Jackson nie wiedział, co ze sobą zrobić.
Po tym, jak opuścił mieszkanie Danny'ego, błąkał się przez chwilę po okolicy. Kilka razy nawet zawracał, żeby poradzić się przyjaciela, jak postąpić w obecnej sytuacji, ale to nie było w jego stylu. Jackson Whittemore nie potrzebował porad. Jackson Whittemore nie usychał z tęsknoty za nikim. Co najważniejsze - Jackson Whittemore się nie zakochiwał.
Nigdy.
Z tym że to mogło być małym kłamstwem. Bo ten sam Jackson Whittemore był kiedyś zakochany. Raz. Pierwszy i ostatni. Nigdy więcej nie pozwolił nikomu zajść aż tak głęboko za jego skórę. Była dziewczyna, której przez nieuwagę Jacksona prawie się to udało, ale w porę zdążył ją od siebie odepchnąć. Lydia nawet się za nim nie obejrzała, kiedy odchodziła. Teraz sporadycznie utrzymują ze sobą kontakt, ale nie można tego nazwać przyjaźnią. Blondyn nie ma za wielu przyjaciół. Nie są mu potrzebni. Oprócz Danny'ego i Dereka, oczywiście. Bez tych dwóch prawdopodobnie od razu by oszalał.
Dereka poznał dawno temu, zaraz po przyjeździe do Londynu. Był jego sąsiadem i kilka razy prawie się pobili, zanim doszli do porozumienia. Potem ich relacje opierały się na seksie bez zobowiązań, ale z czasem znudzili się sobie nawzajem. Wkrótce się zaprzyjaźnili i Hale dowiedział się o prawdziwym powodzie pobytu Jacksona w Anglii. Było w to zamieszanych kilka butelek wódki i prawdopodobnie ogromna ilość przytulania, ale żaden z nich nigdy więcej o tym nie wspomniał. Derek później jasno dał do zrozumienia Whittemore'owi, że ten jest idiotą i powinien wszystko naprawić, ale wtedy już nie było odwrotu. Poza tym Jackson był zbyt dumny, żeby błagać kogoś o przebaczenie, nawet jeśli czuł do tej osoby coś, do czego nigdy w życiu by się przed nią nie przyznał.
Doskonale pamiętał to, jak w wakacje, przed rozpoczęciem studiów, miotał się z kąta w kąt, bo nagle dotarło do niego, że wpadł zbyt głęboko. Nie było już odwrotu. Jacksona wcale nie cieszyło to uczucie, przeciwnie - przerażało go. Co jeśli to się wkrótce skończy? Co jeśli Stiles wykorzysta jego uczucia? Jasne, byli dobrą parą, w ich mniemaniu. Wszyscy wokół nich zastanawiali się, jak to możliwe, że jeszcze się nie zamordowali, ale kiedy byli sami - dogadywali się wyśmienicie. Stiles lubił się przytulać, a Jackson lubił być przytulany (kiedy Stilinski się o tym dowiedział, oczy o mały włos nie wypadły mu z orbit; Jackson zagroził mu, że jeśli ktokolwiek się o tym dowie, pożałuje). Potrafili porozumiewać się bez słów, ale Stiles i tak wyrzucał ich z siebie milion na minutę. Brunet nauczył się czytać go w sposób, którego nikt inny nigdy nie poznał. Znał go od strony, której później nikt nie zdołał już odkryć.
I dlatego właśnie Jackson spanikował. Bał się cierpienia. Bał się Stilesa. Bał się wszystkiego. To było powodem, dla którego spakował walizki i, po burzliwej rozmowie ze Stilinskim, który wyrzucił go z domu, pojechał na lotnisko, wsiadł do samolotu lecącego do Londynu, a potem nigdy się za siebie nie obejrzał. Nie pożegnał się nawet z Dannym. Z McCallem nigdy się nie dogadywał, a Lahey'a miał głęboko w dupie, więc nie stracił nawet sekundy na myślenie o nich.
