Rozdział II

Dyżurka była zadymiona. Cuchnęły asfaltem szlugi Chupacabry, kopciła rzeźbiona w plugastwa fajka Dziadka, a Szejka właśnie przycinała końcówkę cygara grubszego niż jej kciuk. Wchodząc do pomieszczenia, Rainbow sam zapragnął zapalić.

Pokój wielkością dorównywał przeciętnej sypialni, ale był niesamowicie zagracony. Pod ścianami upchano trzy biurka, nad nimi porozwieszano lustra. Sofa nieokreślonej barwy stała tuż przy drzwiach, zapomniany wieszak chylił się ku ścianie. Były tam też – między innymi – rogi łosia na parapecie, kwietnik bez kwiatów, stos brudnych talerzy, peleryna niewidka wypłowiała z czarów – i papiery oczywiście. W stosach na podłodze i na blatach, poprzylepiane taśmą i zaklęciami do ścian, upchnięte, pomieszane, koszmar biurokraty. Kryły się w nich raporty i grafiki rozpisane na odwrotach paragonów, czaiły notatki służbowe i czasopisma, odbitki notatek, zeszyty, książki.

Śmierdziało trochę zwietrzałym piwem i starymi frytkami, jak zwykle.

Trochę się spóźnił na swoją zmianę, tak ze dwa dni, ale na razie nikt tego nie komentował. Położył więc plecak na wytartej kanapie, ściągnął kurtkę i podszedł do otwartego na oścież okna. Wychodziło na tyły, mugolską ulicę, senną gorącym, wczesnym popołudniem. Czarny samochód wlókł się po niej leniwie, a wszystkie szyby miał opuszczone. Stary jakiś, kanciasty, James nie rozpoznał marki.

Oparł się o parapet, wdychając dym i rozgrzane powietrze, nie bardzo wiedząc co chce i co może powiedzieć.

Gdyby to był chociaż inny skład…

Dziadka ledwo znał. Miał chłopiec jakieś trzynaście lat, w robocie siedział pierwszy miesiąc i zaczynało mu powoli odbijać. Nawet teraz co i rusz zerkał do tyłu albo pod biurko sięgał – i nagle martwiał, nie mogąc sobie przypomnieć, po co to robi. Może i Jamesowi byłoby go żal, gdyby bachor nie roznosił plotek jak szczur zarazy. Jąkał się przy tym, połykał wyrazy albo całe zdania, ale i tak wszystko wywlekał i rozpowiadał. A teraz słuchał.

Chupacabra go wyciągnął z jakiegoś bagna, bo – jak twierdził – żal mu trzewia ścisnął. Nie pierwszy raz zresztą.

Na stanowisku pośrodku siedziała Szejka – James skrzywił się na jej widok. Dziewczyna była drobną Azjatką, parę lat od niego starszą. Twarz miała upstrzoną bliznami po smoczej ospie, a włosy ścięte na jeża. Pasowały jej zresztą – wiecznie nosiła się jak wojskowy, mugolski na dodatek, tylko dać jej karabin i rzucić w okopy…

Rainbow nie cierpiał jej z wzajemnością.

Chupacabra siedział najbliżej okna, w obrotowym fotelu obitym poplamionym, żółtym suknem. Nogi położył na biurku, oparcie nieznacznie opuścił. Co jakiś czas strzepywał popiół do postawionej na podłodze szklanki. Wydawał się zadowolony z życia, niczym nażarty kocur. Jasnowłosy, blady i chudy. W półmroku, w blasku luster – wyglądał jak personifikacja głodu.

Teraz jednak zbyt dużo słońca przebijało się przez zasłonę dymu – więc był tylko zmęczonym, zbyt szczupłym człowiekiem. Nie jego czas.

Z tego, co Rainbow wiedział, mężczyzna pięć lat temu przyjechał z Ukrainy, aby studiować numerologię na Uniwersytecie w Edynburgu. Wyrzucili go po pierwszym semestrze.

Rok później przekonał właściciela kasyna, by zainwestował w nowe technologie i w niego samego przy okazji. Jak to zrobił, jak faceta w ogóle odnalazł – nikt nie wiedział.

