II
Przesłuchania były beznadziejne. Zespoły naprawdę złe, ich gra i muzyka wołały o pomstę do nieba. Tommy wrócił do parku już przed czternastą, więc do wieczora zarobił nieco więcej niż dotychczas. Do kawy mógłby dokupić dziś nawet dwa pączki. Albo papierosy. Rany, tak dawno nie palił. Przeszło mu przez myśl, że może przymusowo rzucił przez przypadek palenie?
Zmienił repertuar na The Rat Pack. Może to też zaważyło na kilku dolarach w futerale więcej?
Grał kolejne utwory, myślami będąc jednak przy swoim wczorajszym osobliwym widzu. Nie sądził, że w wiecznie pędzącym mieście znajdzie się ktoś, kto na chwilę zwolni, posłucha jego muzyki, spędzi z nim wieczór przy kawie. Żałował, że codziennie w każdym miejscu Nowego Jorku przewija się tylu ludzi, że najprawdopodobniej nigdy więcej już go nie spotka.
Jednak wczorajsze spotkanie dawało mu nadzieję, że jeszcze spotka tu kogoś, kto żyje tym samym rytmem co on.
Chwilę po jedenastej w alejce znów zrobiło się pusto. Ostatni widzowie rozeszli się do domów, zostali tylko stali rezydenci Central Parku. Tommy usiadł na ławce i sięgnął do futerału, aby przeliczyć zarobione pieniądze. Dziś wystarczy mu na naprawdę niezłego hot-doga u meksykańskiego sprzedawcy przy wschodnim wejściu do parku.
Nie czuł się śpiący mimo, że poprzedniej nocy nie odpoczął przecież nawet przez chwilę. Usiadł więc wygodnie i dalej grał – tym razem dla siebie samego – swoje ulubione utwory.
W myślach dośpiewywał kolejne wersy, których muzyka płynęła przez jego palce.
I want to wake up, in a city that never sleeps
And find I'm king of the hill, top of the heap…
- Right through the very heart of it, New York, New York.. – usłyszał nad sobą znajomy, łagodny głos. Spojrzał w górę z zaskoczeniem, bo nie spodziewał się zupełnie, że go w ogóle ponownie usłyszy. – Nie posądzałbym cię o Sinatrę, Tommy.
- Nowy Jork w końcu zobowiązuje. – odpowiedział Tommy z uśmiechem.
Adam usiadł przy nim na ławce. Nosił dziś szary, wełniany płaszcz i obcisłe spodnie w jakiś zwierzęcy wzór. W dłoniach trzymał dwie kawy na wynos. Oczy znów miał pomalowane ciemnym eyelinerem i ozdobione złotym i turkusowym brokatem. Najwidoczniej zauważył badawczy wzrok Tommy'ego, bo zaśmiał się i przetarł dłońmi policzki, na które osypały się świecące drobinki.
- Miałem dziś spektakl. Kończymy późno i z reguły nie chce mi się już potem w garderobie zmywać makijażu. Ach, zapomniałbym! – Wyciągnął kubek z gorącym napojem w jego stronę. – To dla ciebie.
Tommy z wdzięcznością odebrał z jego rąk kawę i wziął dużego łyka, czując jak rozgrzewa go od środka. – Dzięki.
Brunet uśmiechnął się w odpowiedzi. Kawę wypili w milczeniu, które tym razem nie było ani trochę tak krępujące jak chwile ciszy między nimi poprzedniego wieczoru. Dziś czuli się już lepiej w swoim towarzystwie, o wiele bardziej komfortowo. Tommy pomyślał, że mógłby się z nim zaprzyjaźnić.
Tym razem opowiedział Adamowi o rodzinie, którą zostawił w Burbank. Jakim był szczęśliwym, ukochanym dzieckiem, najmłodszym z trójki, który w wieku dwudziestu dwóch lat zapragnął zacząć życie na własny rachunek, wyjeżdżając do Nowego Jorku, aby zarabiać na tym, co umie i co kocha. Na muzyce.
