Żółte
Cztery miesiące po tym, jak Sherlock niemal złapał Jima Moriarty'ego – a słówko „niemal" nigdy go tak nie dręczyło – na jego stronie internetowej pojawia się anonimowy komentarz. O ile można nazwać anonimowym wpis, którego autorstwo jest tak oczywiste.
„Cudownie było cię poznać. Uwielbiam twojego zwierzaczka. Chyba sam sobie jakiegoś przygarnę. xoxo"
Gdyby Sherlock miał w zwyczaju przewracać oczami, nie znalazłby na to lepszego momentu niż ten. Moriarty zdecydowanie za bardzo lubi bezsensowne pogawędki, a teraz jeszcze jakimś cudem doszedł do wniosku, że jest zabawny.
Nie jest.
„Jeśli chciałeś mnie przestraszyć, to musisz spróbować ponownie. SH"
Nie mija minuta, gdy otrzymuje odpowiedź. Zaczyna się zastanawiać, czy popołudnie Moriarty'ego jest tak nudne, jak jego własne.
„Tylko zacieśniam więzi. Do zobaczenia wkrótce. xoxo"
Sherlock opiera się o krzesło i wbija wzrok w monitor, łącząc palce na wysokości ust.
„Do zobaczenia wkrótce."
- Nie mogę się doczekać – mówi z uśmiechem.
xxx
Następnego dnia John wraca do domu później niż zwykle. To jeszcze nie jest dziwne (jak na introwertyka, John ma wyjątkowe szczęście do wpadania na starych znajomych), ale ledwo widoczny siniak powstający na prawej stronie jego szczęki - już tak. O osiem milimetrów za daleko w lewo, by znokautować – ktokolwiek go uderzył był niezły, ale niewystarczająco. Z kolei otarte kłykcie Johna i jego zadowolony wyraz twarzy dobitnie uświadamiają, kto wygrał tę walkę. I to też nie jest dziwne. John może i był w wojsku lekarzem, ale jednak co żołnierz, to żołnierz.
- Jakiś problem? - pyta mimo wszystko Sherlock. John ma tendencje do wpadania we wściekłość, kiedy odnosi wrażenie, że się go ignoruje. To irytujące, ale Sherlock nauczył się już, że kroki prewencyjne wymagają mniej wysiłku niż próby ugłaskania obrażonego Johna.
- Próbowano mnie porwać – mówi John spokojnie. - Wiesz, że Moriarty wrócił?
Sherlock musi się uśmiechnąć.
- Zostawił mi komentarz na stronie.
- Mogłeś mi powiedzieć. - Głos Johna jest spokojny. Niebezpieczeństwo nie było prawdziwe. Jeszcze nie teraz, nie na samym początku gry.
- Proszę cię. Doskonale umiesz się obronić. - Teraz, gdy John nie skupia się na tym idiotycznym pragnieniu śmierci – oczywiście dzięki rozkazom, ale rozwiązanie nie musi być eleganckie, żeby było efektywne – wreszcie może zrobić użytek ze swego wojskowego treningu. Różnica jest... warta odnotowania.
- Nie o to chodzi – mówi John, a Sherlock powstrzymuje się od stwierdzenia, że przeciwnie, dokładnie o to chodzi.
- A więc spotkałeś naszego drogiego Jima? - pyta zamiast tego.
- Nie. - John siada na swoim ukochanym fotelu. - Ale próbowali dokładnie w ten sam sposób co ostatnio. - Wbija wzrok w swoje kłykcie i zamiera. - Jakbym mógł się nabrać dwukrotnie na to samo.
- Racja – zgadza się Sherlock. Przez chwilę obserwuje Johna i zauważa z rozbawieniem jego zadowolony uśmieszek. John doskonale zdaje sobie sprawę z własnych możliwości, ale z przyjemnością przyjmuje komplementy. Pod tym względem są do siebie podobni. Sherlock przechyla głowę. - Obiad?
John zerka na niego.
- Coś bym przekąsił.
- Coś francuskiego?
John patrzy bez słowa. Sherlock wzdycha.
- A więc włoskiego – proponuje.
Wargi Johna drgają.
- Będzie świeczka na stole?
- Bez wątpienia.
- W porządku.
