Wszedł do pomieszczenia z duszą na ramieniu. Zamknął drzwi z ogromną precyzją, tak by nie wydały żadnego dźwięku. Tym samym udowodnił sobie, że jest w stanie powstrzymać nerwowe drżenie własnego ciała. W głowie powtarzał niczym mantrę rady dane mu przed Kirklanda. Nie pyskuj. Nie odpowiadaj, dopóki nie pozwoli ci mówić. Gdy pozwoli, mów konkretnie i głośno. Szanuj pannę Natalię. To chyba wszystko... A co, jeśli nie wszystko?, pytał się co chwilę.
Pokój, w którym się znalazł, różnił się znacznie od jego poprzedniego gabinetu, gdzie spędził trzy dni. Był dwa razy większy. Zamiast bieli, na ścianach królował jasny niebieski. Wzrok od razu przykuwały dwa obrazy przedstawiające kolejno śnieżny górski krajobraz oraz duży statek, samotny na bezkresnym, wzburzonym morzu. Równolegle do drzwi znajdowało się największe biurko, jakie Matthias w życiu widział. Na gładkiej, drewnianej powierzchni ułożono sterty papierów, a za nimi ukrywał się służbowy laptop. Obok biurka, tuż przy ogromnym oknie, stał ekspres do kawy, widocznie często używany, zważywszy na zużyte plastikowe kubki, które piętrzyły się na parapecie wśród doniczek z kwiatami.
Gdy Matthias spojrzał w prawo, dostrzegł, że znajduje się tylko w jednej części całego pomieszczenia. Druga ukrywała się za cienką ścianą, do której prowadziły niewielkie przezroczyste drzwi. Nie miał jednak pojęcia, co się za nimi znajduje.
Za biurkiem, na miękko obitym fotelu obrotowym, siedział mężczyzna. Duńczyk mógł przyjrzeć się swojemu szefowi uważniej niż w stołówce, gdyż teraz miał dobry widok na jego twarz o kształcie, jak zauważył, diamentu. Lukas Bondevik miał prosty nos i wąskie usta. Prawe oko zakrywała mu grzywka, gdy siedział pochylony nad kartką papieru. Jednak po drugiej stronie jasne, niemalże platynowe włosy, zostały poskromione przez dwie białe wsuwki, ułożone prostopadle do siebie. Czemu męczy się ze spinkami, skoro może ściąć się na krótko?, zapytał samego siebie Matthias, fan najprostszych rozwiązań, czego dowodem były jego własne włosy, krótkie i postawione na żelu w górę, by nie wchodziły mu do oczu.
Po kilku sekundach niezręcznego stania w ciszy, Lukas w końcu oderwał się od lektury i spojrzał prosto na Matthiasa. Wtedy też zrozumiał, dlaczego niemalże cała kadra drży na myśl o spotkaniu z szefem sam na sam. Oczy Bondevika były niezwykłe, bo koloru ciemnoniebieskiego, który niekiedy sprawiał wrażenie fioletowego, niczym głęboka, dzika woda. Na tym jednak piękno się kończyło, bowiem spojrzenie, chłodne jak Atlantyk zimą, przebijało na wskroś, mrożąc duszę swą surowością i obojętnością.
- Witam. Lukas Bondevik - przedstawił się, wstając i wyciągając dłoń w stronę Matthiasa.
Duńczyk zbliżył się, ujął ją i potrząsnął lekko. Spodziewał się zimnej skóry, była ona jednak mile ciepła. Zwrócił także uwagę na przyjemny dla ucha głos, który nasuwał mu na myśl powagę i formalność.
- Matthias Kohler.
- Proszę usiąść. - Wskazał na fotel przed biurkiem, a Matthias spełnił jego prośbę, krzywiąc się nieznacznie, gdy mechanizm zaskrzypiał pod jego ciężarem.
Siedział, jak na szpilkach, podczas gdy drugi mężczyzna po raz kolejny przeleciał wzrokiem po papierach.
- Biorąc pod uwagę młody wiek, pańskie CV robi wrażenie. Ma pan doświadczenie jako sprzedawca, konsultant i recepcjonista oraz zna trzy języki obce, mam rację? - zapytał, nie odrywając oczu od kartki.
- Zgadza się - odparł głośniej niż powinien, przypominając sobie drogocenne rady Arthura Kirklanda.
Bondevik zerknął na niego bez wyrazu, po czym sam pokiwał głową.
- Nie ma pan jednak doświadczenia w pracy biurowej, lecz skłonny jestem stwierdzić, że nie będzie to wielką przeszkodą. Pod warunkiem, że nauka rzeczy praktycznych nie sprawia panu problemu. A z tego, co słyszałem, to jest pan pilnym i pojętnym uczniem. Ukończone przez pana studia, ekonomia, oraz kursy informatyczne będa sporą pomocą, jako że wymagam od moich pracowników posługiwania się arkuszami kalkulacyjnymi na poziomie zaawansowanym.
Zakończył swój monolog, a Matthias nie wiedział, czy powinien coś powiedzieć. Może jakoś skomentować? Potwierdzić, że wszystkie te pochwały na temat jego osoby to stuprocentowa prawda? Ale przecież Bondevik nie udzielił mu głosu! A Arthur kazał mu odpowiadać tylko za przyzwoleniem!
- Czy Arthur Kirkland wytłumaczył panu, w jaki sposób działają umowy w tej firmie?
Matthias odparł, że nie. Teraz, jak się nad tym zastanowił, to było głupie z jego strony, że nie podjął tego tematu już podczas rozmowy kwalifikacyjnej. W końcu od tego mogło zależeć kolejne kilka lat jego życia.
