OGRÓD
Takashi Natsume przywykł do spotkań z youkai i nauczył się je cenić. Szczególnie cieszyły go te pozytywne, utkane z ciepłych uczuć i dobrych chęci, choć musiał przyznać, że również one przysparzały czasem kłopotów. Na przykład wdzięczność pewnej drzewnej boginki, którą razem z Taki Tooru przypadkiem uratowali przed pajęczym youkai, miała kształt, wielkość i smak setek brzoskwiń, którymi zasypała plac wokół domu dziewczyny. Jeden z ostatnich wolnych dni upłynął im więc na pospiesznym usuwaniu dowodów wdzięczności z widoku i rozmyślaniu, co począć z taką ilością owoców.
Takashi nie narzekał. Cieszył się z czasu spędzonego z przyjaciółmi, którzy go rozumieli, nie dziwili się nawet najosobliwszym sytuacjom i pomagali, na miarę swoich możliwości, akceptując, iż życie z nim nie będzie nigdy do końca normalne.
— Znam pięć sposobów na zrobienie przetworów — oznajmiła Taki. — Wypróbujemy wszystkie!
W jej oczach jaśniał zapał i radość życia, choć ręce miała, niewątpliwie, obolałe.
— Można zrobić pudding z imbirem i brzoskwiniami, sałatkę, ciasto, galaretki i marmolady – wyliczała. – Te ostatnie będą w sam raz na jesień. Weźmiecie trochę? — Upewniła się z nadzieją.
— Zjem w cukrze — oznajmił kot, który miał akurat najmniej zasług w ratowaniu drzewnej istotki, gdyż go przy tym w ogóle nie było. — I galaretkę — dorzucił łaskawie.
— Szkoda, że festiwal się skończył — orzekł Tanuma z kwaśną miną. — Można by zorganizować brzoskwiniowe stoisko i podawać brzoskwinie maczane we wszystkim w zestawie z brzoskwiniami i musem brzoskwiniowym.
— Chodźmy do domu, przygotuję deser — zaproponowała Taki. — Brzoskwiniowy.
Zaśmiali się głośno. Takashi pomyślał, że mimo wiszącej nad nimi perspektywy powrotu do szkolnej rutyny oraz ciężkiej pracy, jaką dziś wykonali, był to naprawdę udany dzień.
I właśnie ten moment świat wybrał sobie, by zawirować.
— Do tyłu! – krzyknął Natsume, kiedy jego zmysły zderzyły się z czymś silnym i wściekłym, a Nyanko rzucił się do przodu, przybierając swoją prawdziwą formę.
Natsume mógł jedynie modlić się, by to wystarczyło, gdyż od domu dzielił ich jeszcze kawałek otwartej przestrzeni, zaś youkai, który wdarł się na teren posiadłości, pomimo swoich rozmiarów wydawał się szybki.
— Ogromny — jęknął Tanuma, zerkając ponad nich. — Choć to tylko cień.
Po tych słowach syknął z bólu i zachwiał się na tyle mocno, że Taki musiała go podtrzymać.
Takashi dostrzegał nie cień, ale wielki kształt ciemnego jak chmura deszczowa youkai. Czuł głód, wściekłość i panikę tej istoty. Był świadomy siły i desperacji, z jaką próbowała do nich dotrzeć. Nawet potrafił to zrozumieć. Stanowili jej ostatnią szansę na przeżycie, z tyłu czaiło się bowiem coś jeszcze gorszego. Z bólem skonstatował, iż nie może i nie chce jej pomóc. Jeśli miał wybierać między życiem przyjaciół, a tym, wybór był oczywisty. Choć wcale nie czyniło go to prostym.
Wreszcie Madara, który wciąż oddzielał ich od napastnika, pchnął go w kierunku jednej ze splątanych barier, na którą sam często wpadał. Unieruchomiony youkai szarpnął się w przypływie paniki, coś świsnęło w powietrzu, po czym jego kształt zaczął się rozmywać.
