Rozdział I.I
Jedenastolatek
- Vernon, musimy w końcu coś w tym zrobić. - Harry usłyszał pełen nagany głos ciotki Petunii; była już prawie północ, a on nadal nie mógł zasnąć. - Nauczycielka znowu zwróciła mi uwagę... Podobno go nie myjemy!
- Bzdury! - Wuj Vernon brzmiał jak zawsze jakby był nieco rozgniewany. Często wygłaszał uwagi podobnym tonem, kiedy mówiono o Harrym. - Damy mu stary zegarek Dudleya i będzie po sprawie. Głupie, wścibskie babska... Nie myjemy go! Nikt nie będzie mi wmawiał, że dzieciak nie dostaje dużo więcej niż to, na co zasługuje.
Harry usłyszał ciężkie kroki wuja i dużo lżejsze ciotki; z sufitu posypał się na niego biały pył. Rano będzie musiał wstać wcześniej, żeby pozbyć się go jakoś z włosów. Ciotka Petunia i tak miała mu za złe, że zawsze wyglądał tak niechlujnie, a przecież nie robił tego specjalnie.
Słowa wuja Vernona podpowiedziały mu, czego dotyczyła rozmowa. W zeszłym tygodniu pani Rustle, nauczycielka angielskiego, zatrzymała go na chwilę w klasie, żeby zapytać, czy rodzina dobrze go traktuje. Chciała wiedzieć, czy pozwalają mu używać łazienki... Harry miał wtedy szczerą ochotę wybuchnąć śmiechem - widać było, że pani Rustle nie znała zbyt dobrze jego ciotki; chociaż Harry był sierotą i przybłędą, dopóki mieszkał pod tym samym dachem co jedyna siostra jego zmarłej matki, musiał być nienagannie czysty. Zresztą to ciotka Petunia denerwowała się najbardziej znamieniem na ręce Harry'ego od kiedy tylko pamiętał - pani Rustle musiała je przypadkiem zobaczyć podczas lekcji, a ciocia patrzyła na nie codziennie, nie mogąc pojąć, dlaczego przez wszystkie te lata nie chciało zniknąć, mimo że wypróbowała wszystkie domowe i sklepowe metody, by się go pozbyć. W tajemnicy przed mężem zabrała nawet Harry'ego do dermatologa, który stwierdził jedynie, że Harry jest za mały, by usunąć znamię laserowo, a poza tym nie wyglądało ono na niebezpieczne. Mógłby usunąć je ze względów estetycznych za kilka lat... Oczywiście ciotka Petunia nie to chciała usłyszeć, jednak werdykt lekarza zmusił ją do pogodzenia się z okropnym znakiem na ręce Harry'ego. Tym razem jej tajemnicze sposoby na nic się nie zdały, a Harry miał pozostać plamą na jej nieskazitelnie czystym domu.
Chłopiec westchnął, próbując dojrzeć w ciemności swój znak rozpoznawczy. Nie był może tak spektakularny jak blizna na czole - pozostałość po wypadku samochodowym, w którym zginęli jego rodzice - ale z jakiegoś powodu bardzo go lubił. Nie wyglądał zbyt ładnie, zupełnie jak nieudany tatuaż. Nie miał zbyt wielkiego pojęcia o tatuażach, ale wiedział, że pan Polkiss z domu obok wytatuował sobie kiedyś herb pewnej drużyny piłkarskiej, a po kilku latach porażek kazał zmienić go w coś innego. Co prawda znamię Harry'ego nie było tak duże - zajmowało jedynie kilka centymetrów na jego wąskim nadgarstku - ale w pewien sposób przypominało oszukany tatuaż pana Polkissa. Czasami Harry miał wrażenie, że prawie udało mu się dostrzec napis pod spodem... Mógłby się założyć, że dostrzega tam literę T i może jeszcze V, chociaż ta druga wyglądała na świeższą, zupełnie jakby ktoś próbował nią zakryć poprzedni napis.
Nie wiedzieć czemu inni ludzie bardzo nie lubili tego znamienia. Jego blizna było dużo bardziej makabryczna, a mimo to nie kazano mu jej zakrywać - robił to sam raczej instynktownie, układając włosy w taki sposób, by chowała się pod grzywką. Nie lubił nią patrzeć; przypominała mu o rodzicach, których nawet nie pamiętał.
Znamię na ręce było inne - też coś mu przypominało, kogoś odległego, a jednak bardzo bliskiego. Czasami miał wrażenie, że widzi jego twarz we śnie, ale kiedy tylko znajdował się wystarczająco blisko, by przyjrzeć się jej dokładniej, zawsze się budził.
Ziewnął. W domu było już zupełnie cicho, nawet Dudley wyjątkowo nie chrapał. Harry spojrzał na stary elektroniczny zegarek i ze smutkiem przypomniał sobie, że tylko dwa tygodnie szkoły dzieliły go od letnich wakacji.
...
- Harry! - Ktoś zawołał go wesoło z drugiego końca korytarza, ale był zbyt niski, by poznać, kto to. Pozostali uczniowie skutecznie zasłaniali mu widok. - Mógłbyś tu na chwilę podejść?
No tak, pani Rustle. Harry zastanawiał się, czy chciała go po raz kolejny wypytywać o rodzinę. Czasami rozmyślał o tym, co mogłoby się stać, gdyby powiedział komuś dorosłemu, że mieszka w komórce pod schodami, ale zawsze dochodził do wniosku, że nikt by mu nie uwierzył. Mimo wszystko dorośli nie mieli zbyt dużej wyobraźni i pewne rzeczy zwyczajnie przechodziły ich pojęcie. Oceniali świat według własnych zasad, a te nieczęsto zakładały zamykanie dzieci pod schodami.
- Harry! - nauczycielka zawołała go raz jeszcze i tym razem był zbyt blisko, by udać, że jej nie słyszy. - Cieszysz się na wakacje?
- Tak - odpowiedział bez wahania, chociaż wolałby chodzić do szkoły przez cały rok. Szkoła oznaczała kilka godzin spokoju od rozkazów ciotki Petunii i ograniczała nękanie ze strony Dudleya do kilku minut przerw.
Nauczycielka spojrzała na niego uważnie, zupełnie jakby mimo całej swojej dorosłości potrafiła dostrzec, że coś jest nie tak.
- Harry, wiesz, że zawsze możesz do mnie przyjść, jeśli coś się stanie, prawda? - Skinął w odpowiedzi głową, posłusznie czekając na następne pytanie. - Chciałam porozmawiać o twoim świadectwie...