Oczywiście, że w porządku. W świecie Johna Watsona wszystko jest w porządku. Czasem Sherlock zastanawia się jakie to uczucie – nieustannie negować samego siebie.
Ale nie dzisiaj. Dziś Moriarty wrócił i pierwszy raz rzucił kostką.
Gra się rozpoczęła.
xxx
Cel Moriarty'ego jest raczej oczywisty. Przecież dość melodramatycznie obiecał, że wypali Sherlockowi serce i słusznie zaobserwował, że te momenty, gdy Sherlock próbuje być ludzki, mają jedną, bardzo konkretną, przyczynę.
Sherlock niemal żałuje Johna. Granie roli środka, przez który Moriarty próbuje dotrzeć do Sherlocka, nie może być komfortowe. Z drugiej strony, to, że interesuje się nim ktoś niezaprzeczalnie genialny, naprawdę powinno połechtać jego ego.
Ego Sherlocka z pewnością czuje się połechtane.
xxx
- Tak naprawdę nic ci nie groziło – mówi tydzień później Sherlock Johnowi.
- No patrz, prawie się nabrałem – warczy zdenerwowany i rozczochrany John. Na jego ubraniach i pod paznokciami jest mnóstwo krwi. - Zwłaszcza gdy bomba wybuchła pięć rzędów ode mnie.
W wybuchu bomby w metrze na Charing Cross zginęło dziś siedemnastu ludzi. Siedemnastu ludzi, których John nie mógł ocalić, chociaż Sherlock wie, że próbował. Do ich salonu wiedzie siedemnaście stopni. To celowe? Może. Raczej nie.
- Gdyby chciał cię skrzywdzić – zauważa Sherlock – byłbyś teraz w o wiele gorszej formie.
John, rzecz jasna, nie wyszedł z wybuchu bez szwanku. Jego lewy nadgarstek jest zwichnięty, stracił lewy kieł, a jego ciało z pewnością już zaczynają pokrywać niezliczone siniaki. Ale to źle zaplanowane przedstawienie było tylko kolejną uwerturą, kolejnym testem, który miał wymóc na Sherlocku jakąś reakcję. Nie obchodzą go bezimienne trupy, a John ma się całkiem nieźle. Dlaczego miałby reagować?
- Zginęli ludzie – zaczyna John, ale Sherlock przerywa mu w pół słowa.
- Bądź łaskaw zauważyć, że nie jesteś jednym z nich.- Obojętny gest dłonią. - Moriarty po prostu próbuje sprawdzić, co zrobię.
John zaciska wargi. Sherlock zauważa, że zaciska też dłonie w pięści. Jak to jest, być tak uczuciowym?
- A co zrobisz, Sherlock?
To wyzwanie. Sherlock nie zamierza go podjąć.
- Nic.
- Nic – powtarza John beznamiętnie – Nie zrobisz nic.
- Dokładnie to powiedziałem. - Głos Sherlocka robi się gwałtowniejszy. Nie znosi, gdy ktoś udaje tępego. John zaczyna grać mu na nerwach.
- Nie możesz tak po prostu...
- Czego ty ode mnie chcesz? Nie dał mi żadnych wskazówek, żadnych... śladów. Mam latać po Londynie jak obłąkany? Tego ode mnie chcesz, John? - Sherlock prycha, widząc upór na twarzy Johna. - Gra się jeszcze nie rozpoczęła. To tylko... otwarcie. On rozstawia pionki na...
John podnosi dłoń. To lewa dłoń, na bladym nadgarstku widnieje biały bandaż. I trzęsie się tak bardzo, że dalsza część wypowiedzi utyka Sherlockowi w gardle. To nie nerwy. To złość. Wściekłość.
- To nie jest gra, Sherlock – mówi. Sherlock nigdy nie słyszał, by mówił takim głosem. - I jeśli ty tego nie skończysz, ja to zrobię.
- No naprawdę... - prycha Sherlock, a jego głos ocieka drwiną. Patrzy, jak John łapie kurtkę, tę której nigdy zamienił na inną. Tę z dziurą, którą pani Hudson zaszyła z większą czułością niż wprawą. - A jak dokładnie planujesz...
Drzwi za Johnem zatrzaskują się tak mocno, że aż odskakują od futryn. Doktor zbiega po schodach szybciej, niż Sherlock decyduje się, co ma powiedzieć. Ale to bez znaczenia. John wróci.
