"Czerwony błękit" cz. II by Miko-chan

Teraz nie mam za bardzo czasu pisać, więc pewnie trochę potrwa nim ta część powstanie w całości, poza tym bez większych zmian, fabuła rodzi się w wielkich bólach, a inwencji jak nie było tak nie ma. Mimo to życzę miłej lektury.

"Egzorcysta"

Gdy kurz opadł na ziemię po dworze, rozpościerającym się wokół ogrodzie i po otaczającym go murze nie pozostało praktycznie nic. Kula smoka zrównała wszystko, tak że nie pozostał kamień na kamieniu, no może nie zupełnie, coś tam zostało, jakieś spalone wciąż dymiące zgliszcza i porozsypywane cegły, budujące nie tak dawno ściany. Wśród tego pobojowiska wciąż stała ruda czarodziejka i z satysfakcją przyglądała się dokonanemu dziełu zniszczenia.

- Byłeś jedynie mocny w gębie, Gordyk! - Krzyczała zuchwale w pustkę. - Tak kończą ci, którzy zadzierają z Liną Inverse, pogromczynią bandytów.

- Całkiem nieźle, Lino. Ale mieliśmy zdobyć jakieś skarby i magiczny miecz, a nie wysadzić wszystko w powietrze. - Stwierdził szermierz podchodząc do czarodziejki.

- Bo to jeden cudowny miecz jest na świecie. Nie martw się Gourry znajdziemy ci inny.

- Jeśli w ten sposób masz zamiar załatwiać każdą sprawę, to prędzej nas starość zastanie. - Warknął niezadowolony Zel.

- Więcej optymizmu, chłopcy! W końcu pozbyliśmy się pasożyta i przysłużyliśmy się społeczeństwu.

- Gdyby to powiedziała Amelia, uwierzyłbym, ale wiem, że twoje intencje nigdy nie są takie szlachetne, więc lepiej od razu przyznaj, iż chciałaś się popisać.

- Jak śmiesz, Zel, wątpić w moją szlachetność? - Obruszyła się ruda.

- Za długo cię znam.

- Panno Lino, tam coś jest! - Krzyknęła Amelia wskazując ręką na niebieski kształt leżący pośród zgliszczy.

Wszyscy przyjaciele podeszli bliżej i dopiero wtedy zobaczyli na pogorzelisku człowieka. Leżał na wznak z szeroko otwartymi oczami i gwałtownie oddychał, jakby dopiero co przebiegł maraton. Miał nie więcej niż trzydzieści lat, jasne, niemal białe włosy i mocno wychudzoną twarz. Ubrany w podarty, a teraz jeszcze nieco nadpalony niebiesko-szary strój, wyglądał na maga. Przez dłuższą chwilę zdawał się w ogóle nie widzieć podchodzących do niego ludzi, dopiero gdy Lina nachyliła się nad nim, spojrzał w jej kierunku niezbyt przytomnie.

- Kim jesteś? - Spytała czarodziejka lustrując go wzrokiem.

Mężczyzna zachowywał się jakby nie rozumiał jej słów. Błądził wzrokiem po przyjaciołach stojących wokoło i wyglądał na przerażonego. Dopiero po ponad minucie odezwał się zachrypniętym głosem.

- Nazywam się Edward, jestem czarownikiem.

Jednocześnie mag próbował się podnieść, ale najwyraźniej był zbyt wycieńczony, więc dopiero z pomocą Gourrego usiadł w pozycji pionowej.

- Co tutaj robisz, Edwardzie? - Zapytała delikatnie Lina, kucając obok.

- Ja… byłem więźniem Gordyka. - Odparł z trudem mężczyzna. - Trzymał mnie pod kluczem od bardzo dawna i czasem korzystał z mojej magii.

- Amelio, uzdrów go, jest ranny.

Księżniczka bez wahania wykonała polecenie i już po chwili przypadkowo oswobodzony więzień, czuł się znacznie lepiej.

- Dziękuję wam, sam nigdy nie zdołałbym uciec.

- Jesteś tak słaby, czy może Gordyk był silniejszy niż myśleliśmy? - Rzucił chimera.

- Zel, jak możesz? - Obruszyła się Filia.

- Nic nie szkodzi. - Edward uśmiechnął się lekko do smoczycy. - Nie jestem zbyt potężny. Moją specjalnością są egzorcyzmy, a to niezbyt ofensywna magia.

- Jest pan egzorcystą?

