"O 14 u mnie.

~A."

Taki list dostałem od sowy Potterów parę godzin wcześniej. Choć nie spałem już sporo czasu, nadal się nieogarnąłem, a do wyjścia zostało niewiele.

Nie uśmiechała mi się wizja spacerowania po Pokątnej w towarzystwie byłej dziewczyny, jej rodziny i ojca Albusa. Mimo słownego rozejmu między Panem Potterem a Panem Malfoyem, zawsze zdawało mi się, że ten pierwszy postrzega mnie jako młodsze wydanie ojca. Ten drugi zresztą też nie darzy mnie zaufaniem. Odkąd pierwszy raz przyprowadziłem tu Albusa, widzimy się rzadziej, rozmawiamy bardziej niechętnie, odgradzamy się od siebie. I bardzo dobrze. Jesteśmy z innych planet. On ma swój świat, a ja swój. Kiedyś każdy musi zbudować statek kosmiczny, wylecieć na swoją własną planetę. Rodziny się nie wybiera, a przyjaciół tak, dlatego uważam, że oni są ważniejsi.

Zaśmiałem się w duchu. Zostało mi mało czasu, a ja wygłaszam w moim umyśle metafory, zamiast wziąć się w garść.

W kuchni zaparzyłem kawę. Smutne, połowa wyposażenia tutaj jest stworzona przez mugoli. Gdyby nie ja ojciec musiałby wykupić skrzata potrafiącego gotować. Od razu widać kto lepiej sobie poradzi w życiu.

Wziąłem z szafy jeansową kurtkę i założyłem okulary przeciwsłoneczne coby nie zostać rozpoznanym przez kogoś znajomego. Albo i nieznajomego - co niestety często się zdarzało, jak każdemu z ZLW.

Założyłem białe Conversy. Wyglądałem jak nastoletni mugol w angielski letni dzień. O to chodziło, choć dzisiaj będę poruszał się tylko kominkami, niepozorny wygląd zawsze trzeba zachować.

Wziąłem plecak, do kieszeni wsadziłem na wszelki wypadek różdżkę, zaopatrzyłem się w pieniądze i pięć minut przed czternastą wkroczyłem w zielony ogień mówiąc "dom Pottretów".

Wirowałem chwilę, gdy nagle zostałem wypchnięty na mechaty, bordowy dywan w przytulnym salonie Potterów. Nielicząc wielkiego czarnego psa śpiącego na kanapie, było pusto. Wstałem i poczułem się dosyć nieswojo, szczególnie, że usłyszałem jakieś odgłosy kłótni. Kłócący ludzie się zbliżali, a po głosach poznałem Albusa i jego starszego brata - Jamesa. Gdy weszli do pokoju zobaczyłem, że towarzyszy im milcząca Lily, z którą wymieniłem krępujące uśmiechy.

- Jasne, zgrywaj odpowiedzialnego, bo w końcu jesteś już pełnoletni! Ale skrupułów przed urządzaniem "największej balangi lata", to chyba nie masz?

- Nic ci do tego, ja mogę, bo wiadomo, że nie nabroję. Udostępnianie kominków i ogólne zdejmowanie zabezpieczeń bez niczyjej wiedzy jest bardzo niedojrzałe, widać różnicę wieku między takim kretynem jak ty, a mną. Do moich obowiązków należy między innymi pilnowanie młodszych, myślałem, że nie sprawisz mi takich problemów wychowawczych, ale cóż...

- Problemów wychowawczych?! O czym ty gadasz? To my jesteśmy jacyś niepełnosprawni umysłowo? Za kilka miesięcy skończę siedemnastkę i ja w przeciwieństwie do ciebie, będę miał własne mieszkanie i pracę. To nie ja jestem pazożytem rodziców. To nie ja...

- Przestańcie, proszę!

Lily nie krzyknęła. Jej głos był cichy i uspokajający, jak zawsze, ale w tym momencie i karcący. Działał jak balsam kojący najgłębsze rany. Przez tyle lat nabrała wprawy w ujarzmianiu rodziny, więc podziałało i tym razem.

Odchrząknąłem.

Wszyscy jak na komendę spojrzeli na mnie. Lily wyczekująco, Albus uśmiechnął się mimo widocznego jeszcze uniesienia, a James zmierzył nienawistnym spojrzeniem.

Ja zwróciłem się jednak tylko do Albusa.

- Idziemy w takim zestawieniu?

- Tak, ale nie przejmuj się tym debilem. Tylko do Gringotta pójdziemy razem.