- Wyjeżdżam dzisiaj.
W pokoju zrobiło się cicho. Jackson nie słyszał nawet tykania zbyt głośnego zegarka, który stał na szafce nocnej Stilesa. Docierał do niego jedynie odgłos jego zbyt szybko bijącego serca.
- Dlaczego?
Usłyszał w końcu. Na to uniósł brew. Nie potrafił zmusić się do podania powodu. Nie potrafił przyznać się do swoich motywów.
- Co z nami?
Jackson ponownie zareagował jedynie uniesieniem brwi.
- Zostawiasz mnie?
Tego także się obawiał. Serce Whittemore'a chyba odrobinę pękło, gdy usłyszał, jak głos Stilesa zadrżał na ostatnim słowie. Dopiero teraz zmusił się do patrzenia, do zwracania uwagi na szczegóły. Zwłaszcza na jeden - oczy Stilesa się zaszkliły, prawie popłynęły z nich łzy. Jackson musiał przełknąć i miał nadzieję, że nie było widać tego, jak bardzo cierpi, widząc taką minę na twarzy swojego... byłego chłopaka. Pora przyzwyczajać się do tej myśli.
- Czyżbyś się przywiązał, Stilinski?
Jackson w ten właśnie sposób radził sobie ze stresem - stawał się wredny i nieczuły. Brunet o tym wiedział, jako jeden z nielicznych, ale w tym momencie targały nim zbyt wielkie emocje i słysząc ten specyficzny ton głosu, cofnął się o krok. Ton typu "Jackson Whittemore jest lepszy od wszystkich". Blondynowi serce pękło do końca, bo Stiles nigdy się nie poddawał. A teraz, kiedy się cofał, kiedy się rumienił, widać było, że właśnie to zrobił.
- Och, nasz mały Stiles się zakochał? Jak słodko.
W zasadzie spodziewał się wszystkiego. Tego, że Stiles zacznie krzyczeć. Tego, że go przejrzy. Tego, że go uderzy. Ale na pewno nie tego, że Stilinski nie zdoła powstrzymać łez.
- Wynoś się.
Nie mógł się zdobyć na żaden ruch.
- Wypierdalaj, Jackson. Nie chcę cię widzieć.
Jackson zdecydował, że zadzwoni do jedynej osoby, która potrafiła go zawsze zmotywować.
Lydia odebrała po pierwszym sygnale.
- Czym zawdzięczam zaszczyt?
Brzmiała na poirytowaną i znudzoną jednocześnie, ale Martin zawsze używała takiego tonu głosu, kiedy mówiła do niego. Whittemore milczał krótką chwilę, a Lydia tylko tyle czasu potrzebowała na to, żeby zgadnąć, o co chodzi.
- Stiles?
Odpowiedział ciężkim westchnięciem.
- Co tym razem zrobiłeś, Jackson?
Tylko Martin i Stilinski potrafili powiedzieć jego imię, jakby było obelgą. Czasami się zastanawiał, czy ta dwójka przypadkiem się nie zna. A może Lydia podstawiona mu została jako jakaś forma zemsty? Może właśnie dlatego w ogóle nie obejrzała się za siebie, kiedy kończył ich związek?
- Dlaczego od razu zakładasz, że to JA coś zrobiłem?
Spytał mocno już zdenerwowany.
- Jeśli chodzi o Stilesa, to zawsze TY zrobisz jakąś głupotę. Mam ci przypomnieć, jak dwa lata temu zadzwoniłeś do niego i powiedziałeś, że jest już dla ciebie nikim? Albo to, jak rok temu "przypadkowo" wybrałeś jego numer, kiedy akurat pieprzyłeś tę... jakjejtambyłonaimię? Albo jak wysłałeś mu okropną walentynkę, bo uznałeś, że to romantyczne? I chyba nie muszę zaznaczać, że wszystko to robiłeś, kiedy byłeś zalany w trupa?