Spokój powrócił na podwórko równie nagle jak został przerwany, ale radosnego nastroju nic już nie było w stanie odbudować. Nawet słońce skryło się za chmurami, jakby nie chciało na to patrzeć.
— Zniknęło! — oznajmił Tanuma z pewnym zdumieniem.
— Zginęło — mruknął Natsume, zaciskając dłonie w pięści.
Kot krzyknął coś i w dwóch susach pokonał podwórko. Wyrwało to Takashiego ze stanu osłupienia. Sam również ruszył w kierunku wejścia, gdzie czaiły się postaci w ciemnych kimonach.
— Nic wam się nie stało? — zapytał ich lider, ignorując złorzeczącego na niego kota.
— Cóż, nie dzięki tobie! — warknął Natsume, w którym obawa o bezpieczeństwo przyjaciół, niepewność i smutek zlały się w silne i jednoznacznie ukierunkowane uczucie złości.
— Moje najszczersze przeprosiny — powiedział Seiji Matoba, rozglądając się uważnie dookoła, jakby chciał ocenić rozmiar strat. Bądź sprawdzić, na ile może sobie pozwolić.
— Nie spodziewaliśmy się, że youkai wyrwie się z zaklęcia, a tym bardziej, że umknie w stronę zabudowań — oznajmił wprost, skoro nikogo nie dziwił widok gadającego kota. — Zwykle uciekają w góry, by lizać rany. Ciekawe, dlaczego przyszedł tutaj?
Natsume wzdrygnął się lekko na te słowa, a kot umilkł i zmrużył oczy.
— Nic się nie stało. — Drżącym głosem odezwała się Taki. — Wypadki się zdarzają… jak sądzę. Jesteśmy cali.
Dziewczyna wydawała się lekko wstrząśnięta, a Tanuma wciąż był blady, choć stał już o własnych siłach. Natsume miał ochotę zgrzytać zębami w bezsilnej frustracji. Wszystkie lęki, stłumione szczęśliwym czasem, jaki tu spędzał, odżyły i uderzyły znienacka w jego nieprzygotowane serce, wprawiając je w drżenie. Kot przybliżył się do niego, jakby oczekiwał, iż będzie musiał interweniować raz jeszcze. W tym momencie pierwsze krople deszczu uderzyły o ziemię, a naturalna gościnność Taki zwyciężyła nad dezorientacją.
— Proszę, wejdźcie — powiedziała cicho.
Natsume westchnął w duchu. Czuł, że nic dobrego z tego nie wyniknie.
'''
Seiji Matoba pomyślał o poprzednim spotkaniu z Takashim Natsume i naprawdę skłonny był uwierzyć, że złota brzoskwinia zadziałała. A może jakieś bóstwo bardzo pragnęło, by Matoba zrealizował swoje plany pozyskania chłopaka dla klanu i dawało mu szansę za szansą. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że oto przedstawiciele rodu Matoba siedzieli przy jednym stole z Takashim Natsume i jego przyjaciółmi, prowadząc dość formalną, ale jednak uprzejmą rozmowę?
— Móc wyczuwać youkai, cierpieć od ich obecności, ale nie mieć dość siły, by się bronić – to klątwa, nie dar — mówiła tymczasem Nanase do ciemnowłosego chłopaka, który wciąż jeszcze odczuwał skutki spotkania z youkai.
Sięgnęła po pędzel i kartkę, po czym namalowała odpowiednie symbole, a gdy użyła czaru, wszelkie dolegliwości tamtego ustąpiły.
— I już. — Uśmiechnęła się przyjaźnie.
Nawet dla Matoby widok był dość niezwykły.
— Widzisz? Nie wszystko, co robimy jest takie złe — szepnął do Natsume, który siedział obok i przyglądał się działaniom Nanase z dużą dozą sceptycyzmu.
— Wszystko, co robicie to tuszowanie własnych wpadek — odparł chłopak równie cicho.
