Jako że rozdział ten (i większa część następnego) był gotowy w momencie opublikowania pierwszego, nie mogę się powstrzymać i go wstawiam. Mam nadzieję, że i kolejne będą pisane z takim entuzjazmem ^^ Enjoy i szczęśliwego Nowego Roku.

Ps. Sylwester nie każdemu kojarzy się dobrze, zatem do końca tygodnia pojawi się krótki fik luźno z nim związany. Poważniej niż zwykle będzie, KuroFay & Fay x OC, ale póki co, cicho sza.


Kurogane wyuczonym odruchem obudził się o ustalonej godzinie. W ciemnościach wyplątał się z objęć blondyna, który wymruczał coś przez sen, przewracając się na drugi bok. Ciemnowłosy, wysoki mężczyzna wzdrygnął się, gdy jego nagiej skóry dotknął chłód panujący w pokoju. Jak dotąd nie udało mu się namówić Faya do zwiększenia nieco temperatury w sypialni. Mag uwielbiał chłodne noce i chowanie się pod grubą kołdrą.

Ubierał się po cichu, nie chcąc budzić kochanka. Naciągnął na siebie spodnie i zapinając pas, odruchowo spojrzał na jaśniejszy pas skóry na brzuchu. Zmarszczył brwi, przypominając sobie okoliczności powstania blizny, ale nie pozwolił sobie ich rozpamiętywać. Zarzucił na siebie koszulę i kurtkę i po cichu opuścił komnaty księcia. Samotnie przemierzał pogrążone w ciszy korytarze. Magiczne pochodnie irytująco zapalały się przed nim, ale Fay nie chciał ich zakląć, by tego nie robiły – uważał, że skradanie się po ciemku byłoby zbyt podejrzane. W głębi duszy Kurogane zgadzał się z nim całkowicie, bo teraz zawsze mógł udawać, że ma wartę, ale syczenie płonących kul magii piekielnie go irytowało.

Jako jeden z żołnierzy przydzielonych do wewnętrznego patrolowania Laveru, znał doskonale rozkład korytarzy i wiedział, jak pokonać drogę z wieży księcia do koszar, nie napotykając żadnego ze swoich kolegów po fachu. Powroty wczesnym rankiem do swojej surowej klitki w koszarach stały się dla niego tak naturalne, że w te nieliczne noce, w których nie odwiedzał kochanka, nie był w stanie usiedzieć u siebie. Bywało, że nie mogli się spotkać i zwykle wtedy Kurogane krążył od ściany do ściany, klnąc na czym świat stoi. Wstyd się przyznać, ale to książęce komnaty, pełne wygód i udogodnień, bardziej mu pasowały niż skrzypiąca prycza przydzielona każdemu z żołnierzy. Co prawda, mógłby spać chociażby w jakiejś stodole, byle by być blisko maga, ale jednak zadomowił się na dobre we Wschodniej Wieży.

Wszedł po cichu do wspólnego pomieszczenia koszar, o tak wczesnej godzinie niemal pustego. Zatrzymał się, widząc ciemny kształt przy jednym ze stołów, ale odetchnął z ulgą, rozpoznając kapitana straży. Z szacunkiem skinął mu głową, powstrzymując się od odruchowego pochylenia się. Stare nawyki trudno było wyplenić.

- Witaj, Kurogane – kapitan powitał go lekkim uśmiechem, zupełnie jakby Nihończyk nie wyglądał jak wracający nad ranem nastolatek. – Korytarze sprawdzone, prawda? – zażartował, ale bez większej złośliwości w głosie. Zaśmiał się na widok zmieszanej miny podwładnego. – Pracujesz tak dobrze, że do Wschodniej Wieży mysz się nie przemknie.

Kurogane odmruknął coś w odpowiedzi, podszedł do żarzącego się paleniska i ogrzał ręce.

- Słyszałem o jakimś posłańcu z daleka – odezwał się po chwili. – Skąd to?

- Ach… - kapitan spoważniał, przesunął dłonią po przyprószonych siwizną ciemnych włosach. – Śpi na jednej z wolnych pryczy. Przyjechał późnym wieczorem, więc król odesłał go tutaj. Jutro ma przekazać mu wiadomość. Chyba z Clow przyjechał. Na takiej czarnej klaczy, śliczne cacko, nie powiem, ale nie uchowałoby się tutaj.