Zapadło milczenie.
Jackson widział w głowie, jak Lyds wywraca oczami i wykrzywia usta w jej znanym grymasie „Jackson Whittemore to palant". W tym również przypominała mu Stilesa.
…blondyn miał przerąbane.
- Lydia…
Zaczął, ale nie potrafił wydobyć z siebie nic więcej. Dziewczyna nawet nie próbowała sobie z niego żartować, słysząc, jak bardzo jest załamany. A to nowość, jasne? Jackson Whittemore nie daje po sobie poznać słabości, nigdy. A przynajmniej nie wtedy, kiedy jest trzeźwy.
- Co zrobiłeś, Jackson?
- Przespałem się z nim.
- Żartujesz sobie.
- Nawet nie próbowałem. Gdybym sobie żartował, dodałbym na końcu „haha". Słyszałaś może mój śmiech? Uprawiałem z nim długi, gorący, gejowski seks kilka razy pod rząd w jego mieszkaniu tuż po tym, jak obaj rzuciliśmy się na siebie na barze w The Jungle.
Starsza kobieta, która akurat przechodziła obok niego, popatrzyła się na niego dziwnie. Jackson zmrużył oczy i posłał jej najbardziej poirytowane spojrzenie, na jakie było go stać. Musiało mu się udać, wnioskując po tym, jak przyspieszyła kroku.
- Czyli znowu byłeś pijany. Co się stało rano?
- Skoczył mi w ramiona i zadeklarował, że kocha mnie od czasów liceum, oświadczyłem się mu się i żyli długo i szczęśliwie - warknął, zaciskając obie dłonie w pięści. - A jak myślisz, Lydia?! Wyrzucił mnie z mieszkania!
- Cóż, tego się można było spodziewać - powiedziała nieco rozbawiona i gdyby Jackson był wilkołakiem, właśnie warczałby do słuchawki, teraz udawało mu się to jedynie połowicznie. - Oj, kochanie, wiesz, że uwielbiam się z tobą droczyć, a twoje cierpienie sprawia mi przyjemność.
Za jakie grzechy, pomyślał, ale nie wydał z siebie najcichszego dźwięku. Wolał nie kusić losu i nie wystawiać na próbę dobrego humoru swojej byłej. Może mu pomoże, jeśli będzie odpowiednio grzeczny. Boże, do jakiego poziomu będzie musiał się zniżyć?
I… czego oczekiwał? W końcu nie zależało mu na Stilesie. Już mu nie zależało. Wcale go nie… Nie czuł nic do niego. Nie, odkąd wyjechał. Nie… nigdy.
- Właśnie próbujesz się przekonać, że go nie kochasz, prawda?
Spytała Lyds.
Jackson rzucił telefonem o asfalt.
Dlaczego wszyscy zakładają, że Jackson wciąż kocha Stilesa?!
Prawdopodobnie dlatego, że tak właśnie jest - podpowiedział jego zdradliwy umysł.
Whittemore zaczął poważnie rozważać samobójstwo.
Po kilku godzinach spędzonych w lesie na obrzeżach Beacon Hills, pojechał do ostatniej osoby, która mogłaby go w jakiś sposób podnieść na duchu.
Jeśli Derek spyta go, gdzie dokładnie był, Jackson nie ma zamiaru przyznać się, że przesiedział większość dnia w miejscu, w którym kiedyś spędzał czas ze Stilesem. Nie wspomni też o tym, że właśnie tam pierwszy raz się ze sobą przespali. Ani o tym, jak długo uśmiechał się jak debil, kiedy Stilinski leżał w jego ramionach i spał.
Whittemore przełknął ciężko ślinę. Wcale nie chciało mu się płakać. Jackson Whittemore nie płacze. Stanęło mu coś po prostu w gardle i nie chciało zejść niżej razem ze śliną. To zwykła… reakcja alergiczna. Tak. Alergia na… uczucia. Jackson był alergikiem, taak.