(To pytanie zadała Amelia, nie Gourry. O dziwo najwyraźniej szermierz wiedział z czym to się je).

- Raczej byłem, zanim trafiłem tutaj. Tak jak mój ojciec, tak i ja zajmowałem się wypędzaniem złych duchów, upiorów czy widm.

- Ale w takim razie, jak stanąłeś na drodze Gordyka? - Spytała Lina.

- Można powiedzieć, że to był błąd w sztuce. Mer pobliskiego miasta wynajął mnie, bym wypędził upiora nawiedzającego ten dwór. Nikt nie wiedział, że ten upiór wcale nie jest martwy, a do tego równie dobrze jak mieczem, posługuje się magią. Bez trudu pokonał mnie, ale zamiast zabić, postanowił dla jakiejś chorej zachcianki uwięzić. Było to z pięć lat temu.

- Pięć lat?!!! - Krzyknęły równocześnie Lina, Amelia i Filia.

Edward pokiwał smętnie głową.

- Jednego nie rozumiem. - Wtrącił się Zel, który wciąż był nieufny. - Jakim cudem przeżyłeś Dragon Slave'a?

- Nie jestem, aż takim całkowitym beztalenciem. Słyszałem toczącą się walkę, a kiedy pojąłem, że za chwilę wezwana zostanie moc rubinookiego, całą siłę włożyłem w barierę. Zaklęcie nie było skierowane bezpośrednio we mnie, więc pewnie to uratowało mi życie.

Czarodziej - egzorcysta mimo uzdrowienia wciąż był jeszcze bardzo osłabiony, dlatego Gourry zarzucił sobie jego rękę na szyję i pomógł iść. Wyszli ze szczątków dworu i rozsiedli się na pozostałościach po murze. Lina przedstawiła wszystkich swoich towarzysz, nie omieszkając przy każdym dorzucić parę słów od siebie (Nie jestem skamieniały!!!)

- A ja jestem Lina Inverse, piękna i odważna mistrzyni czarnej magii, postrach bandytów i pogromca potworów! - Skwitowała swoją wypowiedź czarodziejka.

- Doprawdy, niezwykli z was ludzie. - Stwierdził Edward przypatrując się poszczególnym osobom. - I nie ludzie także. - Mówiąc to zatrzymał wzrok na Filii. - Do tego bardzo silni. Wierzcie mi, pokonanie Gordyka to nie lada wyczyn.

Wydawało się, że Lina urosła kilka centymetrów od tej wypowiedzi, ale powstrzymała się od samouwielbienia.

- A czy odebraliście mu miecz? - Spytał po chwili mag.

- Obawiam się, że wyparował razem z nim.

- Niemożliwe, to potężny artefakt, nie tak łatwo go zniszczyć. Powinien wciąż być wśród szczątków.

- Naprawdę?! - Ucieszyła się czarodziejka. - Rusz się Gourry i poszukaj tego miecza.

Z nie ukrywanym zapałem szermierz przystąpił do przekopywania pogorzeliska. Po chwili dołączył do niego wyraźnie naburmuszony i w złym nastroju Zelgadis. Trwało to strasznie długo, ale w końcu, po podniesieniu jednej z zawalonych belek stropowych ich oczom ukazał się oręż. Z wyrazem tryumfu na twarzy Gourry zaniósł go do reszty przyjaciół. Przez chwilę wszyscy przyglądali się uważnie tej masywnej broni i jej dość niezwykłym zdobieniom, aż w końcu Lina spytała.

- Edwardzie, czy wiesz coś na temat tego miecza?

- Niewiele, tylko to co usłyszałem przypadkiem. Gordyk nazywał go Ostrzem Iluzji, jest on w jakiś sposób powiązany z piekłem, gdyż za jego pomocą można przywoływać bestie i panować nad nimi.

- W takim razie, to chyba nie najlepsza broń dla Gourrego. - Wtrąciła Filia. - On ma problemy z panowaniem nad samym sobą.

- Racja. - Westchnęła ruda czarodziejka drapiąc się w głowę i jednocześnie oglądając miecz. - Jednak mimo wszystko, to wartościowa rzecz.

- To coś znacznie więcej. - Odezwał się dobrze znany głos, który nie tak dawno zarzekał się, że ma ważniejsze sprawy na głowie niż podróżowanie z nimi.

Chwilę potem obok przyjaciół pojawił się tajemniczy kapłan.

- Wróciłeś, synu marnotrawny. - Lina obrzuciła potwora karcącym spojrzeniem.