- Ładnie się o rodzeństwie wyrażasz. - to znów była Lily. Podeszła do kominka, wzięła trochę Proszku Fiuu i już jej nie było. W milczeniu poszliśmy w jej ślady. Wyszliśmy z Przekątnej - niedawno zbudowanego wielkiego pomieszczenia przeznaczonego do aportacji, deportacji i wszelakiego sposobu pojawiania się, wyposarzone w kominki, przestrzeń do teleportacji, szatnię dla mioteł i wieloużytkowe świstokliki.

Dzień był całkiem ciepły i słoneczny, a ulica zapchana czarodziejami. Wchodząc po stopniach białego Banku Gringotta poczuliśmy ulgę - tu było znacznie chłodniej.

- Ja jadę po forsę, wy tu czekacie. Później każdy idzie w swoją stronę, ale mamy dwie godziny i wszyscy się spotykamy w Przekątnej.

Rodzeństwo pokiwało głowami, a James oddalił się szybko do jednego z goblinów.

Lily oddaliła się w celu zbadania rośliny stojącej przy wjeściu, a ja skorzystałem z okazji.

- O co tu chodzi? Myślałem, że mamy iść całą rodziną. W sensie Weasleyowie też.

- Rodzice pracują, a tamci już byli. - odpowiedział krótko.

- No a ta kłótnia?

- Cóż, przecież wiesz, że musiałem odbezpieczyć kominek byś mógł użyć Fiuu.

No tak, zapomniałem o dodatkowej ochronie Potterów i Weasleyów. Podwójne zabezpieczenie to kolejny wymysł Ministerstwa. Początkowo chcieli go wprowadzić wszystkim z ZLW, ale plan z niejasnych powodów niewypalił i tylko te dwie najpopularniejsze rodziny mają takie wygody.

- A, eee, James mówił też o jakiejś imprezie?

- Tak. Wygląda na to że będą wszyscy absolwenci Hogwartu z tego roku. Wszyscy, którzy nie mają nic lepszego do roboty.

- A co z rodzicami?

- No niby mu pozwolili, ale wiesz jak to jest. "Parę osób", a w rzeczywistości ta liczba pomnożona przez pięć. James ma luz bo uważa, że nawet jak ktoś coś spieprzy to uda się to naprwić - rodzice dziś po południu wyjeżdżają i będą dopiero za tydzień.

- To życzę dobrej zabawy.

- Co ty, wiesz, że będę musiał siedzieć w swoim pokoju i nie wychylać nosa, tak samo jak Lily. Przecież to dla niego wstyd mieć rodzeństwo.

Oboje pogrążyliśmy się we własnych myślach. W sumie, dlaczego Albus ma bezużytecznie siedzieć u siebie?

- A chcesz przyjść na noc do mnie? Rano wybralibyśmy się na King's Cross razem, Błędnym Rycerzem. Miałbyś spokój i w ogóle.

Albus rozpromienił się.

- W porządku. Bardzo chętnie. Tylko Lily musi iść z nami.

- Się wie.

W tym momencie nadszedł James, wręczając rodzeństwu po sakiewce. Mimo że ich były spore, sam trzymał dużo większą.

Wyszliśmy przed budynek.

- Idę po rzeczy na melo. - I już go nie było.

- Pa - rzuciła Lily i już chciała odejść, gdy Albus złapał ją za ramię.

- Hej hej hej, nie tak prędko. Masz kogoś?

- Co?

- Czy masz z kim tu chodzić. Sama nigdzie nie idziesz. - poprawił się.

- Mam. Damian czeka w Esach i Floresach. - Oddaliła się, ale nim się odwróciła widać było jak czerwienieje. Wkrótce jej rude włosy zniknęły w tłumie czarodziejów.

- Gdzie najpierw? - rzuciłem

- Ma chłopaka.

- Co?

- Nic... tylko... nawet ona ma, a ja nie mogę nikogo znaleźć.

Pokręciłem tylko głową.

- Związki w jej wieku nie mają sensu. Może apteka?

Po półtorej godzinie krzątania się po sklepach postanowiliśmy odpocząć w lodziarni Fotescue. Marylin, piękna, stylizująca się na swoją najsławniejszą imienniczkę wnuczka sławnego Folriana, była jedną z kelnerek. Usta jak zawsze miała pomalowane czerwoną szminką.

- Będzie dziś u Jamesa. - stwierdził Albus z odrazą, gdy Marylin posłała mu białozębny uśmiech.

