Autor: TRUSKA93

Beta: Chochlik_Alice

/truska93

Rozdział 1

*****

Bella

*****

Ryk silnika furgonetki był dla mnie niczym kojący kompres. Kiedy zaparkowałam na podjeździe, obok wozu Charliego, byłam na tyle opanowana, że mogłam spokojnie wejść do domu. Otwierając drzwi poczułam dziwny zapach. Spalenizna. Czym prędzej pobiegłam do kuchni. W środku zastałam Renee. Właśnie wyciągała kurczaka z piekarnika. A raczej to, co z niego zostało. Wszędzie unosił się dym. Po chwili dołączył do mnie Charlie zaalarmowany smrodem unoszącym się w kuchni. Rzuciłam się do okna, by wpuścić trochę świeżego powietrza. Gdy widoczność nieco się poprawiła spojrzałam na mamę. Patrzyła na nas przepraszająco. Nie minęło 5 sekund, a wszyscy wybuchliśmy gromkim śmiechem.

Chyba powinnaś gotowanie zostawić Belli – powiedział Charlie nadal się śmiejąc.

Masz rację skarbie. Ale nie było jej w domu, więc postanowiłam sama coś upichcić. Przepraszam was za to. – Powiedziała Renee, rozkładając ręce. No nie. Czułam się teraz winna. Mogłam wrócić wcześniej. Chyba jednak ograniczę przesiadywanie na polanie. – Pomyślałam.

Bello, kochanie. Gdzie byłaś? Myślałam, że nie wrócisz na obiad. Byłaś umówiona z Jessicą? – Spytała mama. Tego pytania obawiałam się najbardziej. Rodzice nadal nie wiedzieli o tym, że z Jess już się nie kumpluję. Miesiąc temu, będąc na jednej z imprez klasowych, Mike Newton z naszej klasy próbował mnie poderwać. I chociaż mu się nie udało, Jessica miała mi za złe, że to ja podrywam jej faceta. Czysty absurd.

Nie, byłam… w bibliotece. Mamy do przeczytania „Wichrowe Wzgórza". Muszę się solidnie przygotować. – Miałam nadzieję, że nie zauważyła mojego zawahania.

Ach, to dobrze. Chociaż mogłaś mnie uprzedzić. - Nic więcej nie dodała.

Na obiad zamówiliśmy pizzę. Nie było sensu czekać, aż coś ugotuję. Faktycznie chyba będę musiała zastąpić Renee w kuchni. Za bardzo eksperymentowała. Tata zawsze lubił, gdy ja przyrządzałam jedzenie. Był wtedy pewny, że może je zjeść i nic mu nie będzie. Chociaż nigdy nie powiedział tego na głos – wiedziałam, że tak jest.

Zaraz po obiedzie poszłam na górę zrobić zadania z matmy. Algebra, coś okropnego. Na szczęście cały wieczór mogłam przeznaczyć na naukę tego cholerstwa. Położyłam się na podłodze, wśród książek i zeszytów. Moje biurko było za małe. Prawie całą jego powierzchnię zajmował mój stary komputer, który ledwo, co dawał radę się włączyć. Jak dla mnie był on wystarczająco dobry. Lubiłam starocie. Tak samo kochałam swoja furgonetkę. Charlie i Renee chcieli, co prawda mi podarować nowy samochód, ale ten był dla mnie za idealny, bym go porzuciła na rzecz czegoś nowego. I to było jedną z moich wad – za bardzo się przywiązywałam.

Prawie cały wieczór przeleżałam na brzuchu, rozwiązując zadania z matmy. Kiedy wreszcie skończyłam, poczułam ból w nadgarstku. Jak tak dalej pójdzie, to amputują mi rękę – stwierdziłam, oglądając ją. Szybko spakowałam się na jutrzejszy dzień i poszłam do łazienki. Byłam nieco zmęczona, ale wzięłam szybki prysznic i umyłam dokładnie zęby. Potem ubrałam swoja ulubioną pidżamę składającą się ze starych szortów i wynoszonego już podkoszulka. Lekko zmarznięta wskoczyłam pod kołdrę. Po paru minutach stwierdziłam, iż nie zasnę. Usiadłam na łóżku. Owinęłam się starannie kołdrą i wzięłam z nocnej szafki „Wichrowe Wzgórza". Byłam już w trzecim rozdziale, gdy ktoś przerwał mi pukaniem do drzwi.