Okazało się, że Adam z podobnego powodu przeprowadził się tu z New Jersey. Spełnił marzenia o byciu gwiazdą Broadwayu, dla osiągnięcia tego celu rzucając nawet college przy wsparciu i aprobacie rodziców. To było siedem lat temu, więc Adam starał się pocieszyć Tommy'ego, że prędzej czy później on też dopnie swego.
Rozmawiając, trochę podśpiewując i żartując, siedzieli tak do rana. Kiedy wzeszło słońce, a w Central Parku pojawili się pierwsi przechodnie, Adam podniósł się z ławki tak energicznie, jakby dopiero co wstał po dobrym, ośmiogodzinnym śnie.
- Wstawaj, Tommy! Zaśpiewajmy im coś wesołego na dobry początek dnia.
Tommy zagrał pierwsze nuty All you need is love. Każdy to zna, więc był pewien, że Adam sobie poradzi.
I tak właśnie było.
Adam zaśpiewał fenomenalnie; zarówno pod względem technicznym, jak i biorąc pod uwagę reakcje nowojorczyków. Śpiewał z uśmiechem na twarzy mimo wczesnej pory, uprzejmie kłaniał się kobietom, tańczył z prowadzonymi do pobliskiego przedszkola dziećmi. A widzowie umieli to docenić. W kilka minut takiego występu zarobił więcej niż przez cały ostatni tydzień.
Kiedy wybrzmiały ostatnie nuty utworu, Adam ukłonił się nisko, zbierając niemal takie same brawa, jakie w wyobrażeniu Tommy'ego zbierał co wieczór w teatrze. Również w jego własnej opinii całkowicie zasłużone.
Adam odwrócił się i skłonił także jemu. Tommy roześmiał się i nagrodził go głośnymi oklaskami.
Widzowie rozeszli się, wracając do swoich spraw. Brunet spojrzał na zegarek. – Muszę uciekać. Znów mam dziś poranną próbę. – Ruszył wzdłuż alejki ku południowemu wyjściu z parku. Odwrócił się jeszcze przez ramię i pomachał.
Tommy pomyślał, że jeszcze nigdy nie spotkał tak radosnego człowieka.
W poniedziałek Tommy był w fatalnym nastroju. Czuł, że łapie go przeziębienie, a na to nie mógł sobie pozwolić w żadnym wypadku. Zarobił tylko dwa dolary, bo najwyraźniej nowojorczycy byli spłukani po weekendowych szaleństwach, a za to mógł kupić co najwyżej paczkę zapałek. Adam nie pojawił się przez kilka następnych dni, a Tommy musiał przyznać się przed samym sobą, że brakowało mu towarzystwa. Jakiegokolwiek towarzystwa. Z Adamem miło się rozmawiało, a był jedyną osobą, z którą Tommy tak naprawdę zamieniał więcej niż dwa słowa dziennie. Brakowało mu ich rozmów, które prowadzili tak już od ponad tygodnia. Ponadto musiał spać czujniej, bo straż miejska patrolowała teraz wieczorami park w poszukiwaniu śpiących na ławkach bezdomnych, których eskortowała prosto do schroniska lub od razu do aresztu.
Jednak Adam przyszedł, choć nieco później niż kilka dni temu. Jak zawsze uśmiechnięty, znów miał na sobie turkusowy płaszcz i kolorowy makijaż. We włosy wplecionych miał kilka różowych i zielonych piór. Dumnie dzierżył w dłoniach małą paczkę, którą wręczył zdumionemu Tommy'emu.
- Z pozdrowieniami od mojego chłopaka.
Zaciekawiony, rozerwał brązowy papier, w który opakowano kwadratowy karton. Otworzył go. Jego wzrok padł na kolorowe, prześlicznie ozdobione kremem, lukrem i cukrowymi perełkami babeczki.
- Adam, nie powinienem tego brać. – wychrypiał.
- Dlaczego? Brad uwielbia gotować, zrobił je specjalnie dla ciebie.
Spojrzał na niego. Był niesamowicie wdzięczny za to, co dla niego robił, a przecież nie musiał. Był zafascynowany tym, jak dobre serce miał Adam.
- Dziękuję.
Adam uśmiechnął się szerzej. – Cała przyjemność po naszej stronie.