- Nowi pracownicy na czas szkolenia otrzymują umowę na trzy miesiące. Po upływie tego czasu, jeśli był owocny we współpracę i postępy, proponuję od razu umowę na czas nieokreślony. - Lukas sięgnął do szuflady, z której wyjął dwa pliki papieru i podał je Matthiasowi. - Proszę zapoznać się z kopią i podpisać obie. Jedna dla pana, jedna dla mnie.
Och. To było znacznie więcej niż Matthias nie spodziewał. W większości ofert pracy, które przeszły przez jego dłonie, pracodawcy na początek oferowali umowę na dwa lata. Lukas Bondevik widocznie szedł na rękę pracownika, proponując coś z myślą o nim, a nie o własnym interesie.
- Jeśli chodzi o resztę popołudnia, zdecydowałem, że przedstawię panu zakres najważniejszych obowiązków i zapoznam z systemem działającym wewnątrz tej firmy. Czy to w porządku?
- Jak najbardziej. Dam z siebie wszystko.
Lukas podniósł się z fotela, a Matthias razem z nim. Jego uwadze nie umknął fakt, że szef sięgał mu zaledwie do czubka nosa. Nie każdy może się poszczycić takim wzrostem jak mój, pomyślał z wyższością.
Matthias w końcu przestał się stresować. Z ekspresji przełożonego wyczytał, że wcale nie zrobił tak katastrofalnego pierwszego wrażenia, jak na początku się obawiał. W porównaniu do wielokrotnie powtarzanych w firmie plotek, Lukas Bondevik przez całe dziesięć minut rozmowy nie wykazał żadnych dowodów na to, że jest psychopatą czy też potworem. Owszem, zionął chłodem bardziej niż wiatr o poranku, ale poza tym był niezwykle elokwentnym, spokojnym i opanowanym mężczyzną o przyjemnym dla ucha głosie. Matthias podejrzewał, że albo reszta pracowników wyolbrzymia i demonizuje jego cechy charakteru, albo Bondevik nie pokazał jeszcze swojej prawdziwej natury. Duńczyk musiał jednak przyznać, że czuł się niezwykle nieswojo - starszy mężczyzna ani razu nie uśmiechnął się i sprawiał wrażenie człowieka bez poczucia humoru. Matthias wielokrotnie miał ochotę rzucić jakimś niesmacznym żartem w celu sprawdzenia prawdziwości swoich obserwacji, w głowie jednak ciągle rozbrzmiewało mu echo słów Arthura Kirklanda. Nie pyskuj. Zachowuj się. Nie przynieś wstydu swojej matce. Omal nie roześmiał się, gdy zdał sobie sprawę, że ktoś z tak ogromnymi brwiami kontroluje obecnie jego impulsy.
Bondevik otworzył przeszklone drzwi i wszedł wraz z Matthiasem do drugiego pomieszczenia, które dorównywało wielkością pierwszemu. Znajdowały się w nim dwa przestronne boksy, znane Matthiasowi ze wcześniejszego, tymczasowego stanowiska pracy. Od razu rzucało się w oczy ich wyposażenie - miękkie krzesło obrotowe, duże biurko i komputer stacjonarny o plazmowym monitorze. W poprzednim boksie nie mógł cieszyć się takimi luksusami. Podejrzewał, że tylko wyżej postawieni w hierarchii pracownicy mogą.
- Proszę, zajmij miejsce. - Lukas wskazał na boks znajdujący się w bezpośrednim sąsiedztwie okna, co czyniło go naturalnie jasnym. - Muszę cię na moment przeprosić.
Matthias obserwował kątem oka, jak blondyn przechodzi obok niego i znika w pierwszym pomieszczeniu. Jego wrażliwy nos wyczuł w powietrzu delikatną nutę znanej mu wody toaletowej. Ostrożnie okrążył biurko, wodząc opuszkami palców po chłodnym drewnie i usiadł na miękkim fotelu. Odchylił oparcie najmocniej jak się dało i odetchnął z ulgą, czując, jak solidnie opiera się jego ciężarowi. Zakręcił się kilkakrotnie z niemalże dziecięcym uśmiechem na pełnych ustach. Gdy Bondevik stanął w progu, natychmiast wyprostował się i odchrząknął. Nie spotkał się z żadnym komentarzem, miał jedynie wrażenie, że mężczyzna przewrócił oczami.
Ośmieszyć się przed nowym szefem? Zaliczone.
Z lekkim burakiem na twarzy, Matthias dostrzegł dwie rzeczy, które zmieniły się w Lukasie - trzymał pod pachą stosunkowo cienki plik kartek i pozbył się marynarki. Biała koszula z rękawami podwiniętymi do łokci uwydatniła bladość jego skóry, która ledwo odznaczała się na tle jasnego materiału.
- Na początku musisz założyć hasło. Według przepisów każdy pracownik ma obowiązek je zmienić co tydzień. W naszej firmie ma to miejsce zazwyczaj w poniedziałek. Jest to dość rutynowa czynność, ale, nie wiedząc czemu, większość pracowników ją zaniedbuje. Chcę, abyś co tydzień wysyłał im e-mail z przypomnieniem. Pokażę ci, jak to zrobić…
Aleksander Balakov pilnie przepisywał swój rękopis, raz po raz sprawdzając jego zgodność z tym, co pojawiało się na monitorze. Prace utrudniał mu fakt, że dłonie miał zimne, niemalże skostniałe. Bynajmniej wina nie leżała po stronie temperatury pokoju. Ach, Lukas, przeszło mu przez myśl, niedługo całkiem mnie wykończy. Presja nałożona przez szefa odbijała się niekorzystnie na jego zdrowiu psychicznym, jako że niezwykle źle znosił długotrwały nadmiar stresu. Gdyby miał sporządzić ranking najgorszych dni w życiu, ów znalazłby w czołówce.
