazywał mnie po imieniu.

Przez moment wpatrywał się w nią zdziwiony, obejrzał się do tyłu, po czym znów spojrzał na nią. W końcu z powagą spytał:

- Czy to jakiś żart?

- Nie, to nie żart, - wyjaśniła, zaciskając zęby. - Bo ja... ja...

- Dalej, wyduś to z siebie - popędził ją, śmiejąc się cicho.

- Chciałabymżebyśsięzgodziłżebymprzezmisiącbyłatwojąniewolnicą - wypaliła, z nerwów nie rozdzielając słów. Malfoy zamrugał oczami, po czym wetknął palce do uszu i przetarł je. Podniósł się z wrażenia do pozycji siedzącej, kładąc ręce na kolanach i uniósł brew.

- To jakiś kawał - przemówił w końcu. - Szczerze mówiąc, w ogóle mnie on nie bawi, ale nigdy nie docierało do mnie poczucie humoru Weasleyów.

- To nie kawał! - krzyknęła.- To jest... nieważne, co to jest. Jestem twoja na cały miesiąc. Zrobię wszystko, co mi każesz, będę latała na posyłki, przepisywała ci notatki... wszystko.

Zastanowił się przez chwilę.

- A czemu mam się zgodzić?

Teraz to ona zamrugała oczami.

- Sorry, ale nie usłyszałeś kwestii pod tytułem "będę twoją niewolnicą"?

Przewrócił oczami.

- Wiem z doświadczenia, że z zasady nikt nie pozwala sobą pomiatać - nawet tymczasowo - bez dobrej przyczyny. Chcę, cholera, poznać twoje motywy, zanim się zgodzę na cokolwiek.

- No bo jest taki... - Myśl, Weasley, MYŚL! - KLUB! - wykrzyknęła, po czym odchrząknęła.- Jest taki klub, - odparła już normalnym tonem. - I oni tam chcą, żebym udowodniła jakoś swoje posłuszeństwo...

Oczy Malfoya się zaświeciły.

- Masz zrobić najobrzydliwsza rzecz, na jaką cię stać?

Poczuła się, jakby ktoś z niej spuścił powietrze.

- Dokładnie - przytaknęła nieszczęśliwie.

- Co umiesz? - zapytał. - Bo na co mi bezużyteczny niewolnik?

Ścisnęła usta i rozejrzała się, a jej wzrok utknął na jego załadowanej książkami tobie. Wyjęła różdżkę, wskazała na nią i wymówiła:

- Wingardium Leviosa Infinite Draco!

Plecak się uniósł, zawiesił Draconowi na ramieniu, po czym opadła, jak gdyby nigdy nic.

Chłopak spojrzał na nią skonsternowany, po czym w jego wzrok pojawiło się uznanie.

- Jakby nic nie ważył.

- Niezupełnie - odpowiedziała. - On się unosi kilka milimetrów nad twoim ramieniem, dlatego wygląda, jak gdybyś go miał na sobie.

- Dumbledore'owi nie podoba się, jak używamy zaklęć na takie głupoty, - odparł. Spojrzała na niego drwiąco.

- Profesorowi Dumbledore'owi nie podoba się też wyzysk człowieka przez człowieka, co nie oznacza, że go nie ma. To co, umowa stoi?

- Ale wszystko? - zapytał ponownie.

- No... bez żadnego zboczonego seksu - powiedziała bezmyślnie.

Zaśmiał się kpiąco.

- Och, a normalny może być w takim razie?

Poczuła, jak twarz jej się czerwieni z sekundy na sekundę. Powiedziała słowo "seks" przed Draco Malfoyem. A on przyjął to tak zimno, jak gdyby nic się nie stało. No jasne. Skoro on mógł, to czemu ona nie?

- Nie będę ci świadczyła usług seksualnych żadnego rodzaju - wyjaśniła dosadnie. Fakt faktem, że nie miała prawa robić mu żadnych zakazów, ale Draco przecież o tym nie wiedział.

- Dobra - zgodził się z zaskakującą łatwością. - I tak bym cię nie chciał.

