Rozdział drugi.

To dopiero początek.

Gdyby kolor oczu zmieniał się wraz z naszym nastrojem z pewnością tęczówki Draco Malfoy'a były by teraz koloru krwisto czerwonego. Niestety - a może stety - mimo, że oczy Ślizgona były tak samo szare, jak zwykły być każdego dnia, wyraźnie można było dostrzec w nich żądzę mordu. Mięśnie twarzy napinał raz, po raz, nerwowo skacząc i uwydatniając kształtne kości policzkowe.

Nie trudno było domyśleć się, o czym knuł przywiązany do krzesła Draco Malfoy: Oczywiście o zemście.

Planów było wiele. Zainspirowany licznymi filmami sadystyczno masochistycznymi, młody Ślizgon, zaczął snuć w swojej pokrzywdzonej podświadomości krwawe scenariusze. W roli swoich ofiar obsadził – rzecz jasna – wstrętnych, dzikich, niedorozwiniętych umysłowo, Gryfonów.

On, jako pan i władca (w gruncie rzeczy przecież nim był) ukarze plebs za swoje zuchwalstwo i zniewagę jego majestatycznej osoby. Mówiąc prościej: zrobi im tutaj Hogwarcką Masakrę Piłą Mechaniczną.

Tymczasem, wracając do smutnej i jakże okrutnej dla Draco rzeczywistości, nasz arystokrata był teraz bezbronnym aniołkiem w szponach bezlitosnych Gryfonów. Chociaż nazywanie go aniołkiem to efekt zbyt wybujałej wyobraźni autorki.

– Tylko proszę cię, Malfoy - odezwał się niepewnie Harry Potter, stojący tuż obok niego. – Nie daj się ponieść ee - zrobił krótką przerwę szukając odpowiedniego słowa - nerwom- dokończył.

Stanął za unicestwionym i ciągłym ruchem zbliżał swoją dłoń do materiału zawiązanego wokoło jego głowy. Jeszcze sekunda i Draco Malfoy będzie wolny. Jeszcze sekunda i Draco Malfoy zacznie pluć w ich durne twarz kwasem siarkowym. Jeszcze sekunda...

– Czekaj! – Krzyknął zdezorientowany Ronald Weasley nerwowo wymachując w powietrzu różdżką. – To chyba nie jest dobry pomysł Harry.

Chłopiec. Który. Przeżył. Aby. Uwolnić. Draco. Malfoy'a zawahał się z zastygniętą dłonią w powietrzu. Spojrzał poirytowany na swojego przyjaciela mając wciąż sen na powiekach.

– A masz jakiś lepszy? - zapytał wyczekująco. – Po jaką cholerę, wy go tu sprowadzaliście?!

Ronald i "inni" spojrzeli na Harry'ego z wyrzutem. Może i uprowadzenie Malfoy'a nie było najlepszym pomysłem, zgódźmy się, za to jedynym, na jaki wpadli. Dlatego – ani Ron – ani też reszta Gryfonów – nie miała specjalnie dużych wyrzutów sumienia z tego powodu.

Zresztą, byli pewni, że Malfoy ma coś wspólnego z zagięciem Hermiony. Szkoda tylko, że Harry Potter w pełni nie podzielał ich zdania.

Sprawy w swoje ręce postanowiła wziąć Ginewra Weasley, która pochyliła się nad nieszczęsnym Malfoy'em i ze wzrokiem "czającej się do ataku modliszki", warknęła mu do ucha.

– Radze ci Malfoy, lepiej nic głupiego nie kombinuj – niezaprzeczalnie dla Draco był to głos bardziej jadowity niż trucizna żmij. A z wieloma żmijami miał w życiu do czynienia. – Bo możesz tu tak jeszcze dłuuuugo sobie posiedzieć.

A mówią, że to Ślizgoni są najgorsi - pomyślał Malfoy, przyglądając się sztywno stojącej Ginny, która rytmicznie stukała różdżką w otwartą dłoń.

– Dobra, Harry. Rozwiąż mu usta - rozkazała spokojnie, posyłając znaczące spojrzenie w stronę wściekłego Draco.

To też Harry przełknął głośno ślinę i posłusznie rozplątał supełek materiału, który delikatnie zsunął się na ramiona Ślizgona.

Draco miał zamknięte oczy, tylko od czasu, do czasu, drgała mu powieka, zaś usta zaciśnięte miał tak mocno, że po chwili przybrały kolor bieli.

W Pokoju Wspólnym Gryfonów nastała nienaturalna cisza, w której słychać było jedynie ciężki oddech Nevilla.

– Widzicie? - Zaczął Harry spoglądając na wszystkich z osobna z przesadzonym entuzjazmem - Malfoy może być spoko... – Niestety niedane było mu dokończyć.

Usta Draco Malfoy'a przemówiły.

– Ubije! - nie był to krzyk, trudno było nazwać to głosem. Przypominał ryk demona, który wdarł się w ciało nastolatka. – Ubije, jak psa!

