Meg, młody technik w NCIS z trudem szła w kierunku windy. Niosła przed sobą stos dokumentów, który sięgał niemal czubka jej nosa. Była nowa, więc wszystkie „niepotrzebne" rzeczy spadały na jej głowę. Nie była z tego zadowolona, jednak wiedziała, że będzie to trwało tylko przez pewien czas, nim zaakceptują ją jako pełnoprawnego pracownika. Nagle ktoś wyminął ją niezbyt delikatnie, sprawiając, że dziewczyna się zachwiała. Z ledwością utrzymała równowagę i już miała fuknąć na durnia, który ją popchnął, ale urwała w pół oddechu. Przed nią stał nie kto inny, tylko niesławny agent Gibbs. Odruchowo zrobiła krok w tył. Nikt nie mógł jej za to winić. Facet był postrachem całej agencji. Na dodatek wyglądał na porządnie zdenerwowanego. Dłonie zaciśnięte w pięści zbielały, zaciśnięta szczęka dodatkowo wyostrzyła rysy, a w błękitnych oczach rozszalała się prawdziwa burza. Agent Gibbs zdecydowanie był nie w humorze. Magie modliła się więc w duchu by winda przybyła tak szybko, jak to możliwe. Po chwili znajomy dźwięk oświadczył, że została wysłuchana. Jednak gdy tylko chciała wejść do windy, ktoś zatarasował jej drogę. Ze zdziwieniem dostrzegła przed sobą wyciągniętą rękę agenta. Nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem, mruknął tylko „Schody". Nie zdążyła się nawet odezwać, nim drzwi windy ponownie się zamknęły, a ona została sama. Prawdopodobnie jej mina bez problemu zwyciężyłaby w konkursie na najgłupszą minę roku, jednak nic nie mogła na to poradzić. Na żadnym kursie nie przygotowują ludzi na coś takiego.

Gibbs ze zdenerwowania uderzył pięścią w ścianę windy. Nie wierzył, że to akurat mu przydarzyło się coś takiego. To wszystko było bez sensu. Związał się z Hollis. Byli razem szczęśliwi. Akurat, gdy stwierdził, że dość już zapełniania pustki jaką miał w sercu po śmierci Shannon, kolejnymi żonami, został do tego przymuszony. Na dodatek, jak gdyby w tej sytuacji było za mało ironii, to jego żoną miała zostać – była? Jen. Jedyna kobieta, na której mu kiedykolwiek zależało, a której nie udało mu się poślubić. Tak mu się przynajmniej wydawało. Nie widział jej od siedmiu lat, jednak tak głęboko zapadła mu w pamięć, że byłby w stanie powiedzieć bez wahania jak pachniały jej włosy. Ogólny sens był jednak taki, iż mimo sentymentu, jaki miał do Jenny, miała pozostać tylko odległym wspomnieniem, które dręczyło go czasami w snach. Jej powrót był nie dość, że nierealny to jeszcze nie możliwy. W jego mniemaniu bynajmniej.