Bello, nie śpisz jeszcze? – To był Charlie.

Nie, możesz wejść. Wszedł do pokoju i usiadł obok mnie. Miał nieodgadniony wyraz twarzy. Odłożyłam książkę z powrotem na szafkę.

Nie miałem czasu wcześniej z Tobą pogadać. Wiesz, wczoraj do Forks przeprowadziła się pewna rodzina. Może już słyszałaś? Nazywają się Cullenowie. Głowa rodziny, czyli Carlisle Cullen został w naszym szpitalu chirurgiem. Rozmawiałem z nim dzisiaj. Miły gość.

Dobrze tato, ale co ja mam z tym wspólnego? – Spytałam sennym głosem.

Już ci wyjaśniam. Otóż Carlisle i jego małżonka Esme mają piątkę nastoletnich dzieci. Dwoje z nich – nie pamiętam już jak maja na imię – są w twoim wieku. Zaoferowałem mu, że pomożesz im zaklimatyzować się w nowej szkole.- No nie. Mimowolnie jęknęłam.

Tato, proszę…

Słuchaj Bello. Oni są adoptowani. Będą czuć się raźniej, jeśli im pomożesz. – Spojrzał na mnie swoim wzrokiem komendanta Swana. Byłam w pułapce. Nie potrafiłam mu odmówić, gdy tak na mnie patrzył.

Zgoda. Ale nie oczekuj ode mnie, że będę z nimi spędzać całe dnie. Po prostu pokaże im szkołę, a z resztą dadzą sobie radę.

Jak na razie powinno wystarczyć. – Powiedział i po chwili już go nie było.

Tym razem nie sięgnęłam po książkę. Położyłam się i próbowałam zasnąć. Przymknęłam powieki i w ciągu kilku sekund przeniosłam się w ramiona Morfeusza.

Stałam jak dzisiaj na polanie, wśród kwiatów, a w górze świeciło słońce. Było bardzo gorącą. Coraz bardziej. Pociłam się strasznie. I nagle znalazłam się w centrum płomieni. Teraz to ja płonęłam. Ból był straszny. Obudziłam się z niemym krzykiem. Gwałtownie usiadłam i zderzyłam się z czymś twardym. Ktoś cicho przeklął. Złapałam się za bolący nos. Mój nocny gość zaświecił lampkę.

Mama?

Cześć Bells, wszystko ok.? Jak tam Twój nos?

Co ty tu robisz, mamo? – Spytałam.

Całą noc byłaś niespokojna. Rzucałaś się na łóżku. Mogę wiedzieć, co ci się śniło? – Spytała z niepokojem.

Koszmar. - Potrzasnęłam głową, jakbym chciała go wyrzucić z pamięci. – Byłam na łące i nagle zaczęłam płonąć. Zaraz, czy ty powiedziałaś całą noc? To, która jest teraz godzina?

Właśnie minęła 5 rano. Jeśli chcesz, posiedzę z Tobą do siódmej. – Zaproponowała Renee.

Nie, nie musisz. I tak nie zasnę. – Wyczołgałam się spod kołdry. Byłam cała mokra od potu. – Pozwól, że wezmę prysznic, dobrze?

Dobrze, dobrze. Pójdę do kuchni zaparzyć herbaty. – Pocałowała mnie w czoło i wyszła.

Prysznic na dobre mnie otrzeźwił. Od ponad kilku lat nie miewałam koszmarów. Nie wiedziałam, czego się obawiać.

Zeszłam w szlafroku na dół. Mama siedziała przy stole z kubkiem herbaty w ręce. Gdy mnie zobaczyła, wyraźnie odetchnęła z ulgą. Usiadłam po drugiej stronie, sięgając po swój kubek.

Czy tato jeszcze śpi? – Spytałam mamy.