I stało się. W oczach Draco Malfoy'a zapłonęły dwa małe płomyki, z nosa wydobyła się buchająca para a z ust pasma żarzących się płomieni. Ciało Ślizgona pokryło się szklistymi łuskami, zaś jego niegdyś blond włosy, teraz wybiły się ku górze falując czerwonymi iskierkami. Z potężnych pleców wyrosły wielkie skrzydła, pokryte czarnymi łuskami i licznymi pulsującymi żyłkami. Był to – zaiste – przerażający widok dla Nevilla, który dostał ciężkich zawrotów głowy doprowadzających do omdlenia. Gryfon od dawna miewał problemy ze swoją wybujałą wyobraźnią, teraz przekroczyła wszelki normy. Ciało Nevilla bezwładnie opadło na podłogę zastygając w bezruchu.

Tymczasem, w rzeczywistości Draco wyglądał zupełnie tak samo, jaki kilka minut wcześniej, z tym wyjątkiem, że stał się bardziej rozmowny. Zaczął gwałtownie wiercić się na krześle nie oszczędzając miłych słów kierowanych do swoich oprawców. Wszyscy zamilkli z przerażenia.
Ginny ze stoickim spokojem otworzyła swoje przymknięte powieki i wycelowała różdżką w uprowadzonego.

– Sillencio - krzyknęła, a w pokoju Gryfonów nastała ponownie cisza. Rudowłosa wytrzeszczyła oczy na blondyna, wykrzywiając usta w diabelskim uśmiechu.

– Malfoy, Malfoy, Malfoy - mlasnęła kręcąc kurtuazyjnie głową i machając mu palcem wskazującym przed twarzą. - Nie wiem, czego nie zrozumiałeś w sformowaniu "lepiej nic głupiego nie kombinuj", ale jak nie chcesz po dobroci, to inaczej ci to wytłumaczę. – Założyła dłonie na piersi i zaczęła chodzić po pokoju z dumnie podniesioną głową.

Harry zastygł w bezruchu, czując mrowienie w stopie. To była dla niego dość niekomfortowa sytuacja, bo naprawdę miał wielką ochotę podrapać się po łydce, jednak nie śmiał psuć mrocznego klimatu, jaki stworzyła aura Ginny.

Semaus Finnigan pochylał się nad leżącym Neville'm i machał mu przed twarzą podręcznikiem od Transmutacji. Ronald patrzył, to na swoją siostrę, to na Malfoy'a, z napięciem wyczekując, co się stanie. Poczuł ogarniającą go dumę. Miał szczerą nadzieję, że Ginny wbije temu bubkowi różdżkę w oko.

Ginewra dopiero po minucie odtworzyła usta.

– Radzę Ci współpracować z nami i grzecznie odpowiadać na pytania, bo w innym przypadku potraktuję cię paroma nieprzyjemnymi klątwami, po których nie poznasz siebie w lustrze. – Stanęła w miejscu pokazując mu swój olśniewający uśmiech. – A tego chyba nie chcesz, prawda?

Draco Malfoy nawet bardzo tego nie chciał. Już raz został poczęstowany klątwą od jednej z jego ulubionych Gryfonek i nie chciał powtórki. Do tej pory miał wstręt do błękitnego koloru.

Potraktował Ginny swoim zimnym spojrzeniem, czując jak krew gotuje mu się w żyłach. Ta mała, jadowita lisica, mści się na nim w bardzo podstępny sposób. Owszem, wycierpi dużo, ale nie pozwoli, aby ktoś uszkodził jego idealną twarz. W końcu to jego najlepsza wizytówka.

– Prawda? - Powtórzyła, a blondyn zmusił się do przytaknięcia głową. Czuł jakby niewidzialna ręka zmusiła go do tego gestu.

– Wyśmienicie! Skoro już wszystko sobie wytłumaczyliśmy, to możemy zacząć przesłuchanie – Ginny zgrabnie zdjęła zaklęcie z Malfoy'a i przysunęła krzesełko naprzeciw niego. Reszta stanęła za nią pochylając niżej głowy.

Draco postanowił zachować spokój chcąc jak najszybciej zostać uwolnionym i wprowadzić w życie swój nikczemny plan zemsty.

– Co wiesz o zaginięciu Hermiony Jean, niejakiej Granger, z domu Gryffindora? – to pytanie mogła zdać tylko jedna osoba, mianowicie: Ronald Weasley. Draco przewrócił oczami, bo nazwisko Granger wywoływało w jego brzuchu ciche torsje.

– Granger wam się zgubiła? – Prychnął, formując usta w uśmiech niemal samego Pennywisea.

– Zła odpowiedź - warknęła Ginny kując go różdżką w żebro. Oczy Draco zabłysnęły stalowymi nożykami schowanymi w tęczówkach.

– Nie wiem nic o tej szla... – urwał robiąc niezadowoloną minę, złym posunięciem byłoby nazywanie Granger szlamą w obecności Weasley'a i innych moczopierdków. – Nie wiem, gdzie jest Granger.