Opierając się ciężko o ścianę zamknął oczy. Ledwie jego powieki się domknęły, już ją widział. Wyraźnie jakby stała razem w nim w windzie. Miała na sobie tą letnią sukienkę, w której chodziła w Europie, gdy tylko pogoda na to pozwalała. Zieloną, w niemal identycznym odcieniu co jej oczy, sięgającą kolan. Uśmiechała się do niego jak zwykle. Tajemniczo z podniesioną lewą brwią. Ten gest był tak JEJ, że czasami miał wrażenie, że ćwiczyła to przed lustrem godzinami, zanim osiągnęła perfekcję. Włosy jak zwykle rozwiane. Do ramion układające się w delikatne fale z jednym kosmykiem, który nigdy nie mógł znaleźć swojego miejsca w tej burzy ognistych języków. Tak to była cała Jenny. Wiedział doskonale, że nic nie działo się bez przyczyny, jednak nie rozumiał czemu ta „SYTUACJA" miałaby służyć. Jennifer Shepard od dawna była dla niego tylko historią. Nic nie znaczącym epizodem w burzliwej historii miłosnej. Wszystko było nie tak. Jenny miała już nigdy więcej nie zawitać w jego życiu. Uodpornił się na nią, Zapomniał. Nie miała więc prawa wracać i to w takich okolicznościach. Zdenerwowany wyszedł z windy i ruszył w kierunku swojego samochodu. Kawę dopiero co skończył, jednak czuł, że bez przerwy eksploduje. Po kwadransie jazdy, której nie powstydziłaby się Ziva, był w kawiarni. Podchodząc do kasy, umysł miał już w miarę jasny, nie zaciskał bezwiednie dłoni w pięści. Jednak wszystko to, co nim targało wróciło w jednym momencie, przez cholerną głupotę. Małe czekoladowe rogaliki. Od lat były tu sprzedawane. Mijał je niemal codziennie, a jednak dopiero dziś przypomniał sobie tę historię. To niesłychane, że spychał tę myśl w głąb świadomości przez tyle lat. Kupowanie ich stało się nawet pewnego rodzaju tradycją. Przegrał zakład, którego stawką była kawa dla niego, kontra śniadanie dla niej, przez najbliższe trzy miesiące. Był pewien wygranej. Więc gdy poniósł sromotną klęskę, zrobił to co nakazywała mu męska duma. Umniejszył wagę swojej przegranej. Kupował jej śniadanie przy okazji, w końcu i tak stał w kolejce po kawę. Gdy skończył się czas zakładu robił to już automatycznie, a ona nigdy nie narzekała. Królowa i głupek na posyłki. Tworzyli wspaniałą parę, nieprawdaż?

Jenny leniwym krokiem przemierzała kolejne ulice Los Angeles. Mieszkała tu od dwóch lat, jednak wciąż starała się zapamiętać otaczających ją ludzi i zapachy, które określały miasto, by odróżnić je w pamięci od innych miejsc gdzie mieszkała. Myślała, że może w końcu znalazła spokój, swój nowy dom, bez wspomnień o nim. Jednak to było tylko złudzenie, a ona nigdy naprawdę nie lubiła 'Miasta Aniołów'. Wkrótce miała się stąd wynieść. A wszystko przez tego cholernego Burleya i jego kawał. Była panią Gibbs. Kto by przypuszczał, że tytuł, którego pragnęła lata temu, otrzyma w tak okrutnie groteskowy sposób. Była panią Gibbs od kilku lat. Przez cały czas, gdy starała się o nim zapomnieć, byli razem. Przynajmniej formalnie. Już za tydzień mają zamieszkać razem. W Waszyngtonie. Nie było to jednak szczęśliwe zakończenie, o którym śniła w zimne, grudniowe noce. To była farsa, nic więcej. Tak więc ma zamieszkać z mężczyzną swojego życia, być jego żoną, ale tylko przez rok. Na dodatek ze świadomością, że on nic do niej nie czuje, prawdopodobnie nigdy nie czuł, a i jeszcze jeden drobny szczegół, on obecnie jest w związku. Ma dziewczynę. W międzyczasie miał też nawet żonę, czy dwie, bo przecież dla niego ona była niczym, kolejną zabawką z długimi nogami i rudymi włosami. Natomiast on dla niej był wszystkim. Zniszczył ją dla innych mężczyzn. Nie pragnęła innego dotyku, innego głosu, nie była więc z innym mężczyzną od ich rozstania. Była idiotką, już dawno przyznała to przed sobą, a teraz będzie musiała pokazać to mu. Bo na pewno podczas tego roku nie wytrzyma i powie mu o swoich uczuciach. I to będzie jej koniec, gdy on zaśmieje się jej w twarz w odpowiedzi na to wyznanie. Jenny wzdrygnęła się, jak gdyby chciała zrzucić z siebie to uczucie strachu i rozpaczy. Musiała wrócić do domu i dokończyć pakowanie. Poza kartonem została już tylko jedna rzecz. Dziecięca zabawka do robienia mydlanych baniek. Stara i podniszczona, od dawna już pusta, jednak Jen nie mogła się jej pozbyć, bo wciąż doskonale pamiętała dzień, gdy ją dostała. Z tą plastikową zabawką wiążą się najwspanialsze wspomnienia z Paryża. (Wspomnienia jej jedynej miłości.)