Zawsze wraca.
xxx
Gdyby Sherlock wchodził w związki (czego nie robi, ludzkie emocje są zbyt chaotyczne i niespójne, by się im poddawać), John, po już nie tak długim treningu, mógłby być odpowiednim partnerem. Oczywiście, musiałby się nauczyć, że umysł jest seksualnie dużo ciekawszy niż ciało, a jego oczekiwania w stosunku do Sherlocka musiałyby przestać być tak wywindowane. Sherlock nie jest bohaterem i nie pragnie nim być. Jest genialny, często znudzony, a przestępcy są interesujący. Nie mieszczą się w społecznych ramach. Podobnie jak on sam.
Gdyby John po prostu zaakceptował, że Sherlock jest tylko wysoko funkcjonującym socjopatą, sherlockowe... przywiązanie do niego przestałoby wydawać się zboczeniem. Byłoby logiczniejsze.
Mniej niewytłumaczalne.
Sherlock nie ma pojęcia, dlaczego zależy mu, by dorównać wysokiemu – acz realistycznemu – mniemaniu, jakie ma o nim John. Ten związek z człowiekiem, który w gruncie rzeczy naprawdę jest tak nudny i zwyczajny jak wszyscy inni, niepokoi go. Niepokoi, zdumiewa i fascynuje. Oto żywa, oddychająca istota, która należy do Sherlocka tak jak nikt i nic innego wcześniej. Skrzypce nie przyszły do niego z własnej woli. John to zrobił i wciąż i wciąż z nim zostaje. To jedna z jego nietypowych cech. Sherlock bardzo ją ceni, choć niechętnie się do tego przyznaje.
Więc może właśnie dlatego, gdy Moriarty wykonuje swój ruch, Sherlock reaguje bardziej zaborczo niż którykolwiek z nich mógł przypuszczać.
xxx
John nie wraca wieczorem ani też następnego ranka. To nic nadzwyczajnego – John często nocuje u przyjaciół, gdy cierpliwość do Sherlocka mu się kończy. Nie u Sary, która ma nowego chłopaka, ale zawsze mógł pójść do Mike'a, no i jest jeszcze ten cały Murray, którego Sherlock jak dotąd nie poznał. Ma niemal całkowitą pewność, że to dlatego, iż John chce ukryć przed nim fakt, że jest biseksualny, jakby to nie wynikało z tysiąca innych poszlak. Więc nieobecność Johna nie powinna go martwić. Ale martwi.
Świadomość, że to zmartwienie jest pozbawione podstaw, tylko bardziej go irytuje.
John nie wraca też do południa, co jest zrozumiałe. Do drugiej ma zmianę w klinice. Poza tym Sherlock ma ciekawsze rzeczy do roboty niż zajmowanie się miejscem pobytu Johna Watsona. Na przykład aktualizuje stronę, układa dokumenty dotyczące spraw i pracuje nad reagentem, który będzie natychmiast rozpoznawał grupę krwi i oszczędzi nieznośnego oczekiwania na niepewne wyniki z laboratorium.
Aż do czwartej jest więc zajęty. A Johna wciąż nie ma.
Sherlock wzdycha. Ma świadomość, że od czasu do czasu trudno jest z nim wytrzymać, ale naprawdę, John nie jest o wiele lepszy. Sherlock mógłby to przeczekać, ale ta nieznośna część jego mózgu podpowiada, że John często działa impulsywnie, zwłaszcza gdy sądzi, że kogoś chroni. Martwy taksiarz i atak na Moriarty'ego mówiły same za siebie. John nie zabrał ze sobą pistoletu, ale może Sherlock powinien się upewnić, że doktor nie robi czegoś nierozsądnego.
Wysyła SMS-a.
„Nie ma mleka. Kiedy wracasz? SH"
Mija piętnaście minut. Sherlock stuka palcami w stół i wbija wzrok w telefon. Jest wciąż ciemny i cichy, i ewidentnie się z niego nabija.
„John, jeśli jesteś w stanie odpowiedzieć, zrób to, zanim każę Lestrade'owi cię namierzyć. SH"
Nic. Oczywiście, mogła mu paść bateria... ale jednak nie, John zawsze uważa, by mieć naładowany telefon. I na pewno nigdzie go nie zostawił. Więc albo ignoruje Sherlocka, albo...