– Nic nie wiesz, mówisz? – Powtórzyła, mrużąc oczy.

– To właśnie mówię, Weasley. I szczerze to guzik mnie obchodzi, co się dzieje z Granger.

– A to ciekawe, panie Malfoy - mlasnęła Ginny, a na jej twarzy pokazał się znowu uśmiech modliszki, tym razem przyczajonej na liściu. - Bo panna Granger widziana była ostatnio na eliksirach, a jak wszyscy wiedzą, pan, panie Malfoy, traktuje ją bardzo szczególnie.

– Szczególnie to jak mogę was potraktować jak będę wolny! - Warknął przez zęby głębokim szeptem, szarpiąc się na krześle.

– Stawiamy się? - Pisnęła wysokim głosem Ginny, uderzając różdżką w jego spiczasty, prosty nos.
Draco zagryzł mocno zęby tak, że mięśnie żuchwy zaczęły mu podskakiwać. Wyglądało jakby miał schowane pod skórą jakieś stworzenia chcące się wydostać na zewnątrz.

– To prawda - syknął zabijając wzrokiem rudowłosą. - Powtarzam wam, że nie wiem, gdzie jest Granger.

– ŁŻE! - Krzyknął Ronald napinając mięśnie i wyglądając jak drugoplanowy aktor dramatu. Podejrzliwie obrzucił wzrokiem wszystkich zebranym, po czym wygłosił swoją interesującą przemowę.

– Pewnie przywiązał ją do...do łóżka i robi z nią różne rzeczy - przełknął głośno ślinę. – Wiecie, TE RZECZY!

Wszyscy zebrani wydali z siebie głos zdumienia. Harry zakrztusił się herbatką karmelową. Ginny dziarsko wyciągnęła dłoń i mocno "klepnęła" go w plecy tak, że Harry upadł na kolana z miną zbitego psa.

Draco w tym momencie potwierdził swoją tezę, co do opóźnionych w rozwoju debili, zwanych potocznie Gryfonami.

– Weasley, radze Ci podłączyć język do mózgu zanim cokolwiek powiesz - zakpił Draco, czując narastającą abominację do tego osobnika.

– Też ci to radze Ronaldzie - westchnęła zmęczona Ginny, po czym z prędkością jaguara, zwróciła głowę w stronę poszkodowanego Draco.

– Tak, czy siak, wytłumacz mi, co robiłeś na korytarzu o tej porze i to na dodatek sam!

Draco ze spokojem obdarzył rudowłosą rozbrajającym uśmiechem, po czym westchnął ze znużenia.

– Czekałem, aż stado kretynów mnie porwie.

– Malfoy - zaczęła ostrzegawczo Ginny grożąc różdżką.

– Szukałem Zabini'ego - odpowiedział, po czym wszystko zaczęło układać się w całość. Przynajmniej, dla Ginny, bo Ronald nadal był święcie przekonany, że znajdą Hermionę w dormitorium Malfoy'a, przywiązaną do jego skażonego łoża.

– Zabini'ego?! - powtórzyła Ginny, po czym skoczyła na równe nogi. - Gdzie go ostatnio widziałeś?

– Na eliksirach. Ej czekaj, chyba nie myślisz, że oni mogliby ...- zawahał się Draco przeczuwając najgorsze.

"Ta szuja Blaise"- pomyślał.

- IDZIEMY! - Krzyknęła Ginny na znak, aby wszyscy wyszli z pokoju.

No prawie wszyscy, bo Neville leżał ciężko dysząc na kanapie powtarzając "te rzeczy", a Draco siedział z nadętą miną, nadal przywiązany do krzesła. Kilka sekund później wbiegł do pokoju zdyszany Harry.

– Wybacz, Malfoy - mruknął, po czym szybko go odwiązał. Draco w końcu wolny zaczął rozmasowywać swoje przeguby.

– Nie myśl, że wam odpuszczę, zginiecie marnie - mruknął zesztywniały od siedzenia bez ruchu. - Po prostu teraz musimy ich znaleźć.

– Masz pierniczka - Harry wystawił w jego stronę paczkę ze słodkościami. Draco machnął ostentacyjnie dłonią strącając paczkę pierniczków z ręki bliznowatego.

– Precz - odwrócił się na pięcie i wyszedł.


Życie towarzyskie Hermiony Granger ograniczało się praktycznie do dwóch osób: Rona i Harry'ego. To z Nimi zaczęła swoją przygodę w Hogwarcie i tak już pozostało. Trójka przyjaciół była do siebie przywiązana w tak dużym stopniu, że z trudem dostrzegali codzienne życie innych uczniów.

Harry, dzięki swojej sławie, przyciągał ludzi równie szybko jak ich od siebie odstraszał.
„Przecież to Harry Potter! Chłopiec Który Przeżył, do niego nie podchodzi się od tak porozmawiać!"

Ron był zbyt wstydliwy, a zarazem impulsywny, aby zawierać nowe znajomości. Szczególnie niekomfortowo czuł się, kiedy dochodziło do konfrontacji z płcią piękną, Gryfon w takich chwilach zwyczajnie zapominał o języku.

