II.

Romilda wraca po wakacjach do szkoły, w której nie ma już śladów cierpienia i strachu. Nie licząc wyjątków, jak Hermiona Granger, walczący w bitwie o Hogwart postanowili nie kontynuować nauki. Jedni nie chcieli, inni nie mogli. Jedynie słabe echo zamieszania, jakie powodują procesy śmierciożerców dociera za bezpieczne mury zamku, a pokrzywdzeni niechętnie rozmawiają o bólu i stracie. Romilda spędza więc czas na flirtowaniu, zabawie i nauce, czyli tak, jak dziewczyna w jej wieku powinna.

Dwa lata później wsiada do pociągu i na zawsze opuszcza szkołę, zadzierając głowę wysoko ponad tłum. Jej wyniki OWTM-ów potwierdzają, że ma z czego być dumna. Jedno Powyżej Oczekiwań w imponującym szeregu Wybitnych równa ją w osiągnięciach z Bartemuiszem Coruchem Juniorem, o którym się teraz niewiele mówi, oraz Hermioną Granger, o której mówi się aż za dużo.

Pierwszym, co robi po powrocie do domu jest zmiana mebli w pokojach, które zajmuje. Obudowuje kominek sprowadzonym z Włoch marmurem, zmienia sofy i fotele na finezyjnie zdobione, inspirowane barokiem cudeńka, wiesza drogie zasłony, a na koniec wymienia baldachim na taki, w którym oprócz złotych nici błyszczą drobne szlachetne kamienie. Następnie wydaje przyjęcie i nurza się w zachwytach uczestników, zaś państwo Vane z rozrzewnieniem obserwują pierwszy wielki bal córki.

Romilda promienieje zadowoleniem. Stała się dorosłą, w pełni wykwalifikowaną czarownicą, w dodatku jest piękna, bogata i sławna. Świat stoi przed nią otworem i niedługo padnie do jej stóp.


III.

Dwudziestoletnia Romilda siedzi w jadalni, słuchając dochodzącej z salonu gramofonowej melodii. To jedyny, prócz stukania sztućców, dźwięk, jaki do niej dociera. Mama milczy jak zaklęta i porusza się sztywno, jakby została częściowo spetryfikowana, ojciec wydaje się całkowicie pochłonięty posiłkiem, goście również nie palą się do rozmowy.

Przyczyna jest jedna — przyjaciółka matki, Alice, nie dość, że niespodziewanie postanowiła wyjść za mąż za nikomu nieznanego czarodzieja półkrwi, to jeszcze jakby nigdy nic przyprowadziła go ze sobą na kolację.

Faktem jest, że skandale towarzyskie to nieodłączny element życia elit, ale pani Vane woli je oglądać i komentować z odpowiedniej perspektywy, niż (niemal) uczestniczyć w jakimś. Romilda dobrze wie, że niedługo przyjaciółka matki zniknie z ich życia. Zdaje się, że również Alice zaczyna to rozumieć i z każdą minutą coraz bardziej markotnieje.

Romilda zerka ukradkiem na jej narzeczonego. Gdy usłyszała, że jakiś nieznany mężczyzna zdołał tak oczarować śpiącą na galeonach wdówkę, że kompletnie straciła dla niego głowę, spodziewała się posągowo przystojnego bądź też sprytnego jak goblin mężczyzny w sile wieku. Tymczasem Henry wygląda na zmęczonego życiem podrzędnego urzędnika, pozbawionego ogłady i tak nijakiego, że jego nazwisko notorycznie ulatuje jej z pamięci.

Z powodu tajemniczej choroby, jaka dopadła skrzaty, przygotowano tylko dwa ciepłe dania, a nikt z obecnych nie ma ochoty na deser. Kolacja szczęśliwie dobiega więc końca.

Romilda wyjmuje różdżkę i, rozmyślając o dziwnej decyzji Alice, konieczności kupienia nowego skrzata oraz wiosennej kolekcji liliowych szat od jednego z francuskich projektantów, nie zwraca uwagi na wykonywane czynności, posyłając zaklęcia niewerbalnie. Po chwili resztki jedzenia zostają uprzątnięte, wszystkie naczynia są czyste i odłożone na miejsce, a obrusy poskładane.

Z zamyślenia wyrywa ją ciche chrząknięcie.

— Przepraszam — mówi Henry jak – mu – tam. — Zapodziałem gdzieś moje okulary.

Romilda obrzuca go zaskoczonym spojrzeniem, pod którym tamten się kuli. Ale i tak przygląda się jej z zaciekawieniem. Gdy odnajdują zgubę, mężczyzna dziękuje i kieruje się do wyjścia. W progu zatrzymuje się jednak i odwraca.

— Słyszałem pogłoski, że sama robi pani swoje kosmetyki? — zagaduje niepewnie.

— Czasami — odpowiada Romilda, zaskoczona pytaniem.

— I meble?

— Nie jestem stolarzem. — Oburza się. — Zdarza mi się korygować jakieś drobne niedociągnięcia.

Faktycznie, niekiedy sama dodaje składniki do eliksirów upiększających, zmienia kolor tapicerki w meblach albo upiększa wzór na zasłonach. Sprawia jej wielką satysfakcję obserwowanie min wykonawców, gdy odkrywają, że ktoś ośmielił się ich poprawić, w dodatku zrobił to skutecznie i całość po poprawkach wygląda lepiej.

— Widziałem pani zaklęcia — kontynuuje mężczyzna. — Mogłaby pani wiele osiągnąć.

— Osiągnąć? — Śmieje się perliście Romilda, chociaż w głębi duszy jest jeszcze bardziej zdziwiona. — Przecież ja wszystko mam. — Rozkłada ręce w zamaszystym geście, mającym objąć to „wszystko". I udaje jej się, ale ten fakt jej nie niepokoi.

Henry patrzy na nią smutno, po czym podaje jej karteczkę z nazwiskiem, lokalizacją kominka oraz numerem gabinetu w Klinice Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga.

— Gdyby pani kiedyś odkryła, że jednak nie, proszę przyjść — mówi, po czym wychodzi.

Romilda odprowadza go jedynie wzrokiem, zapominając o podstawowych zasadach grzeczności. Więc jednak nie jest urzędnikiem, dociera do niej poniewczasie. Wrzuca wizytówkę do stolika, między liliową papeterię i pachnące pocztówki, wciąż lekko zadumana. Jednak tego samego wieczoru Vane'owie otrzymują zaproszenie na wielkie przyjęcie, potem — na następne, a Henry i Alice znikają z życia tak matki, jak i córki. Ta druga nawet tego nie odnotowuje.

Gdzieś między spotkaniami towarzyskimi a kupowaniem nowych mebli mija życie.