Gibbs zebrał spotkanie. Już to samo w sobie świadczyło o zbliżających się kłopotach i mogło przynieść tylko katastrofę. Oczywiście to nie było wszystko, Gibbs zebrał spotkanie ze swoją drużyną, Abby, Ducky'm i Hollis. Timothy McGee siedział w piwnicy swojego szefa przerażony. Nie mógł natomiast zrozumieć zachowania swoich przyjaciół, no może z wyjątkiem Duckiego. Dr. Mallard był szczerze zaciekawiony przyczyną tego spotkania. Co do reszty był w kompletnej kropce. Tony wyglądał, jakby gwiazdka i to pełna filmów przyszła wcześniej. Ziva wyglądała, jakby już znała powód tego spotkania i była z tego powodu zdezorientowana. Natomiast Abby była tak radosna i pobudzona, jak gdyby wypiła beczkę kofeiny. Na dodatek Hollis i Gibbsa jeszcze nie było. „To wspaniała wiadomość prawda?" spytała ni z tego, ni z owego Abby. Wszyscy patrzyli na nią jakby urosła jej druga głowa. Dziewczyna zdawała się jednak tego nie zauważać i ciągnęła dalej. „Tak się cieszę, że w końcu się na to zdecydowali. Gibbsowi przyda się w końcu jakieś zdrowe małżeństwo, a z Hollis są dla siebie idealni". Na to stwierdzenie Tony prychnął i zwrócił się do niej „Naprawdę myślisz, że po to Gibbs nas tu wezwał?" „A po co innego? To oczywiste, że chce nam powiedzieć o ślubie" „I tu się z tobą zgodzę Abbs. Chodzi o ślub, ale wątpię, by to miało coś wspólnego z Hollis." „Jeśli wszystko wiesz DiNozzo, to czemu jeszcze nie powiedziałeś wszystkim i nie zaoszczędziłeś nam czasu?" Spytał Gibbs, schodząc po schodach.

Za nim szła Hollis, która była najwyraźniej równie zaciekawiona, co reszta zebranych. „Chciałem zaszczyt poinformowania o tych niecodziennych wieściach zostawić tobie szefie". Powiedział Tony pewnie. Gibbs zmarszczył tylko brwi. Nie było szans, by DiNozzo wiedział. On sam dowiedział się o tym dziś rano. Postanowił więc udowodnić blef swojego podwładnego. „Więc może ty zacznij, a ja przekaże najważniejszą wieść? Co ty na to DiNozzo?" Był pewien, że młody agent nie podejmie wyzwania. Jakie więc było jego zdziwienie, gdy Tony kiwnął twierdząco głową i zaczął mówić „Tak więc około 7 lat temu Gibbs dostał nowego agenta próbnego. Jednak w odróżnieniu od poprzednich, ten coś potrafił i myślał samodzielnie. Przez zachodzące w agencji zmiany była też jedna zasadnicza różnica, jeśli chodzi o tego agenta, a mianowicie agent Shepard był kobietą" Tim spojrzał na swojego przyjaciela ze zdziwieniem. Do czego on zmierzał? I co agentka, która pracowała z Gibbsem 7 lat temu, miała wspólnego z ich spotkaniem i ślubem, jak insynuował Tony. W tej chwili wtrącił się Ducky „Tak, doskonale pamiętam. Jennifer była istotnie bardzo zdolną agentką. Pracowała z Jethrem przez rok, a potem przeniosła się do Hiszpanii. Nie rozumiem więc, co ona może mieć z tym wspólnego. Chociaż nie wiem nawet, czy wciąż jest w Europie." „Przeprowadziła się do Paryża po trzech miesiącach" wtrącił się Tony „potem było Chicago, Detroit, Baltimore, Seattle, Kario, potem znów Paryż, Nowy Jork i obecnie Los Angeles" agent wymienił spokojnie, jakby nie było niczym niecodziennym, że zna na pamięć miejsca, w których pracowała