Po zamknięciu w celi w Azkabanie zajęło mu kilka godzin, nim zdał sobie sprawę z czegoś ważnego. Bardzo ważnego. Niemal bezcennego w jego obecnej sytuacji.
Nie czuł zimna. Prócz tego płynącego z siedzenia w lichych łachach w kamiennej celi pełnej przeciągów? Żadnego. Zero lodowacenia przez obecność dementorów. Ani odrobiny.
Nie miał też wizji wspomnień. Ani jednej…
Długo myślał nad tym co to powodowało. W takim miejscu nie miał nic innego do roboty – nawet posiłków nie dostawał i prócz plątaniny wrzasków wokół nie było tu nic, na czym mógłby się skupić. Myślał więc o tym czemu dementorzy na niego nie działają. Myślał dobre kilka dni, nim w końcu tego nie zrozumiał.
Nie mógł bać się obecności dementorów, czuć jak ich chłód wysysa jego radość życia, a oni karmią się jego szczęśliwymi wspomnieniami. Nie chciał żyć. Nie czuł zupełnie nic prócz rezygnacji. Nie miał też szczęśliwych wspomnień. Ani jednego.
Sam nie był pewien ile wspólnego ma z tym fakt, że na procesie nikt, zupełnie nikt z jego cudownych "przyjaciół i bliskich" się nie pojawił, ale nie czuł, by miał kogokolwiek. Nie czuł, by kiedykolwiek miał kogokolwiek, tak naprawdę i szczerze. Im więcej o tym myślał, tym jaśniej widział, że nikt nie był z nim dla niego, a dla siebie.
Dumbledore chciał bohatera, ikony, kogoś kto ocali świat przed efektem jego błędnych decyzji.
Hagrid chciał syna jego rodziców, syna swych przyjaciół.
Rona chciał popularnego, bogatego przyjaciela.
Hermiona chciała jakiegokolwiek przyjaciela, który by jej nie wyśmiewał.
Syriusz i Lupin chcieli syna swoich przyjaciół.
Nikt, nikt nie chciał go dla niego samego, zawsze chcieli go przez kogoś, przez coś, dla czegoś…
Nie dbał o to, czy jego myśli są trzeźwe, czy przegniłe przez obecność dementorów. Nie miał nikogo, więc nie miał żadnych szczęśliwych wspomnień… Oszczędzało mu to przynajmniej bolesnych wizji, po których wrzeszczałby tak jak ci wszyscy więźniowie…
Siedział w kącie celi, owinięty poprzecieranym kocem, z brodą opartą na kolanach i wzrokiem wbitym w niewielkie okno tuż pod sufitem. Niebo było piękne, szkarłatne od zachodzącego słońca, ciemne i dojrzałe w swej barwie, jak alkohol, którym jego wuj lubił celebrować sukcesy w swej pracy.
Ciemnoszkarłatny, niemal bursztynowy, zupełnie jak piękny kamień wielkości jego dłoni, lśniący odbijającymi się w nim płomieniami…
Zamarł, niezdolny już powstrzymać własnych myśli.
Najpierw wzdrygnął się z nagłego chłodu. Potem przyszły dreszcze. Po nich zaczął drżeć. Kolejne było szczękanie zębami. Ostatnie: trzęsienie się z zimna dość mocne, by nabił sobie siniaków od ściany, o którą się opierał.
Późnej był już tylko wrzask i przeklęta, przeklęta pętla.
Ciemna komnata, trzask i migotanie ognia, mrok rozległego pomieszczenia i wysokie kolumny, blask lustra i obraz w nim, którego nie widział, i głos, ten głos, odbijający się echem w jego głowie, nie dający odpocząć ani na sekundę.
"Nie bądź głupi. Po co ginąć w mękach, gdy można żyć przy mnie?"*
Dlaczego wmieszał się w wojnę, w której nigdy nie chciał brać udziału, dlaczego był tak głupi? Czemu nie skorzystał? Czemu Dumbledore już wtedy musiał zamącić mu w głowie…?
"Zupełnie jak rodzice. Powiedz, chciałbyś ich znowu zobaczyć? Mógłbym wrócić im życie." *
Nie… nie, nie, nie… nie to, tego nigdy nie chciał. Nie potrzebował kogoś takiego jak oni, kto dał się zabić, kto nie uciekł od wojny… nie chciał ich.
Nie potrzebował.
"W zamian oczekuję tylko jednego. Właśnie tego, Harry. Nie ma dobra i zła. Jest tylko władza i ci, którzy są zbyt słabi, by ją zdobyć."*
Wiedział, że to prawda, wiedział bardzo dobrze. On był tym dobrym, Knot był tym złym. Niczego to nie zmieniało, wylądował w Azkabanie chociaż nie był zły, tylko dobry. Bo Knot miał władzę. Tylko ona coś znaczyła.