Tak, ma sen z kamienia. Gdyby się paliło, waliło- pewnie by nie usłyszał. – Kiedy zobaczyła moją minę, uświadomiła sobie, że palnęła gafę.

Przepraszam kochanie. Nie chciałam.

Wiem o tym. Nie przejmuj się.

Do godziny wpół do siódmej siedziałyśmy cicho w kuchni, rozmawiając na różne tematy. Przez cały ten czas pilnowała się, by czasem nie wspomnieć o śnie… mogłabym siedzieć tak cały czas, ale wreszcie nadeszła godzina wyjścia do szkoły. I czego się mogę spodziewać? – Spytałam samą siebie…

*****

Edward

*****

Podążyłem za Carlislem do jego gabinetu. Z jego myśli nie wyczytałem niczego, co chciałby mi przekazać. Ja jednak miałem tego dużo. Zatrzymał się przed oknem wychodzącym na podwórko. Odwrócił się w moją stronę. Tylko patrzył. Nagle w jego głowie pojawiła się setka, a może nawet tysiące pytań.

Chciałeś mnie o coś spytać. – Przemówił w końcu.

Na razie to ty zadajesz pytania. – Zaśmiał się. Próbowałem się teraz skupić bardziej na tym, co mówił, niż myślał.

Chodzi o tę dziewczynę…

Isabella Swan? – No tak, powinienem się domyśleć, że on wie.

Tak, chyba o nią. A raczej o mnie. Ja…, kiedy byłem na polowaniu, przypadkowo natknąłem się na nią. - Carlisle miał przerażona twarz.

Edwardzie jak mogłeś być tak nie ostrożny? Czy nie po to się tu przeprowadziliśmy? My nie polujemy na ludzi! – Po kolei wyrzucał z siebie te zdania.

Spokojnie, nic jej nie zrobiłem. Po prostu…

No.. – Zachęcił mnie Carlisle.

Ja spanikowałem i uciekłem. – Wydusiłem, po czym zwiesiłem głowę. Nic nie powiedział. Czekałem.

Chcesz powiedzieć, że po prostu stamtąd uciekłeś? – Widać było, że zrobiło to na nim ogromne wrażenie.

Wiele mnie to kosztowało. Musiałem przerwać polowanie. Czułem… czułem, jak jej krew mnie woła! To było coś strasznego. Z jednej strony chciałem jej skosztować, a z drugiej – bronić jej? To chyba tak wyglądało. - Carlisle nadal się we mnie wpatrywał.

Hm, nigdy się z czymś takim nie spotkałem w ciągu moich 400 lat. – Odwrócił się znów w stronę podwórka. Słyszałem jak intensywnie rozmyśla. Nagle jedna myśl mnie zaciekawiła. A nawet bardziej – rozzłościła.

Carlisle, dlaczego nic nie wiedziałem wcześniej?! Jak mogłeś mnie nie uprzedzić?! Że niby, co? Ja mam chodzić z nią do jednej klasy? Dla tak błahego problemu chcecie ją narażać? Ja wcale nie potrzebuje szkoły! – Co oni sobie myśleli?

Edwardzie, dobrze wiesz, że zależy nam na dyskrecji. Nie chcemy, by ludzie zaczęli gadać… chyba rozumiesz, że nie chce narażać własnej rodziny na… Volturi… - ostatnie słowo ledwo przeszło mu przez gardło. – I oczywiście tym słowem mnie zastrzelił. Nie miałem kontrargumentu.

Obróciłem się na pięcie, ale złapał mnie za ramię i powiedział. A raczej pomyślał: Ufam Ci. Cokolwiek postanowisz. Świetnie. Po prostu genialnie!

Poszedłem do salonu. Zastałem tam Jaspera i Alice, siedzących na kanapie. Widać było, że nie interesowali się tym, co leci w telewizji. Usiadłem w fotelu obok. Alice wyszczerzyła zęby i złapała mnie za rękę.

Cześć brat! Widzisz? Nic jej nie grozi z Twojej strony. – Zaświergotała Alice.

Dzięki mała.- Od razu poczułem się trochę lżej. Jasper chyba zauważył mój niepokój, bo poczułem, że próbuje na mnie swoich sztuczek.