Chupacabra uniósł prawą dłoń i pstryknął palcami. Wszyscy spojrzeli na niego, odruchowo, z nawyku.

– Szejka, Dziadek, przerwa – powiedział, nie wyjmując z ust papierosa. Miał schrypnięty głos i koszmarny akcent.

– Sam sobie nie poradzisz… – mruknęła dziewczyna butnie, choć bez przekonania. Łypnęła na nich jeszcze spod oka, przydusiła cygaro na plastikowej okładce zeszytu i wstała. Z szefem się nie dyskutuje, nawet tak dziwacznym.

– Ty, Rainbow, siadaj za nią – dodał.

James poczekał, aż Azjatka wyjdzie, ciągnąc za kark Dziadka. Chłopiec zamarudził przy drzwiach, mamrocząc coś nieskładnie. Ciekawe, co sobie myślał…

– Zasłonę też narzuć – usłyszał James, gdy usiadł w fotelu. Wzruszył ramionami, czując, że zasycha mu w gardle. Odwrócił się w stronę drzwi i rzucił zestaw zaklęć, które miały uniemożliwić podsłuchiwanie. Dwa razy, bo za pierwszym mu nie wyszło.

– Zrobione – powiedział wreszcie. Spięty był, cholera.

– To obserwuj.

James wzruszył ramionami, próbując się rozluźnić. Mało to razy siedzieli we dwójkę? Mało, tylko rankami, kiedy nie było prawie ruchu. I to rzadko trafiał na mężczyznę – najczęściej szef ogarniał noc, kiedy czasem nawet trzech ludzi się nie wyrabiało.

Pierwszy raz też mu podpadł, tak na poważnie. Chociaż, niech to szlag, przecież to nie była jego wina.

Wbił wzrok w swoje lustra. Miał numery od dwunastki do dwudziestki dwójki, w tym cztery pokoje i korytarz na piętrze. Chupacabra narzekał, szczególnie koło północy, że trzydzieści dwie kamery to za mało, żeby upilnować całe kasyno – miał rację. James jednak myślał, że to i tak za dużo dla trzech osób.

Podobno stawanie między dwoma lustrami mogło odebrać człowiekowi odrobinę duszy. Wpatrywanie się w magiczne zwierciadła na pewno odbierało rozum.

Między sobą zawsze używali określeń takich jak kamery, ekrany, ochrona, personel, dyżurka, zmiana. Nawet ci, którzy nigdy nie opuścili magicznych dzielnic, a na szlamy najchętniej by splunęli.

Słowa miały moc – wszystkie, nie tylko zaklęcia. Dla własnego dobra nie należało nadużywać nazw. Nie tutaj.

Ta ich fobia przerzuciła się nawet na przydomki. Dziadek był dzieciakiem, Pajęczak brzydził się owadów, Szejka forsy w życiu się nie nawąchała, Mikrus przechodząc przez drzwi musiał schylać głowę…

Tylko do Chupacabry przezwisko pasowało.

James przeleciał wzrokiem wszystkie lustra. Miały różne kształty, mniej lub bardziej zbliżone do prostokąta, zaś obramowania – proste lub wymyślne. Lśniły własnym blaskiem. Ekrany.

Widział, że jest niewielu klientów. Paru starych, sprawdzonych, którzy traktowali kasyno jak drugi dom. Oszołomiona dama – wiedział, że podano jej adres dopiero tydzień temu – pewnie przychodziła codziennie, aby się nacieszyć. Parę osób, których w ogóle nie rozpoznawał. Ruch był naprawdę mizerny.

Na personel nie zwracał uwagi. Powinien, oczywiście, ale jakoś nie potrafił przemóc się, aby kapować na swoich. Szejka wyrabiała za niego limit.

Pamiętał, że kiedy przyszedł tu po raz pierwszy, nie potrafił wykrztusić ani słowa. Brał nadgodziny, sypiał na kanapie w kącie tak jak Dziadek niedawno, mało jadł. Chupacabra wyciągał go na miasto, do różnych knajp, do kina, do parku, na ulice, ale wszystko wydawało się Jamesowi mdłe, szare, beznadziejne. Dopiero po jakimś tygodniu mu przeszło, widoki spowszechniały, a praca zaczęła nudzić. Szef stwierdził, że i tak szybko się otrząsnął.