Harry poczuł lekkie ukłucie niepokoju; wydawało mu się, że jego świadectwo jest całkiem w porządku... Może nie był najlepszy z matematyki, ale inne przedmioty nie szły mu tak źle...
- Pan Aretini stwierdził, że bardzo dobrze radzisz sobie na lekcjach muzyki... Zwykle nie przyjmuje takich maluchów jak ty do chóru, ale chyba w przyszłym roku zrobi wyjątek - pani Rustle uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo, a Harry odetchnął z ulgą. Muzyka... Rzeczywiście całkiem dobrze sobie z nią radził.
Nauczycielka raz jeszcze życzyła mu udanych wakacji, po czym w końcu puściła go wolno. Harry był trochę zdziwiony, że pan Aretini zauważył jego postępy. Kiedy tylko zostawał sam w domu - a zdarzało się to niestety bardzo rzadko, ponieważ z niewiadomych dla Hary'ego powodów ciotka i wuj uważali, że pozostawienie go samopas może skończyć się pożarem albo trzęsieniem ziemi - wkradał się do pokoju Dudleya, żeby ćwiczyć grę na gitarze. Dudley nigdy jej używał i być może gdyby rodzina Harry'ego była nieco bardziej życzliwa, mógłby swobodnie korzystać z instrumentu, ale doświadczenie dziesięciu lat życia u Dursleyów podpowiadało Harry'emu, że gdyby tylko wspomniał o swoim zamiłowaniu do muzyki, ciotka i wuj zamykaliby go w komórce pod schodami przy każdym wyjściu na zakupy, żeby tylko nie bawił się zbyt dobrze podczas ich nieobecności.
Lubił muzykę. Miał wrażenie, że pozwala mu być bliżej czegoś ważnego, czego nie potrafił nazwać. Coś w strunach nieco roztrojonej gitary Dudleya przypominało mu o postaci ze snów. Kiedyś myślał, że być może widzi w nich matkę lub ojca, ale od dłuższego czasu był prawie pewien, że to nie oni. Rozumiał, że tęskni za nimi w inny sposób - chociaż nie znał głosu matki ani śmiechu ojca, widząc zaborczą miłość ciotki Petunii i wuja Vernona, którą obdarowywali jedynego syna, mógł sobie mgliście wyobrazić, na czym polegała miłość rodziców. To inne uczucie było bardziej... pełne. Zdarzało mu się budzić w nocy, bezsilnie próbując sobie przypomnieć twarz tego nieznanego przyjaciela, którego tak mu brakowało i czuł gdzieś w głębi siebie - prawdopodobnie w sercu - okropną pustkę, zupełnie jakby ktoś wyciął mu trochę organów. Innym razem, kiedy było mu źle, bo na przykład banda Dudleya po raz kolejny złapała go za szkolnymi śmietnikami, miał wrażenie, że niewidzialny przyjaciel w jakiś sposób dodaje mu sił.
Istniało słowo, które wyjaśniałoby to wszystko, jednak było to słowo zabronione w domu przy Privet Drive - magia.
Już dawno przestał próbować rozmawiać z kimkolwiek o tych dziwnych uczuciach i snach. Lepiej było nie wyprowadzać Dursleyów niepotrzebnie z równowagi...
Droga do domu wydawała mu się jak zawsze zbyt krótka. Czerwcowe słońce świeciło jeszcze wysoko i mógł jedynie podejrzewać, co takiego wymyśli ciotka Petunia, by zająć mu resztę dnia i dwa miesiące nadchodzących wakacji.
Przypomniał sobie z pewną zgrozą, że czekała go w tym tygodniu wizyta u pani Figg, podstarzałej kobiety mieszkającej kilka domów dalej. Dursleyowie zawsze zostawiali go u niej, gdy wyjeżdżali na dłużej. Tym razem okazją miały być urodziny Dudleya... Harry ze smutkiem pomyślał, jak marnie wyglądały jego własne urodziny w porównaniu do kuzyna - mógł liczyć co najwyżej na jakiś stary t-shirt. Nie miał nawet przyjaciół, z którymi mógłby świętować...
Kopnął bezwiednie leżący na chodniku kamień i spojrzał na pogrążoną we wczesnopopołudniowym letargu ulicę. Wszystko wskazywało na to, że te wakacje nie miały być pod żadnym względem lepsze od poprzednich.
...
- Nie! Nie, nie, nie! - Krzyk Dudleya niósł się po kuchni okropnym echem, a twarz jedynego kuzyna Harry'ego zaczęła przybierać śliwkowy kolor, co jeszcze bardziej upodobniło go do ojca. Harry mógłby się założyć, że pewnego dnia Dudley zostanie wspaniałym sprzedawcą świdrów.
- Dudziaczku, spokojnie! - Ciotka Petunia próbowała uspokoić syna, nakładając mu na talerz dodatkową porcję bekonu, ale po katastrofalnym w skutkach przeliczaniu prezentów i informacji o tym, że Harry będzie im towarzyszył w wyprawie do zoo, Dudley był na skraju wytrzymałości.
- Że też musiała sobie złamać nogę - mruknął zza rozłożonej gazety wuj Vernon. - Akurat kiedy jej potrzebujemy...
Harry bardzo starał się nie okazywać, jak bardzo się cieszy. Chociaż ciotka Petunia była dla niego opryskliwa od samego rana, a Dudley prawie rozsadził mu bębenki okropnymi krzykami, dawno nie czuł się szczęśliwy. Zoo! Jeszcze nigdy nie był w zoo! Widział kiedyś w telewizji fragment programu o lwach żyjących na afrykańskiej sawannie - wyniósł z niego wniosek, że lwy zajmują się niewieloma rzeczami, głównie spaniem w cieniu niskich drzew i polowaniem - ale jeszcze nigdy nie miał okazji zobaczyć prawdziwego lwa! A tygrysy! Wielkie małpy! Żyrafy i słonie! Uśmiechnął się do swojej pomniejszonej porcji bekonu i doszedł do wniosku, że być może te wakacje nie miały być takie złe.
...
Za oknem nowego samochodu wuja Vernona przejechał czarny motocykl; jego właściciel ubrany był w skórzaną kurtkę i wyglądał odrobinę niebezpiecznie, ale i fascynująco. Harry nieczęsto widywał takich ludzi w Little Whinging.
