Książę Asgardu bardzo źle znosił odmowę, a nie tak sobie wyobrażał tę noc. Chciał się z nią kochać na rozgrzanym piasku, aż do utraty tchu. Cholera, te jej wilgotne, rozchylone wargi same wręcz błagały, by je całować.
Miała być jego. Pragnął jej od chwili, gdy zobaczył pierwszy raz na zamkowym dziedzińcu. I ona też tego chciała. Nawet jej gorący oddech przesycony był żądzą. Spojrzenia, które mu słała... Czuł, że będą mu się śnić po nocach.
Uderzył pięścią w piach. Przeklęta Midgardka. Nigdy, żadna kobieta niczego mu nie odmówiła. I też może dlatego, nigdy wcześniej żadnej tak nie pragnął.
Zawładnęła nim wściekłość.
Ma się trzymać od niej z daleka? O nie. Nie miał zamiaru tańczyć, jak ona mu zagra. I nikt nie będzie mu mówić, co ma robić. A ona będzie jego i tylko jego.
Nie od razu, oczywiście. Ale jeśli chce grać w gierki, to będzie je miała. Powoli, intymnie, doprowadzi ją do szału. Ulegnie mu.
….
Dastan znał dobrze swoją siostrę. Bądź co bądź, spędzili kiedyś razem długie miesiące w czymś w rodzaju małej, ciasnej, wypełnionej wodą piwniczki. To zbliża ludzi. Teraz, obserwując swoją siostrę, ogarniało go przerażenie. Bowiem działo się coś bardzo złego, coś, na co nic nie mógł poradzić. Mógł tylko starać się ją ochronić, ale jak uchronić człowieka przed nim samym? Przez jego naturą?
Dastan siedział w szerokim, skórzanym fotelu i udawał zaczytanego w książce, której tytułu nawet nie pamiętał. W rzeczywistości, z rosnącym niepokojem parzył na siedzącą nieopodal Nur. Dziewczyna pozornie nie robiła niczego, co mogłoby wzbudzać jakikolwiek niepokój. Bo i też nie o to, co robiła lub też nie, chodziło. Chodziło o zmiany, które zaszły w niej. Subtelne, nie dostrzegalne dla nikogo, poza nim samym, przywykłym do bacznego obserwowania Nur. Przez całe życie.
Dziewczyna ze stoickim spokojem malowała paznokcie, od czasu do czasu podnosząc dłoń, by ocenić swoją pracę w blasku słońca wpadającego przez wysokie okna. Czasem coś zanuciła.
Nie, dastan tego nie wytrzyma.
Gwałtownie zamknął książkę.
– Nur, nie zapytam, co się dzieje, bo dobrze to wiem.
– Jak wiesz, to o co chodzi? - Zapytała niewinnie Nur, na chwilę podnosząc na niego spokojne oczy.
– Nur! - Podniósł głos i wyprostował się na fotelu.
– Nie krzycz na mnie! - Nagle jej spokój zniknął, jej oczy miotały pioruny, buteleczka z lakierem spadła na posadzkę, gdzieś w oddali trzasnęło wiele okiennic. Dziewczyna wzięła głęboki oddech i uspokoiła się nieco – Nie martw się. Nic mi nie będzie. Jestem już duża i umiem o siebie zadbać.
– Mówimy o czymś silniejszym niż ja czy ty – Powiedział spokojnie, nie chcąc znowu jej rozgniewać. Bywała drażliwa, jeśli ktoś trafił w jej czuły punkt. Dziewczyna zrezygnowana oparła się o oparcie krzesła. Zamknęła ozy, a gdy je otworzyła, był spokojne i zielone jak wiosenna trawa.
– Wiem – Powiedziała tylko, a on w tym jednym słowie wyczytał wszystko, co chciała powiedzieć, ale nie umiała bądź nie chciała powiedzieć głośno. Były to bardzo smutne rzeczy. Chłopak zasmucił się widząc to, wstał z miejsca, podszedł do siostry i mocno przytulił, chowając jej twarz w swojej piersi.
– Moja kochana siostrzyczka. Pamiętaj, że zawsze będę przy tobie.