Kasyno nasiąkło magią. Forsą. Adrenaliną. Pachniało nadzieją.

Ściany ociekały złotem, meble inkrustowano masą perłową i kamieniami szlachetnymi. Durne zasłony kosztowały więcej, niż James mógł zarobić przez pół życia. Rzeźby i dywany, obrazy, miecze na ścianie, futra leżące przed kominkiem i gepard w diamentowej obróżce, pupilek barmana. Przepych. Jeszcze więcej, jeszcze drożej, jeszcze, jeszcze.

Chłopak mógł teraz powiedzieć, że gustu w tym za grosz, za to sporo snobizmu – ale przecież wiedział, że nie o elegancję tu chodziło, nie o dobry smak.

Tutaj grało się o majątki. Zastawiało dwory i własne dzieci. Składało Wieczyste Przysięgi i traciło prawo do rodowych czarów. Przegrywało, prawie zawsze, ale przecież nie to było ważne.

Tylko karty na stole, tylko iluzja wież wyrastająca nad głową i barwne ścieżki magicznych gier, tylko zakłady, uśmiechy, łzy, przekleństwa, cholera jasna, adrenalina i endorfina, hazard, niech to szlag.

Noc była czasem tego miejsca – rzucała na ludzi czar-nie czar, któremu ani nie mogli, ani nie chcieli się oprzeć.

James nie pilnował, aby klienci nie kradli. Budynek naszpikowany był zaklęciami ochronnymi. On po prostu sprawdzał, czy nie oszukują.

…oczywiście, że oszukiwali. To też był element gry.

Na biurku, pośród śmieci, leżały komunikatory – małe dwustronne lusterka – służące do wydawania poleceń ochronie. W stosiku, związane wstążką, Szejka zostawiła karty. Na każdej naszkicowano rysunek czarownicy lub maga, który mógł w razie potrzeby przeskoczyć do prostego obrazka w kolczyku krupiera. Ludzie na portretach przekazywali informacje bardzo dyskretnie. No i tyle, nic trudnego: wyłapać dziwaczne zachowanie, szepnąć słówko komu trzeba.

Po niektórych nocach James wymiotował przez okno, a później kładł się na sofie albo na podłodze i spał kilkanaście godzin.

Czar-nie czar, magia-nie magia, światło luster-nie luster wypalało umysł do cna.

Przynajmniej wypłata była niezła.

– Spójrz na tego blondyna – powiedział mężczyzna nagle, strzepnął popiół i po namyśle podał jednego papierosa Jamesowi.

Chłopak zapalił natychmiast i wychylił się trochę, aby zobaczyć człowieka, którego wskazywał Chupacabra.

Mężczyzna stał przy barze, czekając prawdopodobnie na alkohol. Miał bardzo jasne, długie włosy, spięte na karku. W ręku trzymał laskę, ale chyba się na niej nie opierał. Przynajmniej chłopak nie zauważył, żeby był kaleką. Prawdopodobnie arystokrata, możliwe, że nuworysz. Chłopak na pewno go nie znał.

– Co z nim? – zapytał ostrożnie. Szlug smakował jak smoła, ale zaciągnął się łapczywie. Zaczął palić dopiero tutaj. To pomagało… trochę.

– To stary Śmierciożerca. – Chupacabra uśmiechnął się, jakby żartował. – Podobno Voldemort się u niego zadekował.

Chłopak wzdrygnął się i odepchnął od biurka, ponieważ fotel przechylił się za bardzo. Kółka uderzyły ze stukiem o podłogę i dziwacznie to zabrzmiało, głucho jakoś.

Chupacabra czekał.

Po chwili Rainbow wzruszył ramionami, chociaż serce tłukło mu jak szalone.

– Podobno? A ty co myślisz? – Ucieszył się, że głos mu nie drży.

– Sądzę, że gdyby powrócił, znalazłby sobie lepszego sponsora – w głosie mężczyzny pojawiła się lekka pogarda.

– Przecież biedny być nie może – stwierdził niepewnie. – Znaczy, ten o, blondyn.