Jak mógł się spodziewać, wuj Vernon nie odpuścił sobie okazji, by powiedzieć coś bardzo wujovernonowego:
- Dawcy organów - stwierdził z niesmakiem, zapewne myśląc o tym, jak bardzo lepszy od motocyklu jest jego własny błyszczący samochód.
- Śnił mi się dzisiaj motor - oznajmił nagle Harry, nie do końca świadomy tego, że słowa opuszczają jego usta. - Latający motor.
Przeraźliwy pisk hamulców połączony z krzykiem ciotki uświadomił Harry'emu, że zrobił coś bardzo głupiego.
- Latający motor. - Wuj Vernon dyszał, zupełnie jakby nagle się rozchorował. - Bzdury! - dodał, zerkając z niepokojem w lusterko, jakby obawiał się, że Harry sam zacznie latać.
Chłopiec wiele dałby za umiejętność latania. Mógłby wzbić się w powietrze i zniknąć z Privet Drive, pozdrawiając po drodze zdziwionych sąsiadów... Ale byłaby zabawa! Ciotka Petunia byłaby obgadywana do końca życia...
Kiedy wysiedli z samochodu i kupili lody - Harry dostał oczywiście tani cytrynowy sorbet, a nie lody w czekoladzie - zaczęła się prawdziwa zabawa. Tak jak podejrzewał, zoo było wspaniałym miejscem. Chociaż Dudley i Piers szybko znudzili się oglądaniem dzikich zwierząt, wystarczyło trzymać się w zasięgu wzroku ciotki i wuja, żeby nie dokuczali mu za bardzo...
Najbardziej podobała mu się motylarnia - można było do niej wejść przez łukowate drzwi i w pięknie zaaranżowanym pokoju przypominającym dżunglę obserwować ogromne wielobarwne owady latające między drzewami. Harry ze zdziwieniem przeczytał informację na tabliczce wbitej w ziemię tuż obok wydrążonego pnia: motyle żyły zaledwie jeden dzień. Tym bardziej piękne wydawały się mieniące się tysiącem barw skrzydła i lekki trzepot, ruch powietrza, kiedy przelatywały wystarczająco blisko. Chętnie spędziłby tam więcej czasu, ale ciotka Petunia zaczęła go poganiać, żeby szedł za nimi do terrarium.
Coś w mrocznym wnętrzu przypominało mu komórkę pod schodami. Węże - małe, białe wstążki i ogromne, ciemnozielone stworzenia przypominające sprzęt używany przez strażaków - leżały bezczynnie na brzegach sztucznych zbiorników wodnych i w koronach nieprawdziwych drzew. Większość wydawała się okropnie znudzona.
- Hej, ty! - Dudley stukał zawzięcie w szybę oddzielającą go od terrarium z napisem boa dusiciel. - Hej, obudź się!
- Właśnie, obudź się! - dodał wuj Vernon, nieco dobitniej grzmocąc w szybę. Kiedy wąż nie dał znaku życia, wzruszył ramionami i poprowadził syna do kolejnej szyby, tym razem opatrzonej tabliczką anakonda.
Harry podszedł do cichego terrarium i z zainteresowaniem spojrzał na ogromną bestię. Wolałby nie spotkać czegoś takiego w czasie spaceru, a już na pewno nie próbowałby jej obudzić tak nieostrożnie jak kuzyn.
- Musi ci być nudno - powiedział bardziej do siebie niż do boa dusiciela. - Ciągle tak tylko leżeć i leżeć...
Jakie było jego zdziwienie, gdy wąż otworzył oczy i... nie, to chyba niemożliwe... skinął głową.
- Ty mnie słyszysz? - zapytał Harry z niedowierzaniem, woląc nie domyślać się, jak długi szlaban dostałby od wuja Vernona za rozmawianie z wężami.
- Tak. - Tym razem nie było wątpliwości; wąż naprawdę mówił.
- Jesteś z Brazylii, prawda? - zapytał, patrząc na opisaną mapę świata tuż obok nazwy gatunkowej. - Jak tam jest?
Wąż zwiesił nisko głowę, zupełnie jakby było mu smutno - o ile węże w ogóle mogły czuć smutek - po czym uderzył ogonem w inną tabliczkę. Napis na niej głosił: wyhodowany w zoo.
- Ach, rozumiem - Harry pokiwał porozumiewawczo głową. - Ja też żyję trochę w niewoli...
Uśmiechnął się na myśl o tym, jak niedorzecznie musiał teraz wyglądać - mały chłopiec w za dużym ubraniu konwersujący z olbrzymim wężem. Dziwnie było czuć z nim nić porozumienia większą niż z własną rodziną...
- Mamo, tato! - Harry usłyszał irytujący głos kuzyna i tupot jego ciężkich stóp na linoleum. - Obudził się, głupi wąż się obudził!
Nie zdołał uskoczyć przez zbliżającym się Dudleyem, który odepchnął go od szyby, opierając na niej obie pulchne dłonie. Harry wylądował boleśnie na podłodze, czując gniew nie tylko z powodu obitej kości ogonowej, ale przede wszystkim z powodu przerwanej rozmowy - po raz pierwszy od dawna miał coś tylko dla siebie, kolejny moment niewytłumaczalnej magii, a Dudley tak po prostu to zniszczył. Spojrzał na grubą szybę, nie myśląc o niczym szczególnym... a szyba zniknęła. Stało się to tak szybko i niespodziewanie, że nie zdołał nawet ostrzec Dudleya - kuzyn przeleciał z piskiem przez barierkę, lądując w zaskakująco głębokim oczu wodnym tuż przed ciemnozielonym wężem. A wąż... Waż postanowił skorzystać z okazji i choć wcześniej nie ruszał się ani szczególnie szybko ani zgrabnie - właściwie wcale się nie ruszał - wyśliznął się ponad pustą ramą, zatrzymując się na chwilę przed Harrym, zbyt zdziwionym, by się przestraszyć, i zasyczał coś, co brzmiało zaskakująco podobnie do gracias, amigo.
Oczywiście nie sposób było nie zauważyć, że po podłodze sunie ogromny wąż - największy okaz w Anglii, przypomniał sobie Harry - i w terrarium zapanował chaos. Dorośli krzyczeli, dzieci płakały, a wuj Vernon i ciotka Petunia biegli właśnie w kierunku Harry'ego, choć przecież nie jego szukali.
- Gdzie jest Dudley? - Głos ciotki Petunii zdradzał początek histerii. - Gdzie jest Dudziaczek?