Seiji roześmiał się w odpowiedzi, choć rozluźniony i pewny siebie był tylko pozornie. W rzeczywistości czuł głównie ulgę. W tej profesji często zdarzało się, że sytuacja zmieniała się na niekorzyść w mgnieniu oka, jednak przypadki odwrotne spotykało się naprawdę rzadko. Tym bardziej cieszyły te nieliczne momenty szczęścia, jak dzisiejszy. Ayakashi, którego jego podwładni nie docenili i pozwolili mu umknąć, niespodziewanie zaplątał się w bariery starego domostwa. Budynek, choć wolny już od obecności egzorcystów, których nazwiska przepadły pewnie w mrokach przeszłości, wciąż mógł kryć przydatną wiedzę, a nawet jeśli nie, łączył się z losami Takashiego Natsume, na którego pozyskaniu tak bardzo im zależało. Zdarzenie, które mogło przynieść katastrofalne skutki dla ich reputacji niespodziewanie otworzyło im więc drogę do uzyskania wielowymiarowych korzyści. Wystarczyło tylko dobrze wszystko rozegrać.
Matoba nie spieszył się z odpowiedzią, wolał poczekać na okazję, pewny, iż takowa się nadarzy. Natsume się denerwował, również to wyczuwając. Choć kto wie, może denerwował się z zupełnie innego powodu?
W czasie gdy drugi z chłopaków dochodził do siebie, Taki Tooru, dziewczyna, która wydawała się jedyną gospodynią domostwa, rozłożyła przed nimi lekki poczęstunek, w tym sporą ilość brzoskwiń, jednak talerzyk ze smacznie wyglądającymi yokan postawiła na podłodze. Koci ochroniarz Takashiego Natsume natychmiast zaczął je pałaszować. Zwyczajność tej sceny wywoływała niepokój.
Nanase zerknęła na niego, jakby oczekiwała, że coś powie, a kiedy się nie odezwał, przytomnie skierowała rozmowę na temat barier ochronnych. Podupadła rezydencja musiała ją zaciekawić.
— Według Nyanko... ymm, ktoś bez zdolności widzenia, ale z talentem do zaklęć, czytał na głos księgi. — Dziewczyna stropiła się lekko. — Youkai się tu gubią.
— Tak. — Kot oderwał się na moment od galaretek. — Gdybyście wprowadzili tutaj swoje shiki, mogłyby utknąć w jakimś korytarzu lub schowku i nikt by ich nigdy nie odnalazł. Niepowetowana strata.
Matoba uśmiechnął się tym razem szczerze, gdyż wiedział już dokładnie, co pragnie zrobić.
— Mogę to naprawić — zaoferował dziewczynie. — Jestem w stanie rzucić zaklęcie nawet teraz.
— Nie mam pieniędzy — odparła. Najwyraźniej dobrze rozumiała naturę ich zawodu.
— Nasz błąd sprawił wam kłopoty, a zamiast pretensji, otrzymaliśmy gościnę. Niech to będzie rekompensata.
— Ej, dziewczyno, w zamian za galaretki przyjmij dobrą radę — wtrąciła się znowu złośliwa bestyjka. — Jeśli on rzuci zaklęcie, żaden youkai nigdy już tu nie wejdzie.
— O to w nim chodzi — odparł Matoba sucho.
Dostrzegł jednak, że dziewczyna zaczęła się wahać. W jego opinii dzieciaki za bardzo polegały na tym stworzeniu, jednak tę kwestię trzeba było odłożyć na później.
— Niech więc Natsume rzuci zaklęcie — zaproponował, by nie wypuścić wróbla z garści, a może nawet złapać drugiego.
— Dobry pomysł, zna dom — podchwyciła natychmiast Nanase. — Tylko będziemy potrzebować przyborów.
Zerknęła za okno, gdzie ściana deszczu wciąż odcinała ich od zewnętrznego świata.
— Myślę, że mam wszystko w domu — zaoferowała Taki niespodziewanie. Po czym zawahała się lekko i zerknęła na Natsume. — Ale czy to w porządku?