Tutaj nie było ubogich ludzi. Do takich nie przychodził pan w eleganckiej szacie. Nie dostawali też bileciku z adresem wypisanym schludnym pismem. Nie patrzyli później na gmach, którego front pysznił się na skraju ulicy Pokątnej, rzucający się w oczy jak feniks w popiele – budynek objęty zaklęciem Fideliusa.

Oczywiście, jeśli zakładało się, że służący to nie ludzie.

James zapytał kiedyś, co się stanie, gdy umrze Strażnik Tajemnicy. Szef odpowiedział, że istnieją odpowiednie procedury. Więcej nie wracali do tego tematu.

Chupacabra wzruszył ramionami nieznacznie.

– Parę razy aurorzy trzepali mu majątek, ale nie, biedny nie jest. Ostatnio nawet zyskał pewne wpływy w ministerstwie, znowu.

James czekał, kontrolując własne lustra bezmyślnie. Nie wiedział, o co mężczyźnie chodzi, ale miał złe przeczucia.

Tymczasem Chupacabra wygrzebał spod gazet dziennik, zwykły, szary, prawie że mugolski.

– To jego akta – powiedział, obracając go w dłoniach. – Przyznam, że byłem zaskoczony. Spodziewałem się bardziej arystokratycznej manifestacji. Pergaminu, jakichś zakrętasów, rysuneczków, tłoczonej okładki, sam wiesz, czegoś, co by pasowało do takiego czystokrwistnego dupka. – Rzucił dziennik Jamesowi.

Chłopak starannie go obejrzał. Równe, drobne pismo, głównie zielony atrament, cienki i tani papier.

– Może jakiś błąd w zaklęciu? – zapytał sceptycznie. Chupacabra nawet tego nie skomentował.

Jak dokładnie działał kontrolny czar, nie wiedział żaden ze znajomych Jamesa. To była jedna z tajemnic gmachu, stara i pewnie nieprzyjemna.

Z tego, co chłopak zrozumiał, wszyscy klienci mieli swoje akta, które powstawały, gdy pierwszy raz weszli do kasyna. Te mniej znaczące składowano w tej kanciapie.

Forma, jaką przyjmowały dokumenty, zależała od osobowości klienta – albo czegoś zupełnie innego, ciężko było mieć pewność przy tak skomplikowanej magii. Akta powinny zawierać fakty: kiedy człowiek wszedł do budynku, kiedy wyszedł, w co grał, ile wygrał, ile przegrał, o co się założył, ile postawił. Daty, godziny, krótkie notatki. Najczęściej tak było.

Z dziennika, który przeglądał chłopak, wynikało, że L. Malfoy w kasynie bywał rzadko, a hazardu praktycznie nie uprawiał. Zapisano zaledwie kilkanaście stron.

Jedną, od góry do dołu, zajmowało nazwisko Jamesa.

xxx

Nie trzeba było być specjalnie spostrzegawczym, żeby zobaczyć, że stało się coś złego. Tonks, która siedziała na krześle, miała włosy koloru błota. Wpatrywała się w filiżankę herbaty ponuro. Molly za to stała przy kredensie i przygotowywała obiad. Zbyt gwałtownie przy tym machała różdżką i noże zamiast obierać, praktycznie odkrajały fragmenty ziemniaków.

Harry, który właśnie wszedł do kuchni, natychmiast się zasępił.

– Czy komuś coś się stało? – zapytał.

Pani Weasley drgnęła i jeden z noży wbił się w drzwiczki szafki. Wyciągnęła go i położyła na desce, szukając czegoś nerwowo.

– Nie, kochanie – powiedziała wreszcie.

Harry nie uwierzył.

Usiadł obok Tonks, przy stole z ciemnego drewna. Wzdłuż jego krawędzi wiły się cienkie węże, połykające ogony sąsiadów. Cóż, w tym domu nie miałby kłopotów z wężomową.

Pomimo ich starań budynek nadal przypominał cmentarzysko. Wpadające do kuchni światło zdawało się brudzić od stęchłego powietrza, meble wypaczały się wciąż na nowo, pajęczyny wyrastały w ciągu nocy. Nie mogli poradzić sobie z tym miejscem, pełnym węży i porzuconej magii. Jakby sam dom próbował im przeszkodzić.

Dziewczyna westchnęła.

