Disclaimer: This is a translation of joe6991 fic Harry Potter and the Wastelands of Time. The idea is his. All Harry Potter characters/places/items/etc. belong to J.K. Rowling.

Ogłoszenie: Poniższy tekst jest tłumaczeniem opowiadania Harry Potter and the Wastelands of Time autorstwa joe6991. Pomysł i realizacja są jego. Wszystkie postacie/miejsca/przedmioty/itp. związane z uniwersum Harry'ego Potter'a należą do J.K. Rowling.

Za betowanie dziękuje MichiruK.


PORANEK

ROZDZIAŁ 02 – Kontynuując

Pamięć to wewnętrzna plotka.

George Santayana


Według zegarka, który „pożyczyłem" od Wielkiego De, przybyłem pod Dziurawy Kocioł o 09:57 i czterdzieści dwie sekundy. Wszystko zgodnie z planem. Chociaż wydaje mi się, że tym razem byłem nawet szybciej. Nie ważne. Zbliżałem się do momentu, gdzie znajomość każdej sekundy nie robi różnicy.

Podróż z Little Whinging zajęła dziesięć minut i trzydzieści sekund. W tym czasie zaplanowałem małą niespodziankę przy użyciu paliwa do zapalniczki Wielkiego De. Miałem przeczucie, że za osiem minut i trzydzieści sekund okaże się ono niezastąpione. To tylko przeczucie – któż bowiem zna przyszłość?

Tak wcześnie rano bar był praktycznie opustoszały. W środku znajdowało się tylko kilku zatwardziałych klientów oraz barman Tom. Wrzuciłem Pelerynę z powrotem do plecaka. Niektórzy mnie rozpoznają. Większość z nich będzie pod zbyt wielkim wrażeniem, by się do mnie zbliżyć. Albo będą przerażeni. Nie jest to najmądrzejsza decyzja dać się zauważyć obok chłopca, który jest na samym szczycie Listy Ludzi do Zabicia Lorda Voldemorta.

Stukając swoją różdżką w cegły otworzyłem przejście na Ulicę Pokątną i od razu dotarły do mnie wszystkie jej dźwięki.

Była dokładnie 10:00.

Naszła mnie zabawna myśl. Pomimo tych wszystkich przeżytych lat, nigdy nie sprawdziłem jak Pokątna wygląda z lotu ptaka. Zapewne nałożone są na nią zaklęcia maskujące, by wyglądała tak, jak reszta sąsiedztwa. Inaczej Status Tajemnicy przestałby istnieć i to już dawno temu.

Zaklęcia ochronne. Albo runy. Albo baldachim niewidzialności. Tak jak w Zaginionym Mieście. Tak jak w Atlantydzie. Choć oczywiście na mniejszą skalę.

Po tym jak Knot zaakceptował fakt, że Voldemort powrócił, Pokątna zmieniła się. Wystawy pełne kolorów i błysków, gdzie oferowano wszystko – od książek z czarami po kociołki – zostały zaklejone plakatami informacyjnymi Ministerstwa, oraz listami gończymi przedstawiającymi znanych Śmierciożerców.


Większość z nich – na szczycie mojej listy.


Kiedyś piękny i wesoły deptak handlowy zmienił się kompletnie. Brudni, śmierdzący i tani uliczni sprzedawcy znajdowali się wszędzie i handlowali wszystkim. Od odpychaczy na dementory po odstraszacze na Mrocznego Lorda. I wszystko to za parę galeonów. Miałem ochotę ich pogonić. Sprowadzić ruinę, ogień i zagładę na ichnie twarze wykrzywione w sztucznych uśmiechach. Za sprzedawanie bezużytecznego złomu, który może kogoś zabić.

Ale nie, nie mogę. Obecnie mam tylko piętnaście lat i muszę zapanować nad instynktami wykutymi w świecie, który istniał dawno, dawno temu, godzinę temu i tylko jedno uderzenie serca temu. Świat, gdzie liczyły się kłamstwa i twoje ostatnie zabójstwo. Gdzie żadna zabawa nie była zabawna, a wiatr wył na polach pełnych sczerniałych kości…

Jestem Harrym Potterem, Chłopcem, Który Przeżył, Bohaterem, Ostatnim Strażnikiem Atlantydy, Wojownikiem Czasu – nie jakimś pierdolonym zwierzęciem, rzucającym zaklęcia na prawo i lewo! Jestem lepszy od Voldemorta!