Harry już chciał jej odpowiedzieć, wskazując na pustą gablotę, ale w tym samym momencie wuj Vernon wydał z siebie okrzyk trwogi, który Harry'emu dziwnie przypominał kwik zarzynanego prosiaka.
- Dudley? - wuj Vernon patrzył z niedowierzaniem na terrarium węża boa, gdzie jego syn próbował z płaczem wydostać się z sadzawki.
Nie było to jednak proste. Szyba wróciła.
...
Harry spędził cały kolejny tydzień w komórce pod schodami. Domyślał się, że gdyby nie wybujała trawa, ciotka Petunia nie wypuściłaby go z niej do końca miesiąca... Nikt nie chciał słuchać jego tłumaczeń - jeśli działo się coś dziwnego, od razu zakładano, że to musiała być jego wina. Przecież nie był czarodziejem... Chociaż czasami przydarzały mu się niewyjaśnione rzeczy, takie jak odrastające w ekspresowym tempie włosy, nie mógł sprawić, że szyba zniknęła, a potem wróciła na swoje miejsce... Dyrektor zoo również zapewniał przerażonego Dudleya i jego rodziców, że musiała nastąpić jakaś pomyłka systemu, ale oni wiedzieli swoje. Harry był źródłem wszystkich ich problemów.
Westchnął ciężko. Leżał właśnie na świeżo skoszonej trawie, korzystając z chwili wieczornego chłodu i tego, że ciotka Petunia poszła do pani Polkiss po przepis na ciasto czekoladowe. Tak naprawdę był to tylko pretekst do obejrzenia nowego systemu odkurzającego, który Polkissowie zainstalowali w zeszłym tygodniu; Harry o tym wiedział, pani Polkiss prawdopodobnie też, ale najwyraźniej duma z nowego sprzętu sprawiała, że nie przeszkadzały jej niezapowiedziane wizyty wścibskich sąsiadów. Być może nawet się z nich cieszyła.
Gdzieś w oddali usłyszał cichy grzmot. Zbliżała się burza. Przyjemny wiatr drapał go po nosie i Harry zamknął na chwilę oczy. Czasami, kiedy miał chwilę, lubił zamykać oczy i szukać czegoś ważnego, czego nie potrafił nazwać. W czasie burzy to uczucie się pogłębiało, tak samo jak w mroźne styczniowe poranki i długie listopadowe wieczory, chociaż nie miał pojęcia, dlaczego. Gdyby tylko mógł częściej tak leżeć i niczym się nie przejmować; nawet teraz nie był zupełnie spokojny - ciotka Petunia mogła w każdej chwili wrócić i wymyślić mu nowe zadanie...
Jak na zawołanie usłyszał jakiś szelest. Czyżby jego spokój miał się skończyć?
Usiadł szybko i rozejrzał się po zacienionym kącie ogrodu, ale nie dostrzegł żadnego ruchu. Może tylko mu się wydawało? Zielony pasikonik wskoczył mu na kolano i spojrzał na Harry'ego uważnie, chyba zgadzając się z tą teorią.
- Witaj.
Harry prawie wyskoczył ze skóry, słysząc tuż przy uchu cichy głos. Odwrócił się w kierunku starego pnia tak gwałtownie, że szyja boleśnie mu się skręciła, ale przynajmniej dostrzegł źródło głosu i zrozumiał, dlaczego nie zauważył nic na trawniku - z najniższej gałęzi zwisał olbrzymi wąż, ten sam, którego spotkał zaledwie przed tygodniem w zoo.
Poczuł lekki dreszcz niepokoju. Czy wąż wrócił, żeby go zaatakować? Paciorkowe oczy przyglądały się Harry'emu badawczo, zupełnie jakby wąż też zastanawiał się, co zrobi chłopiec.
- Cześć - powiedział w końcu Harry, masując szyję i wracając do poprzedniej pozycji. Spoglądanie na węża z tej perspektywy nie było może najmądrzejsze, ale coś mówiło Harry'emy, że gdyby boa chciał go dopaść, nie zacząłby od powitania. - Co tu robisz? Nie wracasz do domu?
- Złapię jutro samolot - zasyczał wąż, a Harry zauważył, że przy odrobinie wysiłku mógł usłyszeć, że wąż nie mówi po angielsku. Zastanawiał się, jak to możliwe, że potrafią się dogadać... - Przypełzłem się pożegnać, amigo.
- Mam nadzieję, że Brazylia ci się spodoba - powiedział zupełnie szczerze Harry, myśląc o odległym i nieznanym kraju.
Szkoda, że on sam nie mógł tak po prostu wyjechać. Zniknąć z Privet Drive bez wieści. Cóż, zapewne ciotka i wuj nawet za bardzo by się nie przejęli jego zaginięciem. Prawdopodobnie bardziej obchodziłyby ich plotki opowiadane przez sąsiadów niż to, czy Harry w ogóle żyje... Gdyby był wężem, też odleciałby do Ameryki Południowej.
- Amigo, czy coś cię dręczy? - zapytał wąż, zsuwając się nieco niżej z gałęzi, tak że jego rozwidlony język prawie dotykał nosa Harry'ego. - Jak ci pomóc?
Chłopiec westchnął.
- Przecież sam dopiero co uciekłeś - powiedział w końcu, próbując uniknąć przenikliwego spojrzenia węża. - Wracaj spokojnie do swoich.
- Nie mam żadnych swoich. - Harry odniósł wrażenie, że wąż nieco posmutniał. - Nie wiem nawet, jak wygląda Brazylia. Może... może mógłbym zostać w Anglii?
- A co takiego miałbyś tu robić?
- Mógłbym dotrzymywać ci towarzystwa, amigo - rzucił wąż z nadzieją, zupełnie jakby przewidywał reakcję Harry'ego.
- Tutaj? Ciotka mnie zabije!
Wolał nie wyobrażać sobie, jak zareagowaliby Dursleyowie, gdyby oznajmił, że chce trzymać w komórce pod schodami udomowionego boa dusiciela.
- Nie martw się, amigo, nikt mnie nie zobaczy. - Widząc powątpiewające spojrzenie chłopca, wąż dodał: - Może i jestem największym boa w kraju, ale przecież jak dotąd nikt mnie nie znalazł, prawda? Mógłbym zamieszkać w tym drzewie.
- Nie jestem nikim interesującym - westchnął Harry z rezygnacją. - Nie ma sensu, żebyś tracił na mnie czas.
Wąż przyglądał mu się przez chwilę uważnie, po czym zasyczał:
- Jesteś bardzo interesujący. Inne węże wyśmiały mnie, kiedy oznajmiłem, że spotkałem mówiącego chłopca.