– Kompletnie nawaliłam w pracy – mruknęła, a jej włosy pociemniały trochę.

– Zakon…? – Chłopak nie dokończył pytania. Nie musiał.

– Tak jakby…

– Nimfadoro. – Molly odwróciła się gwałtownie. – Ustaliliśmy, że nie będziesz wprowadzać młodzieży w szczegóły.

– …ale też tak jakby nie. W sumie to była normalna, aurorska robota, tyle że Moody kazał mi się przy niej postarać. I Tonks, jeśli można, dziękuję – powiedziała rozzłoszczona. Zaraz jednak znów wlepiła wzrok w herbatę. – Tyle, że nie wyszło.

Molly zacisnęła usta, jakby siłą powstrzymywała się od wygłoszenia uszczypliwego komentarza.

– Co nie wyszło? – Ron wszedł do kuchni razem z Hermioną, był zaczerwieniony, jakby przed chwilą biegał. – Są tu jakieś szczury? – spytał i skulił się pod miażdżącym spojrzeniem matki. – Martwe, dla Hardodzioba – wytłumaczył.

Hermiona już dosiadła się do stołu, ściągając grube rękawice. Na sobie miała stare ubrania George'a – koszulę w szkocką kratę i dżinsy z łatami na kolanach – a włosy ściągnęła w ciasny kok. Pomagała Syriuszowi uporządkować jeden z pokoi na poddaszu. Ponieważ polegało to głównie na szorowaniu wszystkich możliwych powierzchni dziwnie pachnącymi specyfikami, Harry uciekł stamtąd przy pierwszej okazji. Ron, dla odmiany, pomagał z nietypowym dla siebie zaangażowaniem.

Tonks wzruszyła ramionami i westchnęła ciężko.

– Kuratorką wczoraj zostałam. Znaczy miałam pilnować takiego jednego chłopaka, a on mi wyparował.

Ron, który w międzyczasie zdążył zaopatrzyć się w talerz ciastek, usiadł na wolnym krześle z impetem.

– To chyba nie problem? Słyszałem, że jak ktoś dostaje kuratora, to nakładają na niego takie sprytne zaklęcie… – stwierdził, biorąc babeczkę.

– Lokalizacyjne – podpowiedziała dziewczyna grobowym głosem – tyle że ono nie działa. I to cały problem. Zniknął, o tak. – Pstryknęła palcami. – Skoczyłam tylko oddać tę przeklętą gitarę. Moody mówi…

Pani Weasley chrząknęła znacząco.

– Moody jest odrobinę przewrażliwiony – powiedziała chłodno, wycierając dłonie o fartuch. – Przebierzcie się, zaraz będzie obiad.

Ron wymamrotał coś z pełnymi ustami, czym zasłużył na pełne nagany spojrzenie Hermiony. Wzruszył tylko ramionami.

Harry stwierdził, że nie da się tak łatwo spławić. Rozpaczliwie pragnął dowiedzieć się czegoś. Właściwie czegokolwiek.

– Kogo pilnowałaś? – zapytał ze współczuciem, nie zwracając uwagi na panią Weasley.

Tonks uśmiechnęła się słabo.

– Rainbowa. Fajny z niego chłopak w sumie, nie spodziewałam się…

– Dość tego. – Molly postawiła pomiędzy nimi talerze z brzękiem. Naprawdę była zdenerwowana, ręce jej się trzęsły. Potter niechętnie przestał drążyć temat. Przez chwilę zastanawiał się też, czy przeprosić… ale z drugiej strony nie mieli prawa odcinać go od informacji.

Spojrzał ponad naczyniami na Hermionę, ale dziewczyna wzruszyła ramionami. Ronowi też to nazwisko niewiele mówiło.

xxx

Harry stwierdził, że jedyną osobą, którą może zapytać o Rainbowa, jest Syriusz. Jak na złość, do wieczora jednak nie nadarzyła się żadna okazja. Molly, jakby przeczuwając jego zamiary, ciągle wynajdowała im nowe zadania.

Pod wieczór chłopak czuł się jak zgoniony pies i naprawdę marzył tylko o chwili spokoju. I rozmowie, oczywiście.