I teraz jestem starszy, mądrzejszy – okrutniejszy. Kiedyś miałem w sobie tyle współczucia i litości. Ha ha, w piekle nie rodzą się anioły, co nie?

Do diabła z tym.

A więc oto jestem na Ulicy Pokątnej. Zawsze tutaj trafiam, kiedy wracam, gdyż tu znajduje się siedziba Banku Gringotta. Oraz moja osobista góra złota – powiększona dzięki testamentowi mojego ojca chrzestnego.

Spoczywaj w pokoju, Syriuszu – przynajmniej jeden z nas jest w stanie. Cholerni Bogowie i ichnie aneksy pisane drobnym druczkiem. Chociaż, w gruncie rzeczy, muszę przyznać, że spełnili to, o co się wytargowałem. Tyle tylko, że w dziwny i niecodzienny sposób.

Podejrzewam, że Bogowie to za mocne słowo. Przywołuje ono obrazy związane z religią albo nawet jakieś pozytywne wyobrażenia. A przecież nikt nigdy nie czcił tych istot. Poza tymi, którzy leżeli już na plecach, krwawiąc ze swoich cholernych oczu. Przedwieczni, Oświecone Wróżki, Pradawni, Przed Lud – zwijcie ich jak chcecie. To oni dali mi moc i możliwość panowania nad czasem. A z taką potęgą trzeba się liczyć. Chociaż nie jestem zadowolony z efektów moich prób.

Pierdolony drobny druczek. Słyszycie me westchnienie? Czy słyszycie me westchnienie?!


Zastanawiam się, czy moja nieśmiertelna dusza była warta tej ceny, jaką przyszło mi zapłacić za łyk z kielicha wieczności.

Czasami mnie to dręczy.

Najczęściej nie mam z tym problemu. Ale czasami… Czy śniliście kiedyś sen, który wydawał wam się jawą? W bezsenną noc, kiedy granice między rzeczywistością a iluzją zamazują się i okazuje się, że nieważne jak szybko biegniecie w stronę światła, ciemność jest szybsza. Szybsza i czeka na was.

Chyba zaczynacie rozumieć… tyle tylko, że nie rozumiecie, nie do końca, nie możecie. Ale zrozumiecie i wtedy będziecie błagali, byście jednak nie rozumieli.


Najczęściej nie jestem zadowolony z efektów, gdyż zazwyczaj kończę jako trup. Tak jak reszta. Mam zdolność, by cofnąć czas i powstrzymać wojnę, by coś zmienić, ale wygląda na to, że nieważne, co robię, i nieważne jak bardzo się staram, wszystko zawsze musi się ułożyć mniej więcej tak jak za pierwszym razem, tak dawno temu.

Może się to dziać w inny sposób, ale jednak zawsze przegrywam. Najczęściej obrywam takim małym, zmyślnym zaklęciem, co się zwie Avada Kedavra.

Nie akceptuję tego.

Nie uznam tego, że końca świata nie można zmienić, nie można powstrzymać. Na tej planecie jest tyle dobra, tyle życia i miłości. Nie pozwolę, by to wszystko zniknęło tylko dlatego, że jakiemuś szaleńcowi zachciało się więcej mocy. Miałem szansę kochać i być kochanym. I to jest warte walki, choćby tylko dlatego, że tego chcę.

10:01 i cztery sekundy. Gdzie, do cholery, byłem? Czas mi ucieka.

Muszę zapalić. To jedna z niewielu przyjemności, która podróżuje ze mną w czasie. Z bocznej kieszeni plecaka wyciągnąłem paczkę papierosów, które „pożyczyłem" od Dudley'a oraz jego srebrną zapalniczkę Zippo. Zapaliłem jednego, zaciągnąłem się i wrzuciłem papierosy z powrotem do plecaka, a zapalniczkę włożyłem do kieszeni.

10:01 i czterdzieści trzy sekundy.