Harry uśmiechnął się lekko, słysząc ostatnie zdanie. Brzmiało trochę tak, jakby w całym kraju nikt poza nim nie potrafił sklecić zdania.
Wąż zsunął się w końcu za trawnik i zwinął w kłębek obok Harry'ego - chłopiec z pewnym przerażeniem zauważył, jak ciężki jest jego nowy przyjaciel, kiedy pełznął po jego chudych kolanach - po czym oznajmił, mrużąc ślepia w promieniach popołudniowego słońca:
- Jesteś niezwykły, amigo. Uwolniłeś mnie z klatki, a poza tym można się z tobą dogadać, nie to co z tym głupkiem Artiem, który mnie karmił; jakoś nigdy nie potrafił zrozumieć, że wolę polne myszy, a nie te okropne białe... - Wąż wzdrygnął się lekko, jakby wspomnienie tych okropnych posiłków napawało go niesmakiem. - Ale ty... Tylko jeden wąż uwierzył mi, kiedy powiedziałem, że spotkałem mówiącego chłopca. Spotkałem ją jakieś pięćdziesiąt mil na północ stąd, w ogromnej leśnej norze. Jest tak stara, że już zupełnie nie widzi, ale od razu mi uwierzyła. Powiedziała, że sama nie spotkała nigdy mówiącego człowieka, ale jej babka wiele lat temu mieszkała w Wielkim Mieście i opowiadała każdemu, kto chciał jej słuchać, że kiedy była ledwie po pierwszym linieniu, pewien chłopiec, chyba niewiele starszy od ciebie, uratował ją przed zgrają banditos.
- Naprawdę? - Harry poczuł nagle, że gdzieś w jego sercu rozlewa się przyjemne ciepło. Może naprawdę nie był aż takim dziwolągiem, jeśli był ktoś... nawet, jeśli było to tak dawno temu... ktoś, kto też potrafił to robić. - Powiedziała coś jeszcze?
- Mnóstwo rzeczy - stwierdził wąż, raz jeszcze podnosząc się lekko, i układając łeb na nodze Harry'ego. - Powiedziała mi, że chłopiec nie tylko ją obronił, ale w jakiś sposób znalazł też dla niej jedzenie, a potem... - wąż przerwał nagle, jakby zapędził się trochę za daleko.
- A potem? Co się stało potem? - nalegał Harry, nie mogą powstrzymać ciekawości.
- Potem chłopiec sprawił, że ci, którzy ją zaatakowali, cierpieli, amigo.
Harry poczuł zimny dreszcz na plecach. Nie takiego zakończenia tej historii się spodziewał. Co prawda uważał, że znęcanie się nad zwierzętami jest okropne, tak samo jak znęcanie się nad kimkolwiek słabszym, ale on chyba spróbowałby znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Może powiedziałby o tym pani Rustle? Miał wrażenie, że takimi sprawami jak wymierzanie kar powinni zajmować się dorośli. On nie potrafiłby nawet ukarać Dudleya, chociaż często czuł, że należałaby mu się jakaś bliżej nieokreślona kara.
- Nie trać ducha, amigo. - Wąż trącił go ogonem w stopę i Harry musiał się lekko uśmiechnąć. Chociaż opowieść zakończyła się okropnie, przynajmniej znalazł pierwszego przyjaciela.
...
To, co zaczęło się trzy dni po przybyciu Panchito – tak bowiem nazywał się boa dusiciel - do Little Whinging, przeszło wszelkie wyobrażenia Harry'ego o tym, jak dziwne rzeczy mogły dziać się w jego życiu.
W sobotę rano jak co dzień siedział przy kuchennym stole, popijając rozwodniony sok pomarańczowy i z niepokojem przyglądając się wielkiemu garnkowi, w którym ciotka Petunia gotowała jakieś szmaty. Mógł się jedynie domyślać, że to jego nowy mundurek. Dudley paradował po kuchni wymachując swoją trzcinową laską - wielkim powodem do dumy dla wuja Vernona, który kiedyś z taka samą chodził do Smelitnga, i wielkim skarbem Dudleya, który co najmniej pięć razy próbował zdzielić kijem Harry'ego. Sam pan Dursley dzielił uwagę między rubrykę sportową w sobotniej gazecie i poranne wydanie wiadomości na ekranie małego telewizora stojącego na lodówce.
Rozległ się dzwonek do drzwi i Harry nie musiał nawet czekać na komendę, by wiedzieć, że oto przyszła pora, by wstać od stołu, choć nie skończył jeszcze tosta. Poczta nie mogła czekać. Wsunął na nogi stare kapcie i smętnym krokiem podążył ku drzwiom.
Jakie było jego zdziwienie, kiedy oprócz białej koperty zawierającej prawdopodobnie rachunki i egzotycznej pocztówki od siostry wuja Vernona, dostrzegł trzecią, grubszą przesyłkę. Była zaadresowana do niego.
Jak we śnie wrócił do kuchni i rzucił pozostałe listy na stół, siadając na swoim miejscu. Zahipnotyzowany wpatrywał się w napisane zielonym atramentem słowa - kto w ogóle pisze zielonym atramentem?, zastanawiał się przez chwilę - jego własne imię i nazwisko, a nawet zaskakująco dokładny adres: Harry Potter, Privet Drive 4, Komórka Pod Schodami... Kto mógł do niego napisać? Czy ktoś dowiedział się, jak traktują go ciotka i wuj? W jego sercu pojawił się malutki płomyk nadziei...
- Tato, Harry dostał list! - krzyknął nagle Dudley, wyrywając Harry'ego z zamyślenia i porywając mu z rąk przesyłkę. Jak szaleni zaczęli biegać wokół stołu - Harry mały i zwinny, Dudley z bronią w postaci laski.
Dopiero wuj Vernon był w stanie ich rozdzielić, odbierając synowi list i unosząc go wysoko nad głowę.
- List? - zapytał tonem, który wydawał się Harry'emu nieadekwatnie do sytuacji przestraszony. - Kto mógłby do niego pisać?
- Do niego? Stoję tuż obok! - krzyknął zaczepnie Harry, nie bacząc na ewentualne konsekwencje. - To mój list i chcę go przeczytać!
- Vernon, co tu się wyprawia... - ciotka Petunia odwrócił się w końcu od parującego gara i spojrzała na kuriozalną scenę: po raz pierwszy odkąd pamiętała, Dudley i Harry chcieli tego samego - przeczytać tajemniczy list. - Kto niby do niego napisał?