Hermiona niewiele różniła się od nich. Nie miała innych przyjaciół. Jedno było pewne, była osobą zabieganą. Zawsze. Na barkach nie tylko spoczywało jej wybijanie z głów durnych, narażających życie pomysłów Rona i Harry'ego, ale także musiała zadbać o swoją – jak i ich – edukację.

Chłopaki? Hermiona Granger zapominała o czymś takim jak szkolna miłość. Zaczynając od tego, – że nie miała pojęcia, – czym ona jest. Po co chodzić za rękę, kiedy można czytać podręcznik do Transmutacji?

Tym sposobem, cała fantastyczna trójka dostała łatkę "zbyt zajętych ratowaniem świata, aby zadawać się ze zwykłymi czarodziejami". Nic mylnego. Jak się okazała cała trójką była lekko aspołeczna i zawieranie kontaktów nie było łatwym zadaniem.

Teraz jednak, ta właśnie zabiegana osóbka, spała smacznie ze swoim największym wrogiem. No prawie największym, bo tym pierwszy był cholerny Malfoy, i gdyby to z nim trafiła do schowka, to z pewnością, któreś z nich skończyłoby w Azkabanie za morderstwo.

– Mionka? - Ziewną Zabini, powoli się rozbudzając.

Hermiona automatycznie otworzyła oczy i spojrzała na niego ze zgrozą.

– Mionka? – Powtórzyła z nutą sarkazmu. Nikt jej tak nie nazywał.

– Wiedz, że po czterech godzinach spędzonych z dziewczyną, zaczynam zdrabniać ich imiona.

Miała powiedzieć coś opryskliwego, jednak zamiast tego, zaczęła rozglądać się na boki.

– Jesteśmy wolni?

Blaise Zabini również zaczął rozglądać się po czym uśmiechnął się z przekąsem.

– O rzeczywiście - spojrzał na dziewczynę dwuznacznie.

Hermiona wstała na równe nogi i spoglądała na niego z przerażeniem. W końcu mogła rozprostować ręce i nogi, nie łatwym zadaniem było leżenie czterech godzin na Ślizgonie.

A jeśli.. jak ona spała... to on... i ona. To całe to rozdziewiczanie... E nie, przecież by coś poczuła? Chyba? Prawda? Prawda. Nie bądź głupia Hermiono!

– Nie martw się, Granger - uspokoił ją Zabini, jakby czytał w jej myślach. - Nadal jesteś dziewicą - sam podniósł się z podłogi rozprostowując ramiona.

Prychnęła pod nosem. Znajdowali się kilka kroków od sali eliksirów. Hermiona poczuła ogarniające ją zmęczenie. Blaise również nie wyglądał najlepiej.

– Miałaś rację - powiedział wciąż leniwie się przeciągając.

– Rację? – powtórzyła, niepewna, co miał na myśli.

– Pokój sam zniknął.

– Ach - burknęła cicho. Stali tak naprzeciwko siebie, zmęczeni, śpiący, a przede wszystkim głodni. – W zwyczaju mam mieć rację.

– Szkoda, że w tym przypadku ja jej nie miałem - mrugnął oczkiem widząc jej zdenerwowanie. – Więc to już koniec - niespodziewanie wystawił dłoń w jej stronę.

– Chyba tak - mruknęła zawstydzona i powoli uścisnęła jego rękę. Blaise schylił się, uniósł delikatnie dłoń i pocałował ją. Hermiona niemal pisnęła z zaskoczenia.

Znalazł się dżentelmen od siedmiu boleści.

Niestety, nie dane było im przeżyć tą rozczulającą chwilę w samotności, bo na pierwszy plan wyszedł tłum rozszalałych Gryfonów z jednym cmentarnym Ślizgonem, który powoli opanowywał technikę mordowania wzrokiem. Wszyscy stanęli w miejscu jak kamienne posągi. Słychać było spadającą paczkę pierniczków z rąk Harry'ego.
Hermiona odepchnęła od siebie Zabini'ego, spoglądając z przerażeniem na swoich przyjaciół.

– To nie tak jak myślicie - powiedzieli w tym samym czasie.

– No ja myślę, że nie tak jak myślimy, Herm- warknął Ronald. - Co robiłaś z tym gnojkiem?! - wskazał palcem na Zabini'ego.

Hermiona chciała coś powiedzieć, naprawdę, ale nie bardzo wiedziała, co. Przecież, nie mogła oznajmić im, że przez ten cały czas leżała na Blaise'u, zamknięta w jakimś tam pomieszczeniu i czuła pod sobą każdy najmniejszy i największy mięsień jego ciała. Spaliliby ją na stosie. Poza tym, ciekawy był fakt, że tego schowka już nie było i trudno potwierdzić, co tak naprawdę robili.

– Lepiej powiedźcie, co tu robi Malfoy?! - Zmieniła szybko temat.