Hale otworzył drzwi do swojego loftu po dwóch puknięciach, mrucząc coś pod nosem o świętym spokoju i policji.
- Uff. Myślałem, że to Kate.
Powiedział zamiast przywitania. Jackson uniósł wysoko brew i wykrzywił usta w grymasie.
- Wciąż cię nachodzi?
Derek po prostu wzruszył ramionami, a blondyn nawet nie kwapił się, żeby poczekać na zaproszenie do środka. Po prostu wszedł, odpychając przyjaciela, i szybko dopadł kanapy pośrodku salonu. Dlaczego wszyscy jego znajomi mieli tak wygodne kanapy?!
- Wlej mi czegoś mocnego.
Rozkazał, zamykając oczy i odprężając się na moment.
- Och, podać coś jeszcze, Wasza Wysokość Coś Znowu Wlazło Mi Do Dupy I Nie Chce Wyjść?
Jackson westchnął z rezygnacją. Czasami nie wiedział, dlaczego w ogóle zadaje się z Hale' em. Chyba tylko dlatego, żeby nie wygadał nikomu o ich sesji przytulania się. To na pewno jedyny powód.
Na sto procent.
Derek musiał dostrzec coś w jego twarzy, bo kiedy Whittemore otworzył oczy, przed nosem miał szklankę z whisky.
Okej, to drugi powód, dla którego trzymał z brunetem. Zawsze miał w zanadrzu dobrą wódę.
- Gadaj, co cię napadło. Wyglądasz, jakby ktoś roztrzaskał twój samolot.
- Rozmawiałeś dzisiaj z Dannym?
- Nie, czemu?
- Dlaczego wszyscy porównują mój humor do utraty MXS-R?
Derek nie odpowiedział, zrobił jedynie minę „To Oczywiste Jak To, Że Jesteś Idiotą", ale blondyn nie zareagował na zaczepkę i obelgę, jakby zrobił to w każdym innym momencie swojego życia. Jedynie patrzył długo na przyjaciela, żeby w końcu odwrócić wzrok i usiąść, wciskając się głęboko w miękkie poduchy.
- Stary, co jest?
Pierwszy raz od dawna Jackson dosłyszał się w głosie Dereka TROSKI i zaniepokojenia, a skoro już do tego doszło… Cholera. Musiało być z nim naprawdę źle.
- Nie dostałem listu z Hogwartu. ZNOWU.
- Zachowujesz się jak dupek. ZNOWU. Czyli coś ze Stilesem - facet westchnął ciężko. - Co zrobiłeś?
- Dlaczego wszyscy z góry zakładają, że to ja coś zrobiłem?!
- Bo ty zawsze robisz coś głupiego, jeśli chodzi o twojego byłego. A może mam ci przypomnieć, jak jeszcze w Londynie zacząłeś do niego wydzwaniać i udawać angielski akcent, kiedy odbierał, żeby tylko nie poznał cię po głosie? Albo jak wysłałeś… Matta…? żeby dowiedział się, czy Stiles kogoś ma? Albo…
- Dobra, dobra. Zrozumiałem, geez. Dajcie mi wszyscy święty spokój.
Jęknął, szybko zajmując swoje usta alkoholem. Czy naprawdę był aż takim idiotą? Czy naprawdę… był… zakocha…
- Jeśli jeszcze raz sobie pomyślisz, że go nie kochasz, kopnę cię w jaja.
Jackson prawie zakrztusił się whisky.
- Ludzie, czytacie w myślach, czy co?!
- Nie. Po prostu jesteś tak oczywisty, że bardziej już być nie można. Dziwię się tylko, że Stiles tego nie zauważył. Najwyraźniej jest takim samym idiotą, jak ty.
Blondynowi odruchowo zacisnęła się dłoń w pięść.