Wujostwo miało nad nim władzę, bo był ledwie dzieckiem, więc mogli krzywdzić go jak im się spodobało.
Dumbledore miał nad nim władzę, wiedząc wszystko i mówiąc mu tylko to co chciał, manipulując nim by tańczył jak mu zagra.
Ron i Hermiona mieli nad nim władzę, będąc jego pierwszymi przyjaciółmi, nie dając mu znaleźć kolejnych i mogą go tym kontrolować.
Hagrid, Lupin i Syriusz mieli nad nim władzę, będąc pierwszymi osobami od których mógł usłyszeć coś o swoich rodzicach, korzystając z tego i wybielając ich do granic.
Wszyscy mieli nad nim władzę, wszyscy w jego życiu mieli nad nim jakąś władzę i wykorzystywali ją dla własnych celów…
Była tylko władza, władza i siła, która ją dawała. Tylko one. Nieważne, że Voldemort był zły – miał siłę, która dała mu władzę, a ta chroniła go od cierpienia i kłopotów.
"Razem możemy osiągnąć wszystko. Ale daj mi ten kamień!"*
Czemu, czemu omówił? Czemu odrzucił pierwszą oznakę zainteresowania nim jako nim, nie Harrym Potterem, Chłopcem, Który Zrobił To i Był Taki?
Dlaczego, dlaczego był głupi, tak głupi, dlaczego dał się omotać, dlaczego im uwierzył…
Minęło kilka dni, które spędził rzucając się po celi i wrzeszcząc do zdarcia gardła. W końcu uspokoił się jednak, równie nagle co nadszedł atak.
To nie był atak dementorów i ich wpływu. Te wspomnienia nie były szczęśliwe – były najboleśniejszymi, jakie teraz posiadał.
Nieważne, że Voldemort był zły. Miał siłę. Miał potęgę. Mógłby go ochronić. Na pewni by go ochronił – przecież go potrzebował. Na pewno przydałby mu się do czegoś.
Voldemorta obchodziłby on, nie jego przodkowie, nie wiązane z nim nadzieje, nie to kim powinien być, nie to kim miał być, nie to kim mógłby być. Obchodziłoby go tylko to kim by był, co by robił, nic więcej.
Na pewno… ale on odmówił. Odrzucił go. Zrezygnował. Nie chciał go. Zaprzepaścił wszystko.
Nie miał już szansy tego naprawić. Nie miał już jak pomóc Voldemortowi. Nie miał kamienia, nie miał czegoś, czego ten pragnął tak bardzo, że gotów był wejść pod żądło trzmiela…
Wrócił do swojego kąta w celi, wpatrując się znów w niebo. Było ciemne, pełne chmur z których zacinał deszcz. Objął kolana ramionami, czując dziwne, nieznane uczucie na świadomość jak wiele łatwiej mu przycisnąć je do piersi wręcz płasko. Nie wiedział co to za uczucie – nieprzyjemnie niewygodne, nie bolesne, ale kłujące, jakby… ktoś lub coś… jakby powinien…
Wbił nagle wzrok w kałużę, która pojawiła się na posadzce i powiększała się w miarę zacinającej ulewy. W końcu dotarła do niego, mocząc koc, jego stopy i tyłek, potem coraz wyżej, wyżej, do pasa, połowy ud… mniej więcej wtedy woda się zatrzymała, docierając do dość dużej szpary w drzwiach, by wypływać na korytarz w tempie, w którym wpływała do celi.
Harry zamknął oczy, odwijając się z koca i kładąc w wodzie, prostując i unosząc w niej leniwie. Była dosłownie lodowata: razem z deszczem padał grad, którego drobne kuleczki czuł pod palcami. Trząsł się kilka, może kilkanaście minut nim nie przywyknął, a jego ciało nie znieruchomiało, rozluźnione.
Spokojnie. Było tak spokojnie… błogo. Nie czuł niczego, nie myślał o niczym, nic go nie dotyczyło. Uciekł, uciekł od świata, uciekł od wojny, uciekł od Azkabanu, uciekł od wszystkiego.
Uciekł…
Woda w końcu opadła, a on wrócił do kąta, owijając się kocem i bawiąc kulkami gradu, póki ten nie stopniach. Wył z bólu, gdy jego ciało odzyskiwało czucie, szczekając zębami z zimna dość mocno, by poranić sobie języki wargi, trzęsąc dość mocno, by znów poobijać się o ściany.
W końcu zasnął, snem bez snów, bez odpoczynku, bez czegokolwiek prócz krótkiej ucieczko od świata. Przez kilka kolejnych dni chyba gorączkował, pamiętając z nich tylko zlepek kolorów i bólu. Świat nie chciał jednak dać mu spokoju, więc nie miał co marzyć o zapaleniu płuc i śmierci.