- Zmieniły się okoliczności. - Odparł wesoło Xellos.

- Domyślam się, że chodzi o ten miecz, co wiesz na jego temat.

- Otóż, według moich przypuszczeń, to musi być Miecz Kłamstwa. Mogę?

Czarodziejka dość niechętnie oddała oręż w ręce Demona. Ten otoczył się mroczną aurą, a po chwili oczy węża otworzyły się i zapłonęły czerwonym blaskiem.

- Tak jak sądziłem. - Kontynuował kapłan oglądając broń. - Jest to miecz wykuty przez samego Lorda Shabranigdo, a rubinowe oczy węża są tego dowodem. Uaktywnia się w kontakcie z mocą Mazoku i tylko ona może odsłonić jego prawdziwą naturę. Przyzywanie iluzji bestii, to jedynie zasłona dla rzeczywistego przeznaczenia tej broni.

- Miecz stworzony przez samego Władcę Ciemności! Brzmi strasznie smakowicie! - Ekscytowała się Lina. - Z pewnością wiesz do czego naprawdę miał służyć.

- Niezupełnie. Wiadomo mi, że powstały dwa miecze i tylko razem mogą przywołać olbrzymią potęgę. Jak powiedziałem, to jest Miecz Kłamstwa, nazywa się tak ponieważ stwarza jedynie pozory. - Mówiąc to Xellos machnął orężem i obok przyjaciół pojawił się keron.

Bestia stała w bez ruchu i przyglądała się wszystkim kolejno. Tym razem nie wykazywała, żadnych oznak wrogości, co więcej po chwili podeszła do kapłana i zaczęła obwąchiwać jego torbę. Xellos bez wahania wyciągnął rękę w stronę stwora, tak jakby chciał go pogłaskać, ale jego dłoń przeleciała przez ciało bestii.

- Rozumiecie, to tylko iluzja. Tej istoty tutaj nie ma, jedynie miecz sprawia, że ją widzicie.

Dosłownie moment później keron rozpłynął się w powietrzu.

- Ale przecież atakowały nas. - Sprzeciwiła się Amelia. - Zraniły pana Zelgadisa.

- Iluzja może być równie niebezpieczna co rzeczywistość. Jeśli uwierzysz, że jesteś ranna, to poczujesz ból. (Prawie jak w Matrixie - dop. Autorka).

- A co z tą drugą bronią? - Dopytywała się Lina.

- Jak nie trudno zgadnąć, nosi nazwę Miecza Prawdy i jest znacznie potężniejsza, gdyż dopiero ona przyzywa prawdziwe bestie.

- A nie wiesz przypadkiem, gdzie ona jest?

- Gdybym to wiedział, nie byłoby mnie tutaj. Obie bronie zaginęły w czasie wojny Rubinookiego Lorda z Cephiedem.

Czarodziejka zamyśliła się, a na jej twarzy odmalowywała się coraz większa zachłanność.

- Chyba nie chcesz szukać tego miecza? - Spytała zaniepokojona Filia. - Skoro stworzył je Mroczny Lord, to z pewnością są bardzo niebezpieczne.

- Tego nie wiemy, Filio, ale na pewno są potężne.

- Zgadzam się. - Potwierdził Mazoku.

Lina bez skrupułów odebrała oręż Xellosowi, obawiając się, by potwór zbytnio się do niego nie przywiązał.

- Trzeba będzie zaczerpnąć informacji. - Myślała głośno ruda. - Ale póki co jestem głodna, więc wracajmy do miasta.

- Panno Lino. - Wtrącił się, od dłuższego czasu milczący Edward. - Czy mógłbym się zabrać z wami?

- Oczywiście, jeszcze jedna osoba w tą czy w tamtą stronę nie zrobi nam różnicy. - Rzuciła wesoło czarodziejka, a po chwili dodała. - Tak przy okazji, to coś, to jest Xellos. - Wskazała na Demona. - Kapłan i Generał Zellas Metallium. Jesteś egzorcystą, więc pewnie nie masz miłych doświadczeń z potworami, ale on jest po naszej stronie, dlatego postarajcie się nie pozabijać. Już i tak wystarczy, że z Filią ma mocno na pieńku.

- Bez obaw. - Odpowiedział mag uśmiechając się. - Nie jestem taki głupi, by prowokować Mazoku, zresztą to nie moja liga.

- Powinnaś się od niego uczyć, droga Filio. - Odparł z rozbawieniem Xellos, patrząc na smoczycę.