Odebrała mężowi list - mogła to zrobić bez trudu, ponieważ była co najmniej o całą głowę wyższa - po czym prawie upuściła go na podłogę, wydając zduszony okrzyk.
- Czy to...? - zaczął wuj Vernon, ale widząc przerażone spojrzenie żony, zamilkł na chwilę, po czym chwycił syna i Harry'ego za kołnierze i wyprowadził ich z kuchni, zamykając drzwi na klucz.
Harry jeszcze przez jakiś czas wpatrywał się w nieme drzwi, ale - jak to drzwi - niewiele były mu w stanie powiedzieć o tym, co działo się w kuchni.
...
Kiedy następnego dnia w poczcie pojawiły się trzy identyczne listy, nadzieja powróciła do serca Harry'ego. Chociaż żadnego z nich nie udało mu się przeczytać - wuj Vernon wyprzedził go w drodze do drzwi - wyglądało na to, że ktoś bardzo chciał się z nim skontaktować.
Z całej tej tajemniczej sytuacji wynikła jeszcze jedna całkiem miła niespodzianka: pozwolono mu się przeprowadzić do starego pokoju Dudleya. Jeszcze tydzień temu oddałby wszystko za taką możliwość, ale teraz z chęcią mieszkałby do końca swoich dni w komórce pod schodami, byle tylko móc przeczytać ten list.
Stary pokój Dudleya nie był jednak złą opcją i Harry nie narzekał; chociaż półka nad łóżkiem przechylała się niebezpiecznie od czasu, kiedy Dudley próbował na niej usiąść, a kąt zagracony był zapomnianymi dawno konsolami i zepsutym rowerem, przyjemnie było położyć się do snu w prawdziwym łóżku. Poza tym pokój miał okno, co oznaczało, że jego amigo będzie mógł go odwiedzać właściwie o każdej porze dnia i nocy, o ile będzie akurat u siebie. U siebie - brzmiało to prawie tak, jakby naprawdę mógł zaprosić gości.
...
- Amigo, pora wstawać - obudził go łagodny głos.
Na dworze było jeszcze zupełnie ciemno, ale Harry nie bez powodu chciał obudzić się tak wcześnie. Poprzedniego wieczoru wuj Vernon wrócił z pracy wcześniej, żeby zabić deską szczelinę na listy, co oznaczało, że listonosz będzie musiał zadzwonić do drzwi i wręczyć je osobiście... Jeśli Harry złapałby go na końcu ulicy, miałby w końcu szansę przeczytać swoją przesyłkę. Wuj Vernon zaczął się poważnie denerwować, kiedy w środę z pocztą przyszło całe dwadzieścia listów - wszystkie spłonęły w kominku, chociaż był środek wyjątkowo upalnego lipca - a Harry zdołał jedynie dostrzec, że ktokolwiek był nadawcą, zdążył zauważyć, że zmienił miejsce zamieszkania. Listy były teraz adresowane do Harry'ego Pottera z pierwszej sypialni na lewo.
Wygrzebał się po cichu z łóżka, ubrał przygotowane wcześniej spodnie i t-shirt, głaszcząc lekko swojego nowego przyjaciela; Panchito bardzo lubił takie pieszczoty, a Harry uwielbiał dotyk łusek pod palcami. Czasami miał wrażenie, że jest dziwnie znajomy, cokolwiek miałby mu przypominać.
Otworzył drzwi i rozejrzał się uważnie po korytarzu. Z pokoju Dudleya dochodziło miarowe chrapanie. Co prawda nie mógł usłyszeć chrapania wuja Vernona - ciotka Petunia kupiła mu jakiś czas temu specjalne plastry na tę przypadłość - ale Harry nie spodziewał się, żeby to akurat wuj Vernon miał wstać o tak wczesnej godzinie. Czasami zdarzało się to ciotce Petunii, szczególnie gdy miała w planach jakieś wyjątkowo wykwintne danie na obiad albo był akurat pierwszy czwartek miesiąca, co oznaczało pranie dywanów, ale w tym tygodniu i ona straciła nieco ze swojego normalnego wigoru. Sprawa z listami odbiła się też na jej samopoczuciu.
Uważając na skrzypiący stopień na dole schodów, zszedł na parter nie zapalając świateł. Odruchowo spojrzał w kierunku komórki pod schodami, jakby spodziewał się tam zobaczyć samego siebie młodszego o ten tydzień pełen przedziwnych wydarzeń, ale nie zobaczył nawet własnego cienia.
Prawie w podskokach pokonał ostatnie kilka metrów dzielące go od drzwi, kiedy nagle...
... nadepnął na coś wielkiego... i żywego.
- Auu! - zawył wuj Vernon, wyrwany najwyraźniej z głębokiego snu. - Co tu się...? Co ty tu robisz?! - jego ton wrócił do normalnej barwy, kiedy zobaczył nad sobą małą postać Harry'ego majaczącą niewyraźnie na tle jasnej tapety. - Wracaj do komórki... do pokoju, wracaj do pokoju! I nie wychodź, dopóki nie zmienię zdania!
Chociaż Harry nie miał najmniejszej ochoty wracać do pokoju, wyglądało na to, że nie miał wyboru. Wuj Vernon go przechytrzył, choć wydawało mu się, że to w ogóle niemożliwe. Co takiego napędzało ten paniczny strach? Harry chciałby znać odpowiedź.
...
Okazało się, że koczowanie pod drzwiami było dopiero początkiem paranoi, która ogarnęła rodzinę mieszkającą pod numerem czwartym. Po niedzielnej katastrofie, kiedy to listy wdarły się do salonu przez okna i kominek, wuj Vernon siłą wepchnął całą trójkę do samochodu i pojechał przed siebie, próbując jednocześnie ignorować stada sów odpoczywające na płocie oddzielającym jego posesję od domu Polkissów.
Listy podążyły za nimi do obskurnego przydrożnego motelu, a Harry siedział właśnie w małej, bardzo niepewnej łódce bardzo daleko od plaży. Wolał nie myśleć, co stałoby się, jeśli silniejszy podmuch wiatru wywróciłby ją do góry dnem - ciotka Petunia nigdy nie uznała za słuszne zapisać go zajęcia na pływalni - ale z drugiej strony nie bardzo wiedział, czy samotna wysepka pośrodku niczego była lepszą opcją... Coraz bardziej zżerała go ciekawość związana z listami - dlaczego wuj Vernon, który krzyczał bez oporów na włóczęgów i prezenterów wiadomości, tak bardzo bał się tych kilku kartek papieru? Czy nie łatwiej byłoby pozwolić Harry'emu po prostu je przeczytać, a nie uciekać na drugi koniec kraju?