Matoba spodziewał się, że chłopak zaprotestuje lub przynajmniej w jakiś sposób okaże niezadowolenie, jednak on jedynie uśmiechnął się do dziewczyny, po czym skinął głową.
— Rzucę zaklęcie.
Seiji Matoba, zadowolony, odruchowo poczęstował się brzoskwinią.
'''
Natsume może i nie miał za sobą dekad doświadczenia, jednak przez te kilkanaście lat widział naprawdę wiele. Nauczył się wynajdywać pozytywy nawet, kiedy okoliczności to utrudniały. Taki Tooru potrzebowała ochrony, pułapki na youkai wewnątrz posiadłości ją martwiły, a jemu samemu znajomość czarów ochronnych wydawała się przydatna i nieszkodliwa zarazem. Paradoksalnie fakt, iż to Matoba a nie Natori go uczył ułatwiał całą sprawę. Po prostu realizowali umowę.
Niechętnie musiał również przyznać, że gdy egzorcysta przekazywał merytoryczne informacje, słuchało się go całkiem dobrze.
— Podsumowując, problemem nie jest zaklęcie, a fakt, że na kilka minut pozostawia się posiadłość bez ochrony, więc trzeba po wszystkim sprawdzić całe obejście — zakończył Matoba, po czym przyjrzał się Takashiemu z uwagą. — Wydajesz się wyjątkowo pogodzony z sytuacją?
Takashi pilnował się mocno, by nie reagować gwałtownie. Nie był pewien, ile Matoba wie, ani — czego się domyśla. Obawiał się, iż bystry egzorcysta rozumiał dokładnie, co działo się w jego głowie, a z drugiej strony łudził się, że może jednak nie. Tak bardzo pragnął uniknąć poważnej a nieprzyjemnej rozmowy, której widmo wisiało nad nim od momentu spotkania przy bramie niczym chmura deszczowa nad posiadłością.
— Twoje bariery są… nieprzyjemne. Domy, w których byłem wydawały się przygniatać — odpowiedział wymijająco. — Nie mógłbym tu już przebywać w spokoju.
Matoba zaśmiał się.
— Postanowiłeś więc sam zadziałać. Wiesz, kim cię to czyni?
— Hipokrytą?
Egzorcysta wydawał się lekko zaskoczony.
— Nigdy nie wypominam hipokryzji. — Odzyskał jednak rezon, nim Takashi zdążył mrugnąć. — Są granice bezczelności, których nie wypada przekraczać. Zamierzałem powiedzieć: realistą. Wygląda na to, że jednak wziąłeś sobie moje słowa do serca i wykorzystujesz ludzi, kiedy nadarza się okazja.
— Nie! — Natsume gwałtownie poderwał głowę. — Popełniliście błąd, który mógł się skończyć tragicznie dla mieszkańców tego domu. Naprawienie bariery wydaje się uczciwą rekompensatą.
Spędzał dużo czasu pośród ayakashi, więc ich sposób myślenia się w nim trwale zakorzenił. Na szczęście to samo można było powiedzieć o Matobie.
— Tak, to rekompensata — przyznał spokojnie egzorcysta. — Pozwoliliśmy złemu duchowi uciec i musimy za to odpowiedzieć. Chociaż… — Niespodziewanie zawahał się. Pokręcił głową, jakby odganiał jakąś myśl, po czym zlustrował krąg z uwagą. — Wydaje mi się, że przepłacamy — rzucił nieuważnie.
Natsume odniósł wrażenie, że egzorcysta chciał powiedzieć coś innego, jednak nie drążył tematu. Również spojrzał na krąg. Wszystkie przygotowania zostały ukończone, wystarczyło jedynie dotknąć linii i wymówić formułkę. Spojrzał na mężczyznę i powiedział na wszelki wypadek:
— Umowa jest umową. To tylko jednorazowa współpraca — ile ich już było? — więc nie przyłączę się do ciebie.