Hermiona i Draco odpychali się wzrokiem, jak dwa oddalające się magnezy. Pozwolili sobie jednak na krótkie telepatyczne powitanie.

Fredka

Szlama

– Uprowadziliśmy go - powiedział beznamiętnym głosem Harry, po czym podszedł przytulić swoją przyjaciółkę.

– Co zrobiliście? - Krzyknął zaszokowany Zabini.

– Dobrze słyszysz, nikczemniku! - Do gry wkroczył najbardziej pokrzywdzony – Ty sobie romansowałeś z Granger, a ja musiałem znosić tych kretynów!

– Ty tu jesteś kretynem, kretynie! - warknął Ronald.

– Sam widzisz - mruknął Draco.

I te kłótnie trwały by zapewne kolejną dekadę, gdyby nie pewna wykwalifikowana osoba, która śmiała tę farsę przerwać. Powietrze zrobiło się chłodne, a Ron dostrzegł nawet przymrozek obrastający podłogę i ramy chichoczących obrazów.

– Snape - wymamrotał Harry tępo wpatrując się w nauczyciela, po czym namiętnie ugryzł kawałek pierniczka, czując w kościach nadchodzące problemy. A i było, czym się martwić. Otóż, obecność Snape'a nigdy nie zwiastowała nic dobrego. Co gorsza, przynosiła same problemy. Zwłaszcza dla Gryfonów.

– Cóż za bystre spostrzeżenie, Potter - zakpił mistrz Eliksirów obrzucając każdego morderczym spojrzeniem. – Minus 10 punktów za ponadprzeciętną inteligencję Potter'a - dodał chwilę później, zaszczycając Harry'ego spojrzeniem pełnym szczerej pogardy.

Hermiona poczuła ukłucie w żołądku. Nie potrafiła stwierdzić, czy spowodowane jest to obecnością Snape'a, czy może wynikało to z głodu. Z ukosa spojrzała na Zabini'ego. Ślizgon miał nietęga minę, wzrok trochę mętny i wydawał się być zaskoczony przebiegiem akcji.

– Może ktoś - zaczął Książę Śliskiej Fryzury - byłby tak łaskawy wyjaśnić mi, co tu się wyczynia? Jest pieprzona noc!

Jak można było się spodziewać odpowiedziała mu cisza. Gryfoni, jako, że są ludźmi honoru zacisnęli mocno zęby i wywalili oczy ku górze.

– Widzę, że nie ma chętnych - skwitował krótko i z szybkością pantery odwrócił się w stronę blondyna. - Draco?

Malfoy, który jako jedyny wydawał się być w pełni opanowany, stał kilka kroków od grupki Gryfonów i z uśmiechem mordercy psychopaty, zaczął zbliżać się do profesora tanecznym krokiem.

No to jesteśmy w dupie - jęknęła w duszy Ginny zaciskając mocno swoje małe dłonie w pięści.

W pełni przekonana, że Malfoy zaraz zacznie opowiadać każdy szczegół swojego "rzekomego uprowadzenia"– cicho westchnęła – czując nadchodzącą klęskę. Najpierw minus 100 punktów (jak nie wydalenie), później niekończący się szlaban, no i oczywiście przyznanie się do błędu. A to było najgorsze.

Jak wynikło, Draco rzeczywiście nie miał nic wspólnego z zagięciem Hermiony (chyba) i tylko ich głupota podkusiła do tego by porwać Malfoy'a i oskarżać go o coś, o czym nie miał zielonego pojęcia. Zrobiło jej się wstyd, trochę żałowała, że potraktowała blondyna tak szorstko i ostro. Nie wiedziała, co chciała przez to osiągnąć. Pokazać, że jest dla niej nikim? Że ją nie zranił?

– Z miłą chęcią - powiedział melodyjnym tonem i wbił triumfalny wzrok w Ginny.

– Mamy pewien problem - zaczął nadal trzymając Gryfonów w napięciu. Wyprostował się ukazując swoją nienaganną posturę i westchnął. – Otóż nasz szkolny Geniusz Umysłu - zaśmiał się szyderczo wyciągając przy tym ręce z kieszeni. - Dla niewtajemniczonych, Potter - niemal wypluł jego imię. – W akcje namiętności i prawdopodobnie niezaspokojenia seksualnego, bądź emocjonalnych zaburzeń na tle erotycznym, - tu urwał robiąc bardzo poważną minę - nie chcę wnikać, rzucił się na moją, jakże skromną, ale i niewyobrażalnie przystojną, osóbkę. W zamiarach nieczystych i lubieżnych.

– Raczysz kpić, Draco? - przerwał mu zbulwersowany profesor łypiąc z boku na czerwonego Harry'ego.

– Ależ bym nie śmiał! - zaprotestował młody Ślizgon wyciągając dłonie w akcie obronnym. - Proszę słuchać dalej, bo tu robi się ciekawiej. No i tenże zuchwały osobnik, zaczął rozpinać mi...