Być może gdyby nie byłoby mu tak zimno z powodu przeraźliwego północnego wiatru i wody wlewającej się do łódki, cała ta sytuacja wydałaby mu się całkiem zabawna - wyprowadzanie wuja z Vernona z równowagi było bardzo śmieszne, szczególnie kiedy wuj nie miał jak wymierzyć kary.
...
Harry wpatrywał się w godzinę na zegarku Dudleya.
23:47
Już za trzynaście minut miał skończyć jedenaście lat.
Westchnął ciężko i przewrócił się na drugi bok - nie należało to do najprostszych czynności, bo zimne deski wpijały mu się bezlitośnie w plecy - próbując wyobrazić sobie, jak mógłby wyglądać ten dzień, gdyby tylko jego rodzice żyli. Albo gdyby chociaż miał przyjaciela... Amigo nie mógł niestety pojechać z nimi; pomijając oczywistą przeszkodę jaką było bycie ogromnym boa dusicielem, Harry podejrzewał, że nawet jeśli Panchito podążył ich śladem, zatrzymało go morze. Nie wiedział zbyt wiele o biologii, ale wydawało mu się, że węże boa nie należą do najlepszych pływaków.
Jeszcze raz spojrzał na zegarek Dudleya.
23:53
Zrobiło mu się niewypowiedzianie smutno. Bardzo starał się nie myśleć o tym wszystkim, co mógłby mieć. Nie było sensu. Poza tym nie miał znowu tak najgorzej. Mógł mieszkać w sierocińcu. Albo zamiast jednego okropnego kuzyna mieć dwóch okropnych kuzynów. Tylko czasami, kiedy patrzył na wuja Vernona i ciotkę Petunię i na to, jak traktowali Dudleya, chociaż próbował go wyśmiewać, kiedy nazywali go Dudziaczkiem i mówili do niego, jakby miał pięć lat, czuł, że nie miałby nic przeciwko temu, gdyby ktoś go tak traktował. Gdyby tylko ktoś go... chciał.
23:58
Coś za drzwiami jęknęło przeciągle, zupełnie jakby wiatr chciał płakać razem z Harrym.
Palcem narysował w grubej warstwie kurzu okrąg, który miał był jego jedynym tortem w tym roku i jedenaście kresek udających świeczki.
23:59
Wziął głęboki wdech. Nie miał najmniejszej ochoty na świętowanie. Na szczęście nic nie wskazywało na to, że ktokolwiek chciałby z nim świętować.
00:00
Wypuścił z ust powietrze, zdmuchując prowizoryczne świeczki i w tym samym momencie drzwi wypadły z framugi.
Dudley jak oparzony wyskoczył spod koca, patrząc z przerażeniem to na drzwi, to na Harry'ego. On sam, choć nieco się bał, bardziej zastanawiał się, czy być może fruwające drzwi były jego sprawką - mógł się założyć, że właśnie tak myślał wuj Vernon, schodzący właśnie po skrzypiących pod jego ciężarem schodach.
- Kto tam jest?! - zawołał głośno wuj Vernon, patrząc w ciemność nocy. - Czego chcesz?!
Dopiero teraz Harry dostrzegł, że w drzwiach majaczyła wysoka, bardzo wysoka postać. Poczuł, że serce staje mu w gardle. Czy to... Czy to był olbrzym?
Głupek, odezwał się głos rozsądku w jego głowie. Olbrzymy przecież nie istnieją.
A jednak kiedy postać przekroczyła próg i nie zwracając uwagi na zebranych podniosła drzwi jakby były kawałkiem sklejki, głos rozsądku zamilkł. To naprawdę był olbrzym. A przynajmniej ktoś, kto mógłby się za olbrzyma podawać - Harry nie widział jeszcze nigdy tak wysokiego i dziko wyglądającego mężczyzny.
Jakie było jego zdziwienie, kiedy nieznajomy spojrzał na niego z uśmiechem i powiedział, zupełnie jakby znali się od dawna:
- Kopę lat, Harry! Nic żeś się nie zmienił. Hagrid, strażnik kluczy i gajowy Hogwartu – przywitał się mężczyzna, klepiąc go po ramieniu, a Harry miał wrażenie, że zapadł się trochę w zbutwiałą podłogę. - Jakbym wczoraj cię widział! No, dlaczego nie otworzyłeś listu? Adres chyba się zgadzał?
Harry bardzo chciał coś powiedzieć, jakoś wytłumaczyć, że owszem, bardzo chciał przeczytać list, ale niestety nie miał możliwości, bo wuj Vernon wywiózł go najpierw z miasta, a potem z hrabstwa, a potem w ogóle z lądu, ale sam sprawca odezwał się pierwszy, nie pozwalając mu dojść do słowa:
- Bzdury! Niebezpieczne bzdury! - Wuj Vernon użył swojego ulubionego słowa z nieco mniejszym niż zwykle animuszem. - Nie pozwolę, żeby jacyś... jacyś wariaci kładli mu do głowy te wszystkie brednie!
Harry zauważył, że ciotka Petunia, schowana strategicznie za plecami męża, przytakuje mu entuzjastycznie.
- Bzdury? - Nieznajomy przyjrzał się Dursleyom z wielkim niesmakiem, zupełnie jakby przyglądał się grupie wyjątkowo obrzydliwych robaków. - A co taki wielki mugol jak ty może o tym wiedzieć?
- Mugol? - Harry nie bardzo rozumiał, co mogło znaczyć to słowo, ale nikt nie zwracał na niego uwagi.
- W moim domu nie będzie się wyprawiać ta cała - wuj Vernon zaczerpnął powietrza, jakby szykował się do skoku na główkę - ta cała magia! Nie będę płacić jakiemuś wariatowi za uczenie go tych dziwactw!
W powietrzu dało się słyszeć trzask. Przez chwilę Harry miał wrażenie, że to dach chatki w końcu postanowił spaść im na głowy - szczerze powiedziawszy spodziewał się tego od kiedy przekroczyli próg - ale po chwili zorientował się, że to nie dach, ale wściekłe różowy parasol w dłoni Hagrida. Harry mógłby się założyć, że z jego końca wydobywały się jasne iskry.
Słowo magia powróciło do jego głowy jak bumerang.