Położył ręce na kręgu i wypowiedział zaklęcie. Powietrze wokół nich zawirowało, a egzorcysta zapatrzył się w sufit z ekspresją, której Natsume jeszcze u niego nie widział. Maska wiecznego uśmiechu na moment opadła, zastąpiona przez coś, co wprawiło Takashiego w zakłopotanie.
Poderwał się z podłogi i pospiesznie wyszedł z pokoju. Zdawało mu się, że usłyszał ciche:
— To jest dar.
Nie obejrzał się.
'''
Inni przedstawiciele klanu już opuścili dom, jednak Seiji ociągał się z wyjściem. Przypomniał sobie widok jedzącego galaretki kota, zerknął na brzoskwinie, świeżo zebrane, mimo że sezon dobiegł już końca, a w ogrodzie nie rosło nawet jedno owocowe drzewo i, choć miał pilniejsze sprawy na głowie, postanowił poruszyć również tę kwestię.
— Pozwólcie, że dam wam dobrą radę — powiedział. — W podzięce za gościnę.
— Już dziękowałeś — zauważył Natsume ostrzegawczo, a jego przyjaciele wymienili niepewne spojrzenia.
— Wiecie o youkai i nie ma się co dziwić, że ich świat was kusi. Musicie jednak uważać. Im bardziej będziecie z nim powiązani, tym większa szansa, że zwróci na was uwagę coś, z czym sobie nie poradzicie.
— Zdajemy sobie sprawę, że youkai są niebezpieczne — odparł ciemnowłosy chłopak. — Nie kontaktujemy się z niczym groźnym.
— O tym właśnie mówię. Nie ma w gruncie rzeczy znaczenia, czy youkai jest groźny, czy nie. Może być okrągły, puchaty i zabawny, jednak wciąż powinniście się trzymać z daleka, ponieważ sam nawyk zwracania się w stronę świata duchowego niesie za sobą niebezpieczeństwo. Jeśli ktoś nie ma umiejętności ani siły — zaakcentował to drugie — by się z youkai zmagać, powinien się od nich całkowicie odciąć.
— Wydaje mi się, że Nanase czeka. — Natsume wbił w niego roziskrzone spojrzenie. Nie decydował się jednak na bezpośrednią konfrontację w pobliżu swoich przyjaciół, choć ci już przy powitaniu musieli wyczuć wiszące w powietrzu napięcie.
— Pozwól, że ujmę to inaczej. — Seiji spojrzał na pozostałych. — Istnieją dwa odrębne światy, ludzki i duchowy. I choć można odnieść przeciwne wrażenie, one się nie łączą, a jedynie ze sobą sąsiadują. Tak, jakby zlokalizowane zostały na dwóch brzegach rzeki, między którymi nie wolno budować mostów. Jeśli jakiś zaistnieje, zadaniem egzorcysty jest go zburzyć, ponieważ niebezpieczeństwo przejścia na drugi brzeg czegoś zagrażającego naszej egzystencji jest zbyt duże. Działa to zresztą w obie strony.
— A egzorcyści topią się w środku? — rzucił niespodziewanie kot.
Czaił się na parapecie i zachowywał na tyle grzecznie, że Matoba niemal o nim zapomniał.
— Pływają. Podobnie jak youkai, które wiążą swoje losy z ludzkimi. — Seiji uśmiechnął się do niego, po czym przeniósł wzrok na swoich rozmówców. — Zdarzają się ludzie, którzy wyszli z rzeki i stracili umiejętność poruszania się po niej. Nie znaczy to wcale, że są bezpieczni. W każdej chwili mogą zostać wciągnięci w nurt. Dlatego najmądrzejszym, co mogą zrobić, jest cofnięcie się w głąb lądu. Po kilku pokoleniach wspomnienia o rzece wejdą do legendy i wszyscy będą wierzyć, że zawsze mieszkali w suchym miejscu.
— Rozumiem — powiedziała dziewczyna i skinęła głową. — Dziękuję za radę. — Jej ton sugerował, iż wie co nieco o wpadaniu do wody.