Ogłuszyło ja to bardziej, niż myślała, ale nie dała tego po sobie poznać.

- A więc umowa stoi? - powtórzyła, tym razem bardziej nachalnie.

- Tak myślę - odrzekł nonszalancko. - Przyznaję, że nie wiem, co cię do tego skłania, Weasley, ale ja to robię tylko dlatego, żeby wkurzyć Pottera i twoje brata. Pomyślałaś chociaż, jak im to powiesz?

O. Mój. Boże.

Miał rację. Nie pomyślała o tym ani razu. No, jak ona to powie Harry'emu i Ronowi? Możliwe przecież, że jej brat zabije Dracona, a ją zawrzeszczy na śmierć. A Harry! Nie był pewna, co na to Hermiona, ale była też taka możliwość, że Hermiona by się wcale nie dowiedziała o wszystkim.

Nie namyślając się wiele, od razu odrzuciła pomysł, by im cokolwiek mówić - przecież nigdy nie zrozumieją, a nie chciała ich litości.

- Tak myślałam - zaczęła. - Mógłbyś zostać moim korepetytorem. Na przykład w eliksirach. Masz same dobre oceny z eliksirów.

- W tym się nie mylisz - odparł dumnie.

- I wiem, że nie idzie ci z zielarstwa - uśmiechnęła się złośliwie. - A NUTKI się zbliżają. Zostało ledwo dwa miesiące, żeby się pouczyć.

Nie odpowiedział jej nic, ale zauważyła, że oczy mu pociemniały.

- JA jestem dobra z zielarstwa - dodała.

Jeszcze bardziej zmarszczył brwi.

- Hermiona to nawet powiedziała, że jestem prawie tak dobra jak ona, kiedy...

- Do rzeczy, Weasley.

- Ty mnie poduczysz w eliksirach, bo cała szkoła wie, że mi zależy na dobrej ocenie z nich, a ja po cichu powtórzę z tobą zielarstwo. Nikt się o niczym nie dowie, ty zdasz śpiewająco egzaminy, a ja...

- Po co ci w ogóle przynależność do tego głupiego klubu? - zapytał nagle, patrząc na nią zakłopotany.

- On wcale nie jest głupi - zaprzeczyła z mocą i znów poczuła, że spiekła raka. - A w ogóle to ich potrzebuję. Nie każdy miał szczęścia na tyle, by urodzić się rozpuszczonym szczeniakiem w cholernie bogatej rodzinie. Niektórzy muszą się sami zatroszczyć o własną przyszłość.

- Owszem, służąc tym rozpuszczonym szczeniakom, którzy pochodzą z tych cholernie bogatych rodów - wytknął jej zimno.

Ginny miała ochotę skręcić mu kark, ale nie była pewna, jak by to przyjęło Bractwo, więc zamiast tego zacisnęła zęby i uśmiechnęła się szeroko i nieszczerze, po czym odetchnęła, by jej głos zabrzmiał łagodnie i uprzejmie.

- Dokładnie. Jak już wspominałam, byłabym niewysłowienie wdzięczna, panie Malfoy. Przedyskutujemy wieczorem szczegóły?

- Tak, po kolacji - zasugerował delikatnie. - Kolacji, którą sama mi przygotujesz i przyniesiesz do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Powodzenia w znalezieniu hasła. Nie wątpię, że taka profesjonalistka jak ty nie będzie z tym miała żadnych problemów.

- Przepraszam, szukam swojej dziewczyny... Takiej zdolnej, śliczniutkiej, która lubi się rządzić.

- Wynocha, Harry - wymamrotała do poduszki Hermiona.

- Wybacz, nie mogę - odrzekł, zamykając za sobą drzwi. - Tak było napisane w "Podręczniku Dobrego Chłopaka" - jeżeli porzucę cię w chwili, kiedy mnie najbardziej potrzebujesz, to mogą mnie wykopać przez okno.

Dziewczyna westchnęła.

- A tak nie wolno, co nie? No to chodź tu do mnie.

Wpakował się do niej do łóżka, jedna ręką objął ją za brzuch, a drugą zaczął gładzić o szyi w dół. Położyła swoje dłonie na jego i westchnęła z odczuwanej przyjemności.