Tommy odwzajemnił uśmiech, po czym zasępił się. Rozejrzał się wokół siebie, przygryzając w zamyśleniu dolną wargę. Nagle wyjął z kartonu jedną babeczkę i położył ją na dnie futerału.
Adam podniósł brew do góry, niechybnie zastanawiając się, co właściwie robi Tommy.
- Zaczekaj tu chwilę.
Brunet kiwnął głową i przysiadł na skraju ławki, biorąc do ręki leżącą na niej gitarę. Tommy szybkim krokiem skręcił w następną alejkę i poszedł aż na sam jej koniec, zatrzymując się przy młodym Latynosie, skulonym na ławce, otulonym cienkim kocem. Więcej gestykulując niż naprawdę mówiąc, wręczył mu karton i - unosząc kąciki ust w słabym uśmiechu – położył mu dłoń na ramieniu. Chłopak, ciągle z paczką w ramionach, przytulił mocno Tommy'ego i uścisnął mu dłoń. Blondyn uśmiechnął się do niego jeszcze raz, po czym wrócił niespiesznie do swojej ławki, na której zastał Adama grającego Imagine.
- Nie wiedziałem, że umiesz grać.
Usiadł obok niego, pochylając się i sięgając z futerału zostawione tam chwilę wcześniej ciastko. Ugryzł mały kawałek. Fantastyczne.
Adam zagrał jeszcze kilka nut i uśmiechnął się do blondyna, odkładając na miejsce gitarę.
- Nie umiem. – powiedział z rozbrajającą szczerością. – Mój były chłopak nauczył mnie tego jednego utworu, potrzebowałem tego jakiś czas temu na któreś przesłuchanie. – Włożył zmarznięte dłonie do kieszeni płaszcza. – Żeby nauczyć się grać, potrzeba czasu. Ja jestem zbyt leniwy i efekty chciałbym widzieć natychmiast. – Zaśmiał się głośno.
Tommy uśmiechnął się do niego. Lubił jego szczerość.
- Jeśli będziesz potrzebował tego kiedyś na przesłuchanie, może ja będę potrafił ciebie czegoś nauczyć. – ostatnie słowa przerwał ostry kaszel, kłujący go w płucach. Obiecał sobie, że odłoży dzisiejszy zarobek, żeby jutro kupić jakieś leki.
- Na pewno się zgłoszę. Obyś nie żałował tej oferty. – Adam odwzajemnił uśmiech. – Jak ci smakuje?
- Niesamowita. – odpowiedział z na w pół pełnymi ustami Tommy. – Podziękuj ode mnie Bradowi.
Brunet kiwnął głową. Zawiał chłodniejszy wiatr, wyjął więc z kieszeni czapkę i założył ją. Wskazał głową na Latynosa. – Kto to?
Tommy spojrzał w tamtą stronę. Adam zauważył delikatną zmianę w jego oczach.
- Javier. W każdym razie utrzymuje, że taki ma pseudonim. Jest tu już drugi rok. Opowiadał mi kiedyś swoją historię, ale jego angielski praktycznie nie istnieje, a z kolei ja nie znam hiszpańskiego na tyle, aby dokładnie go zrozumieć. – Obaj obserwowali młodego Latynosa pochłaniającego z apetytem kolejne babeczki. - W każdym razie chciał zrobić tu karierę muzyczną. Ostatnio się poddał, stracił chyba nadzieję. Chce być jak najszybciej w domu, więc wszystkie zarobione pieniądze zbiera na bilet powrotny do Meksyku. Możesz domyślić się chyba, jak wygląda jego codzienny jadłospis.
Adam zamyślił się nad tymi słowami. Tommy pomyślał, że jeszcze nigdy nie widział go tak pochłoniętego własnymi myślami, tak małomównego. Siedzieli w ciszy jeszcze przez chwilę, po czym Adam niespodziewanie wstał z ławki i otrzepał płaszcz ze śniegu.
- Muszę załatwić parę spraw. Do zobaczenia jutro. – Po czym odszedł alejką, brnąc przez zaspy, nadal tonąc w rozmyślaniach.
Myślał o tym, że nigdy nie spotkał nikogo o równie dobrym sercu, co Tommy.