- Więc sugerujesz, że jestem głupia, tak?! - Warknęła wyciągając maczugę.

- Nie to miałem na myśli. - Stwierdził kapłan, ale natychmiast musiał znikać, unikając ciosu.

- Znowu się zaczyna. - Westchnęła czarodziejka.

Lina przypięła sobie nowo nabyty miecz do pasa, pociągła szermierza za rękę i nie zważając na przekleństwa Filii, oddaliła się od pozostałości dworu Gordyka.

Przez większość drogi do pobliskiego miasteczka kłótnia między nieśmiertelnymi nie cichła ani na chwilę, no może prócz tych krótkich momentów, gdy Filia dostawała zadyszki. Lina nie mając już sił do uciszania ich, szła szybkim krokiem, licząc, że obiad także na nich wpłynie uspokajająco, choć jej frustracja rosła z każdą chwilą i mogło się to skończyć niebezpiecznie. Niespodziewanie podszedł do niej Edward, który odzyskawszy nieco sił, był w stanie iść samodzielnie.

- Oni tak zawsze? - Spytał rozbawiony wskazując parkę z tyłu.

- Przeważnie, jeśli tylko jest do tego sposobność. - Odparła Lina. - Xellos, jako Mazoku, doskonale się bawi tym zamieszaniem, a Filia daje mu się prowokować.

- Jak na moje oko to oni oboje świetnie się bawią.

- No co ty? - Czarodziejka nieco zaskoczona spojrzała na maga, a potem w stronę smoczycy, która właśnie zabiła drzewo, mające wątpliwą przyjemność gościć na jednym ze swoich konarów tajemniczego kapłana. Filia miała żądzę mordu wypisaną na twarzy.

- Wiesz, jest takie jedno przysłowie, które doskonale pasowałoby do tej sytuacji.

- Lepiej nie kończ. - Rzuciła rudowłosa, drapiąc się w głowę. - Wysuwanie takich wniosków grozi poważnymi konsekwencjami z jednej lub z drugiej strony. A w najgorszym wypadku z obu na raz.

- W takim razie przemilczę tą kwestię. - Odparł nie przestając się uśmiechać Edward.

- Słuszna decyzja.

Lina wybitnie nie miała ochoty kontynuować tego tematu, ale jeszcze raz spojrzała z niedowierzaniem na potwora i boga, osiągających właśnie szczyty obraźliwej elokwencji.

Mimo tak nie sprzyjających warunków po ponad dwóch godzinach dotarli do zabitej dechami wiochy, gdzie udało im się odnaleźć przybytek chlubiący się nazwą gospody. W rzeczywistości był to mały, dość obskurny budyneczek z czterema drewnianymi stolikami w zatęchłej pleśnią salce. Czarodziejka od razu stwierdziła, że woli nocować pod gołym niebem, niż w tej wylęgarni karaluchów (ostatecznie jeden Xellos jej całkowicie wystarczy), ale mimo to zaryzykowali zjedzenie tam obiadu. O dziwo, jedzenie był całkiem znośne, a przynajmniej nie zapowiadało sensacji żołądkowej. To znacznie poprawiło nastrój czarodziejce. Dodatkowo herbata ziołowa pogodziła wiecznych adwersarzy, bo w końcu trudno pić i kłócić się jednocześnie, stąd też wreszcie zapanował spokoju (przynajmniej na jakiś czas).

Także mag Edward, choć nie był w stanie dorównać ani Linie, ani Gourry'emu w ilości pochłanianych potraw, popisał się iście wilczym apetytem. Nie trudno jednak było to zrozumieć skoro od pięciu lat żywił się jedynie resztami ze stołu Gordyka.

- Dobra, Xellos - odezwała się bojowo Lina, kiedy jej żołądek był już absolutnie pełny. - Skoro wyczerpałeś na jakiś czas swoje zasoby stręczycielstwa, to powiedz lepiej gdzie można by rozpocząć poszukiwania tego Miecza Prawdy.

- Z pewnością nie jest on w posiadaniu żadnego z Mazoku, wiedziałbym o tym. W takim razie musi być w rękach ludzi, bądź smoków.

- Jeśli rzeczywiście mieliby go bogowie, prawdopodobnie zostałby zniszczony. - Stwierdził Zelgadis. - Przecież to broń Shabranigdo.

- To prawda. - Zgodził się Demon. - Jednak tak się z pewnością nie stało, gdyż wtedy zniknąłby również Miecz Kłamstwa. Te bronie nie mogą istnieć niezależnie.