Prawie wyplułem płuca, kiedy się zaciągnąłem – zawsze tak jest. To młode i przystojne ciało nie jest przystosowane do tego rodzaju znęcania się nad nim. Popracuję nad tym. Cygara wyrabiane przez czarodziejów są jednymi z najlepszych na świecie i znajdują się wysoko na mojej liście zakupów.

Ruszyłem w stronę Gringotta. Powoli, dystyngowanie, patrząc na cały ten szajs do kupienia. W mojej głowie jednak odliczałem dokładnie, w której sekundzie postawić stopę i pójść dalej. Przyzwyczajałem się do dymu, powoli wypalając papierosa. Zajmie to trochę czasu – a co nie zajmuje? Biały papier powoli spalał się, dochodząc coraz bliżej do pomarańczowego filtra.

Była dokładnie 10:03, kiedy wszedłem do Apteki Ślimaki i Pędraki. W środku panował taki odór i zaduch, że dym papierosowy nic nie znaczył. Przeszedłem obok beczek z obślizgłymi oczami traszek oraz sproszkowanymi plumpkami. Pod garściami sowich piór i kłów węży wiszącymi pod sufitem. Przeszedłem obok tej menażerii i wziąłem pęcherz moczowy buchorożca.

Kosztował mnie on cztery złociste galeony, czyli tyle ile miałem przy sobie i, kiedy zegarek wybił 10:05 i trzynaście sekund, ponownie znalazłem się na Ulicy Pokątnej.

Krótkie przypomnienie dla tych, co nie wiedzą. Buchorożec to afrykańskie magiczne zwierzę Czwartej Klasy. Z wyglądu przypomina nosorożca. Posiada róg, który jest w stanie przebić niemal wszystko. Tajemnicą tego zwierzęcia jest specjalny płyn, który znajduje się w rogu. Płyn ten w czasie uderzenia eksploduje. Tak, wiem. Często wysadzają się w powietrze.

Jednak to właściwość jego pęcherza moczowego jest najbardziej interesująca. Ta gąbczasta część ciała jest w stanie utrzymać przez pewien czas jakąkolwiek ciecz. Ma to doskonałe zastosowanie przy sporządzaniu eliksirów. Napełnij pęcherz substancją, którą chcesz dodać do kociołka, i po prostu go do niego włóż. Powoli i ostrożnie! W każdej chwili może pęknąć. W ciągu dwóch minut pęcherz zostaje rozpuszczony, a płyn, który był w środku – uwolniony.

Wykorzystując go, masz czas, by odsunąć się na bezpieczną odległość, jeśli dodajesz niebezpieczne substancje do temperamentnych eliksirów. Ale przypominam – te pęcherze pochodzą z buchorożców, a one lubią eksplodować. Chwyć za mocno, upuść przez przypadek albo potrząśnij, a cholerstwo ci pęknie.

Idąc ulicą w stronę Gringotta, napełniłem pęcherz paliwem do zapalniczki Dudley'a, co spowodowało, że powiększył się on dwukrotnie.

Była 10:07 i osiemnaście sekund. Prawie wypaliłem mojego papierosa.

Wyszedłem na skrzyżowanie Pokątnej z Aleją Śmiertelnego Nokturnu. Na wprost mnie znajdował się Bank Gringotta. Majestatyczny budynek z białego marmuru dominował nad okolicznymi sklepami, a jego czeluści, gdzie spoczywały skarby brytyjskich czarodziejów, rozciągały się dziesiątki mil pod moimi stopami.

Taka krótka informacja dla was. Gobliny i ja nie za bardzo się lubimy. One jeszcze o tym nie wiedzą. Ale dowiedzą się, o tak, dowiedzą.

I oto ona.

Fleur Delacour schodziła po schodach banku. Jej blond włosy powiewały za nią. Na jej twarzy gościły zarazem wyraz swobody i czujności. Piękna, a zarazem lodowata. Nie proście o wyjaśnienie. Sam nie mam pojęcia, o czym mówię – to po prostu truskawki i deszcz. Truskawki i deszcz.

10:07 i czterdzieści trzy sekundy. Nie musiałem patrzeć na zegarek, by wiedzieć, która godzina. Mniej niż pół minuty.

