Hej hej! Mam nadzieję, że spodobał się Wam mój fic, więc publikuję kolejny rozdział. Zapomniałam zrobić podczas publikacji 1 chaptera, więc robię to teraz : wielkie dzięki mojej becie cumberlove4ever za ogromną pomoc ;* Zauważyłam, że coś sknociłam ze średnikami w poprzednim rozdziale, za co bardzo przepraszam - ja i technologia to nie jest dobre połączenie, anyway - Zapraszam do lektury i do reviewowania - ;) Enjoy!

Rozdział 2 - Dobry brat

Sherlock wrócił na Baker Street. Niby wszystko było jak dawniej, a jednak wszystko było inaczej. I już nigdy miało nie być tak samo. Detektyw konsultant przestał być detektywem. Teraz starał się poradzić sobie w nowym, ciemnym życiu. John bardzo chciał mu pomóc oswoić się z tym wszystkim, ale przyjaciel mu na to nie pozwalał. Próbował poruszać się samodzielnie po mieszkaniu. Co chwila potykał się, czasami upadał. Nigdy nie pozwalał sobie pomóc.

- Daj mi spokój John! – powiedział któregoś dnia, gdy doktor zaproponował, że pójdzie z nim na spacer po Londynie. Chciał, żeby Sherlock znowu poczuł w sobie życie, a nie snuł się bez końca po mieszkaniu przewracając coś co chwila. – Nie rozumiesz, że muszę sobie sam z tym poradzić? Jestem dorosły, jeszcze miesiąc temu potrafiłem złapać każdego mordercę, rozwiązać każdą zagadkę! A teraz? Stałem się jak marionetka! – rozgoryczenie wypełniało każde jego słowo. Znowu te okropne słowa. Pełne rezygnacji, zmęczenia. John zamknął oczy. Miał dość.

Sherlock ucichł. Milczał przez chwilę. W końcu odezwał się. Znacznie łagodniej niż przed chwilą.

- Udawaj.

- Co? – zapytał John zdezorientowany.

- Udawaj, że nic się nie wydarzyło. Że wszystko jest tak, jak było. Że nie było żadnego wypadku. Zrobisz to dla mnie, John?

John patrzył na przyjaciela ze zdumieniem. On, najbardziej chłodny i szczery do bólu facet, jakiego znał, prosi go, żeby się bawili w „ten dzień nigdy się nie wydarzył, wszystko jest tak, jak było"?

- Sherlocku... – zaczął.

- Proszę. – jego puste oczy napotkały twarz Johna. Przez chwilę serce ścisnęło mu się z bólu. Najmądrzejszy człowiek, jakiego znał, stał się teraz bezbronny jak dziecko.

- A jak będzie ze sprawami? Też będziesz udawać? Nie chcę być niemiły, ale szczerze wątpię, żeby to się udało.

Brwi Sherlocka zmarszczyły się na chwilę. Na twarzy pojawił się grymas. No tak. O tym nie pomyślał. Zamroczenie trwało tylko przez chwilę. Po chwili na jego twarzy, teraz tak obcej, pojawiło się zdecydowanie.

- Nie będzie spraw. – John chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że to będzie bez sensu.

- Żadnych. Już nigdy. Przykro mi, musisz się z tym jakoś pogodzić. Jeśli będzie ci brakowało adrenaliny możesz skoczyć na bangee, możesz się uzależnić od hazardu – cokolwiek. Mi to obojętne – znowu ten lodowaty ton, który teraz od TEGO dnia towarzyszył Johnowi tak często.

John opuścił oczy. Siedział w swoim fotelu, naprzeciwko niego siedział były detektyw konsultant, niegdyś jedyny na świecie. Teraz świat nie posiadał już żadnego.


- Chcesz czegoś do picia? Może jesteś głodny?

- Nie, dziękuję. Nie miałeś być umówiony z Mary?

- Tak, ale dopiero za dwie godziny. Jeszcze dużo czasu.

- Cóż... nie umiem póki co korzystać z zegarka. Wybacz więc moje pytanie. – Sherlock roześmiał się sztucznie.

John opuścił wzrok ze smutkiem. Znowu to samo. Nie wiedział czy ma się śmiać, czy płakać. Już od dawna nic nie wiedział. Od wypadku minęły dwa miesiące. Sherlock bardzo się zmienił. Prawie w ogóle nie mówił, nic go już nie interesowało. John zaproponował, że nauczy go alfabetu Braille'a, poczyta mu jakieś ciekawe książki, będzie z nim chodził na spacery. A raczej zaproponowałby, gdyby nie ich umowa. Nic się nie zmieniło. Akurat.

Wszystko się zmieniło...

Nagle rozległo się pukanie. John wstał zdziwiony, od dawna nikt ich nie odwiedzał. Nie było powodu. A Lestrade miał całkowity zakaz wstępu, dla dobra swojego i innych.

