Tytuł: Czerwień.

Fandom: Gintama

Postacie: Kijima Matako, Kawakami Bansai, Takasugi Shinsuke, Kamui

Pairing: Bansai x Matako

Ostrzeżenia: T (przemoc)

Prompt: według 100 Female Characters: A Fanfic Challenge

Streszczenie: Skutki rutynowej roboty Kiheitai wywołują w Matako nieprzyjemne odczucia.


Plamy czerwieni zabarwiły wszystko wokoło.

Godzinę wstecz hala przylotów była pełna ludzi, po których teraz zostały jedynie szczątki. Stos zwłok piętrzył się pod ścianą. Matako patrzyła, jak Yato beznamiętnie wykonują swoją robotę. Przypominali ekipę porządkową z tą różnicą, iż zamiast śmieci, zajmowali się ciałami. Prawdopodobnie martwi ludzie znaczyli dla nich mniej, niż pyłki kurzu.

Dziewczyna skrzywiła się, słysząc mokre plaśnięcie. Większości ciał nie dało się odróżnić; poucinane kończyny, zmiażdżone czaszki –to już nawet nie byli ludzie. Matako chciała odwrócić wzrok, lecz nie potrafiła. Coś kazało jej patrzeć na wciąż rosnącą stertę krwawej masy, w której z trudem rozpoznawała oddzielne ciała. Wszystkie stapiały się w jedno.

Spojrzała na swoje dłonie. Splamione krwią przeciwników, drżały niemal niedostrzegalnie. Wtem jej wzrok przeniósł się na leżące nieopodal ciało potężnego mężczyzny. Jego twarz była jedną wielką krwawą raną, jakby ktoś szorował jego głową po ziemi. Jasne włosy nasiąkły krwią, w piersi ziała ogromna dziura, po lewej ręce i nodze zostały jedynie poszarpane kikuty. Matako z trudem przypomniała sobie, że ten mężczyzna… coś, co z niego zostało… był kapitanem. A więc to on zdradził. Reszta świata na jego przykładzie nauczy się, jaka kara spotyka tych, którzy ośmielą się zdradzić Kiheitai i Harusame.

Do zwłok kapitana podszedł rudy chłopak. Całe jego ubranie pochlapane było krwią, lecz Matako wiedziała, że to nie jego krew. Widziała, jak walczył, chociaż dla niego był to pewnie rodzaj zabawy, jakby dziecko bawiło się w wojnę plastikowymi żołnierzykami. Widziała, jak wyrywał ręce, skręcał karki, miażdżył czaszki. Wszystko bez mrugnięcia okiem, z uśmiechem na ustach.

Matako znała go, oczywiście, chociaż wolałaby nigdy nie poznać. Kamui, syn legendarnego Umibozu. Podobno jego ojciec był zdolny niszczyć planety. Matako zaczynała podejrzewać, iż Kamui był w stanie zrobić o wiele więcej.

Cofnęła się o krok. Dopiero teraz zauważyła płynącą w jej stronę szeroką strugę krwi. Czerwień płynęła powoli, lecz nieubłaganie, barwiąc wszystko na swojej drodze. Kamui kucnął przy zwłokach, nagle czymś zaciekawiony. Matako doznała niepokojącego odczucia. Niespodziewanie łapa strachu ścisnęła ją za serce. Rozchyliła usta, oddychając urywanie.

Nie mogła oderwać wzroku od rudowłosego Yato. Patrzyła, jak Kamui rozwiera szczęki martwego mężczyzny, wyrywa ząb i unosi do góry, uśmiechając się jak dziecko. Złoty ząb błyszczał w jego pokrytych krwawą mazią palcach.

Matako spojrzała w dół. Czerwony strumień niemal dosięgnął jej stóp. Chciała się cofnąć. Nie mogła. Stała, jak sparaliżowana, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu.

I wtem poczuła silne ramię ciągnące ją do tyłu. Ktoś uniósł ją do góry i wziął na ręce. Matako otrząsnęła się z oszołomienia i spojrzała na trzymającego ją Bansai'a. Dała się nieść, kurczowo obejmując go ramionami. Kawakami milczał, całkowicie spokojny.

–Zabierz ją na pokład.

Matako uniosła głowę. Bansai zatrzymał się przy stojącym na uboczu Takasugim. Dziewczyna jak zahipnotyzowana patrzyła na złote motyle na kimonie. Krew wsiąknęła w materiał, zabarwiając motyle na rdzawy kolor.

Matako zamknęła oczy, pozwalając, by Bansai zaniósł ją na pokład ich statku. Położył ją na jej łóżku, z daleka od płynącej czerwieni. Nie zdołał się wyprostować, chwyciła go za poły płaszcza i przyciągnęła do siebie. Uklęknął na skraju łóżka. Sięgnęła ku jego twarzy, zdjęła okulary, odsłaniając błyszczące oczy. Zauważyła smugę krwi na jego policzku. Wytarła ją palcem, po czym złożyła tam pocałunek.

Bansai nie odezwał się słowem. Nie powiedział też niczego, gdy przyciągnęła go do siebie i objęła mocno, całą sobą błagając, by został z nią choć na krótką chwilę.