Przyśpieszyłem. Z determinacją ruszyłem w stronę Fleur, pęcherz buchorożca bezpiecznie spoczywał w mojej lewej dłoni. Patrzyłem na ponure wejście na Nokturn, czekając na człowieka, który odważy się ją zranić.

I oto był. Dokładnie o 10:08, piętnaście stóp ode mnie – jak zawsze.

Ubrany był w czarne szaty, a jego twarz była schowana w kapturze. Uniósł różdżkę w jej stronę i wykrzyczał zaklęcie, które rozeszło się po placu – Avada Kedavra!

Przeżyłem już kilka takich momentów, kiedy wszystko zdaje się zwalniać. W paru z nich umarłem. Ludzie odwracali głowy, by spojrzeć co się dzieje. Część z nich po prostu zamierała w bezruchu, widząc jedno z najplugawszych zaklęć rzucane w największym centrum handlu dla czarodziejów w Londynie. Oczy Fleur rozszerzyły się w przerażeniu, cofnęła się o krok, a jej ręka powędrowała do różdżki.

Byłem jednak szybszy. Poruszyłem się wcześniej.

Rzuciłem napęczniały pęcherz o 10:08, jak tylko zobaczyłem drania, kiedy wychodził z Alei. Gdy kończył wymawiać ostatnią sylabę zaklęcia, oberwał w twarz pęcherzem moczowym buchorożca, który pękł, oblewając jego twarz i szaty paliwem do zapalniczki.

Mężczyzna zatoczył się do tyłu, wymachując różdżką – zielone światło przemknęło obok Fleur i uderzyło w zbrojne drzwi banku. Drzwi wykonane przez gobliny. Wytrzymały uderzenie zaklęcia, ale i tak odpadły z nich kawałki żelaza i marmuru, które rozprysły się dookoła. Fleur uskoczyła i wylądowała na bruku tuż obok mnie.

Wyciągnąłem swoją różdżkę, chociaż nigdy nie musiałem jej używać. Zaciągając się po raz ostatni, rzuciłem moim papierosem z gracją i umiejętnością kogoś, kto robił to wielokrotnie. Iskrzący się niedopałek trafił drania, który chciał zaatakować Fleur, prosto w nos.

Paliwo do zapalniczek płonie na niebiesko. Iskierka z papierosa zapaliła płyn, w którym był skąpany niedoszły zabójca. Jego stare szaty wybuchnęły płomieniami. Wydał z siebie ryk bólu i przerażenia i zatoczył się do tyłu. Stanąłem przed Fleur i wyciągnąłem do niej rękę. Oraz uśmiechnąłem się tak, jak niedawno do Tonks.

— 'Arry Potter? — wyszeptała z lekkim drżeniem w głosie. — Co się…?

Za każdym razem zapominam jak bardzo jest piękna. Złoto blond włosy, błękitne oczy i lodowate spojrzenie maskujące jej niewinność, a które martwi mnie bardziej niż perspektywa stawania przeciwko największemu złu tego świata. I nie ma to żadnego związku z częścią tej pięknej Francuzki, która jest wilą. Jestem odporny na ten specyficzny urok.

— Witam, panno Delacour — odpowiedziałem z pewnością w głosie. Dupek, którego podpaliłem nie wstanie przez najbliższe trzydzieści sekund, a aurorzy już pędzili w tę stronę.

Fleur wzięła moją dłoń.

I tak jak Tonks, kiedy stanęła, była troszeczkę wyższa ode mnie. Do stycznia urosnę. Obiecuję wam to.

— 'Arry, ty… — spojrzała za mnie i jej oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Zmarszczyłem brwi – to najczęściej się nie dzieje.

Zdążyłem ujrzeć tylko martwe oczy mojego zabójcy, kiedy jego czarne ostrze wbiło się we z taką samą łatwością jak nabija się mięso na kebaba. Ostrze weszło przez lewą dolną część mojego ciała, rozpruło mi nerkę, poszatkowało inne organy, aż w końcu wyszło przez brzuch.

Charknąłem, wciągnąłem powietrze ze świstem i poleciałem na Fleur, kiedy tylko miecz został wyszarpnięty ze mnie, praktycznie przecinając mnie na pół.