Dzielnie ignorował ssący głód, który niekiedy przyprawiał go o mdłości. Poza dwiema kromkami chleba z samego rana nie miał czasu na uzupełnienie zapasów energii. Całą przerwę obiadową spędził na bieganiu od boksu do boksu i zbieraniu potrzebnych mu do wykazu danych. Już pogodził się z faktem, że nie ma co liczyć na wizytę we własnym domu w ciągu najbliższych kilku godzin.
Sięgnął po solidny, kremowy kubek i wypił do dna znajdującą się w nim kawę. Wiedział, że będzie potrzebował jeszcze kilku takich, ale na razie nie chciał tracić czasu na wycieczki do ekspresu, który znajdował się dwa piętra niżej.
Kolejne trzydzieści minut spędził z głową między papierami i dokumentami tekstowymi, pracując bez ociągania. Czas ten spędził w niezwykle niekorzystnej dla kręgosłupa pozycji, a sztywny kark zaczął dawać o sobie znać niekomfortowym bólem.
Aleksander wyprostował się, szczelnie przylegając plecami i głową do stabilnego oparcia. Spojrzał na swoje dłonie, naznaczone jasnofioletowymi plamkami i po kolei masował każdy palec z osobna. Miał wrażenie, że jego ciało nie jest tak naprawdę nie należy do niego, tylko do jakiegoś truposza. Pozwolił swoim myślom odpłynąć daleko - do jakiegoś cichego, słonecznego miejsca, w którym nie musiałby pamiętać o pracy, a jedynym zajęciem byłoby leżenie i czytanie, bez zmartwień i bez presji czasu. Przypomniał mu się zaległy tydzień urlopu, czekający bezpiecznie na wykorzystanie. Niedługo, obiecał sobie, nie po raz pierwszy tego roku. Czy był pracoholikiem? Może. Vlad często mu to powtarzał.
Nie pozwolił swoim myślom powędrować do blondyna. Z tego nigdy nie wychodziło nic dobrego; co najwyżej rozpraszał się i zastanawiał nad jego motywami. Nie rozumiał, dlaczego Rumun przyczepił się akurat do niego. Owszem, przyczepił, Aleksander nie potrafił znaleźć słowa, które lepiej opisałoby ten dziwny rodzaj zainteresowania. Vlad pojawił się w jego życiu nagle; pewnego dnia w pośpiechu rzucił na jego biurko niezdarnie spięte papiery. Przeglądając je, Aleksander natknął się na dość sugestywny wiersz, w sposób jednoznacznie ukazujący niekonwencjonalne preferencje podmiotu lirycznego i namiętnie charakteryzujący "ciemne jak węgiel oczy". Chcąc oszczędzić nieznajomemu współpracownikowi wstydu, kolejnego dnia zaczepił go po lunchu i wręczył znalezioną kartkę, a niedługo później znalazł na swoim biurku wyborne rumuńskie czekoladki z krótką wiadomością "Niech to pozostanie między nami, V." Nie wiedział, co ma o tym myśleć, więc nie myślał; zmuszony był jednak, gdy blondyn złożył mu niezapowiedzianą wizytę. Zapytał "Nie powiesz nikomu?", na co Balakov poczęstował go marcepanową czekoladką. Był człowiekiem czynu, a nie słowa. W owym momencie Aleksander uznał całą sprawę za zakończoną, Vlad miał jednak inne plany; zaczął odprowadzać go do biura po lunchu, od czasu do czasu przynosił mu kawę, dzielił się plotkami. Wszystko to wydało się Bułgarowi dość naturalne i niewinne, do momentu, w którym Vlad przestał nazywać ich "współpracownikami", a zaczął używać terminu "koledzy". Aleksander wciąż nie wiedział, jak to się stało, że tak barwna postać jak blondyn zainteresowała się tak prostym, cichym i sumiennym człowiekiem jak on. Ta niewiedza nie dawała mu spokoju, lecz był zbyt dumny, by zapytać i zbyt głupi, by rozgryźć to samodzielnie.
Pomimo niezadowolenia, jakie okazywał, podobała mu się uwaga Vlada skupiona na jego osobie. Minęło sporo czasu, odkąd ktokolwiek obdarował go takim zainteresowaniem; z ludźmi z firmy rozmawiał tylko wtedy, gdy musiał - nie czuł potrzeby socjalizacji. Fakt, że bardzo łatwo się peszył, utrudniał mu życie. Przy Vladzie ani razu nie doświadczył podobnego uczucia, ale jednocześnie nie potrafił się przed nim otworzyć. Coś takiego wymagało czasu. Czasami ogarniał go lęk, że drugi mężczyzna znudzi się czekaniem i odejdzie, szybko jednak pozbywał się tych myśli, przerażony przywiązaniem, jakim zaczął go darzyć.
Dużo czasu zajęło mu zebranie wystarczającej ilości odwagi, by poprosić kolegę o pomoc z problemem, który od pewnego czasu nie pozwalał mu skupić się na wykonywaniu pracy bezbłędnie i skrupulatnie, jak miał w zwyczaju. Wielokrotnie był świadkiem próśb o drobne przysługi pomiędzy osobami, które przynajmniej trochę się znały, a jego nie należała do specjalnie wymagających. Po przedstawieniu szczegółów, Vlad pospieszył z pomocą niemal od razu, a Bułgar cieszył się w duchu, że ma kogoś takiego u swojego boku. To był mały krok dla Aleksandra, ale ogromny dla ich powoli rozwijającej się relacji. Obaj odczuli jego skutki w codziennych interakcjach, które stały się płynniejsze i mniej odległe.
Aż do dzisiejszego popołudnia, kiedy Vlad tajemniczo oznajmił mu, że owa pomoc nie jest bezinteresowna. Czyżbym popełnił błąd, ufając mu tak bardzo?, myślał gorączkowo, strzelając kostkami palców, które stały się sztywniejsze.