– KONIEC - krzyknął Królewicz Idealnego Poślizgu i warknął - dość, wynocha mi stąd. Precz, nic nie warte, bezmózgie kreatury! - odwrócił się na pięcie, a chwilę później pofrunęła za nim jego mroczna, czarna, przerażająca a nawet mrożąca krew w żyłach peleryna. Wszyscy wydali z siebie ciche wooow będąc pod wrażeniem tego niesamowitego wydarzenia. – Odejmuje każdemu po 10 punktów! Rozejść się. - i zniknął w ciemności równie szybko, jak się z niej wyłonił.

Grupka Gryfonów niemo wpatrywała się w blondyna, który właśnie ogarniał kosmyk włosów z czoła. Wyglądał po prostu „ cool" – stwierdziły wszystkie dziewczyny. Ron, jako jedyny wiedząc, że kryje się za tym spisek, stwierdził, iż Malfoy nie wygadał się tylko dlatego, że sam szykuje coś równie obrzydliwego jak Snape.

Harry wydawał się być mało zainteresowany tą cała sytuacją, dlatego nie zaprzątał sobie głowy zbędnymi myślami. Został oskarżony o napaść seksualną na Malfoy'a. Żadna nowość, Draco oskarżał go o to kilka razy dziennie.

Tylko Ginny poczuła uścisk w gardle, a jej oddech stał się chaotyczny. Czy Draco, właśnie uchronił ich przed gniewem Snape'a? Jakie ma w tym intencje? Poczuła zmęczenie i żal do samej siebie. Może niepotrzebnie kuła go w ten nos.

– Mionka, do jutrzejszych igraszek! - zaśpiewał Zabini mrugając zawadiacko do niej okiem.

Hermiona postukała się palcem w czoło, po czym zbulwersowana, zła, głodna, zmęczona i przede wszystkim nieprzygotowana na jutrzejsze lekcje, ruszyła w stronę grupki rozgadanych Gryfonów. Zanim ktokolwiek zaczął zadawać jej pytania, Hermiona mruknęła pod nosem, żeby wcześniej wrócić do pokoju to im wszystko opowie. Co w jej zamiarach tłumaczyło się szybkim prysznicem i schowaniem się pod pościelą. Prawda jest taka, że ustalili razem z Zabini'm wspólną wersję wydarzeń, ale naprawdę nie miała teraz ochoty przed nikim się tłumaczyć.

– M - Mionka? - powtórzył z obłędem w oczach Malfoy.

Zanim Zabini cokolwiek mu odpowiedział, spojrzał na niego znacząco kiwając głową w przód. Draco ze zmieszaną miną odwrócił się i zobaczył przed sobą Ginny, która wyglądała jak siedem nieszczęść. Spojrzał jej prosto w oczy, z obojętnym wyrazem twarzy i z lekkim triumfem świecącym w oczach. Zawsze tak na nią patrzył. Ginny tak bardzo pragnęła, aby uwolnił jakikolwiek uczucie, pokazał, że jest wściekły, niż jeżeli traktował ją jak powietrze.

– Draco, ja - zaczęła zatopiona w jego zimnym spojrzeniu, poczuła rozdzierające się stare rany, które miały ze sobą tyle bolesnych wspomnień. - Ja przepra

– Wracaj do pokoju - przerwał chłodnym tonem, perfidnie odwracając się do niej plecami.

Ginny poczuła jakby dostała w policzek, albo co najmniej ktoś napluł jej w twarz. Oczy zalały się gorzkimi łzami sprawiając, że obraz zaczął powoli się rozmazywać. Zacisnęła mocno zęby. Chciała coś powiedzieć. Wykrzyczeć mu do ucha, jakim jest draniem, ale nie dała rady. Odwróciła się i szybko pobiegła w stronę Wspólnego Pokoju, starając się powstrzymać potok łez.

– Jak zawsze, milusi i słodziusi - mlasnął Zabini. – Jak cię nie kochać - poklepał go po ramieniu.


Hermiona rzuciła się na kanapę, czując przeszywający ból każdego centymetra swojego ciała. Syknęła pod nosem rozmasowując delikatnie skronie. Harry wykradł z kuchni kilka ciasteczek cynamonowych, dlatego Granger na ich zapach zareagowała, jak rekin ludojad. Ron wręczył jej kubeczek z ciepłą herbatą, czekając z niecierpliwością na wytłumaczenia przyjaciółki.

– To prawda, że uprowadziliście Malfoy'a? - Zapytała trochę z niedowierzaniem, upijając łyk ciepłego napoju. Mając mętny wzrok dostrzegła przygarbioną sylwetkę Ginny, która na chwilę zatrzymała się w miejscu, po czym ruszyła w stronę dormitoriom dziewczyn. Wzruszyła ramionami i spojrzała na swoich przyjaciół.

– No prawda - mruknął Ron widząc, jak Hermiona nabiera głośno powietrza do płuc. - Ale Hermi tylko się nie denerwuj, my to zrobiliśmy dla twojego dobra - dodał szybko.