- Wniosek, że ma je jakiś śmiertelnik. - Skwitowała Lina.

- To tak samo jak z Ostrzem Iluzji. - Dodała Amelia. - Przecież je także odebraliśmy człowiekowi, jeśli tak można nazwać tego Gordyka.

Słysząc to imię Xellos spojrzał zaskoczony na księżniczkę. Jego otwarte oczy wywołały w tym orędowniku sprawiedliwości nieprzyjemny dreszcz.

- Gordyk?

- Tak nazywał się ten, którego pokonaliśmy. - Wyjaśniła Lina.

- Wiesz kim on był? - Zainteresowała się Filia, w której to imię budziło jakiś nieokreślony lęk.

Twarz Mazoku nie wróżyła niczego dobrego, a w sali powiało grozą.

- Gordyk - zaczął po chwili. - Był jednym z siedmiu ludzi, w których ciałach zapieczętowano Rubinookiego Lorda.

- Co takiego? - Ruda czarodziejka aż poderwała się z krzesła. - Chcesz powiedzieć, że pokonaliśmy fragment Shabranigdo? Przecież to niemożliwe, nie za sprawą Dragon Slave'a!

- Istotnie, to niemożliwe. Szczególnie, że został on zgładzony w czasie Wojny Upadku Potworów. To właśnie ten fragment przebudził się tysiąc lat temu i stanął do walki z Królem Wodnym Smokiem.

Wśród przyjaciół zapanowała cisza i konsternacja.

- To nie prawda. - Odezwał się niespodziewanie Edward. - Rzeczywiście Shabranigdo został powtórnie zapieczętowany, tym razem na dobre w Górach Kataart, jednak jakimś cudem Gordyk przeżył, a pozostałości mocy Mrocznego Lorda, wciąż tkwiące w jego ciele, dały mu nienaturalnie długie życie.

- Skąd o tym wiesz? - Zainteresowała się Filia.

Mag uśmiechnął się cierpko.

- W przypływach dobrego nastroju Gordyk lubił opowiadać o swoim pochodzeniu. On był dumy, że jego ciało stało się domem Pana Ciemności, chlubił się tym.

- W takim razie lista podejrzanych bardzo się zawęża. - Wtrąciła Lina. - Odliczając Rezo i Gordyka, pozostaje jeszcze pięciu ludzi, którzy noszą w sobie Shabranigdo i jest duże prawdopodobieństwo, że jeden z nich posiada Miecz Prawdy. W takim razie trzeba się dowiedzieć gdzie teraz przebywają.

- Zgadzam się. - Dorzucił Xellos.

Reszta drużyny również pokiwała głowami, za wyjątkiem Filii, której nadal pomysł poszukiwania tej broni bardzo się nie podobał.

Przyjaciele w … niech policzę… siódemkę (ósemkę jeśli policzyć jajo Valgarva) opuścili ten przybytek brudu i stęchlizny. Powoli zapadał zmrok więc nie mieli zbyt wiele czasu na znalezienie odpowiedniego miejsca na obozowisko. Na szczęście w niespełna godzinę dotarli nad brzeg niewielkiego potoku, gdzie na soczyście zielonej trawie rozłożyli obóz. Gdy rozpalili ognisko i ułożyli przenośne posłania na dworze było już całkiem ciemno, mimo to dziewczyny postanowiły skorzystać z okazji i wziąć kąpiel. Znalazły niewielkie jeziorko (starorzecze, jakby ktoś życzył sobie szczegółów), za pomocą jednego celnego fireballa podgrzały wodę i już mogły rozkoszować się tym tak rzadkim luksusem.

- Nie ma to jak ciepła kąpiel po trudach podróży. - Westchnęła z zadowoleniem Lina przeciągając się jednocześnie.

- To prawda. W takich chwilach nie chce mi się nawet walczyć o sprawiedliwość.

- Zadziwiasz mnie Amelio, czyżby gorąca woda studziła twój zapał. - Zaśmiała się ruda.

- To nie tak, panienko. Po prostu obrońca sprawiedliwości też może pozwolić sobie czasem na parę godzin wytchnienia. Prawda, panno Filio.

- No nie wiem. - Podchwyciła temat smoczyca. - Zło nie śpi i tylko czeka na okazję do ataku.

- Powiedziałaś to tak poważnie, jakbyś obawiała się, że i tutaj Xellos będzie cię nękać. Ale nie martw się, nawet on nie jest tak głupi, by przeszkadzać mi w kąpieli. - Rzuciła z rozbawieniem Lina. - Za bardzo ceni własną skórę.

