Gdy otworzył oczy, napewno nie spodziewał się zobaczyć nad sobą spróchniałe schodów.Jego głowa z lekkim wahaniem obróciła się w prawą stronę i niestety... ujrzał tam to czego się najbardziej obawiał. Spod małych drzwiczek wpadały promienie porannego światła. Przeklną w myślach. Znów koszmar z jego dzieciństwa powrócił.
On, Harry Potter. Złoty Chłopiec. Wybawca Czarodziejskiego Świata... czy jak go tam jeszcze nazywali, ponownie był zamknięty w trzech ścianach komórki pod schodami na Privet Drive 4.
Czy tak wyglądało jego piekło?
Czy to jego kara za to, że poszedł na pewną śmierć do Zakazanego Lasu.
Właśnie. Widział jak leci w niego jedno z trzech zaklęć niewybaczalnych. Zaklęcie o zielonej barwie, barwie jego oczu. A potem była już tylko ciemność.Z zamyśleń wyrwały go spokojne kroki, które Potter tak dobrze znał z dzieciństwa. Tylko jedna osoba mogła stawiać je w tym domu. I tak, nie musiał długo czekać aż usłyszał jak puka w te małe wrota, za którymi krył się jego koszmar.
- Wstawaj, Harry! Wstawaj, no już! - krzyknęła, po czym usłyszał jak ruszyła dokuchni, połączonej z jadalnią i salonem. Wyszedł niepewnie ze swojego pokoju, po czym wolno stawiając kroki, udał się tam gdziejego ciotka. Rozejrzał się. Wszystko wydawało się być takie duże... Albo, nie to przecież niemożliwe, pomyślał Harry.
- No co tam stoisz! Chodź tu, tylko tego nie przypal. - pogroziła mu, machając przytym wskazującym palcem.
Podszedł do kuchenki, na której została położona patelnia, a na niej bekon w plasterkach. Jego domysły się sprawdziły... Jego głowa ledwo wystawała zza szafki.
Nie wiedząc co o tym myśleć, po prostu stał tam i doglądał śniadania dla jego rodziny.
Cholera, co miał teraz robić? Jego ciotka traktowała go jeszcze w miarę normalnie, co oznacza, że nie dostał jeszcze listu z Hogwartu. Kątem oka i wmiarę swoich możliwości zobaczył jak siostra jego matki układa talerze i sztućce na stole, przy którym były tylko trzy krzesła.Przyglądał się tak kobiecie przez pewien czas, gdy coś mu przyszło do głowy. Nie widział jak, ani na chwilę obecną nie zastanawiał się jakim cudem znalazł się w przeszłości... ale jeśli ktokolwiek dał mu szansę by naprawić to, co się stało w jego poprzednim życiu. Tak, nazywajmy rzeczy po imieniu. To jest jego drugie życie. Ale w każdym razie. Miał zamiar zaczął zmieniać je od teraz.
To jednak nie był jeden z jego problemów. Gdy tylko zdał sobie sprawę, że Syriusz jeszcze żyję spłynęły na niego wspomnienia. Podejrzewał, że to była impreza z okazji skończenia przez niego pół roku. Zachwiał się, łapiąc się blatu. Black trzymał go pod pachami, biegając po pokoju i udając, że Harry lata na miotle. Na twarzy dziecka cały czas widniał szeroki uśmiech co raz poprzedzany śmiechem. Lily stała z uśmiechem na ustach, trzymając mały tort w dłoniach. James śmiał się głośno z Remusem, a Peter siedział w kącie i patrzył z delikatnym uśmiechem na rozgrywaną scenę. I to co najbardziej zdziwiło Harry'ego, to nie byli wszyscy w domu. Za rudowłosą kobietą stanął nie kto inny jak Severus Snape, a w jego oczach nie było tak jak zawsze nienawiści.
Usłyszał chrząknięcie. Potrząsną głową i zdjął idealnie przypieczony bekon z patelni i podał dla Petunii. Po czym przez chwilę stał w miejscu i patrzył w jeden punkt, do czasu aż do pomieszczenia nie wszedł wuj Vernon.
- Pięknie pachnie,Petuniu. - odparł spasiony facet, całując swoją żonę wpoliczek.
- Dziękuję, Vernon.
Harry dobrze pamiętając, że jego kuzyn wstanie dopiero za jakąś godzinę usiadł naostatnie wolne krzesło. W tamtym życiu nigdy tego nie robił i wiedział dlaczego. Jednak teraz miał sprawę do swojego wujostwa.Państwo Dursley spojrzeli zaskoczeni na swojego siostrzeńca, a natwarzy Vernon'a zaczęła pojawiać się już żyłka złości.
- Spokojnie, wuju. -powiedział, z lekkim uśmiechem. - Mam dla was propozycję.
-A co Ty możesz nam zaoferować, chłopcze? - prychnął mężczyzna.
- Oh, wydaje mi się, że bardzo wiele. - dodał, na co wuj wybuchnął śmiechem.
- Nie denerwuj mnie, póki mam dobry humor, chłopcze. Ale rozbawiłeś mnie. A teraz, wynoś się do swojego pokoju.
- Mogę się wynieśćjuż na zawsze z waszego życia, jeśli tego chcecie. - powiedział cicho i po ich minach wiedział, że oboje byli zainteresowani.
- Mów dalej. -przytaknął Pan Durlsey. - I czego chcesz w zamian.
- Chcę tylko trochę pieniędzy na bilet do Londynu. W jedną stronę.
- Tylko? - spytała podejrzliwie Petunia.
- Owszem. I nigdy mnie już nie zobaczycie.
- Skąd ta nagła zamiana?
- Wiem kim była moja matka, ciociu. - powiedział tylko, po czym wyciągną rękę wznaczącym geście. - Nie chce wam sprawiać więcej kłopotów niż do tej pory.
Wuj Vernon wstał po czym podszedł do komody, gdzie trzymał trochę swoich oszczędności.Ciotka Petunia nadal patrzyła na niego w szoku. Otyły mężczyzna wrócił do stołu i wręczył Potter'owi kilka banknotów.
- I żebym Cię tu więcej nie widział. - warknął Dursley i jak gdyby nic, zajął się swoim śniadaniem.
- Możesz być tego pewien. Chcę jednak zabrać ze sobą to, w czym mnie do waspodrzucono. Łącznie z kocykiem.
Petunia szybko poderwała się z miejsca i ruszyła schodami na piętro by potem otworzyć wejście na strych i stamtąd ściągnąć koszyk, w którym byłyzłożone śpioszki i czerwony kocyk w złote znicze. Zielonooki w tym czasie podszedł już do drzwi. Gdy dostał to czego chciał,zapakowane w szmacianą torbę spojrzał na ciotkę i szepnął.
- Lily Cię kochała całym sercem. - mimo że ledwo otworzył usta to wiedział, że wysoka kobieta go usłyszała.
Gdy wyszedł z domu, minął Panią Figg przyglądającej mu się z ciekawym błyskiem w oku.Harry przywitał się i dodał, że idzie na zakupy. Dobrze pamiętał,że ta staruszka pilnuje go na polecenie Dumbeldore'a. Chyba nigdy nie zapomni tego, co się stało w wakacje po czwartym roku. Aż ciarki przeszły go po plecach.
Czekała go długa podróż,a dzień dopiero się zaczął.
Długo nie musiał wędrować do najbliższego przystanku autobusowego. Autobus, który jechał do Londynu miał być za kilka minut, więc Potter usiadł na krawężniku i mógł trochę pomyśleć nad jego losem.