Usiadł na schodach w holu, starając się oddychać na tyle cicho, by nie obudzić portretu pani Black. Skrzacie głowy łypały na niego ze ścian złowrogo. Razem z Ronem mieli je zdjąć. Może jutro. Światło sączyło się spod drzwi wejściowych i zakurzonego okna umiejscowionego tuż pod sufitem. Niewiele, akurat tyle, by wydobyć z półmroku zarysy przedmiotów i zatrzeć szczegóły. Zasłona zaciągnięta przed obrazem falowała delikatnie, choć nie było przeciągu. Zapatrzył się na nią, ale nie potrafił powiedzieć, dlaczego go niepokoi.

– Co tu robisz? – drgnął i spojrzał w górę. Syriusz schodził właśnie, niosąc przed sobą ze wstrętem jutowy worek. Materiał poruszał się niemrawo.

– Szukam ciebie – powiedział chłopak szczerze, choć cicho.

Mężczyzna spojrzał na niego zaskoczony, ale i uśmiechnięty. Z jakiegoś powodu Potter poczuł się podle.

– Poczekaj chwilę, wywalę tylko to paskudztwo i wracam – wyszeptał mężczyzna, przeskakując ostatnie trzy schodki. Wylądował zaskakująco cicho i zręcznie, trochę jak pies. Dywan stłumił jego kroki.

Harry odprowadził mężczyznę wzrokiem, co jakiś czas nerwowo zerkając na drzwi do salonu, który właśnie sprzątali jego przyjaciele. Słyszał, że ktoś żartował – pewnie Fred albo George – ale nie rozróżnił słów.

Syriusz wrócił po chwili, niosąc dwa kubki z gorącą czekoladą. Jeden podał Harry'emu.

– Ciężki dzień? – zagaił.

Chłopak skinął głową, ale nie napił się. Nie miał ochoty. Przypomniała mu się aurorka smętnie zapatrzona w herbatę.

– Szlabany w Hogwarcie są już lżejsze – spróbował zażartować i prawie natychmiast tego pożałował.

Mężczyzna spochmurniał, ale zaraz uśmiechnął się, chyba nawet szczerze.

– Nawet mi nie przypominaj. Kiedyś wyszorowałem cały zamek. – W jego głosie zabrzmiała tęsknota i jakiś niezrozumiały żal, źle skryty pod niedbałą wesołością. Przygarbił ramiona. Bardziej niż kiedykolwiek przypominał włóczęgę, który nie może wrócić do domu… bo przecież domem nie mogła być ta zatęchła nora, pełna wypchanych trucheł i szkieletów upchniętych po kątach.

Harry odwrócił wzrok.

– Wiesz, słyszałem ostatnio takie nazwisko, ale nie mogę skojarzyć, skąd je znam… – zaczął ostrożnie i nagle umilkł. Właściwie dlaczego nie zapytać wprost? Nie jest Ślizgonem, cokolwiek twierdziła tiara. – Tonks mówiła, że została kuratorem jakiegoś Rainbowa, ale go zgubiła. Wiesz kto to jest?

Syriusz zamyślił się, popijając czekoladę. W końcu odstawił kubek i oparł się wygodnie o szczeble.

– Znałem kiedyś jedną taką, Emily. Miała na nazwisko Rainbow, może to jakaś rodzina – powiedział. – Była w klasie niżej, też w Gryffindorze. Ciekawa dziewczyna.

– Ciekawa?

– Ciekawa. Nie wiem jak to powiedzieć. Miała głowę do wygłupów i rękę do czarów, trochę jak bliźniacy. – Uśmiechnął się do wspomnień. – Pewnie niezły byłby z niej huncwot, gdyby nie była dziewczyną oczywiście. Na pewno lepszy od Glizdka.

Na jego twarzy pojawił się cień, ale znikł zaraz. Syriusz starał się cieszyć tą rozmową w sposób niepokojąco rozpaczliwy.

– Kojarzę, że byłem z nią nawet na jakiejś randce, w czwartej czy piątej klasie, ale nic nam nie wyszło. Miałem wtedy kompletnego hopla na punkcie innej. Wiesz, włóczyłem się, wciskałem czekoladki, pisałem beznadziejne wiersze. James się ze mnie nabijał, ale on wtedy jeszcze nie interesował się Lily… a ty kogoś masz?