Loki nie wziął pod uwagę jednej rzeczy. Do gry trzeba więcej, niż jednego zawodnika. Nie przewidział więc, jak bardzo trudna będzie to gra, gdy jego ciało tak silnie reagowało na nią. Nie wiedział, czy robiła to celowo, ale patrzyła mu w oczy, było w nich tak usilna prośba, niemal błaganie. Nie wiedział, czy prosi o to, by się do niej nie zbliżał, czy wręcz przeciwnie. Niezależnie od jej intencji, spojrzenie to sprawiało, że ogarniała go trudna do pohamowania chęć, by się na nią rzucić. Za to te chwile, gdy siedzieli przy jednym stole, a on czuł jak jej stopa delikatnie ociera się o jego nogę, a kiedy spoglądał na nią z pytaniem, na co ona tylko uśmiechała się delikatnie, były zupełnie celowe i nieprzypadkowe. To było tak, jakby to ona zaczęła tę grę. I może tak było, kiedy na balu rzuciła mu wyzwanie spojrzeniem. Jakby tego właśnie chciała: „Uwiedź mnie, pokonaj, zdobądź." I to było jeszcze bardziej podniecające.
Starał się być dyskretny, głównie ze względu na bacznie przyglądającego mu się Dastana. Chłopak irytował go niesamowicie, ale nie mógł przecież nic zrobić. Czekał. Czekał na chwilę, gdy będą mogli zostać sami. Ale od dnia balu, nie było takiej okazji. Zupełnie, jakby ona sama celowo do tego nie dopuszczała. Mała wiedźma.
Uwielbiał na nią patrzeć. A gdy raz zdarzyło się, że przeszła koło niego tak blisko, że jej włosy musnęły jego twarz i ogarnął go jej zapach, wrząca w żyłach krew nie pozwoliła mu zasnąć przez pół nocy. Nic nie przynosiło mu ukojenia, żadna inna kobieta nie była w stanie ugasić tego żaru. W ogóle stracił nimi zainteresowanie. Chciał jej, tylko jej.
W końcu, jego cierpliwość się wyczerpała.
Gdy podczas kolacji zaobserwował, że wyciąga dłoń w stronę dzbana z winem, również szybko po niego sięgnął, tak, że swoją dłonią uwięził jej, zaciśniętą na uchu naczynia. Oczywiście, trwało to zaledwie kilka sekund i dla postronnych było po prostu zbieg okoliczności. Zabierając swoją dłoń, Loki delikatnie pogłaskał skórę dziewczyny. Poczuł jeszcze, jak włoski na jej ręce delikatnie się jeżą. Zabrała dłoń jak oparzona, a on spojrzał na nią z triumfem, jakby chciał powiedzieć, „Wiem, że mnie pragniesz." Ignorowała go ostentacyjnie do końca posiłku.
Był środek nocy, dookoła lustra na toaletce panny Bernadotte płonęło kilkanaście świec. Dziewczyna siedziała nieruchomo, patrząc w swoje odbicie. Miała wrażenie, że ona z drugiej strony lustra patrzy na nią kpiąco.
„Boże" Pomyślała, przecierając zaspane oczy. „Dłużej tego nie zniosę."
Ponownie spojrzała na swoje odbicie, lecz teraz widziała tam już tylko „siebie". Potarganą, niewyspaną, a nader wszystko, spragnioną.
Była z pochodzenia francuską, płynęła w niej gorąca, temperamentna krew jej rodu i nic nie mogła z tym zrobić. Ale wraz z nią, płynęło przekleństwo. To właśnie przez to... to przez nie nie mogła...
Potrząsnęła głową, a zły głos w niej wyszeptał „Dobrze wiesz, że to nie o to chodzi. Nie udawaj takiej cnotki."
W istocie, nie o to chodziło. Po prostu od chwili, gdy go ujrzała, bała się.
Bała się, że go pokocha.
Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, miłość była jedną z tych rzeczy, które przerażały ją najbardziej na świecie. Na szczęście, przez te wszystkie lata doszła do wniosku, że przez swoje przekleństwo, jest zwyczajnie niezdolna do miłości. Miała wielu mężczyzn, kilku ślubowało jej miłość aż po grób, chcieli się żenić...
A ją to śmieszyło. Nie rozumiała, jak można kogoś pokochać. Ale żal jej było tych wszystkich zakochanych w niej nieszczęśników.
Ona nie zasługiwała na miłość. Po prostu nie było w niej nic, co było warte kochania.
Ale gdy go zobaczyła, ogarnęło ją przerażenie. Nie wiedziała, skąd takie przeświadczenie, ale była pewna, że tego mężczyznę mogłaby pokochać. A to oznaczałoby tylko cierpienie.
Dlatego Dastan miał rację. Powinna trzymać się od niego z daleka. To było zbyt niebezpieczne.