Mimo tego, od tej chwili wciąż modlił się o deszcz.
Nie był bezużyteczny dla Voldemorta. Ta myśl pojawiła się w jego głowie niedługo po tym, jak deszcze przeszły w śniegi. Był już zbyt słaby, by po ostatniej ulewie wrócić do kąta, wiec leżał na zimnych kamieniach i wpatrywał się tępo w sufit celi i wirujące na jego tle płatki śniegu, opadające na posadzkę wokół i na niego.
Nie miał kamienia filozoficznego. Ale miał przepowiednię. Tylko on ja usłyszał, tylko on ją znał, tylko on wiedział co mówiła.
Tylko on. Nikt inny. Inni walczyli, inni zgrywali bohaterów, inni mieli swoje zajęcia, zrzucając na niego to najtrudniejsze.
Voldemort chciał przepowiedni. Chciał jej, przez cały rok, gotów był nawet ujawnić się i wejść do Ministerstwa… na pewno by się nim zajął, gdyby dał mu przepowiednię. Pewnie skończyłby w lochu, ale przynajmniej miałby jedzenie. Łóżko. Może nawet... Leki. Opiekę. Może jakimś cudem także jakieś zajęcie, by nie myślał o ucieczce.
Żaden żyć nie może, gdy drugi przeżyje. Voldemort na pewno nie ryzykowałby zabicia go i próby przekonania się czy słowa oznaczają, że śmierć jednego zagwarantuje życie drugiemu. Na pewno by się nim zajął, gdyby sam do niego przyszedł…
Ta myśl również nie była radosna. Nie mógł do niego iść, nie mógł zrobić zupełnie nic… zupełnie. Myśl była tylko bolesna, pokazywała jak głupi i niedomyślny był, znów marnując szansę, tym razem nawet o niej nie wiedząc.
Myśl była najboleśniejszą jaką miał, nie był jednak w stanie robić więcej niż oddychać i przesuwać wzrokiem po celi, więc nie było mowy o kolejnym ataku bólu. To było nawet gorsze – ból kumulował się w nim, trwał i drażnił, nie dawał spokoju i wytchnienia.
Utkwił wzrok w jednym z płatków śniegu, obserwując jak ten wiruje i w końcu ląduje mu na nosie. Przylgnął do jego skóry, nie topiąc się nawet.
Był zbyt skostniały, by ogrzać choćby głupi płatek śniegu. Powinien się tym pewnie martwić.
Chyba…
Pierwszy wybuch nastąpił mniej więcej wtedy, gdy śnieg powoli zalegał już na jego policzkach. Podłoga się zatrzęsła, a po korytarzu poniósł ogłuszający huk. Harry nie był pewien czy nie odbiera zbyt mocno czegoś normalnego, ale potem nastąpiły kolejne huki, nawet głośniejsze, a w końcu rozsadziło drzwi jego celi, a te opadły na posadzkę, z hukiem stłumionym lekko przez śnieg. Spojrzał obojętnie na postać w przejściu, nie widząc dość dobrze, by być w stanie ją rozpoznać. Była jasna. Cała jasna, prócz szat…
Uśmiechnął się, mając wrażenie, że skóra pęka mu od tego dziwnego ruchu. Chyba poczuł nawet krew na policzkach…
- Hej… - Wydobył z siebie tylko tyle, cicho, zdławienie, sykliwie. Nie mógł mówić, gardło nie chciało pracować i wydawało z siebie tylko niezrozumiały charkot. Syk był łatwiejszy, wychodził sam, płynnie, równie naturalnie co kiedyś zwykła mowa, a może nawet bardziej?
Sam nie był pewien. Zupełnie. Wiedział tylko, że nie miał już po tym jednym syczku siły na ponowne uniesienie powiek, gdy zamknął je do mrugnięcia. Żałował, żałował niezdolności do spojrzenia na tą jasna postać, na odpowiedzenie na jej słowa, nawet jeśli rozumiał z nich tylko nerwową, wściekła plątaninę dźwięków, których nie potrafił rozróżnić.
Zdziwił się na nagłe uczucie poruszania się, podobne do tego w wodzie, gdzie nic go nie dotykało, był zupełnie rozluźniony, a jednak: poruszał się. Poczuł nagłą szorstkość na tym kawałku policzka, którym jeszcze cokolwiek czuł, a potem dziwny zapach wokół siebie, jak ognisko i metal i słodycz i suchość i nagrzane powietrze i werbena.
Ciemność zastąpiło szkarłatne niebo i zielone światło i bladość kości słoniowej, plącząc się ze sobą i stapiając w jeden, wielobarwny kolor, jego i jego, ich, wspólny, własny.
Wyjątkowy.
*Cytaty pochodzą z filmu "Harry Potter i Kamień Filozoficzny". Pasują mi tu lepiej niż te z książki.