ta kobieta. „Jednak wracając do tematu, z Gibbsem pracował wtedy Burley, który postanowił zrobić genialny kawał, którego konsekwencje odczujemy w najbliższym roku. I teraz twoja kolej szefie, racja?" Gibbs patrzył się na swojego agenta w szoku. „Tak ale najpierw odpowiedz mi na jedno pytanie DiNozzo. Skąd ty do cholery wiesz o tym wszystkim?" Tony w odpowiedzi machnął ręką, jakby te informacje były powszechnie znane „Daj spokój szefie. Każdy przy zdrowych zmysłach chciałby umówić się z Shepard. Wszyscy agenci do niej zarywają, słyszałem, że nawet niektóre panie, to chyba oczywiste, że wieść, że Jenny jest panią Gibbs, rozprzestrzeni się od tak" mówiąc to, pstryknął palcami, jednak po chwili pobladł, gdy zdał sobie sprawę, co powiedział i że wszyscy się na niego gapią. Spojrzał ze strachem na swojego szefa. „Zginę za to, prawda?" spytał zduszonym głosem. Na twarzy Gibbsa odmalowana była czysta złość. Pewne było, że nie tak to sobie zaplanował. Tony nerwowo przełknął ślinę, czekając na najgorsze. Wyglądało ono jednak inaczej, niż się tego spodziewał.

Jak się okazało jego końce była Hollis. Hollis i jej słowa dokładniej. „Tony jestem pewna, że wszyscy zdążyliśmy już zauważyć, że Jethro miał prawdopodobnie tyle, żon co łodzi, więc co za różnica, z tą jak jej tam – Jessie? Bo wątpię by jej pojawienie się miało coś zmienić"

Gdy to powiedziała, spojrzała wyczekująco na młodego agenta. Jednak on nie udzielił jej odpowiedzi. Wpatrywał się wciąż w Gibbsa, który był obecnie w kolorze dojrzałej piwonii. Hollis przestraszyło to niecodzienne zachowanie. Ze strachem spytała więc. „Jethro, o co chodzi? O czym mi nie mówisz?" „Jak DiNozzo zdążył już powiedzieć, Burley zrobił głupi kawał, chociaż nie mam pojęcia co to ma wspólnego z kawałem. Bliżej temu już do zbrodni federalnej. Burley sfabrykował papiery, zgodnie z którymi Jenny i ja jesteśmy małżeństwem. Niestety czas naszego ślubu pokrywa się z czasem, gdy pracowaliśmy pod przykrywką w Europie. Więc aby nie oskarżono nas o szpiegostwo, musimy przez najbliższy rok udawać małżeństwo. Poprosiłem was tu, by ustalić parę szczegółów. CIA wygrzebało te akta, jako karę za nasze ostatnie wspólne spotkanie, więc mogą próbować namieszać. Chce, abyście traktowali to, co będzie się działo, jak coś oczywistego i naturalnego." Gdy Gibbs skończył mówić wszystkie oczy były w niego wlepione. W pomieszczeniu panowała niezmącona niczym cisza. W końcu Hollis zwróciła na siebie uwagę, odchrząkując. „Więc skoro jesteś żonaty i nie zamierzasz rozwieść się w najbliższej przyszłości, co będzie z nami?" Gibbs mimo że już spokojny, na powrót się zasępił, jednak nic nie odpowiedział. Wszyscy stali jak osłupieni. Wieści były poniekąd groteskowe. Abby pierwsza otrząsnęła się z letargu „Przecież jesteście razem tacy szczęśliwi, jakieś głupie papiery nie mogą tego zepsuć. Jesteś moją ulubioną osobą Hollis" powiedziała Gotka, przytulając kobietę niedźwiedzim uściskiem. Po chwili się odsunęła „To znaczy nie ulubioną, ulubioną, bo moją ulubioną osobą jest El Jeffe, ale ty jesteś ulubiona zaraz po nim. Rozumiesz o co mi