Nie miał czasu, by zagłębić się w swoje myśli bardziej, bo zaraz usłyszał chrzęst mechanizmu w drzwiach, które sekundę później stanęły otworem. O wilku mowa…
- Aleksandrze, czemu siedzisz i obijasz się!? Gdyby tylko Lukas Bondevik cię teraz widział!
- Daj spokój - mruknął, zdając sobie sprawę, że z perspektywy Vlada wygląda raczej żałośnie.
- Czyż nie jesteśmy dzisiaj entuzjastycznie nastawieni do pracy? - zaćwierkał radośnie, po czym zamknął za sobą drzwi.
- Mówiłem już, żebyś przestał. Nie widać, w jakim jestem humorze?
- Trudno stwierdzić, bo twój humor to jeden wielki constans.
Aleksander westchnął, głównie po to, by się uspokoić i gwałtownie przeczesał swoje włosy palcami, wyrywając przy tym kilka pojedynczych sztuk.
- Hej, bez takich - mruknął Rumun i zbliżył się, gotów powstrzymać go przed kolejnym atakiem na ciemne kosmyki. - Co się stało? Bondevik?
Odpowiedziało mu skinięcie głowy.
- Miał wrócić jutro. Jutro byłbym gotowy. - Ogarnął spojrzeniem wszystkie papiery. - Ale postanowił wrócić dzisiaj i wszyscy o tym wiedzieli, tylko nie ja. Dlatego mogę pożegnać się ze snem.
Spojrzał na prosty zegar ścienny wskazujący siedemnastą. Nienawidził tej pracy. W owym momencie nienawidził także swojego szefa, aczkolwiek w rzeczywistości lubił go jako równego sobie człowieka. Poza tym, łączyła ich przeszłość.
- Jesteś pewien, że nie możesz przekazać mu wykazu jutro? - zapytał Vlad, na moment przyjmując poważny wyraz twarzy. - Z tego, co słyszałem, to ciągle męczy nowego asystenta. Widziałeś go w ogóle? Poznałem go dzisiaj. - Uśmiechnął się lekko na wspomnienie. - Ma ciekawą urodę, niebieskie oczy i piegi. O, i jest zabawny, totalne przeciwieństwo Bondevika. Może się pozabijają.
- Co za nienawistna natura. A w odpowiedzi na twoje pytanie, jestem pewien, bo pytałem.
Kolejny raz rzucił okiem na zegarek; wskazówka minutowa ledwo co zmieniła swoje położenie, dla niego jednak była to utrata dwóch cennych minut. Dla bezpieczeństwa kliknął na ikonę zapisu dokumentu tekstowego. Gdyby komputer nagle odmówił mu posłuszeństwa, a dane bezpowrotnie przepadły, chyba by się zabił.
- Jeśli nie masz mi nic więcej do powiedzenia, to możesz się stąd wynosić, bo jestem zajęty. Ty też powinieneś wziąć się do pracy. - Może i powiedział to nieco zbyt szorstko, ale nie znał lepszego sposobu na pozbycie się natrętów.
- Już skończyłem.
Aleksander spojrzał na niego wzrokiem pytającym "więc co tu robisz?".
- Przyszedłem ci pomóc.
Postawił przed Bułgarem plastikowy kubek pełen gorącej, mocnej kawy z niechlujnie zapisanym imieniem na jasnej powierzchni. Vlad nie byłby sobą, gdyby nie dorysował kilku kwiatków i uśmiechniętej twarzy. Co ciekawe, te paskudne rysunki rzeczywiście ukoiły skołatane nerwy Balakova. Wziął kubek w obie dłonie, zachwycając się bijącym od niego ciepłem. Nie wiedział, w jaki sposób powinien wyrazić swoją wdzięczność. Przez dłuższą chwilę tylko patrzył prosto w oczy blondyna, który uśmiechał się, widocznie z siebie zadowolony.
Gdy po kilku sekundach Rumun w końcu ruszył się z miejsca, by przysunąć do biurka drewniane krzesło stojące pod ścianą, Aleksander w końcu znalazł odpowiednie słowa.
- Vlad - powiedział niezwykle miękko, prawie czule.
-Hm?
- Dziękuję.
Obecność ciepłego koloru na policzkach mężczyzny stała się dla Aleksandra kolejnym pytaniem bez odpowiedzi. Przynajmniej na razie.
Matthias wrócił do domu wykończony do granic możliwości. Odetchnął znajomym zapachem mieszkania, szczęśliwy, że ów dzień powoli miał się ku końcowi. Był męczący, ale nie dało się nazwać go nudnym. Na prośbę Bondevika został w pracy godzinę dłużej, dzięki czemu ten zakończył podstawowe szkolenie z sukcesem. Następnie, zamiast dwudziestu minut jazdy, musiał znieść dwa razy tyle w zatłoczonym busie. Na myśl o codziennych powrotach w towarzystwie ludzi o twarzach naznaczonych depresją i śmierdzących bezdomnych coraz bardziej korciło go, by wziąć pożyczkę i kupić używany samochód za kilka tysięcy. Na razie jednak nie miało to sensu, gdyż teoretycznie jeszcze nie miał pracy, a nie uśmiechało mu się tonąć w długach w tak młodym wieku.
Po zamknięciu drzwi od wewnątrz, z cichym westchnieniem ulgi zdjął krawat i marynarkę, po czym rzucił się na przyjemnie chłodne łóżko.
Podczas jego czasu sam na sam z Bondevikiem nie miało miejsca nic nadzwyczajnego. Lukas cierpliwie tłumaczył mu zakres jego obowiązków, rozprawiał na temat zasad panujących w firmie, pokazywał, jakie operacje wykonać, by odnaleźć informacje na temat wydziałów i ich pracowników. Dla Matthiasa nie było to nic nowego, bowiem na studiach zapoznał się z informatyką wystarczająco dobrze, by służyć za eksperta w dziedzinie baz danych.