Dziewczyny roześmiały się, ale chwilę później Filia ponownie spoważniała.

- Naprawdę nie rozumiem, po co ta cała eskapada. Mam wrażenie, że pakujemy się w kolejne kłopoty, a Xellos znowu wykorzysta to do swoich celów. Czy ten miecz jest dla ciebie, aż taki ważny?

- Nie w tym rzecz, Filio. - Lina również nieco spoważniała. - Ta broń z pewnością rozporządza olbrzymią mocą, jak wszystko pochodzące od Mrocznego Lorda i rzeczywiście fajnie byłoby mieć taką zabawkę na własny użytek, jednak nie dlatego chcę ją zdobyć. Widzisz, zabijając Gordyka i odbierając mu Ostrze Iluzji, poruszyliśmy coś co było w zastoju od tysięcy lat. Xellos jest leniwy, więc zapewne nie chce mu się samemu szukać Miecza Prawdy, woli jak to jest w jego stylu, posłużyć się nami. Jednak jeślibyśmy nie wyrazili chęci odnalezienia tej broni, to najprawdopodobniej zwinąłby nam Miecz Kłamstwa i sam odnalazł drugą broń. Ja osobiście wolę być przy tym obecna i w razie potrzeby odpowiednio zareagować, niż w pewnej chwili dowiedzieć się, że Mazoku mają nową potężną broń. Chyba się ze mną zgodzisz?

Smoczyca spojrzała nieco zaskoczona na przyjaciółkę, także Amelia wyglądała na skonsternowaną.

- Jeśli przedstawić sprawę w takim świetle, to rzeczywiście masz sporo racji. Ale czy w takiej sytuacji nie lepiej po prostu zniszczyć ten miecz?

- Po pierwsze nawet Kula Smoka nie była w stanie tego zrobić, a po drugie wątpię by on nam na to pozwolił. - Poważną twarz Liny niespodziewanie ozdobił szeroki uśmiech. - Poza tym grzechem byłoby zniszczenie czegoś tak cennego. Filio, przecież ta broń ma wiele tysięcy lat, to zabytek klasy zero, gdzie twoje umiłowanie dla historii?

Filia naburmuszyła się.

- Jak możesz, Lino?! Zarzucasz mi brak szacunku dla zabytków, a sama zdemolowałaś spory fragment Świątyni Króla Ognistego Smoka!

- Do końca życia będziesz mi wypominać ten niefortunny wypadek?!

- Wypadek?! To twoja wścibskość i ciekawość do tego doprowadziła!

- Twierdzisz, że jestem wścibska?! Ja ci pokażę!!!

I Lina rzuciła się na smoczycę zanurzając ją po czubek głowy w jeziorku. Filia gdy tylko zdołała się oswobodzić nie pozostała jej dłużna i również zafundowała jej darmową lekcję nurkowania. Amelia początkowo próbowała je rozdzielić, ale szybko także została włączona do konfliktu i już po chwili wszystkie trzy chlapały się i śmiały jak małe dziewczynki.

Gdy wróciły na polankę zobaczyły, że panowie zażarcie grają w karty. Jednocześnie Zel i Edward za pomocą jakiegoś tajemniczego zaklęcia białej magii pilnowali, aby Xellos nadmiernie nie oszukiwał. Efekt tego był taki, że najczęściej, ku zaskoczeniu wszystkich, wygrywał Gourry, choć nawet nie do końca pojmował zasady tej rozgrywki.

- I jak tu nie wierzyć w stwierdzenie, że głupi ma szczęście. - Skomentowała Lina i położyła się na swoim posłaniu.

Koniec części drugiej.

c.d.n.

Wiem, wiem, ta część jest jeszcze bardziej przegadana niż poprzednia. Obiecuję jednak w następnej nieco więcej emocji, bo czy będzie tam więcej akcji to na razie trudno mi powiedzieć. Jeśli ktoś to w ogóle czyta, to byłabym bardzo wdzięczna za parę słów komentarza, jak zwykle zresztą.

Motto na dziś: Kanarek ma dwie nóżki, a szczególnie lewą.

20.10.2006r.

P.S.

Mówiłam, że ta część będzie długo powstawać. Zajęła mi całe pięć dni, a to znacznie powyżej mojej średniej. Ale niestety inne obowiązki (i beznadziejny rozkład zajęć) wybitnie utrudniają mi działalność twórczą.