Pożegnali się zdawkowo. Natsume wyszedł razem z nim, ale odezwał się dopiero, kiedy minęli bramę.
— To nie było potrzebne — powiedział cicho. — Oni naprawdę uważają, by się nie uwikłać w nic niebezpiecznego.
— Cóż, ten wykład w równym stopniu przyda się tobie.
Matoba nabrał powietrza. Niespodziewanie brnięcie dalej w tę konwersację zaczęło mu nastręczać trudności.
— Wiem, do czego zmierzasz, ale…
— Oczywiście, że wiesz. — Przerwał mu Seiji niezbyt taktownie.
Chyba obawiał się, że straci możliwość doprowadzenia tej rozmowy do końca, jeśli nie powie wszystkiego teraz, tutaj, dobitnie i stanowczo.
— Możesz zaprzeczać i udawać niezrozumienie — kontynuował więc — ale w głębi duszy zdajesz sobie sprawę, że youkai nie rzuciłby się w kierunku domu Taki Tooru, gdyby ciebie w nim nie było. Pytanie tylko, co cię przeraziło bardziej: samo niebezpieczeństwo, na które twoja obecność naraziła innych, czy też obawa, że wspomnę o tym głośno przy nich?
No i już. Udało mu się. Natsume, co mu się chwali, nie zareagował gniewem ani ucieczką, choć przełknął głośno ślinę, a oczy miał błyszczące.
— Nie przyłączę się do klanu Matoba — oznajmił cicho, po raz drugi tego popołudnia.
— Jak mówiłem wcześniej, niektórzy ludzie muszą zostać na brzegu, inni są w stanie jedynie brodzić w wodzie po kostki, tylko nieliczni naprawdę pływają. Nie rozumiem, dlaczego obstajesz przy szukaniu akceptacji tam, gdzie nie należysz, kiedy nieopodal są ludzie zdolni stać u twego boku bez wysiłku?
— Wiem — powiedział cicho Natsume i ścisnął kota mocniej. — Wiem, że nie rozumiesz.
Po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę domu.
Nie była to oczekiwana reakcja, ale też Seiji nie rozmawiał ze standardowym nastolatkiem. Ważne, że słowa dotarły, czego akurat był pewien.
— Natsume! — zawołał za nim.
Chłopak zatrzymał się, ale nie odwrócił.
— To było naprawdę dobre zaklęcie.
Nie skłamał. Który to już raz wyczyny nastolatka wprawiały go w zdumienie i podziw? Coś, czego nie był w stanie osiągnąć niejeden dorosły, choć przecież tak wielu próbowało, jemu przychodziło bez wysiłku, właściwie przypadkiem. Dlatego tak ważne było, by go przekonać, nauczyć, przekuć talent na umiejętności i zatrzymać przy sobie. Przy klanie. Zawahania, jak to, które przytrafiło mu się, gdy przygotowywali się do rzucenia zaklęcia, nie mogły się powtórzyć.
Pomimo sukcesu, jaki tego dnia odniósł, Seiji nie potrafił jednak wykrzesać z siebie zadowolenia, a myślami wciąż wracał do spokojnej reakcji Takashiego Natsume na jego słowa. Dlaczego tamten się nie zasmucił, nie zdenerwował, nie uległ rozpaczy? Ponieważ był na to przygotowany – brzmiała jedyna sensowna odpowiedź. Od momentu, gdy spotkali się przy bramie, musiał zdawać sobie sprawę, że Seiji powie mu okrutną prawdę prosto w oczy.
Spojrzał w lustro krytycznie. Jakim człowiekiem się stał, skoro nawet dzieci nie miały co do niego złudzeń? Po czym potrząsnął głową, jakby mogło to pomóc w odegnaniu ponurych myśli, odwrócił się od swego dobicia, a gdy wychodził z pokoju, miał już na twarzy zwyczajowy uśmiech. Taką drogę wybrał dawno temu i nią zamierzał podążać. Co o nim prywatnie myśleli inni, tak naprawdę się nie liczyło. Od lat nic się specjalnie nie liczyło.