W pewnym momencie Bondevik musiał wyjść, by odebrać telefon (Matthias zauważył, że jego dzwonek to standardowy sygnał dźwiękowy, co przyjął z niezadowoleniem, bo uważał, że po guście muzycznym wiele można dowiedzieć się o człowieku), jakiś czas później znów musiał przerwać, by przyjąć papiery od niejakiego Aleksandra Balakova. Tuż przed końcem jego zmiany w biurze pojawiła się Natalia Braginska. Weszła bez pukania z kubkiem herbaty w dłoni i omiotła wzrokiem pomieszczenie. W boksie znajdującym się w głębi biura dostrzegła dużą, czarną torebkę i zarzuciła ją na ramię. Poruszała się dość sztywno, a Matthias wyczuł od niej negatywne wibracje. Zauważył też, że z bliska była jeszcze piękniejsza niż z daleka, kiedy stała na lunchu tuż przy ścianie. Jej skóra była tak jasna, że zdawała się odbijać białe światło niczym księżyc. Miał wrażenie, że jej miodowe włosy wyślizgnęłyby mu się spomiędzy palców, gdyby tylko spróbował ich dotknąć (nawet nie wiedział, czemu miałby to robić, ale owa wizja nagle pojawiła się w jego głowie).
Podejrzewał, że zapewne miał do czynienia ze snobką, dlatego zdziwił się, gdy kobieta nagle stanęła przed nim i z melodyjnym akcentem przedstawiła się. Nie spodziewając się tak miłego gestu, na początku trochę spanikował, więc zamiast godnie odpowiedzieć imieniem na imię, gwałtownie wstał, chwycił wyciągniętą rękę i musnął ją ustami, chyląc przy tym czoła. Wtedy też dowiedział się, że wszystkie plotki o syberyjskim chłodzie panny Natalii to jedno wielkie przekłamanie - kobieta bowiem spąsowiała, zaśmiała się perliście i zwróciła się do Lukasa ze słowami:
- Lubię twojego nowego asystenta!
- Nazywa się Matthias - odparł Bondevik spokojnie; Duńczyk nie potrafił dostrzec wyrazu jego twarzy.
- Witaj w firmie, Matthiasie.
I tak oto udało mu się przeżyć pierwszy dzień w nowym środowisku z "szatańskim szefem" i jego lodową towarzyszką. Okazali się zupełnie inni od zarysu przedstawionego przez Feliksa i spółkę. Nie potrafił jednak stwierdzić, czy to oni mieli zniekształcony obraz czy był jedynie świadkiem gry pozorów Natalii i Lukasa. W końcu każda legenda ma w sobie ziarno prawdy.
Następnego dnia również nic ciekawego nie miało miejsca. Przyszedł na swoje stanowisko, dostał zadanie i zaczął je wykonywać. Powoli, lecz uważnie wpisywał dane w arkuszu kalkulacyjnym, by potem stworzyć z nich niewielką bazę danych. Nie wiedział, po co to Lukasowi. Być może ten lubił mieć wszystko poukładane w takiej, a nie innej formie. Co do samego szefa, to nie widział go tego dnia więcej niż dwa razy. Podejrzewał, że ciężko pracuje, załatwiając zaległości z poprzedniego tygodnia, kiedy to był nieobecny z powodu zagranicznego wyjazdu. I miał rację, bo gdy mężczyzna zjawił się w biurze tuż przed lunchem, pod pachą trzymał cztery teczki. Matthias skinął głową w jego stronę i udał się do stołówki.
Przy stoliku dostrzegł znajomą twarz Vlada. Jakoś nigdy nie mieli okazji, by porozmawiać w cztery oczy. Matthias usiadł naprzeciwko z szerokim uśmiechem i pakunkiem srebrnej folii zawierającym ulubione kanapki.
- O, Matt. Liczyłem na to, że cię dzisiaj spotkam.
- Czemu? - zapytał, biorąc dużego gryza swojego drugiego śniadania.
- Wiadomo ci może o tym, czy Bondevik był zadowolony z pracy Aleksandra?
Aleksander...Aleksander...Gdzieś już słyszałem to imię. Myśl, myśl!, powtarzał sobie, wpatrzony w płytkie zadrapanie na powierzchni stolika.
- Chodzi o Balakova?
Może i nie zachował się najgrzeczniej, ale Vladowi to nie przeszkadzało, pokiwał głową ochoczo i wydał z siebie ciche "mhm".
- Widziałem go wczoraj, ale nic mi nie wiadomo. Bondevika nie było dzisiaj w biurze przez cały ranek, więc pewnie nawet nie rzucił okiem. - Wzruszył ramionami. - Ale dam ci znać, jak się dowiem.
- Ach. Dzięki, doceniam to.
- Pracujecie razem?
- Kto? Ja i Aleksander? - Widząc potaknięcie, kontynuował. - Nie. Ja jestem z Finansów, a on siedzi tuż pod Bondevikiem. Tylko się przyjaźnimy.
Matthias pamiętał Balakova jako cichego, zmęczonego człowieka. Trudno mu było sobie wyobrazić, jak mogły wyglądać rozmowy i spotkania tych dwojga.
- Czemu Feliks wczoraj dokuczał ci z jego powodu? - zapytał z uśmiechem. Nigdy nie słynął z taktu i powściągliwości, jeśli chodzi o dobór pytań.
Na twarzy Vlada nie pojawiła się żadna emocja, nawet cień zdenerwowania, jedynie zadziorny uśmiech.
- O wilku mowa.
Matthias spojrzał przez ramię. Wtedy też dostrzegł dziarsko kroczącego blondyna w towarzystwie roześmianej Elizavetty i Rodericha, skupionego na zupie dziko falującej w głębokim talerzu.