- Albo nic – warczy Sherlock na czaszkę siedzącą na kominku. - Gra się jeszcze nie rozpoczęła. - Zaciska szczęki, wyławia z kieszeni telefon i wystukuje kolejną wiadomość.
„Proszę. SH"
No. To powinno zadziałać. John kilkakrotnie udowodnił, że jest wrażliwy na to, co uważa za sherlockowe momenty słabości. Wykorzystywanie tego można uznać za manipulację, ale przynajmniej jest skuteczne.
Więc dlaczego tym razem nie jest?
Sherlock się waha. Musi istnieć idealnie logiczne wyjaśnienie tego, dlaczego John nie odpowiada. Nie było go od wczoraj w domu, nie wziął ze sobą ładowarki. Padł mu telefon. I można to łatwo sprawdzić.
Sygnał brzmi obco w uszach Sherlocka. Nie lubi dzwonić. Dźwięki w tle go rozpraszają, tak jak trzaski na linii. Łatwo przegapić kłamstwo, gdy ma się do dyspozycji tylko głos podejrzanego. Telefon Johna dzwoni pięć razy, a potem chłodny kobiecy głos informuje Sherlocka, że może zostawić wiadomość.
Pięć sygnałów. Telefon działa. Johna nie ma.
- To nie Moriarty – tłumaczy czaszce Sherlock. - Działałby przedwcześnie. - Czaszka uśmiecha się do niego szeroko, jak zawsze poddając jego opinię w wątpliwość. - Tym razem niczego nie przegapiłem – nalega Sherlock. - Porwanie Johna na tym etapie gry nie miałoby żadnego sensu.
Czaszka odpowiada mu spojrzeniem pustych oczodołów. Trochę jak John, myśli Sherlock. A może to raczej John jest trochę jak czaszka: stabilny, lojalny, niezmienny. No, John się czasem zmienia, ale...
Sherlock zamiera. Zmienny.
Moriarty zmienił reguły gry.
Chwyta laptopa i wchodzi na swoją stronę. Godzinę temu ktoś zamieścił nową wiadomość na jego forum.
„Znalazłem przybłędę i zabrałem ją do domu. Nie zgubiłeś swojego psiulka? xoxo"
Sherlock wpatruje się w tekst, a jego palce drgają, gdy czyta te słowa ciągle od nowa, nie chcąc im uwierzyć. Moriarty mówi o kimś innym. Zgarnął z ulicy jakiegoś biednego człowieka i teraz zmienia go we własną zabawkę, bez wątpienia wykorzystując do tego narkotyki i ból. Kolejna wiadomość potwierdza przynajmniej część przypuszczeń.
„Mam zamiar zacząć mój własny projekt MKULTRA. Ale skąd wezmę lekarza do asysty? A nie, czekaj... Mam pomysł. xoxo"
- Cholera! - Sherlock nie zrzuca laptopa ze stołu, ale niewiele brakuje. Moriarty ma Johna. Moriarty... położył swoje łapska... na Johnie... kolejny raz.
- Chcesz pograć? - pyta Sherlock ekran monitora. Usta rozciągają mu się w uśmiechu, który bardzo mu nie pasuje. - No to gramy.
xxx
Telefon Johna jest wystarczająco nowoczesny, by mieć GPS-a. Wyśledzenie go nie jest więc trudne. Sherlock ma do dyspozycji z tuzin stron internetowych, służących tylko i wyłącznie temu celowi. Odszukuje telefon na Dorset Square, do połowy zakopany pod jedną z tych idiotycznie niedopasowanych ławek parkowych. Ślady po wyschniętej rosie wskazują, że leży tu od zeszłej nocy.
Johna nigdzie nie ma.
Sherlock podnosi telefon i wchodzi w menu. Trzy nieotwarte SMS-y i nieodebrane połączenie pochodzą od niego. Czwarta nieotwarta wiadomość została wysłana z bramki SMS-owej dwadzieścia minut temu.
„Czyżby komuś odpięła się obroża? Chodź pobawić się ze mną. Jak za starych, dobrych czasów. xoxo"
Sherlock rozgląda się, szukając wskazówki, kogoś, kto by go obserwował, [i]czegokolwiek[/i]. Ale nie ma nic, tylko nudni ludzie ze swoimi nudnymi życiami, którzy drepcą bezmyślnie, bez celu.