Kurogane przyjął informację w milczeniu, patrząc w płomienie.

- Kara klacz, mówisz? – spytał cicho po chwili, dokładając do ognia. Przysiadł na niskim, drewnianym taborecie obok paleniska. – A nie miała białej gwiazdki na czole?

- Nie, cała kara była – odpowiedział kapitan, po czym spojrzał na niego przyjaźnie. – A co?

- Jestem komuś winny taką klacz – rzucił Kurogane, trąc dłonie. Przed oczami zmaterializowała mu się postać młodego, długowłosego mężczyzny o niemal czarnych oczach i długich włosach, podającego mu cugle. Wspomnienie zniknęło, przegonione zdrowym rozsądkiem.

- Taka klacz jest droga – kapitan nie zrozumiał wypowiedzi podwładnego.

- Złoto życia nie odkupi – odpowiedział Kurogane, pokręcił głową i cofnął dłonie. – Kiedyś ktoś dał mi swojego konia i sam nie zdołał uciec.

- Ktoś z twojego kraju?

- Tak.

Zapadła cisza.

- To poważne, prawda? – w końcu kapitan podniósł się z miejsca, podszedł bliżej paleniska, które już rozgorzało płomieniem. – Ty i książę. To już trzy lata.

- Tak – potwierdził Kurogane, patrząc na nieprzeniknioną twarz dowódcy. – Dziękuję, że nikomu nie powiedziałeś.

- Dopóki wypełniasz swoje obowiązki jako strażnik, twoje życie uczuciowe nie jest moją sprawą. Ale… - kapitan przysunął sobie drugi taboret i usiadł obok. – Zdajesz sobie sprawę, że wiecznie tak być nie może? To książę. Gdy przyjdzie czas, zasiądzie na tronie i będzie potrzebować królowej.

Kurogane wzruszył ramionami.

- Nie wiadomo, co los przyniesie.


Obudził się po paru godzinach snu. Zsunął się z pryczy w przekonaniu, że jest około dziesiątej rano, zatem do rozpoczęcia swojej warty ma jeszcze godzinę. Przez chwilę szukał w pokoiku swojej broni, aż w końcu znalazł nihońską katanę w kącie pokoju. Przez chwilę głaskał dłonią rękojeść ozdobioną smokiem, po czym odłożył miecz na komodę, obok wąskiej celeskie szabli – podstawowej broni wartowników. Posługiwał się nią z niechęcią – przez całe życie władał mieczem, a teraz musiał od nowa uczyć się sztychów pod zupełnie inną broń. Cóż, najwyraźniej taka była cena za możliwość prowadzenia w miarę normalnego życia w Celes.

Chociaż co do określenia normalne Kurogane miał pewne wątpliwości. W końcu nie każdy żołnierz romansuje z księciem.

Ich ukryty romans ciągnął się już trzy lata. Od trzech lat dbali o to, by nikt się o nich nie dowiedział. W dużej mierze się to udało – prawdę znał oczywiście król, któremu nigdy nie umknęło nic, co działo się w jego zamku, i kapitan straży, który przyłapał go za pierwszym razem, gdy wracał nad ranem. Fay przydzielił go do osobistej gwardii, zatem nikogo nie dziwiła jego obecność w pobliżu króla i jego syna, ale nie wyplątaliby się ze skandalu, który by wybuchł, gdyby prawda wyszła na jaw. Kurogane zostałby w najlepszym razie uwięziony, w najgorszym odesłany do Nihon, co równało się śmierci, a Fay pozbawiony książęcego diademu. Nie, żeby Fay pragnął władzy – blondyn pewnie by się ucieszył z utraty tego ciężaru – ale gdyby pomyśleć, jak wielkie poniżenie spadłoby na niego i Ashurę, a przy tym na cały kraj… Król mógłby jedynie załagodzić sytuację, nie mogąc przeciwstawić się Radzie – czuwającą nad poczynaniami królewskiej rodziny. Gdyby zaczął ingerować w prawo zakazujące takich związków, stałoby się to potwierdzeniem wszystkich plotek.

Kurogane większość nocy spędzał w Wieży wraz z magiem. Oczywiście nie tylko na seksie, ale i mając inne rozrywki. Fay był zapalonym czytelnikiem, malarzem i astronomem-samoukiem. Czasem też przekazywał własną wiedzę Kurogane, który jako wojownik obcujący z bronią od dziecka, nie miał jakoś okazji się kształcić ponad podstawy. Nie, żeby brunet był skory do nauki… Ale dobrze było rozumieć, o czym mag gada.