Zajadaliśmy wiśniowe lody przy stoliku na zewnątrz lokalu. Jeden z gości ze stolika obok właśnie skończył jeść i odszedł zostawiając gazetę.

- Prorok Codzienny - szepnął Al.

Wychyliłem się nieco i zabrałem ją na nasz stolik. Albus przysunął się.

"RITA SKEETER - NOWE FAKTY" - głosił nagłówek. Od roku, odkąd Rita Skeeter została wyrzucona ze świata magii, tą sprawą żyją wszyscy czarodzieje Wysp. Jej różdżka miała być przełamana, a pamięć wyczyszczona. Rita zamieszkała na londyńskim przedmieściu jako nieszkodliwa emerytka, mugolka, dokarmiająca bezpańskie koty, jednak jej pisarski talent wcale nie wygasł wraz ze stratą pamięci. Przyglądający się jej z daleka uzdrowiciele, którzy byli przydzieleni do kontrolowania jej sytuacji, zauważyli, że Skeeter coraz rzadziej wychodzi z domu, ale uznali to za normalny objaw.

W rzeczywistości była dziennikarka w ciągu kilku miesięcy napisała siedem części książki znajej jako seria "Harry Potter". Mugolskie wydawnictwa były zachwycone całą sagą i zanim społeczność czarodziejów zauważyła co się dzieje, zaczęto wydawać setki tysięcy egzemplarzy na całym świecie. Nikt z czarodziejów długo nie wiedział kto jest autorem bestsellerów, książki były wydawane pod tajemniczym nazwiskiem "J. K. Rowilng", a takiej czarodziejki nie było. Ritę wykluczono z listy podejrzanych na samym początku, bo jej pamięć rzekomo została doszczętnie skasowana, a seria zawierała mnóstwo szczegółów i wszystkie nazwiska zgadzały się z rzeczywistością. Wszyscy - i mugole i czarodzieje - przeczytali te książki od deski do deski. Ministerstwo Magii czekało na reakcję mugoli. Prawie wszyscy odebrali świat magii jako piękną bajkę, czarodzieje odetchnęli z ulgą. W sumie nic złego się nie stało, ale musiał powstać ZLW - Związek Ludzi Wojny. Wszyscy ludzie, których nazwiska znalazły się w książce mogli zgłosić się do Ministerstwa, gdzie przyznawano im dodatkową ochronę, zabezpieczenia i wsparcie w razie jakichś problemów. Było to swego rodzaju wynagrodzenie za przysłużenie się w walce z Voldemortem i można było po nie wystąpić (bądź odejść) po skończeniu 14 roku życia. Wcześniej decydowali opiekunowie. Najgorszym było to, że każdy kto nosi nazwisko choć raz wymienione w książce staje się popularny. Ja zawsze byłem tym złym, którego przyszłością jest Rose. Otóż niestety nie.

- Spójrz! - Albus szturchnął mnie łokciem i wskazał na kawałek artykułu.

"Zamieniliśmy słowo z pracownikiem departamentu przestrzegania prawa czarodziejów: Pamięć Pani Rity mogła być nieprawidłowo wyczyszczona. Tego dnia stanowisko amnezjatora obiął nowy pracownik. - mówi Henry Calaway. Ów nowo zatrudniony amnezjator, którego danych nie możemy ujawnić informuje nas jednak, że nie on rzucał zaklęcie na Panią Skeeter, a poza tym umie je rzucić bezbłędnie.

Pani Skeeter przebywa obecnie w areszcie Ministerstwa Magii, uznana jako osoba niepoczytalna."

- Co o tym sądzisz? - spytałem Albusa gdy skończyłem czytać.

- To ona, to oczywiste.

- A jak wytłumaczysz to, że nie umie odpowiedzieć na podstawowe pytania dotyczące magii? To że w książkach obrażałaby samą siebie i wyjawiła swój największy sekret?

Prychnął.

- Jak chce to umie kłamać. Każdy potrafiłby zgrywać schizofrenika. Dziwi mnie tylko czemu nie podadzą jej Veritaserum.

Nasze spekulacje przerwała Lily idąca w naszym kierunku. W rękach trzymała reklamówki z Magicznych dowcipów Weasley'ów.

- Cześć. Macie wszystko? Idziemy razem?

- Jasne. Idziemy.

Zanim opuściliśmy teren lodziarni, czerwonousta Marylin rzuciła Albusowi zaciekawione spojrzenie. Lily zachihotała.