- Jak tu szedłem, to sobie tak myślałem: Harry, pacanie, co się stało z tą twoją dziewczyną? Jest inteligentniejsza niż wszyscy ludzie na ziemi razem wzięci, jest tak seksy, że musi się ukrywać pod jakąś zgrzebną szatą szkolną, żeby jej nie porwali do jakiegoś haremu, - zaśmiała się cicho.- Została Prefektem Naczelnym i dostała własną sypialnię, dzięki czemu możesz do niej przychodzić, kiedy ci się podoba... a więc co ją trapi?

- Bardzo dobrze wiesz, co mnie trapi - mruknęła.

- Hermuń, przestań się martwić głupotami - Harry westchnął. - Stało się, ale wystarczy krótkie i bezbolesne zaklęcie wymazania pamięci i będzie koniec.

- Chyba, że wydarzy się kolejny skandal - odrzekła.

- A nawet jeśli... - dodał powoli. - To co z tego. A tak w ogóle, to słyszałem, ja inni - Dean Thomas i Seamus Finnigan uściślając - zamierzają nadać chłopięcej łazience nowe mino - Łazienka Hermiony Granger.

Hermiona jęknęła i ukryła głowę w poduszce.

- Jeszcze tylko siedem tygodni, - wymamrotał Harry do jej ucha.- Siedem tygodni zajęć i nieszkodliwego szeptania po katach i...

- Zdzirmiona wcale nie jest nieszkodliwa, - sprzeciwiła się.

- ... i będziemy wolni. - zakończył. - Zwiedzimy razem cały świat, spędzimy trochę czasu z twoją rodziną, wrócimy, posiedzimy troszkę u Weasleyów, a później...

Obejrzała się przez ramię, żeby na niego spojrzeć i przyciągnęła jego rękę do swoich ust, żeby go pocałować.

- Co później?

- Hmm... - mruknął, gładząc ją wolną i drżącą dłonią po ramieniu.- później... hmm... uwijemy sobie własne gniazdko?

Uśmiechnęła się lekko.

- Razem?

- Cóż... znaczy... no... tak.

- A może wolałbyś, żebyśmy żyli w grzechu? - zapytała, szczerząc zęby.

- Jasne, że nie! - wykrzyknął, ściskając nieznacznie jej ramię.

Obróciła się powoli, żeby spojrzeć mu w twarz i przyjrzeć mu się z bliska. Znów miał skrzywione okulary i znów nie mogła się nadziwić, jaki był piękny. Zawsze był słodki, typ faceta, którego chciałoby się wyściskać do momentu, aż nie opuści go cały smutek, jaki w sobie chował. Wyrósł na mężczyznę, a ona nadal była zdziwiona, kiedy.

Jakiś czas temu postanowiła, że musi się sama z niego wziąć.

Jeżeli się nie myliła, właśnie zamierzał poprosić ją o rękę.

- Jesteś przepiękna, wiesz o tym, prawda?

Nie, nie wiedziała, ale wierzyła w to za każdym razem, kiedy jej o tym mówił.

- Chciałbyś mnie o coś spytać, Harry? - wyszeptała.

- Moi rodzice... - przełknął ślinę. - Moim rodzicom było dane niewiele czasu, by mogli żyć razem, ale byli szczęśliwi. Bardzo, bardzo szczęśliwi - uśmiechnął się do niej. - Ja jestem szczęśliwy dzięki tobie, Hermuń. Nie chciałbym już przeżyć żadnego dnia ze świadomością, że ciebie przy mnie nie będzie, w naszym łóżku, w naszym domu, gdziekolwiek. - Zaśmiał się.- Chyba nie idzie mi najlepiej.

- Oj, Harry - wymamrotała, odgarniając mu sprzed oczu niesforny kosmyk włosów. - Jak na pierwszy raz robisz to całkiem nieźle.

- Wyjdziesz za mnie, Hermiono? - zapytał z pewnością i powagą w głosie. Wiedziała, że miał świadomość, że się zgodzi, co nie oznaczało, że nie pociły mu się ręce.