- Dobra robota, Rodi, dzisiaj nie wylałeś - Elizavetta klepnęła swojego męża w plecy, gdy ten w końcu zajął miejsce.
Roderich poprawił okulary, niewzruszony komentarzem i chwycił łyżkę pięścią. Matthias lubił patrzeć, jak ten opróżnia cały talerz używając tak niekonwencjonalnego chwytu, lecz wciąż zachowuje typową dla siebie arystokratyczną grację.
- Matt, jak tam Bondevik? - zapytał Feliks, nachylając się nad Duńczykiem nieco za bardzo w przekonaniu tego drugiego. - Jesteśmy totalnie zaskoczeni, że widzimy cię w jednym kawałku!
- Ja za to muszę wam podziękować za zrobienie mnie w konia! Prawie narobiłem w portki, gdy przeglądał moje CV, po czym okazało się, że w rzeczywistości jest miły i kompetentny - mruknął pod nosem, po czym zatkał sobie usta potężnym gryzem kanapki z masłem orzechowym.
Roderich wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, nawet wydał z siebie nieartykułowany dźwięk, który szybko stał się atakiem kaszlu. Zatroskana Elizavetta poklepała go po plecach. Vlad rzucił Matthiasowi nieprzychylne spojrzenie, a Feliks roześmiał się.
- Bondevik i bycie miłym? Coś tu jest totalnie nie halo.
- Sam jesteś nie halo - odezwał się Tino tuż za plecami Feliksa, górując nad całym stolikiem, dopóki nie zajął miejsca po lewicy blondyna. - Pan Bondevik jest uprzejmy i życzliwy.
- Już widzę transparenty z napisem "Lukas Bondevik Protection Squad" - parsknął Vlad.
- Jesteście uprzedzeni, bo nigdy nie dostaliście od niego porządnej pochwały. Musicie dać z siebie wszystko i zwracać uwagę na szczegóły, wtedy może dostrzeżecie jego miękką stronę - powiedział nonszalancko Fin.
Vlad już brał głęboki oddech, by unieść się i wymienić co najmniej dwadzieścia argumentów na poparcie twierdzenia "Lukas Bondevik to diabeł wcielony, któremu największą przyjemność sprawia zasypywanie pracowników toną papierkowej roboty", lecz uniemożliwił mu to Feliks.
- Pewnie masz rację. - Wzruszył ramionami. - Zacząłem odwalać raporty dawno temu, bo uznałem, że zostanę skrytykowany tak czy inaczej.
- Oto odpowiedź na twoje problemy - mruknął Tino, pakując do ust widelec pełen zielonych warzyw. Warzyw, które należały do Berwalda, sądząc po plastikowym pudełku stojącym tuż przed Szwedem, pełnym owej mieszanki. Czyżbym o czymś nie wiedział?, przemknęło Matthiasowi przez myśl.
Był daleko w tyle, jeśli chodziło o wiedzę na temat stosunków pomiędzy poszczególnymi pracownikami. Elizavetta i Roderich od krótkiego czasu cieszyli się małżeństwem, Francis i Arthur częściej spędzali czas na kłótniach niż na pracy, Lukasa i Natalię łączyła dziwna więź i przywiązanie, Vlad nie dzielił się informacjami o tajemniczej relacji z Aleksandrem, a Tino i Berwald nieudolnie udawali, że są tylko współpracownikami. Na tym zakończyła się obserwacja Matthiasa. Przeszło mu przez myśl, aby zapytać Feliksa, lecz zaraz potem przypomniał sobie, że w końcu może wcale nie otrzymać tej posady, a niepotrzebnie się przywiąże.
Gdy wrócił do biura, zastał w nim pannę Natalię, co było sporym zaskoczeniem - tego dnia nie miał okazji jej zobaczyć, założył więc, że dopiero przyszła do pracy. Siedziała elegancko ze złączonymi nogami i prostymi plecami, a jej palce przeskakiwały z klawisza na klawisz z prędkością światła; w pokoju rozchodziło się jedynie stukanie klawiatury. Matthias przyglądał się temu przez moment, pełen podziwu dla umiejętności tak szybkiego pisania.
Odchrząknął, aby zasygnalizować swoją obecność. Natalia zerknęła na niego spod długich rzęs.
- Dzień dobry, panie Kohler. - Skinęła głową, po czym wróciła spojrzeniem do monitora; w pokoju znów rozległ się miarowy stukot klawiszy.
- Dzień dobry - mruknął cicho.
Nie umknęło jego uwadze, jak bardzo znudzona i obojętna wydała się Natalia jego obecnością. Jeszcze poprzedniego dnia śmiała się, a dzisiaj nawet nie uniosła kącików ust! Matthias powrócił myślami do lunchu i reakcji współpracowników na jego przychylne słowa wobec szefostwa. Może jednak mieli rację, a on dał się nabrać na przyjazne pierwsze wrażenie? Postanowił nie wyciągać pochopnych wniosków, a najlepszym sposobem na pozbycie się natrętnych myśli było rzucenie się w wir pracy.
Wraz z nadejściem późnego popołudnia, Matthias wyszedł z biurowca. Odetchnął z ulgą na myśl o wolnym weekendzie. W czasach studiów jego ulubionym zajęciem na piątkowe wieczory było wyjście z kumplami do baru i zatopienie smutków oraz bolączek w piwie. A nawet kilku. Teraz jednak czuł się na to zbyt zmęczony. Czyżby tak miała wyglądać dorosłość?, skrzywił się nieznacznie i sięgnął po telefon. Zamierzał uciekać przed obowiązkami i dojrzałością najdłużej, jak się dało, nie dając wyczerpaniu żadnych forów.