John otworzył drzwi. W progu stał... Mycroft

- John. Jak miło cię znów widzieć – ton jego głosu wcale na to nie wskazywał. Sherlock drgnął w fotelu. Obrócił twarz w kierunki brata.

- Czego tu szukasz? – warknął.

- I mój kochany braciszek. Witaj, Sherlocku. Długo się już nie widzieliśmy, nieprawdaż? – „Cóż za trafny dobór słów" pomyślał John z goryczą.

- Błogosławiłem te chwile – odparł Sherlock niewzruszony.

Mycroft roześmiał się nieszczerze.

- Widzę, że twoja ułomność nie zmieniła wcale twojego charakteru. Ten sam cięty język co zawsze. – John popatrzył na Mycrofta ze wstrętem. Nigdy specjalnie nie przepadał za starszym Holmes'em, ale teraz ten posunął się zdecydowanie za daleko.

- Mycr... – zaczął.

- Widzę, że to u nas rodzinne – Sherlock przerwał przyjacielowi - ja mam problemy ze wzrokiem, a ty ze słuchem. Jestem więc zmuszony powtórzyć moje pytanie : czego tu szukasz?

- Ciebie, Sherlocku. Chciałem z tobą porozmawiać. – mówiąc to, usiadł w fotelu Johna, oczywiście ku jego cichemu oburzeniu. – Ostatnio wydarzyło się z pewnością wiele istotnych dla ciebie rzeczy. Nie chciałbyś się podzielić doświadczeniami?

- A czemu miałbym chcieć? Wiesz wszystko. Kamery w naszym mieszkaniu już ci nie wystarczają?

John drgnął zdziwiony. „Kamery?!" pomyślał ze zgrozą i rozejrzał się po mieszkaniu.

- Jednak wolałbym się dowiedzieć wszystkiego z twoich ust. Jak wam się wiedzie?

- A jak powinno? Starzejesz się Mycroft, twoje pytania z każdym rokiem stają się coraz głupsze.

- Tak samo jak twoje odpowiedzi, drogi bracie.

Przez chwilę Mycroft mierzył Sherlocka wzrokiem. Ten siedział sztywno, czekając.

- Widzę, że twoje życie nabrało niesamowitego rozpędu. Pewnie jesteś teraz niezwykle zajęty, nieprawdaż? – Sherlock milczał. Mycroft westchnął. Nagle Johnowi wydało się, że starszy Holmes jest bardzo zmęczony życiem. Na jego twarzy zobaczył wszystkie te emocje, które Mycroft tak dobrze ukrywał : troskę, niepokój, a przede wszystkim : miłość do brata.

- Wbrew twoim przekonaniom, nie przyszedłem tu, by cię prowokować do kłótni, Sherlocku – ten prychnął z drwiną – Chcę ci pomóc, bo widzę, że tego potrzebujesz...

- Kiedy ostatnio „próbowałeś mi pomóc" trafiłem na odwyk z podbitym okiem i załamanym żebrem. Bogu dzięki, że nie udzielasz się charytatywnie. Inaczej gatunek ludzki mógłby wyginąć.

- Sherlocku... – wtrącił się John. Już wiedział, jaki jest plan Mycrofta. Niechęć do niego chwilowo zanikła.

- Teraz go bronisz? Niesamowite...

- On naprawdę chce ci pomóc.

- ON kłamie, John. Za to mu płacą. W końcu pracuje w Rządzie Brytyjskim

- Sherlocku, przeciągasz strunę – Mycroftowi wyraźnie kończyła się cierpliwość. Zmarszczył gniewnie brwi. – Chciałbym, żebyś na jakiś czas wyjechał do specjalnego ośrodka dla niewidomych, w Sussex. Zrozum, to ci naprawdę pomoże. Znam tam wszystkich pracowników, to bardzo dobrzy pielęgniarze.

- Nigdzie nie pojadę. Nic mi nie jest.

- Doprawdy? A więc, powiedz mi proszę, czemu ostatnio w ogóle nie przyjmujesz spraw? W Scotland Yardzie jest o tobie głucho.

Sherlock zacisnął wargi i uparcie milczał.

- To może chociaż powiesz mi, która godzina? – dodał brat ciszej.

Sherlock wbił w niego puste oczy, teraz pełne łez.

- Całe życie chciałeś mi pomagać. I zawsze wszystko pieprzyłeś. Odwal się ode mnie, raz na zawsze. Nie chcę cię tu więcej... nie chcę żebyś tu przychodził! – powiedziawszy to, wstał i skierował się do swojej sypialni, zrzucając przy okazji lampę. Mycroft popatrzył na Johna ze smutkiem. Wstał i wyszedł bez słowa. John popatrzył przez chwilę na drzwi sypialni. Zrobił kilka kroków. Jednak zachwiał się i usiadł w fotelu Sherlocka. Ukrył twarz w dłoniach i pozwolił łzom płynąć.