- Jasne, że tak, tak! - pocałowała go, nawet dwa razy.

- Nie przeszkadza ci to? - zastanowił się, odsuwając od niej. - Jesteśmy tacy młodzi.

Przewróciła oczami.

- Harry, jesteśmy razem od niemal dwóch lat, znamy się do siedmiu. Wiem, czego chcę już od dawna. Chcę ciebie, Harry. Będę chciała mieć cię zawsze i nawet za milion lat nic się nie zmieni. Chcę, żebyśmy jak najszybciej rozpoczęli wspólne życie.

- Chyba jeszcze czegoś nie wiesz - odparł. - Zaczęliśmy je kilka miesięcy temu.

- Mędrek - wytknęła mu, po czym znów go pocałowała. Obejmowali się przez chwilę, wymieniając tyle leniwych pocałunki i czułości, ma ile tylko było ich stać.

- Nie powinnaś się tak bardzo przejmować tym, co o tobie mówią - przemówił po chwili Harry.

- Wiem - odpowiedziała zrezygnowana, wzdychając.

- Poza tym, nie byłaś pod tym prysznicem z dziesiątką pakerów, tylko ze mną.

- Dzięki, Harry - dogryzła mu chłodno.

- A jeśli tylko z mną - ze swoim stałym menem od niemal dwóch lat - to nie widzę w tym nic zdrożnego.

- My nie, Harry, bo myśmy się wychowywali wśród Jugoli. - Hermiona wzruszyła ramionami. - Ale ten świat jest inny. Teraz już nasz świat. Od lat jest nasz.

- Ale do niektórych rzeczy z trudem się można przyzwyczaić, - dodał.- Nawet spędzając wakacje z Weasleyami... Chyba jednak trochę przywykłem do świata Czarodziejów. Ale są mimo wszystko jeszcze takie lata w moim życiu, kiedy nie wiedziałem nawet, że istnieje coś takiego. Dzięki Bogu, chętnie wymazałbym je sobie z pamięci...

- Tak nie można, - przerwała mu Hermiona.- Poza tym, nie ma jak mugolska technologia. - Westchnęła.- Co wakacje coraz mniej się orientuję w tym wszystkim. Czego bym nie oddała za zwykły telefon tutaj.

- Albo Internet, - dodał Harry.- Wyobraź sobie, że wystarczy tylko czegoś poszukać w necie, zamiast męczyć się ze stosami ksiąg, zwojów, pergaminów...

- A mi się to akurat podoba - zmarszczyła brwi. - Choć, przyznaję, są przypadki, że mam ochotę wpisać hasło do wyszukiwarki.

- Zastanawialiśmy się, co chcemy robić po ukończeniu szkoły - zaczął powoli Harry. - I chyba wpadłem na pewien pomysł.- Hermiona przesłała mu pytające spojrzenie. - A co jeśli... założymy jakiś sklep z mugolskim sprzętem tutaj, w tym świecie?

- Och, Harry... - westchnęła Hermiona. - Czy ja wiem...?

- Nie podoba ci się - stwierdził. - Wiem. Głupi pomysł.

- Przestań - nakazała łagodnie. - Jest świetny. Ty jesteś świetny. Trzeba będzie tylko uważać, w jaki sposób to zrobić. Stare rody nie patrzą przychylnym okiem na mugolską technologię. I trzeba będzie zrobić mnóstwo licencji, papierów, trzeba będzie porobić kursy, napisać podania do Ministerstwa Magii...

- Hermuń - przerwał jej delikatni. - Ja wiem. Już nad tym myślałem. Uda nam się. Mi się uda. Tobie się uda. A wiesz, dlaczego?

- Dlaczego? - zapytała, świecąc z dumny i zadowolenia.

Schylił głowę i wyszeptał jej do ucha:

- Bo jesteś moją Zdzirmioną.

- Ożesz ty draniu! - krzyknęła, szczypiąc go delikatnie w ramię i wybuchając śmiechem.

Pocałował ją, żeby przestała się rzucać.

Co nie sprawiło, że nie przestała o nim myśleć jak o draniu.