- Co, bronimy honoru swojego chłopaka?
Sarknął Derek, układając usta w podły uśmieszek.
- Nienawidzę cię.
Wycedził Jackson, na co Hale prychnął.
- Gdyby tak było, nie przylazłbyś do mnie z podkulonym ogonem. A teraz gadaj. Chcę znać każdy szczegół, żeby móc cię później torturować, kiedy wszystko skończy się happy endem.
Gdyby Derek był dobrym człowiekiem, nie skomentowałby ani słowem opowieści Jacksona. Naprawdę, gdyby należało mu się w przyszłości niebo, siedziałby po prostu cicho i dopiero później obraziłby kilkakrotnie Jacksona, tak dla swojej własnej satysfakcji.
Ale Derek Hale nie był dobrym człowiekiem, a już na pewno nie nadawał się do nieba. Cholera, on nie nadawał się do piekła, co dopiero tam, do miejsca w którym rządziły pruderyjne, ułożone aniołki.
Więc kiedy opowiadał, Jackson nasłuchał się różnego typu komentarzy i tylko cudem udało mu się powstrzymać od złamania Hale'owi nosa. Zamachnął się na niego raz, to prawda, ale brunet tylko go wyśmiał, kiedy z refleksem szachisty chwycił jego dłoń i odepchnął z powrotem na kanapę. Właśnie tak trudne życie miał Jackson Whittemore.
- Nienawidzę cię.
Powtórzył po raz milionowy, ale jego przyjaciel tylko wyszczerzył się jak świnia. Którą był.
- Więc… jesteśmy w połowie drogi do sukcesu.
Stwierdził, na co Jackson uniósł obie brwi. Wysoko. Prawie zniknęły pod włosami. A to całkiem niezłe osiągnięcie.
- Żartujesz sobie?
- Powiedziałbym „haha", gdybym sobie żartował.
- Serio? Czy wszystko musi zostać obrócone przeciwko mnie? Wszechświat się na mnie uwziął, dając mi takich przyjaciół.
- Awww, Jackson, robisz się słodki, kiedy ktoś wyrzuci cię z mieszkania.
Na ten komentarz blondyn posłał Hale'owi ptaszka. A potem drugiego, lewą ręką. Kopnął go jeszcze w kostkę, tak żeby się wszystko zgadzało.
- Zachowujesz się jak baba, serio. Przestań się mazgaić i zmężniej w końcu.
W mieszkaniu rozległ się dźwięk zgrzytania zębami.
- Nie denerwuj się, kotku, bo ci się zmarszczki porobią. Dlaczego nie możesz zebrać swoich jaj, jeśli oczywiście wciąż je masz, pójść do niego z kwiatami, czekoladkami, czymkolwiek, co tam sobie lubi i po prostu powiedzieć mu prawdy? No wiesz, wyznałbyś mu miłość, zadeklarował, że jest czysta i wieczna, i że będziesz kochał go do końca. Obiecasz piękny domek z ogródkiem i to, że obaj zestarzejcie się razem, et cetera, et cetera.
- Ty naprawdę jesteś idiotą.
Skomentował Jackson.
- Nie, tak serio, jesteś debilem. Widzisz mnie, jak robię coś takiego? MNIE?
Derek wzruszył ramionami.
- A co, boisz się, że już nie jesteś w jego typie?
- Jestem w typie każdego. I to nie o to chodzi! Po prostu… serio, Derek, serio?
- Skończ z tym swoim bitch face'm, dobrze ci radzę. Po prostu… pójdź do niego i porozmawiaj jak człowiek. Co może być w twoim przypadku trudne, skoro bardziej przypominasz wielką obślizgłą jaszczurkę, niż homo sapiens.
Jackson nie żałował swoich kluczyków od samochodu, kiedy te trafiły Dereka prosto w głowę. Jego mina i krzyk były warte wszystkiego.