John zniknął i nikogo to nie obchodzi.
xxx
Obchodzi Sherlocka. To nieznane i niepokojące uczucie. Potrzebuje czegoś, co by go sprowadziło na ziemię. Kogoś. Johna.
Naprawdę jest zgubiony bez swojego blogera.
xxx
Sherlock wie, że od czasu do czasu zdarza mu się coś przegapić, ale pod presją zawsze pracował bardzo sprawnie. Tymczasem aż pięć minut zajmuje mu zrozumienie – wciska dłonie w oczy i nakazuje sobie myśleć, myśleć – że już wcześniej grał w tę grę. I odniósł sukces. Stąd już tylko mały kroczek do przypomnienia sobie, w jaki sposób Moriarty go w nią wciągnął.
Różowy telefon leży w kuchennej szufladzie, tam, gdzie włożył go Sherlock po podwędzeniu Lestrade'owi. Tak jak oczekiwał, znajduje się na nim nowe zdjęcie. Niebieskie niebo, skraje dwóch dachów i pół okna. Nie ma wiadomości, ale Sherlock jej nie potrzebuje. Gdzie by Moriarty nie przetrzymywał Johna – gdzie by go nie torturował, wtrąca się ta nieznośna część mózgu; Sherlock każe jej się zamknąć – to jest ten widok. Wyzwanie. Chodź pobawić się ze mną.
Tym razem nie ma limitu czasowego, nikt nie ustawia wymyślnych scen, nikt nie podsłuchuje. Nikt nie powstrzyma Sherlocka przed oszustwem.
Drukuje kopie zdjęcia, dopóki nie kończy mu się tusz i podrzuca stos fotografii do najbliższego schroniska dla bezdomnych. Może nie jest to najelegantsze z rozwiązań, ale za to najszybsze. Sherlockowi dość zależy na czasie.
Następną godzinę spędza leżąc na kanapie w całkowitym spokoju i nie martwiąc się. Jest tak spokojny i niezmartwiony, że zaczyna boleć go głowa. Chociaż może to od zaciskania szczęk. Napiłby się herbaty, ale nie ma nikogo, kto by ją zrobił. Użyłby laptopa, ale ten znajduje się na drugim końcu pokoju, a nikt mu go nie poda.
Ktoś mógłby go zmusić, by obejrzał film. John przyniósł cały stos DVD, by go dręczyć.
Sherlock zgrzyta zębami i wymazuje wszystkie myśli o Johnie. Jest spokojny i nie martwi się. Poza tym Moriarty nie zabije Johna bez widowni. To byłoby zbyt nudne.
Sherlock nie patrzy na czaszkę, więc nikt nie może zauważyć, że zasady znów mogą się zmienić.
Godzinę i trzy minuty po tym, jak Sherlock podrzucił zdjęcia, ktoś puka do drzwi. Na progu chwieje się mężczyzna w okolicach czterdziestki, ze szpakowatą brodą. Cuchnie alkoholem. Macha skarbonką na datki. Sherlock wrzuca monetę i zabiera złożony na pół kawałek papieru. Bezdomny oddala się, a Sherlock uśmiecha się do adresu, który trzyma w dłoni. Smithfields. Targ mięsny. Dwie minuty od Barts, od szpitala, w którym poznał Johna. Naprzeciwko Barts, kościoła, w którym zaledwie kilka miesięcy temu kręcono przedramatyzowane filmidło, opowiadające o detektywie i jego zaufanym towarzyszu. Przypadek? Może. Ale Sherlock w to wątpi.
- Moja kolej – mówi i idzie po pistolet Johna.
Targi mięsne są bardzo tłoczne. I wystarczająco hałaśliwe, by stłumić wystrzał.
xxx
Sherlock nigdy nie wierzył w zemstę. Sama idea wydaje się zbyt emocjonalna, a do tego zależna od osobistego rozróżniania dobra i zła, a nie od głęboko przemyślanego systemu prawnego. Jest często nieskuteczna, a w związku z tym niewiarygodna.
Jeśli Moriarty w jakikolwiek sposób skrzywdził Johna, Sherlock złamie każdą kość w jego ciele i dopiero wtedy go zabije.
To nie jest zemsta. To jedyne możliwe rozwiązanie.