Poza rezultatem.
'''
Takashi opadł na łóżko i zapatrzył się w sufit niewidzącym wzrokiem. Czuł się wyczerpany i pusty w środku, jakby jego organizm bronił się przed przeżywaniem kolejnej, choćby najlżejszej emocji. Było to niebezpieczne. Złe duchy lubiły wynajdywać rany w sercu i wskakiwać w nie, mieszając w uczuciach i pragnieniach. Jeśli niewielka luka mogła dać schronienie bytom potężnym a złowrogim, co pomieściłaby kompletna pustka? Musiał szybko odzyskać emocjonalną sprawność, by się o tym nie przekonać.
Zerknął w bok, gdyż właśnie cichutko zbliżała się do niego trzykolorowa kula ze zmrużonymi oczkami i dziwnym wyrazem pyska.
— Nie śpię — ostrzegł go Takashi, przeczuwając, że kocur chce sprawdzić jego sny albo myśli. — Byłeś dzisiaj wyjątkowo rozkojarzony.
— Co takiego? — oburzył się Nyanko. — Obroniłem was przed ayakashi wielkim jak góra! Powinieneś mnie wielbić.
— Mam na myśli później. Przez swoje zrzędzenie wpakowałeś się w rozmowę z Matobą o barierach, przez co musiałem użyć jutsu.
Kot wydawał się lekko zakłopotany.
— Tyle się działo — mruknął. — Mogło się przydarzyć jakieś… przeoczenie.
Natsume wrócił do kontemplowania sufitu, jednak na jego twarz wypłynął uśmiech. Nyanko w życiu nie przyznałby się do błędu, gdyby go popełnił. Fakt, że się (niemal) przyznał, świadczył, iż maskował w ten sposób coś innego, do czego nie chciał się przyznać. Na przykład szczerą troskę o ludzi. Wydawało się, że to Matoba wykorzystał jego słowa dla własnych korzyści, jednak równie dobrze mogło być odwrotnie. Nyanko się przełamał, odezwał do egzorcysty i poprowadził rozmowę tak, by coś uzyskać. Może chciał, by Natsume nauczył się tego zaklęcia, a może, co bardziej prawdopodobne, wolał, by Taki była bezpieczniejsza i spokojniejsza we własnym domu?
Takashi przymknął oczy i poczuł, jak po jego ciele na powrót rozlewa się ciepło, a uczucia powracają — zarówno te dobre, jak i te złe, ale takie jest w końcu życie.
Znając historię Matoby i obserwując go w wielu trudnych sytuacjach Natsume potrafił zrozumieć, dlaczego mężczyzna prezentuje taką, a nie inną postawę. Nie musiał się jednak z nią zgadzać. W końcu po wspomnianych mostach prócz niebezpieczeństwa mogło również płynąć wiele dobra i ciepłych uczuć, które warto było zachować.
— Z czego się cieszysz? — Marudził dalej kot. — To nie jest śmieszne!
— Wiem, wiem, przepraszam. — Uśmiechnął się szerzej. — Nie martw się, mimo tego… przeoczenia dostaniesz nagrodę. W końcu obroniłeś nas przez ayakashi wielkim jak góra.
Po długiej przerwie spowodowanej różnymi wydarzeniami powracam do moich rozgrzebanych historii. Może ktoś jeszcze o nich pamięta. Tym razem rozdział bez Natoriego, jednak z pewnością egzorcysta powróci w następnych. Zdaję sobie również sprawę, że Tanuma i Taki są tutaj potraktowani jako tło, ale nie o nich jest ta historia.
Co do komentarzy pod poprzednim rozdziałem - nie wiadomo właściwie, jakie stosunki łączą Nanase z Matobą, nie muszą być tylko współpracownikami. Zaś historia domaga się, by Matoba miał jakieś życie i interakcje. Niestety wciąż nie za wiele o nim wiadomo.