Jasper, nie potrzebuje Twojej pomocy – zaoponowałem. Tylko się uśmiechnął. Rzadko się ostatnio odzywał.

Na dworze zaczęło zmierzchać. Poczułem, że w domu nie usiedzę. Dyskretnie wymknąłem się z pokoju. Alice na pewno domyślała się, co teraz kombinuję. Ale wiedziałem, że jest po mojej stronie. Nie wyda mnie.

Pognałem na polanę. Tą, którą odwiedziłem dziś popołudniu. Próbowałem złapać trop Belli. Nie było to trudne. Ach, jaki on słodki – delektowałem się nim niczym degustator wina. Pobiegłem po zapachu jak po sznurku. Po paru metrach się urwał. Zapewne miała samochód. Czego tego nie przewidziałem? Cóż, muszę sobie jakoś poradzić. Na pierwszy rzut wybrałem południowy wschód. Pędziłem z prędkością światła. Po parunastu minutach intensywnego biegu las się skończył. Stałem teraz na podjeździe białego domu. Obok mnie zaparkowana stała furgonetka, a także radiowóz. Czyżbym trafił pod właściwy adres? Jednak los się do mnie jeszcze uśmiecha.

W oknie na pierwszym piętrze święciło się światło. Kolejny prezent od losu w postaci drzewa. Jednym zwinnym ruchem zawisłem na gałęzi, po czym wskoczyłem wyżej mniej więcej na wysokość okna. Widok był cudowny…

Leżała na podłodze, ze skrzyżowanymi w powietrzu nogami. Chyba się uczyła. Czy ja dobrze widzę? Matma? Sądząc po jej minie, chyba jej nie lubiła. Nagle poderwała się z miejsca. Skończyła? Rzeczywiście, swoje książki pakowała właśnie do torby. Jeszcze jeden dziwny gest dłonią i zniknęła za drzwiami.

Korzystając z nieobecności dziewczyny zakradłem się do środka. Zrobiłem głęboki wdech. Jak tu pięknie pachnie. Cały pokój przesiąknięty był jej wonią. Uczyłem się jej zapachu. Od jutra będziemy przebywać ze sobą w jednej klasie. Dobrze by było nie zrobić jej krzywdy na „Dzień dobry". Zerknąłem na jej nocną szafkę. Tytuł jej książki przykuł moją uwagę. „Wichrowe Wzgórza"? Niby, co ona w tym widziała? Stary badziew. Zanim zdążyłem zakończyć obserwację pokoju, musiałem wracać na drzewo. Weszła do pokoju w starej podkoszulce i krótkich szortach. W jej długich, brązowych, jeszcze wilgotnych włosach wyglądała uroczo. Właśnie kładła się spać.

Dłużej chyba nie wytrzymam. Zeskoczyłem z drzewa i pobiegłem z powrotem w las. W końcu musiałem zapolować…

Kiedy kończyłem właśnie swojego łosia, do głowy zaczęły napływać obawy. Czy ona już mnie znała? Jak wiele słyszała o mnie i o mojej rodzinie? Dla niej byliśmy obcy. Co zrobi jutro? Czy czymś mnie zaskoczy? Tego nie byłem pewny.

Kiedy wróciłem Rose grała z Emmetem i Jasperem w szachy. Alice siedziała na pierwszym schodku. Wyraźnie na mnie czekała.

Oh, Edwardzie, nie spieszyłeś się z powrotem do nas. Chodź, mamy mnóstwo do obgadania. Złapała mnie za rękę i czym prędzej pociągnęła za sobą w stronę jej pokoju. Czując mój opór cicho na mnie zawarczała. Zachichotałem. Jak ja kochałem ją denerwować. Otworzyła drzwi i wepchnęła mnie do środka.

Siadaj, bo dwa razy nie powtórzę.

Nie musisz. Już wiem, o co Ci chodzi.

Doprawdy? Ta wzmianka o Esme i Carlisle'u to bujda. Chodzi o kogoś innego.

A niby kogo? – Zapytałem z sarkazmem.

O naszą nową przyjaciółkę. Isabellę Swan…