A najgorsze, że nie miała gdzie uciec. Czuła się jak zaszczute zwierze, uwięzione w słabym, targanym żądzą ciele, któremu co więcej, bardzo podoba się pogoń.
Tak więc w środku Nur walczyły dwie osoby.
Jedna, nieodrodna córa rodu Bernadotte, o krwi gorącej jak lawa, pragnęła ulec namiętności i zlec w ramionach Lokiego, nie bacząc na konsekwencje, aby działo się, co chce.
Druga była mądrzejsza. Rozważna. Wiedziała, czym ot grozi, a nawet jeśli nie, to była zwyczajnie przerażona. I po jej stornie stała najważniejsza osoba w świecie Nur. Jej brat.
Rozsądna Nur odjęła ręce od twarzy i zbliżyła się do tafli lustra. Była pewna, że jej odbicie uśmiecha się do niej cynicznie, a jego oczy stały się złote, jakby płonęły.
A może tak właśnie wyglądała?
Niemal bezwiednie uniosła prawą dłoń na wysokość twarzy. Patrzyła chwilę na nią, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu. A potem przymknęła powieki i zaczęła powoli wodzić po skórze puszkami lewej dłoni. Przywołała wspomnienie dzisiejszego zdarzenia. Tak subtelnego, nie znaczącego, właściwie nie zauważalnego, ale które nawet teraz, nawet będąc tylko ulotnym wspomnieniem, przyprawiało ją o rozkoszne dreszcze. Zaśmiała się sama do siebie cicho, gdy przypomniała sobie wrażenie, jakie na gorącej skórze pozostawiały jego palce. Spojrzenie, które się z niej śmiało, nie wiedząc, ile ją to wszystko kosztuje.
Jej odbicie w lustrze ukazywało dziewczynę o zmysłowych, nabrzmiałych, czerwonych wargach i oczach niczym płynny miód.
Uśmiechając się do siebie, powoli zsunęła suknie z ramion.
Nieskromnie przyznała sama przed sobą, że wygląda pięknie.
Och Loki, jak zamierzasz oprzeć się piękności, którą sam rozbudzasz?
Dotknęła swojego policzka, potem ust, omiotła palcami brodę i przez chwilę gładziła się po obojczykach. Przerwała, wypuszczając głośno powietrze.
Była na niego zła, za to, co z nią robi, jaką ma nad nią władze. A jednocześnie niczego tak nie pragnęła, jak tego by był tu teraz, przy niej. By stał za nią. Nie odwróciłaby się do niego, a jedynie podziwiała w lustrze, jak jego piękne, zimne dłonie o szczupłych palcach powoli zsuwają suknie do końca. Właśnie tak. Starałaby się siedzieć bez ruchu, gdy jego dłonie spoczęłyby na lekko stożkowych piersiach, bawiąc się sutkami. Właśnie tak. I tak jak teraz, wstałaby powoli z zydla, pozwalając, by suknie osunęła się na podłogę. Niemal widziała w lustrze jego uśmiech, na chwilę przed tym, nim zatopił usta w jej karku. Potem uwolnił jedną pierś i przesunął ręką niżej, po jej brzuchu i jeszcze niżej i...
Ciężko oddychała, leżąc na brzuchu, na podłodze, pod lustrem. Oczy zakryła ramieniem.
„Boże mój..."
Jej oczy ciągle płonęły, a w niej dojrzewało postanowienie nie do obalenia.
Siedziała na parapecie pustego korytarza wiedząc, że nijak to nie wygląda na przypadek. Dobrze wiedziała, że będzie tędy przechodził. Odpowiedź na pytanie, czy dobrze robi, była zbyt oczywista, by zaprzątać sobie nim głowę. Przez chwilę postanowiła nie być rozsądna. Przez chwilę, mogło dziać się co chcę. Ale tak rozpaczliwie potrzebowała tej chwili, że tkwiła tu już prawie godzinę. Musiała go zobaczyć, musiała go poczucie, nie ważne, za jaką cenę. Usłyszała kroki. Wstrzymała oddech. Loki minął ją, nie zauważywszy, pogrążony w swoich myślach. Długa zielona peleryna powiewała za nim niczym skrzydła.
– Loki – Zawołała za nim szeptem, nieśmiało, wychylając się z wnęki. Zatrzymał się niemal natychmiast i z miną wyrażającą niedowierzanie, obrócił w jej stronę. Uśmiechnęła się ostrożnie, czując, jak dziwne uczucie promieniuje na całe jej ciało od podbrzusza. Gestem ręki pokazała mu, aby podszedł. Zrobił to, zatrzymując się tuż przy niej, oparł o ścianę. Zmusiła się, by spojrzeć w jego rozbawione oczy. Stał bez słowa, nie wykonał ani jednego gestu. Czyżby to ona miała przejąc inicjatywę? Nie. Za żadne skarby.