To nie powinno się dziać, pomyślałem, padając na wrzeszczącą Fleur, która przewróciła się pod moim ciężarem. Uderzyła twardo o ziemię, a ja upadłem na nią. Nie czułem nóg i nie do końca rozumiałem, że umieram. Znowu, tyle że zbyt wcześnie.

Leżałem bokiem na Fleur. Moja krew i wnętrzności powoli wypływały na bruk Ulicy Pokątnej. Przewróciłem się na plecy i spojrzałem w czyste niebo. Nie dlatego, że chcę, ale dlatego, że w ten sposób mogę nieco zmniejszyć swój ciężar. Zgniatam pewnie dziewczynę pode mną, która krzyczy tuż przy moim uchu. Brzmi jakby była daleko, a słońce jest strasznie jasne.

Mój zabójca stoi nade mną, przysłaniając słońce. Nie jest człowiekiem. Jestem tego pewien, kiedy widzę jak szczerzy swoje szare kły w uśmiechu, który prawie rozdziera jego twarz. Jego – nie. Tego. Oczy tego czegoś są martwe. Dwie czarne kule, które z trudem udają ludzkie oczy. Fasada człowieczeństwa tego czegoś roztrzaskuje się z okropnym dźwiękiem, ukazując jedną z najokropniejszych istot, jakie kiedykolwiek widziałem.

— Czas się skończył — syczy, a rozdwojony język przesuwa się po kłach. Ciało istoty jest szare i chore, pokryte siecią niebieskich i czerwonych żyłek.

Nie mam pojęcia, co się dzieje. Pierwszy raz spotyka mnie coś takiego. A pierwsze razy już mi się nie zdarzają. Przeszywa mnie zbyt ogromny ból, bym mógł myśleć. Zaraz umrę.

Stwór, cokolwiek to jest, wyje głośniej niż Fleur i przygotowuje się do zadania ostatecznego ciosu. Czuję bicie mojego serca, pompującego krew do mojej rany.

Uświadomiłem sobie, że to coś nie wyje, a śmieje się. Uświadamiam to sobie wtedy, gdy wbija swój miecz prosto w moje serce.

Czy wiecie, że ludzkie serce jest w stanie wytworzyć ciśnienie, które może wystrzelić krew na trzydzieści stóp? No, ja też nie wiedziałem. Powiedzmy tylko, że pomalowałem okna Esów i Floresów na krwisto czerwono.

Fleur przestała krzyczeć. Coś wilgotnego i ciepłego uderzyło mnie w bok głowy, zakrywając ucho. Miecz nie tylko przebił się przez moje serce, ale przeszedł na wylot i wszedł prosto w Fleur. I teraz leżała i umierała tak jak ja, kaszląc krwią.

Moja głowa przechyliła się w bok i ułożyła na ramieniu Fleur. Świat zaczął pokrywać mrok. Patrzyłem jak powoli mijają sekundy. Fleur chwyciła moją dłoń i zacisnęła ją mocno. Krew rozmazała się na tarczy zegarka.

Była 10:10 i czterdzieści dziewięć sekund, kiedy umarłem.

Mam nadzieję, że Fleur umarła tak szybko jak ja.


PORANEK

Przebudziłem się ze snu – tego samego Snu, co zawsze – i wyjrzałem przez okno obok mojego łóżka. Chciałem złapać pierwsze promienie pierwszego poranka mojego odnowionego życia, tak jak zawsze to robiłem

Tylko tym razem coś było nie tak. Sen był inny, zmieniony i pamiętam dlaczego. Nigdy nie pamiętałem umierania z taką klarownością. Pomacałem swój brzuch, by upewnić się, że nie ma w nim dziury po mieczu.

Byłem cały. Żyłem – i byłem wkurwiony.

Ostatnia godzina jeszcze się nie wydarzyła. Dopiero zaczynała się dziać.

Dobrze. Nie, nie dobrze. To było inne. To było złe. To było niemożliwe.

Wyglądało na to, że coś nowego dołączyło do zabawy.

Warknąłem ze złości, a moje dłonie zacisnęły się w pięści.

Co, do kurwy nędzy, sobie ze mną pogrywa?


By zostawić komentarz naciśnij na przycisk Review this Story/Chapter. Napisz komentarz, a potem naciśnij na Submit.