Harry zaczerwienił się lekko i wzruszył ramionami.

– A co się z nią stało po szkole? Była w Zakonie?

– Raczej nie. Właściwie nie mam pojęcia, straciliśmy kontakt. – Rozłożył ręce w geście bezradności. – Przykro mi, Harry.

– Nie szkodzi – odpowiedział, starając się nie pokazać, jak bardzo rozczarowały go te informacje. – A ta dziewczyna, ta inna, to jaka była? – zapytał szybko.

Syriusz przymknął oczy.

– Cóż, wtedy mówiłem, że jest totalnie odjechana. Teraz, z perspektywy czasu i zdobytego doświadczenia, z czystym sercem i sumieniem… mogę to potwierdzić.

Zaśmiali się bezgłośnie, aby nie zbudzić jego matki.

xxx

Absurdalnie to wygląda, pozwolił sobie na jedną myśl. Drugą zdławił, uznając za zbyt niebezpieczną.

Klęczał na miękkim, mlecznym dywanie u stóp swego pana i wpatrywał się w osmalone kamienie kominka, smugi sadzy, popiół nie wygarnięty z paleniska, zdobienia nadproża. Kwiaty, liście – powykręcane aż do przesady.

Voldemort siedział w głębokim, jasnym fotelu i milczał. Odkąd Severus wszedł do salonu i uklęknął, nie zaszczycił go ani jednym spojrzeniem lub słowem. Nie wydawał się jednak niezadowolony.

Gniew Czarnego Pana bolał.

Myśli Snape'a krążyły wokół książki, którą miał zamiar przeczytać wieczorem. Kupił ją okazyjnie, od kobiety, która wyprzedawała księgozbiór zmarłej babki. Białego kruka wepchnęła do pudła, pomiędzy romans w tekturowej okładce i podniszczoną książkę kucharską. Zresztą – czego się mógł spodziewać po Puchonce.

Drugi fotel zajmowała Emily. Półsiedziała, półleżała w nim. Jedną nogę przerzuciła przez orzechową poręcz, drugą na niej oparła. Lewą dłoń wsunęła pod kark i półdługie, jasne włosy. Czarna szata podwinęła się jej prawie do ud, odsłaniając szare szorty, zakasała też rękawy. Mroczny znak ginął pomiędzy innymi tatuażami. Zwierzęta, napisy, potwory. Nad przegubem wytatuowała nawet Chevroleta.

Lata temu miała skórę prawie czystą i włosy ufarbowane na rudo. Prócz tego prawie się nie zmieniła.

Lucjusz ostrzegł Snape'a, że wróciła, więc ten nie był zaskoczony, gdy ją tu spotkał.

Co nie znaczyło, że ta jej swoboda, ten uśmiech i odprężenie – były na miejscu, nie tutaj, nie przy Czarnym Panie. Salazarze, nawet ubiór miała praktycznie zmugolszczony.

Chociaż, oczywiście, nie należało się tym przejmować. Emily, podobnie jak Nagini, była jedynie zabawką. Zwierzątkiem Pana.

Tę myśl też zdławił.

Kobieta przeglądała album ze zdjęciami. Co jakiś czas śmiała cię cicho albo wzdychała teatralnie. Severus kątem oka dostrzegł, że zatrzymała się nad – prawdopodobnie – Draco we wczesnym dzieciństwie. Chłopiec latał na dziecięcej miotełce po rozświetlonym holu.

Voldemort powiedział parę słów w wężomowie i Nagini podpełzła do niego. Snape nie drgnął, gdy jej ciepłe cielsko otarło się o jego nogi.

– Twój syn sprawia problemy. – Czarny Pan spojrzał wprost na niego, ale nie zniżył się do legilimencji. W jego głosie brzmiała nie tyle złość, co zdumienie.

Snape wciąż klęczał nieruchomo, z obojętnym wyrazem twarzy. Postanowił, że emocjami zajmie się później, w dogodniejszych warunkach.

– Nic mi o tym nie wiadomo, panie – powiedział zgodnie z prawdą.

Emily przerzuciła stronę, uśmiechając się kpiąco.