Pokręcił głową, rozciągnął się i narzucił na siebie ubranie, zdjęte do krótkiej drzemki. Przyzwyczaił się już do odsypiania nocy.

Wyszedł z pokoiku, uprzednio gasząc paląca się świeczkę. Koszary położone były na najniższym poziomie, więc o jakiekolwiek okna było trudno. Przeszedł przez wilgotny hol, odnotowując w myślach, by powiedzieć kapitanowi o potrzebie oczyszczenia kamiennych ścian z grzybów. Pchnął najbliższe drzwi i znalazł się w pokoju wspólnym żołnierzy. Teraz był zaludniony – dopiero kilkoro jego kolegów objęło poranną wartę, reszta przegryzała późne śniadanie albo skupiała się wokół grzejącego się przy ogniu obcego.

Kurogane domyślił się, ze to posłaniec. Podchodząc do drewnianych kredensów i szukając czegokolwiek do jedzenia, obserwował go ukradkiem, nasłuchując jego rozmowy ze strażnikami. Clowiańczyk, stwierdził bez wahania, przyglądając się opalonej twarzy posłańca i jego cienkim, barwnym ubraniom. Chwycił kawałek chleba w ręce i zagryzając pieczywo, przysiadł na kredensie, słuchając rozmowy.

-… A czego ten list dotyczył? Tajny? – dopytywał się jakiś młody strażnik. Kurogane nie pamiętał jego imienia, pracował tu zaledwie od tygodnia.

- Nie – posłaniec pokręcił głową. – Wręcz przeciwnie.

Zgromadzeni żołnierze, znudzeni służbą, niczym dzieci zaczęli prosić o nowinki. W końcu posłaniec poddał się ze śmiechem.

- Do Jego Wysokości księcia Faya została wysłana propozycja ręki księżniczki Sakury – zdradził w końcu. – Królestwo Clow ma nadzieję na złączenie naszych państw silnym sojuszem.

Kurogane poczuł, jakby ktoś wylał na niego wiadro lodowatej wody. Dreszcze lęku przepłynęły w dół kręgosłupa, a dłoń zacisnęła się mocno na chlebie, miażdżąc pieczywo. Wyczuł na sobie wzrok milczącego kapitana. Nie widząc nic, szybkim krokiem wyszedł z kwater. Nikt inny na niego nie spojrzał.

Jego szybkie kroki odbijały się echem od ścian, ale wściekłość stłumiła mu zmysły. Gotowało się w nim, był pewien, że zaraz eksploduje. Jak oni mogli? Nie mają prawa, mag należał do niego… Zatrzymał się, porażony wizją maga u boku pustynnej księżniczki, której nigdy na oczy nie widział. Zgrzytnął zębami i niemal biegiem ruszył korytarzami w górę, na najwyższy poziom – do królewskich apartamentów, przeczuwając, że to tam znajdzie Faya i wykrzyczy mu to wszystko w twarz.

Ashura, podobnie jak Fay, cenił prywatność, zatem jego pokoje nie były pilnowane. Wpadł z impetem do salonu muzycznego, ogromnego jasnego pokoju z mnóstwem wygodnych sof i instrumentów, by dostrzec Faya siedzącego na jednej z nich. Otworzył już usta, by dosadnie dać do zrozumienia, co sądzi o całej sytuacji, ale opanował się, zauważając obecność króla z boku pomieszczenia. Przełykając gniew, schylił głowę.

- Wasza wysokość – wymamrotał, nie siląc się na szczególne honory. Oczywiście, gdyby takie wtargnięcie wydarzyło się w jego ojczyźnie, już by wisiał. Ashura, patrząc na niego zawsze smutnymi oczami, pojednawczo uniósł rękę.

- Spocznij, Kurogane – nie wydawał się zaskoczony jego obecnością. – Domyślam się, że dowiedziałeś się o sytuacji, jaka zaistniała?

- Tak – z ust wojownika wymknęło się słowo, które brzmiało niemal jak warknięcie. Jedno spojrzenie na Faya spowodowało, że cały gniew ulotnił się wraz z oddechem. Blondyn siedział przygarbiony, dłonie splatał na kolanach nerwowym gestem, a niebieskie oczy były… Kurogane mimowolnie zadrżał, bezbłędnie odczytując te emocję. Księciu właśnie zawalił się świat.