Harry przesłał mu minę "A nie mówiłem", po czym wyrzekł się jakiejkolwiek współpracy podczas tego porwania. Gryfonka miała wygłosić im długą litanię na temat uprowadzania i łamania wszelkich zakazów zagrażających ich dalszej edukacji w Hogwarcie, ale zamiast tego, przeciągnęła się leniwie na kanapie i ziewnęła. W końcu to Malfoy, dobrze mu tak.

– Co robiłaś z Zabini'm? - Wiedziała, że wcześniej czy później to pytanie padnie i będzie się trzeba z nim należycie uporać.

– W sumie, to nic - mruknęła cicho machając dłonią do Harry'ego, aby ten podał jej kolejne ciasteczko.

W pewnej chwili, miała nawet ochotę powiedzieć im prawdę, w końcu nigdy nie miała przed swoimi przyjaciółmi żadnych tajemnic. Jednak szybko tę myśl odrzuciła. Nie miała siły słuchać krzyków Rona, jaka to z niej zepsuta przyjaciółka, która nosi się z wrogiem po korytarzach(, co nie było z jej winy).

– Nic?! - uniósł się Ron podnosząc godnie swe cztery litery. – Chcesz mi powiedzieć, że przez tyle czasu robiliście... nic? Chyba nie myślisz, że w to uwierzymy!

Dziewczyna ze spokojem przeżuła ciastko, po czym powoli upiła łyk ciepłej herbaty. Chrząknęła pod nosem i obrzuciła Ronalda spokojnym spojrzeniem.

– Ale to prawda, McGonagall wlepiła nam szlaban za "zaburzanie porządku na korytarzach". - Starała się mówić przekonująco. - Myślisz, że chciałam siedzieć z ... z tym... wstrętnym... Ślizgonem, tyle czasu? - i chociaż nie uważała Zabini'ego za aż takiego "wstrętnego Ślizgona", to musiała użyć dobitnych wyrazów, aby Ron zakodował wszystko prawidłowo.

– Znowu Cię przezywał?! - pokręcił głową, podnosząc zaciśniętą pięść na wysokość swojej czerwonej twarzy. – Jak spotkam tego gnojka...

– Oj Ron, wiesz, że to nic nie zmieni – przerwała, starając się zachować obojętność. - Zresztą, to była nasza pierwsza sprzeczka w tym roku. Za którą, mnie przeprosił. Nie rób z igły widły - rzeczywiście w tym roku nie miała okazji posprzeczać się z jakimkolwiek Ślizgonem. Nawet Malfoy wydawał się być nieobecny i jakoś mniej się kwapił do wyznawania jej swojej niezmiernej miłości, niż jeżeli robił to w ubiegłych latach.

- Idę się wykąpać i spanko - wstała rozmasowując kark. - Do jutra kochani, dziękuje że tak się o mnie martwiliście - poklepała Harry'ego i Rona po ramieniu chwilę później ulatniając się z pokoju.

Obaj delikwenci siedzieli przy kominku i intensywnie o czymś myśleli. No przynajmniej Ron myślał o czymś bardziej ambitnym, niż jeżeli Harry.

– Nie uważasz, że to podejrzane - stwierdził Ronald Weasley ssąc kciuk. Noga nerwowo mu podskakiwała.

– Co masz naaaaa myśli? - Ziewnął Harry wpatrując się w martwy punkt na ścianie.

– A to - zaczął mrużąc oczy - że uknuty jest spisek. I pewien jestem, że Malfoy maczał w tym swoje wstrętne paluchy!

Harry świadomy był, że każdy Gryfon, a szczególnie jego przyjaciel, jest wyczulony na Malfoy'a w najdrobniejszy możliwy sposób, dlatego nawet nie próbował wdrążać się w głębszą dyskusję.

– Czy ja wiem - zaczął znudzonym tonem. - Sam widziałeś, że Malfoy o niczym nie wiedział.

– Wiedział, nie wiedział - pisnął Ron. – Jest Malfoy, są kłopoty.

I z tym stwierdzeniem Harry niestety musiał się zgodzić.

– Robisz widły z igły - zbagatelizował otwierając Proroka Codziennego.

– Jestem pewien prawie w stu procentach- mruknął bardziej mrużąc swoje oczy – że źle to powiedziałeś...


Slytherin.

– Gatki Snape'a - wypowiedział hasło Zabini i razem z Draco weszli do Pokoju Wspólnego, gdzie po zrobieniu kilka kroków stanęli w miejscu z wywalonymi oczami.

Millicenta, która siedziała naprzeciw Malcolma Buddock'a, uśmiechnęła się do niego zawadiacko, po czym oboje z szybkością światła zaczęli wypróżniać kieliszki znajdujące się na stole. Obok nich stał Crabbe trzymając w ustach niebieski gwizdek i bacznie obserwując ten wyścig alkoholowy ( sam znajdował się w stanie nieokreślonym).