- Nikt nie będzie obrażał Albusa Dumbledore'a w mojej obecności - powiedział wielki mężczyzna srogim tonem i wydawało się, że nawet wuj Vernon odrobinę się przestraszył, bo uniósł w dłoniach starą strzelbę, którą kupił gdzieś po drodze.
Na nic się to jednak nie zdało, bo nieznajomy w dwóch długich i dudniących jak burza krokach podszedł do niego i zwinął lufę w supeł, zupełnie jak bohater kreskówek, które Dudley tak namiętnie oglądał jeszcze kilka lat temu, dopóki nie przerzucił się na osobiste używanie przemocy. Wuj Vernon wydawał się na tyle zszokowany, że opadł na schody, które po raz kolejny tego wieczoru zatrzeszczały niebezpiecznie. Pociągnął za sobą ciotkę Petunię, która wydawała się tak samo wzburzona.
Nieznajomy powrócił do Harry'ego, przyglądając mu się uważnie, jakby dochodził powoli do wniosku, że być może zadanie, które na siebie wziął, przekracza nieco jego możliwości, ale widząc przestraszoną minę chłopca uśmiechnął się przyjaźnie, co sprawiło, że jego dzikość stała się mniej sroga, a bardziej serdeczna, po czym z jednej z kieszeni płaszcza wyciągnął kopertę, jakich Harry widział już tak wiele.
Prawie z nabożeństwem chwycił jasny pergamin i zamiast od razu go rozerwać, wpatrywał się w napisany zielonym atramentem adres: Harry Potter, Wyspa Bez Nazwy, Podłoga. Kiedy nareszcie miał się dowiedzieć, co takiego krył w sobie list, nagle poczuł zabobonny lęk. Bądź co bądź nie na co dzień spotykał gigantów o nadludzkiej sile.
- No dalej, otwórz! - ponaglił go Hagrid, majstrując coś przy kominku. Nim Harry zdążył przyjrzeć się dokładniej temu, co robi, w zimnym wcześniej palenisku zaiskrzyły jasne płomienie. Miał wrażenie, że było to w jakiś sposób związane z różową parasolką. - Mamy masę spraw do załatwienia na Pokątnej!
Czymkolwiek była Pokątna i jakiekolwiek sprawy trzeba było na niej załatwić, Harry poczuł otuchę słysząc dziarski ton posłańca.
Jednym ruchem rozerwał kopertę i zobaczył kawałek pergaminu, zupełnie jak w filmie o poszukiwaczach skarbów.
Szanowny Panie Potter,
Mamy przyjemność poinformowania Pana, że został Pan przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia. Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy pańskiej sowy nie póżniej niż 31 lipca.
Z wyrazami szacunku,
Minerva McGonagal, zastępca dyrektora.
Harry patrzył na list z niedowierzaniem. W kopercie znalazł rzeczywiście listę książek, która zawierała takie pozycje jak Historia magii Bathildy Bagshot i Standardowa księga zaklęć, tom I... Miał nabyć kociołek – cynowy! - i różdżkę!
Coś bardzo dziwnego działo się z jego żołądkiem. Miał jednocześnie ochotę wybuchnąć śmiechem, żeby jakoś rozładować napięcie i rozpłakać się, bo przecież to musiał być żart. Ktoś musiał to wszystko zaplanować, żeby z niego zadrwić, żeby znowu go wyśmiać.
- Proszę pana - powiedział najgrzeczniej, jak tylko potrafił, próbując zapanować nad drżącym głosem. Wyglądało na to, że nieznajomy zdążył zrobić herbatę w dzbanku, który najwyraźniej wyjął z kolejnej kieszeni przepastnego płaszcza. - Proszę pana, chyba zaszła jakaś pomyłka. Ten list nie może być do mnie...
- Nie do ciebie? - zdziwił się Hagrid, grzejąc ręce przy ogniu.
- Nie ma czegoś takiego jak magia.
Gdzieś w tle wuj Vernon wydał triumfalny okrzyk.
- A nie mówiłem? - zaczął, odzyskując wcześniejszy bojowy ton i wstając ze schodów. - W moim domu nie będzie takich bzdur!
Nieznajomy jednak wydał się nie zwracać na niego uwagi, patrzył bowiem na Harry'ego z tak wielkim zdziwieniem, jakby powiedział coś bardzo nieprzyzwoitego.
- Nie ma czegoś takiego jak magia? - podrapał się po głowie, jakby szukał odpowiednich słów. - To jak wytłumaczysz to wszystko? - wskazał na rozpalony kominek i parującą herbatę. - Nigdy nie przydarzyło ci się nic dziwnego? Kiedy ktoś zaszedł ci za skórę albo kiedy się bałeś? A twoi rodzice? Skąd nauczyli się tego wszystkiego?
- Moi rodzice też byli... czarodziejami? - Po raz pierwszy w życiu Harry spotkał kogoś, kto znał jego rodziców.
Mężczyzna spojrzał w kierunku Dursleyów z miną, która wyrażała przede wszystkim furię.
- Nie powiedzieliście mu, kim jest? - zagrzmiał, a ściany chatki zadrżały. - A James i Lily? Nie wstyd wam?
- Wstyd? - Tym razem to ciotka Petunia postanowiła się odezwać, a Harry usłyszał w jej głosie jakiś nowy, nieznany ton. - To jej powinno być wstyd! Wyszła za tego Pottera, nic dziwnego, że tak skończyli!
- Jak? - Harry nie mógł powstrzymać się od zapytania. Coś w tej rozmowie bardzo mu się nie podobało. - Jak skończyli?
- Skaczące skoczogonki, nie podoba mi się to – Hagrid wyglądał na poważnie zaniepokojonego obrotem spraw. Nie spodziewał się, że spadnie na niego ciężar tłumaczenia synowi Lily i Jamesa Potterów, dlaczego mieszka u tych strasznych krewnych. - Musimy znaleźć jakieś odpowiedniejsze miejsce z dala od tych... mugoli. Po prostu musisz wiedzieć... Musisz wiedzieć, że jesteś czarodziejem, Harry. I to cholernie dobrym.
AN: Numeracja rozdziału jest celowa, już niedługo dowiecie się, dlaczego wygląda tak, a nie inaczej. Mam nadzieję, że bawiliście się przynajmniej dobrze i z przyjemnością będziecie czytać ciąg dalszy. Pamiętajcie, że nic tak nie przyspiesza pisania kolejnych rozdziałów, jak odzew ze strony czytelników.
Do zobaczenia wkrótce!