Do: Gilbert 17:12
Piwko? ;)
Gilbert, z którym Matthias chodził na ten sam kierunek przez całe pięć lat, nigdy nie ukrywał swojego zamiłowania do tego alkoholowego trunku, "płynnego chleba", jak to określał. Po ukończeniu studiów już czekała na niego posada w dobrze prosperującej firmie jego brata, Ludwika, czego Matthias czasami mu zazdrościł. Też chciałby mieć taką łatwość w znalezieniu pracy, nie posiadał jednak tego samego przywileju, co niektórzy - musiał wkładać dużo potu i nerwów, by usatysfakcjonować Lukasa Bondevika i nie zawieść Tina, który zaryzykował autorytetem, faworyzując kandydaturę Matthiasa przed Francisem Bonnefoyem.
W oczekiwaniu na odpowiedź od Gilberta i z piętnastoma minutami zapasu przed najbliższym busem oparł się o niewysoki murek, tuż za wątłą tują odgradzającą go od schodów prowadzących do głównych drzwi jego miejsca pracy.
Większość personelu właśnie o tej godzinie kończyła zmianę, dlatego Matthiasa nie zdziwił widok Francisa Bonnefoya wsiadającego do czerwonego Peugeota, którym chwalił się nieco zbyt obscenicznie podczas lunchu. Z wnętrza auta natychmiast wybrzmiały miękkie nuty Francoise Hardy.
Natomiast tym, co sprawiło, że Matthias prawie się zapowietrzył, był widok Arthura Kirklanda, który zbyt mocno trzasnął drzwiami po zajęciu miejsca po stronie pasażera. Przyjemna muzyka nagle urwała się, a samochód zaczął emitować rockowy przebój popularny w latach osiemdziesiątych. Nie na długo jednak, gdyż po upływie niespełna minuty znów można było usłyszeć melodyjny francuski język. A także uniesione głosy i trąbienie klaksonu. Samochód po chwili ruszył, ale muzyka została.
Matthias przysiągł sobie, że zapyta Feliksa o to, co właśnie miało miejsce w poniedziałek.
Tuż po tym z budynku wybiegł Aleksander Balakov. Bardziej przypominał zjawę niż człowieka z tymi wszystkimi cieniami i workami pod oczami. Widocznie spieszył się do domu, gdyż zignorował "do zobaczenia w przyszłym tygodniu" rzucone za nim przez Vasha Zwingli, który tylko zmarszczył brwi i usiadł za kierownicą swojego zużytego malucha. Matthias spodziewał się zobaczyć jego młodszą siostrę, której nigdy nawet nie miał przyjemności poznać, ale Vash odjechał, kiwając głową do małżeństwa Edelsteinów, właśnie schodzących po schodach.
- Matthias! - Elizavetta zawołała do niego, machając ręką. - Miłego weekendu.
- Nawzajem! - Odmachał im,chyląc niepewnie.
Roderich wysilił się na coś w rodzaju półuśmiechu, po czym objął Elizavettę i razem ruszyli w przeciwną stronę. Mieli w sobie pewną grację typową dla poważnych ludzi.
Obserwowanie takich drobnych gestów czy sposobów zachowania się innych współpracowników czasami wiele mogło nauczyć, lecz Matthias został oderwany od tego przez dźwięk esemesa.
Od: Gilbert 17:20
Dzisiaj siedzę w biurze do późna. Sprawka Ludwisia. Może jutro wieczorem? Daj znać czy ci pasuje.
Matthias westchnął. Pocieszał go fakt, że ma kilka drobnych i będzie mógł kupić kupić sobie czteropak w drodze do domu. Odpisał Gilbertowi, że ma czas i podniósł swoją własną elegancką walizkę, znak rozpoznawczy biznesmenów.
Już miał ruszać na busa, gdy zza tuji wyłonili się Lukas Bondevik wraz z czarującą Natalią Bragińską. Szli ramię w ramię, ze spokojem na twarzach, rozmawiając przyciszonymi głosami.
- Mój brat nie pozostanie z tobą w dobrych stosunkach, jeśli jeszcze raz odrzucisz jego zaproszenie.
- Mam ważniejsze rzeczy do roboty niż znoszenie jego pasywnych wyzwisk pod moim adresem.
Natalie uśmiechnęła się półgębkiem, widocznie zażenowana wspomnieniem.
- Dlatego tym razem pójdę z tobą.
- Doceniam to.
Rozmowa była na tyle wyrwana z kontekstu, że natychmiast przywiodła Matthiasowi na myśl tylko jeden scenariusz. Bratu Natalii nie podobał się jej nowy chłopak, a jako że troszczył się o swoją młodszą siostrę, żywił do Lukasa wrogie uczucia, które okazywał ukrytymi między wierszami zniewagami wypowiadanymi podczas comiesięcznych rodzinnych obiadków.
Musiał powstrzymać się przed rzuceniem jakiegoś kompromitującego siebie tekstu, gdy para skinęła w jego stronę głową.
Zaraz jednak rzucił się pędem w stronę przystanku autobusowego, widząc, że zostało mu mniej niż pięć minut.
Vlad rozsiadł się w barowym krześle na tyle wygodnie, na ile pozwalał mu brak oparcia. Antonio, właściciel pubu oraz dobry znajomy, natychmiast pośpieszył ze świeżo wypolerowanym kielichem i wytrawnym winem.
- Pierwsza kolejka na koszt firmy - obwieścił, nalewając do pełna, czym zasłużył sobie na trzepnięcie wilgotną szmatą.
- Jeśli dalej będziesz oferował swoim kumplom darmowe drinki, to ta rudera zbankrutuje szybciej niż mi się wydawało - Lovino, jeden z barmanów, nie ukrywał swojej irytacji.