- Usiądź – polecił mu spokojnie Ashura, a gdy strażnik zajął miejsce obok księcia, usiadł naprzeciw nich. W rękach trzymał pergamin. Kurogane, nie przejmując się obecnością władcy, zacisnął swoją dłoń na ręce Faya. Blondyn uśmiechnął się do niego słabo i oparł głowę o jego ramię.

- Clow chce mariażu – rzucił w końcu Kurogane, przerywając niezręczną ciszę. – Wasza Wysokość, czy ty… - pytanie zamarło mu w krtani, palce Faya ścisnęły mocniej jego własne.

- To dla krajów korzystne – odparł Ashura cicho, patrząc im prosto w oczy. Fay drgnął, wyprostował się, wpatrując się z niemą rozpaczą w króla. – Ale nie chcę zniszczyć wam życia. Gdybym mógł, podarłbym ten papier natychmiast.

- Więc czemu tego nie zrobisz, Wasza Wysokość?

- Bo nie ma sensownego powodu – odpowiedział Fay za Ashurę. Utkwił wzrok w dywanie i kontynuował dalej bezbarwnym głosem. – Wszyscy spodziewać się będą zgody. Nie ma nic bardziej pożądanego, niż umocnienie sojuszu z Clow. Ofiaruje mi się młodą księżniczkę, córkę potężnych czarowników, spokrewnioną z największymi rodami królewskimi świata. A jeśli odmówimy, oznaczać będzie to, że pogardzamy Clow. Hańba spadnie na księżniczkę, której nie chciano, i … na mnie. – Fay ściszył głos, spojrzał Kurogane prosto w oczy. – Wszystko, co o mnie mówią, plotki, które powstały na długo przed tym, jak cię poznałem, zostaną uznane za prawdę. Powstanie skandal… A oburzone Clow może nawet zerwać dotychczasowy sojusz i wypowiedzieć Celes wojnę.

- Król Clow nie zrobiłby tego – stwierdził stanowczo Kurogane. – Wasza Wysokość, znacie się przecież…

- Owszem – Ashura westchnął. – Kiedyś się przyjaźniliśmy. Problem polega jednak na tym, że list nie przysłał Clow. Pustynny Wiatr jest umierający.

- Umierający? – powtórzył zaskoczony Kurogane, na moment zapominając o mariażu. – Jak to?

- Ukąsił go wąż – odparł Fay. – Dopóki nie umrze i władzy nie przejmie książę Touya, to Rada decyduje o wszystkim. Także o tym małżeństwie.

- Czyli sytuacja jest beznadziejna? – Kurogane próbował poukładać sobie wszystko w całość. Było to trudne, zważywszy, że właśnie jego związek, jego miłość, wisiały na włosku.

- Nie wiemy, jakie stanowisko ma księżniczka Sakura – Ashura potarł skronie, wyglądając nagle na starszego. – W niej nadzieja. Jeśli ona również nie chce tego małżeństwa, będziemy musieli się z nią dogadać. Tak, by nie doszło do mariażu i do konfliktu zarazem.

- Więc co zrobimy? – zapytał Fay, unosząc głowę. Jego ton zabrzmiał rzeczowo.

- Odpowiemy twierdząco – zadecydował Ashura. – Przyjmiemy ją do zamku i wyprawimy zrękowiny…

- Co? – Kurogane był tak wzburzony, że ośmielił się przerwać królowi. – Ale…

- Kurogane, czy znasz nasze celeskie zwyczaje ślubne? – spytał spokojnie król. Kurogane nieco speszony pokręcił głową.

- Nie miałem okazji – mruknął pod nosem, widząc kątem oka, jak na ustach Faya pojawia się uśmieszek.

- Zrękowiny nie mają żadnej ważności prawnej – wyjaśnił mu Ashura normalnym tonem, chociaż Kurogane był pewien, że w głębi duszy władca podśmiewuje się z jego wpadki. – To jedynie tradycja. Zgodnie z nią, narzeczona zamieszkuje w domu wybranka, dostając własne apartamenty. Do niczego nie dochodzi. Ceremonia ślubna odbywa się równe siedem tygodni po zrękowinach i dopiero ona jest ważna. Siedem tygodni to szmat czasu. Będziemy mogli wszystko zaplanować.