chodzi, prawda? Natomiast nie lubię tej Jenny. Ona jest zła, mąci wam w tym cudownym związku swoim mackami i..." „Abby!" przerwał jej Tony. „Po pierwsze to nie jej wina, a tak w ogóle czemu ty ją oceniasz? Ty jej nawet nie znasz" młody agent wyglądał na poirytowanego. „A ty ją znasz?" wtrącił się McGee, który od pojawienia się Gibbsa nie odezwał się jednym słowem. Jednak teraz postanowił stanąć w obronie Abby. „Tak się składa, że znam McGeek, a o tym, jaka ona jest, może poświadczyć wiele osób, choćby Gibbs, albo Ducky". Gdy żaden z mężczyzn się nie odezwał, Tony nerwowo rozejrzał się po pokoju. „Ziva!" krzyknął, jakby dopiero teraz ją zauważył. „Ty możesz to potwierdzić! Pracowałaś przecież z Shepard" Izraelka spojrzała niepewnie po zebranych. Nie była pewna co powiedzieć, po której stronie stanąć. W końcu zdecydowała się na najmniej inwazyjne rozwiązanie. „Jenny jest dobrym agentem. Jestem pewna, że nie zrobiłaby nic, by zaszkodzić agencji. Więc wątpię, by miała coś wspólnego z sytuacją, w której obecnie się znaleźliśmy" 'Kto by pomyślał, że z Zivy wyrośnie dyplomata' pomyślał z rozbawieniem Ducky. Nagle głos zabrał Gibbs, który chciał zakończyć temat Jenny zanim rozpęta się mała wojna. „Więc skoro najważniejszy punkt wieczoru mamy za sobą, co powiecie na drużynowy wieczór?" Jak zwykle Abby odpowiedziała, zanim inni zdążyli się zastanowić. „Och Gibbs, tak bardzo bym chciała, ale gram dzisiaj z zakonnicami w kręgle. Nie mogę ich zawieść. Ćwiczymy do mistrzostw" „Ja też muszę zrezygnować Jethro" powiedział Ducky. „Powinienem już wracać do matki. Była dzisiaj bardzo nerwowa." „Ja też pasuje szefie. Obiecałem zapoznać Zivę, ze wspaniałą amerykańską kulturą, mamy na dzisiaj bilety na specjalny seans „Ojca Chrzestnego"" Widać było, że był podekscytowany, Gibbs kiwnął więc głową, na znak, że nie ma im za złe odrzucenie jego zaproszenia. Zauważył też, że McGee szukał sposobu, by się wykręcić, darował mu więc zakłopotanie i spytał „Więc może w weekend? Spotkamy się w parku". „Świetny pomysł Gibbs" zachwyciła się Abby. Reszta pomachała głowami, wyrażając w ten sposób swoją aprobatę dla planu. W końcu Gibbs zwrócił się do Hollis „Więc zostajemy tylko ty, ja i łódź?" Ona skrzywiła się lekko w odpowiedzi „Dzisiaj nie mogę, mam babski wieczór. Musisz zadowolić się randką we dwoje" Mówiąc to, kiwnęła głową w kierunku łodzi. Wszyscy powiedzieli swoje pożegnania i ruszyli w kierunku wyjścia. Gibbs został więc sam w swojej piwnicy. Już miał wziąć szlifierkę w dłoń, gdy jego oczy padły na czerwone pudełko, na górnej półce regału. Trzymał w nim swoje skarby . laurki od Kelly. Jednak w tym momencie jego myśli ciągnęło do innej rzeczy znajdującej się w pudełku. Ruszył więc w stronę szafki. Był w trakcie ściągania pudełka, gdy nagle uderzyła go myśl. Przecież ona już nic dla niego nie znaczyła, był szczęśliwy z Hollis. Nie musiał więc zaglądać do tego pudełka. Z tą myślą odwrócił się, napełnił słoik burbonem i zaczął piaskować swoją łódź. Nie spodziewał się nawet, że ten tydzień minie tak szybko, a jego uczucia staną się jeszcze bardziej sprzeczne i niepewne.