- Pomimo tego, że obecna sytuacja bardzo mi odpowiada, muszę się zgodzić z Lovim - Vlad uśmiechnął się zadziornie i położył na blacie należność za kielich. - Jako twój kolega mam w interesie dobre sprawowanie tej...firmy - zastanowił się przez chwilę. - Baru? Nie wiem, jak to nazwać.
- Firma brzmi poważniej. - Uśmiechnął się Antonio.
Ów bar miał długą tradycję i nienaganną renomę. Położony w centrum miasta, nie mógł narzekać na ubogą klientelę, aczkolwiek w piątkowe wieczory zbierało się tutaj znacznie mniej ludzi niż powinno. Antonio usprawiedliwiał ten fakt stwierdzeniem, że piątkowy wieczór to czas restauracji i romantycznych kolacji, a Vlad nie miał serca mu powiedzieć, że powodem najprawdopodobniej jest to, że tylko owego dnia Lovino całą zmianę pracuje przy serwowaniu drinków i jego niewyparzony język nie cieszy się sympatią klienteli.
Vlad, sącząc leniwie gorzkie wino, przyjrzał się kartkom, które ze sobą przyniósł. Zapisane były albo ołówkiem, albo piórem, lecz każda z nich miała przynajmniej jedno przekreślenie, co znacznie obniżyło ich wartość estetyczną pomimo starannej kaligrafii.
Wziął do ręki najmniejszą z nich i uśmiechnął się na widok znajomych bazgrołów zapisanych jasnoniebieskim tuszem biurowego długopisu. Nie dał jednak rady przeczytać całości, gdyż Antonio wyrwał mu świstek spomiędzy palców.
Vlad wydał z siebie cichy niezadowolony jęk, lecz w żaden sposób nie wyraził chęci odzyskania kartki.
- "Oczy czarne jak węgiel". - Antonio zmarszczył brwi, czytając uważnie zawartość papieru. - "Rysy z jasnego marmuru"... To o tym kolesiu, który ci się podoba?
- Mhm - mruknął Vlad, przypatrując się dłoniom Antonia marzycielsko.
- O tym z pracy?
- Mhm… Nawet przeczytał ten wierszyk, bo byłem na tyle nieuważny, że wrzuciłem go do teczki z raportem.
- Serio!? - Antonio wzdrygnął się, robiąc wielkie oczy. - I co wtedy? Domyślił się czegoś?
- Och, chciałbym! Uprzejmie mi go zwrócił, dzięki czemu zdałem sobie sprawę, że zdobycie jego względów będzie trudniejsze niż przewidywałem.
Na twarzy Antonia pojawił się przebłysk zrozumienia. Uniósł brwi, próbując dodać dwa do dwóch, podczas gdy Vlad przyglądał mu się z ciekawością.
- Poczekaj chwilę… Czy ty specjalnie podrzuciłeś mu ten wierszyk!?
Vlad sięgnął po kieliszek z winem i powoli przysunął go do ust, utrzymując kontakt wzrokowy.
- Może tak, może nie...
- Vlad!
- Musiałem zobaczyć, na czym stoję, okej? - mruknął niepewnie, po czym napił się z gracją. Nie czuł się na siłach, by prowadzić tę rozmowę z trzeźwym umysłem.
- Och? I do jakich wniosków doszedłeś, geniuszu? Tylko taki narwaniec jak ty mógł użyć takiego debilnego sposobu… - warknął Lovino, wściekle polerując szklane naczynia.
- Dla twojej wiadomości, wpadłem na dwie tezy! Mianowicie, albo praca tak go wykańcza, że szare komórki odmawiają współpracy, albo zwyczajnie jest tak nieuważny, że nie zrozumiał, o czym mówi wiersz.
- A może zrozumiał, tylko nie jest zainteresowany - parsknął Lovino.
- Hej, nie jesteś miły! - Wykrzywił wargi. - Na jego miejscu brałbym się, pókim ciepły.
- Ew. Z takimi tekstami możesz zapomnieć o jakiejkolwiek akcji.
- Nie zależy mi na akcji - mruknął Vlad, próbując jak najwierniej przekazać swoje myśli. - Przynajmniej na razie. Teraz chciałbym tylko lepiej go poznać. Mimo że podoba mi się z wyglądu, to na przeszkodzie wciąż może stanąć nasza różnica wieku.
- Huh? Wcześniej o tym nie wspomniałeś - powiedział Antonio. - Jak duża?
- Dwanaście lat?
Lovino i Antonio zerknęli na niego spod zwężonych powiek, co wskazywało na to, że Vlad właśnie był przez nich oceniany z największą surowością.
- No co? Lubię starszych… - powiedział niemrawo, coraz bardziej kurcząc się w sobie pod ostrzałem nieprzychylnych spojrzeń.
- Myślałem, że twoje zaloty nie mogą stać się obrzydliwsze, a jednak… - mruknął Lovino, nie kryjąc swojej niechęci.
- Nie przejmuj się nim, ja będę cię wspierał! - oznajmił Antonio, posyłając mu zachęcający uśmiech.
Vlad nie przejął się żadnym z komentarzy Lovina, a na przychylność Antonia odpowiedział lekkim uniesieniem kącików ust. W ciągu dwudziestu pięciu lat swojego życia przeczytał wystarczająco dużo beletrystyki, by zdawać sobie sprawę z tego, w co może się wkopać, wchodząc w związek z kimś starszym. Pomimo zagrożeń wciąż chciał spróbować znaleźć wyjście z labiryntu, który prowadził do serca Aleksandra Balakova.
Dwie godziny później, tuż po zamknięciu lokalu, Lovino został sam na sam z Antoniem, który krzątał się po kuchni, sprawdzając, czy piecyki gazowe rzeczywiście zostały poprawnie wyłączone.
- Hej, Tonio…
- Co?
- Nie sądzisz, że ktoś powinien w końcu powiedzieć Vladowi, że jego wiersze są do dupy?