- Chyba wpadłeś jej w oko. A przecież narzekałeś, że nikogo nie masz. - Zauważyłem obserwując jak ledwowidoczny rumieniec spływa na twarz Ala.

Po drodze do Przekątnej spotkaliśmy Jamesa stojącego na poboczu z kumplami.

- Idziesz? - spytała Lily.

- Nie, idźcie sami. Aha, a na noc macie się przenieść do wujka Ronalda i weźcie swoje rzeczy bo stamtąd zabiorą was rano do Hogwartu.

- Wyśmienicie - skwitował Albus posyłając mi wymowne spojrzenie.

W Przekątnej ludzie mijali się nie zwracając na nikogo uwagi. Wziąłem Albusa na bok.

- Widzimy się jutro, stary.

- O czym ty mówisz? Idziesz z nami!

- Do Weasley'ów? Wątpię.

- Co ci szkodzi? Znajdzie się miejsce, nie będą źli.

- Przecież cię nie wyrzucą! - Dodała Lily - A jeśli chodzi o Rose, to wcale nie musisz z nią rozmawiać.

- I przyznaj, że wygodniejsze będzie auto od autobusu.

Oboje patrzyli na mnie z tym samym wyrazem zaciętości.

- Zgoda... ale najpierw muszę wziąć rzeczy od siebie.

- Nie ma sprawy, tylko się pośpiesz. Lepiej żeby kominek nie był tak długo udostępniony.

Stanęliśmy w kolejce do kominków. Jako pierwszy wszedłem w płomienie i wypowiedziałem "Malfoy Manor". Po chwili obracania wylądowałem w swoim salonie. Poszedłem po schodach do siebie. Byłem spakowany od rana, wystarczyło przeciągnąć kufer na dół. Zaciągnąłem go na korytarz. To było łatwe, gorzej zapowiadały się schody...

- Gdzie się wybierasz? - usłyszałem zimny głos mojego ojca.

- Do Albusa - odparłem buntowniczo.

Wyprostowałem się i spojrzeliśmy sobie w oczy. Byłem już prawie tego samego wzrostu. Z pozoru wyglądaliśmy podobnie, prawie białe włosy, piegi, blada cera, ta sama budowa ciała. Twarze za to różne. On ma ostre rysy, ja delikatne, po mamie. Inny był oczywiście nasz ubiór. On też zwrócił na to uwagę. Z pogardą spojrzał na moje trampki. Nie każdy przecież musi paradować w biały dzień w eleganckiej szacie, jak on.

- Daj, ja się tym zajmę. Ty idź sprawdź czy czegoś nie zostawiłeś.

Wyjął różdżkę i użył leviosy by przenieść kufer na dół.

Wszedłem do pokoju i zorientowałem się, że Jowisz jeszcze nie jest w transporterze. Na szczęście spał na łóżku. Szybko go zamknąłem zanim obeznał się w sytuacji. Sprawdziłem kieszeń z różdżką - jeśli mam ją, to wszystko jest na swoim miejscu.

Zszedłem na dół. O dziwo ojciec jeszcze nie wyszedł z domu.

- Powodzenia w szkole, synu - Ton głosu wskazywał na to, że nie chce jeszcze kończyć wypowiedzi, ale widać było wahanie. - Chciałbym.. chciałbym ci coś dać. Należało do Astorii i z biegem lat myślę, że chciałaby żebyś to zatrzymał. Ma wartość sentymentalną. Proszę, nie zgub.

Wyjął z kieszeni srebrną, niepozorną bransoletkę. Wyciągnąłem rękę, a gdy ją zapinał na moim nadgarstku, zauważyłem że ozdoba przedstawia układ słoneczny. Mama zawsze lubiła patrzeć w gwiazdy, a ja to po niej odziedziczyłem. I jej i moim ulubionym przedmiotem jest astronomia. Do jej śmierci często razem ślęczeliśmy przy teleskopie po nocach. Być może jest to przyczyną mojej bezsenności.

- Dzięki.

Odwróciłem się, otworzyłem pudełko, wziąłem trochę Fiuu i po raz ostatni spojrzałem na salon i ojca, który ciągle nie odchodził. Milczał. Wrzuciłem proszek, a zielone płomienie otoczyły mnie. Oczy piekły i łzawiły, ale nie tylko moje. Widocznie ojciec też poczuł dym z kominka. Bałem się, że mnie zatrzyma. Wyszeptałem "dom Potterów", a on otarł łzę.