– Czego chciałaś? - Zapytał w końcu. Odwróciła głowę i wyjrzała przez okno.
– Nic, tylko się przywitać – Odparła wymijająco. Stchórzyła. Poczuła, że musi stąd uciec. Zeskoczyła z parapetu i już miała odejść, gdy Loki mocno złapał ją za nadgarstek, aż zabolało. Pociągnął do siebie i przygwoździł do ściany. Trzymał obie jej ręce przy murze, mocno, zimnymi dłońmi. Nachylał się nisko nad dziewczyną, tak, że widziała i czuła tylko jego. Dziwne czucie w podbrzuszu balansowało na granicy bólu. Jak spłoszony jeleń, nie była w stanie się ruszyć, starała się tylko uspokoić szalony trzepot serca. Starała się uciec wzorkiem, jakby nagle koniecznie musiała dowiedzieć się, w jaki wzór ułożono posadzkę. Loki parsknął cichym śmiechem. O tak, wreszcie ją ma, dokładnie tak, jak chciał. Uległą. Teraz musi mu się poddać.
Puścił jej ręce, które jak bezwładne, opadły wzdłuż jej ciała. Oparł się ramieniem o ścianę, a jego twarz znalazła się jeszcze bliżej niej. ( tumblr_ )Jej włosy pachniały kwiatami. Napawał się tym zapachem. Już czuł się zwycięzcą, gdy w końcu ona podniosła głowę i napotkał jej spojrzenie. Spojrzenie złotych oczu. Na jej kusząco czerwonych wargach gościł filuterny uśmiech, gdy powoli wysunęła język i oblizała wargi. Loki poczuł jak cała krew odpływa mu z głowy i trafia w zgoła inne miejsce.
– Masz takie zimne dłonie – Wyszeptała, splatając ze sobą ich palce. Uniosła głowę jeszcze wyżej, by ich twarze znalazły się idealnie przy sobie. Gorące oddechy pieściły ich twarze.
Miał ją uwieść, miała mu się oddać, prosić go o to...
Ale w tej chwili to nie miało żadnego znaczenia.
Powoli rozplótł ich dłonie i delikatnie unieruchomił jej twarz. Zamknął oczy i gdy niemal już oczu jej usta pod sowimi wargami, ona gwałtownie odwróciła głowę. Zamarł, wsłuchany w jej ciężki oddech, zastanawiając się, ile ją to kosztowało.
– Nie pragniesz tego? - Wyszeptał wprost go jej ucha, a uczucie rozkosznego bólu stało się niemal nie do zniesienia. Znalazła się w tej sytuacji na swoje własne życzenie, teraz musi znaleźć siłę.
– Pragnę, jak niczego innego... - Wyszeptała, zarzucając ręce na jego szyję, gładząc kark. Jakby jej ogarnięte pożądaniem ciało przestało jej słuchać, ich usta spotkały się, nim zdążyła cokolwiek zrobić lub chociaż dokończyć zdanie. Był to drapieżny pocałunek, ich usta co rusz rozłączały się na krótką chwilę, tylko po to, by znów wpić się w siebie, smakować i kąsać wzajemnie. Aż w końcu ich języki zetknęły się, łącząc usta na dobre. Nur jęknęła cicho, nie mogąc się powstrzymać. Loki przycisnął ją do ściany, mocno, całym ciałem, tak, że w pełni czuła całego jego podniecenie. Byłą wdzięczna za tą pozycję, gdyż jej nogi z całą pewnością by jej nie utrzymały. Dłońmi pieściła jego kark, lekko wplatała palce we włosy, podczas gdy on sunął dłońmi po jej udach, brzuchu, piersiach. Brakło im oddechu, jednak to ich nie zatrzymało. Zrobiły to czyjeś kroki, dobiegające z oddali, lecz stanowczo się zbliżające. Sługa, albo strażnik. Oderwali się od siebie. Nur spojrzała w stronę, z której nadchodził intruz, potem posłała Lokiemu nieco zamglone spojrzenie i odbiegła w przeciwnym kierunku. Rozpalony bóg oparł się o mur, ciężko oddychając. Przygładził swoje włosy i poprzysiągł bolesną śmierć bogu ducha winnemu człowiekowi, który ośmielił się przeszkodzić.