Panna Greengrass stała za barkiem i energicznie polewała szoty do kieliszków, od czasu, do czasu, żonglując drinkami. Jej młodsza siostra, której twarz było lekko zarumieniona ( prawdopodobnie spowodowane było to wcześniejszymi zalotami pewnego chłopca) siedziała razem z Tracey Davis i nieustanie o czymś chichotały. Punktem kulminacyjnym byli rzecz jasna Pansy i Goyle, którzy mianowali się gospodarzami całej imprezy. Goyle rzucał swoimi "śmiesznymi" dowcipami odruchowo poprawiając sobie profesorskie okularki. Zaś Ślizgonka miała zawieszony na ubraniu biały koronkowy fartuszek, a w prawej ręce trzymała tacę z drinkami i kieliszkami. Na widok Draco i Zabini'ego ruszyła w ich stronę chwiejnym krokiem.

– Ludu, mój ludu - pisnęła będąc obok nich. – A kogóż to do nas przywiało! Jaśnie paniczów! Zapraszamy śmiało, uczta syta! A i dziewuchy dorodne do wydania mamy! - Wyrecytowała śpiewająco, podając drinka Zabini'emu i kieliszek z wódką dla Draco.

Blaise podniósł ręce ku górze i w duchu dziękował siłą najwyższym za Slytherin i Parkinson.

– Moja kochana, słodziutka - zaczął miękkim głosem Blaise całując dłoń Pansy – Zawsze pomyśli o biednym, spragnionym Zabini'm. – Dziewczyna wybuchła donośnym śmiechem upijając swojego drinka.

Draco z tym samym obłędem w oczach, co poprzednio, jednym łykiem wypił kieliszek z wódką ni krzty się nie krzywiąc, po czym mechanicznym ruchem robota mściciela, skierował się do swojego pokoju. No humor to miał paskudny. Zostać prowadzonym przez bandę Cieciofonów to jedno, a drugie to widok Granger i Blaise'a.

– A cóż to się stało, że naszego Malfoy'a tak pogniewało? - zadumała Pansy śledząc wzrokiem blondyna.

Blaise machnął ręką i skwitował: - Zły dzień Pansy. Zły dzień dla Ślizgonów.

Chociaż Draco Malfoy rzadko odmawiał libacji alkoholowych, tym razem postanowił sobie odpuścić. Czuł nawet na sobie wzrok Astorii, ale kiedy obrzucił ją swoim spojrzeniem ( zapewne nie świadomy, że ma obłęd psychopaty w oczach), dziewczyna szybko się speszyła zagadując Tracey.

"A to ciekawe" pomyślał w duchu, po czym wyciągnął dłoń w stronę drzwi do swojego luksusowego, prywatnego dormitorium, mając w zamiarach opracowywanie planu zemsty na Gryfonach. Niestety niedane było mu wejść gdyż rozległ się krzyk Pansy.

– Stać mi tu proszę! - wepchnęła tacę Zabini'emu, po czym zamknęła oczy opuszczając głowę w dół, a prawą dłoń wyciągając w przód. Ta poza była, co najmniej intrygująca.

– Goyle, pogłośnij - rozkazała, a na twarzy pokazał jej się tajemniczy uśmieszek. - Zapewne drogi Draco'nie niedane ci było usłyszeć najnowszy hit muzyczny tego roku!

Draco nie był w stanie nic odpowiedzieć. Odwrócił się w jej stronę z miną człowieka obdartego ze skóry. Człowieka, na którego twarzy wypisana jest zemsta i chęć mordu. I chociaż blondyn świadomy był, że Pansy pod wpływem alkoholu zaczyna mówić językiem gwarowym i co najmniej niepokojącym, tym razem zaskoczyła go dobitnie. Rozległa się muzyka ( od autora: coś w stylu naszego disco polo) i zaczęła ruszać rytmicznie nogą.

- O niee, moja kochanaaa – zaczęła śpiewać pokazując na twarzy swój ból istnienia. Wszyscy zwrócili się w jej stronę, a nawet barmanka napiła się z podniecenia szota. - Dziewczynooo, dziewczynooo, to już koniec, nie kocham cię, musisz wiedzieć, że moją miłością nową jest... BAZYLISZEK O IMIENIU JACK! - Wszyscy wstali i śpiewali razem z Pansy. Millicenta zaczęła robić piruety z Malcolmem, a Goyle zaprezentował swój nowoczesny taniec brzucha.

- Nanana zakochałem się nanana w Bazyliszku o imieniu JACK! W Bazyliszku o imieniu Jack nanana w Bazyliszku o imieniu JACK nanana NA Na!

Draco z niebywałą szybkością zabarykadował się za drzwiami swojego dormitorium i ciężko dysząc, oparł się o drzwi. Miał dość niespodzianek na dzisiejszy dzień, którego zakończenie było bardzo ciekawe. Rzucił się na łóżko, słysząc jeszcze śpiew rozwydrzonych Ślizgonów " w Bazyliszku o imieniu Jack". Gwałtownym ruchem przykrył głowę poduszką i zamknął swoje zmęczone powieki. Mimo, że rzucił zaklęcie wyciszające na pokój, udało mu się zasnąć dopiero nad ranem.