Odpowiedziało mu milczenie. Król westchnął, wstał i podszedł do dużego, ozdobionego łukiem okna i dotknął dłonią zimnej szyby, poprzez szron obserwując leżące pod zamkiem miasto.

- Zaraz wyślę posłańca w powrotną drogę, jeśli już odpoczął – powiedział, po czym przespacerował się w kierunku stojącej pod ścianą, nigdy nie używanej wiolonczeli. Lekko szarpnął strunę, a ta jęknęła cicho i boleśnie. Mogli zobaczyć, jak oczy władcy ciemnieją.

Fay ujął Kurogane za rękę i pociągnął bez słowa w kierunku wyjścia z salonu.

- To wiolonczela jego narzeczonej – wyjaśnił cicho blondyn, gdy przeszli do drugiego z pokoi, tym razem pełniącego funkcję prywatnej biblioteczki. – Mieli się pobrać, gdy zmarła.

Kurogane nie odpowiedział. Ze zmarszczonymi brwiami usiadł na jednej z kanap. Fay zatrzymał się niepewnie, widząc tą minę.

- Kuro-rin – odezwał się łagodnie, umyślnie zniekształcając nihońską końcówkę, tak jak miał w zwyczaju, gdy się do niego zwracał, kiedy byli sami. Usiadł na kolanach wojownika, wsuwając dłoń w czarne włosy. Brunet nie zareagował. – Nie martw się. Będzie dobrze.

- Powiedz mi jedno – odezwał się nagle Kurogane, a dłoń Faya znieruchomiała. – Chcesz tego małżeństwa?

- Nie – odparł Fay prosto z mostu. – Nie chcę. Kocham tylko ciebie. Mówiłem ci już wiele razy, nie czuję się zobowiązany do jakiejkolwiek ofiary dla kraju. Korona to dla mnie ciężar. Jestem księciem tylko dlatego, by spłacić mój dług wobec Ashury.

- Ale boisz się skandalu, który powstanie, jeśli odmówisz – głos wojownika zabrzmiał mniej stanowczo.

- Tak, boję się – przyznał mag, opierając głowę o tors kochanka. – Boję się, bo w takim wypadku straciłbym nie tylko ciebie, ale i miejsce, które mogę nazwać domem. Ja do tego zamku nie mam żadnych praw. Straciłbym wszystko, na czym mi zależy.

- Rozumiem – szepnął Kurogane i otoczył blondyna ramionami. – Ale gdyby do tego mariażu doszło… Ja mogę się wycofać – słowa z trudem przeszły przez gardło. Fay przytulił się do niego mocniej, niemal natarczywie. – Ale obiecaj mi, że zawsze zostaniesz mój. Że nigdy jej nie dotkniesz.

- Nigdy nie miałbym takiego zamiaru – zaprotestował Fay. – Nie jestem na tyle odważny, by poświęcić własne szczęście dla przedłużenia dynastii. Ashura zdaje sobie sprawę z tego, że jestem tchórzem i egoistą.

- Cicho – burknął Kurogane, któremu nie spodobało się ostatnie zdanie. – Zobaczymy, co los przyniesie.

- Mikenaya, tak? – odezwał się cicho blondyn. – To jego słowa? Brakuje ci go?

- Nigdy nie byliśmy przyjaciółmi, ale… - brunet zawahał się, szukając odpowiednich słów. – Myślę, że go lubiłem i żałowałem jego śmierci.

- Gdyby nie on, nie byłoby cię tutaj – szepnął Fay.

- Wazawai tenjite fuku to nasu – odpowiedział Kurogane w ojczystym języku. Fay w jego objęciach poruszył się lekko.

- Powiedz, co to znaczy – poprosił.

- Znaczy mniej więcej to, że z czegoś złego może wyniknąć dobro – odparł po chwili Kurogane. – Nie jestem pewien, jak to lepiej wytłumaczyć w wspólnej mowie.

Fay uśmiechnął się lekko, uniósł się i pocałował Kurogane w czoło.

- Nauczysz mnie paru zwrotów?

Wojownik skrzywił wargi w uśmiechu.

- Po warcie, magu, po warcie.


Tłumaczenia:

Wazawai tenjite fuku to nasu - ogólny sens Kuro już przełożył, tłumacząc dosłownie znaczy to "nieszczęście zmienia się w błogosławieństwo", według wikibooks (ciociu Wiki, co ja bym bez ciebie zrobiła)