Nie bałem się śmierci przenigdy, i teraz też się nie boję.
Byłem uparty i dumny, jestem Lucjuszem Malfoyem.
Wiedziałem dokąd wciąż zmierzam, w swej walce o moc i władzę.
I byłem dobry w tym co robiłem … nic na to nie poradzę.
#
Dziś siedzę w celi ponurej, a łańcuch skuwa me dłonie.
Chciałbym być w łożu z moją kobietą, nocami tęsknię wciąż do niej.
boję się teraz, że z ranną pocztą, przybędzie do mnie nowina.
Że mój potomek upadł bez życia, że nie ma mojego syna.
Mija mnie co dzień po kilka razy, upiór o zimnych rękach,
A we mnie z każdym takim spotkaniem, skorupa pewności pęka.
#
Czuję się winny , tyle zła wyrządziłem.
Uprzejmym, wesołym, miłym… być nigdy nie potrafiłem.
Zamykam oczy i widzę, ofiary które zabiłem,
Widziałem przed sobą władzę, i tylko o nią walczyłem.
A teraz w głowie słyszę ich krzyki, lamenty,
I myśl – „ty to zrobiłeś, zdechnij w mękach przeklęty."
Zawiodłem Pana mojego, potrzebny mu nie byłem,
Dla złudzeń o mocy i pięknie, dla niego wciąż walczyłem.
Ale ta pewność zniknęła, gdy dementora poczułem dłonie,
Dziś liczy się moja rodzina… tak bardzo chcę wrócić do niej.
#
Donośne wrzaski za ścianą
…A potem cisza…
Ktoś dostał pocałunek od dementora, tego zimnego klawisza.
Nie widziałem w lustrze swojego odbicia od dawna.
Uśmiech złośliwy nie gościł na mych spierzchniętych wargach
Me oczy nie patrzą dumnie, ale lękliwie zerkają ,
Kiedy przy mojej kracie ciemne postacie przystają.
Czuję już tylko rozpacz, i bezgraniczną odrazę.
Potworem wszak jestem podłym, nic na to nie poradzę.
Chcę sobie oczy wydrapać, skrzywdziłem żonę i syna
Nie mam już siły płakać, bo wszystko to moja wina.
