Stary dom Vargasów wyglądał właściwie tak samo, jak to zapamiętał, jedynie ogród wydawał się nieco zapuszczony. W ciepłym wrześniowym powietrzu dało się wyczuć metaliczny zapach rozgrzanej blachy i starego muru. Ludwig odetchnął głęboko i pchnął furtkę.

Myślał, że już nigdy się tutaj nie pojawi. A oto właśnie naciskał dzwonek do drzwi, czując większą tremę, niż przed swoim pierwszym, zupełnie improwizowanym wystąpieniem na zebraniu w firmie.

Nie widział go pięć lat, a ostatnia ich rozmowa nie poszła im najlepiej. Ba, nawet nie próbował później tego naprawić. Wygłuszył wyrzuty sumienia, odepchnął od siebie pełne bólu spojrzenie, które widział jako ostatnie, wymazał obraz żałosnej figurki skulonej z zimna na uszkodzonym materacu. Ale choć tak bardzo się starał, nie potrafił zapomnieć wyznania miłości i pocałunku, które miały miejsce tamtego wieczoru.

A teraz wszystko wracało.

Do tej pory nawet nie wiedział, że Feliciano wrócił do starego domu, by tu tworzyć swoje dzieła. Od dziecka wykazywał talent artystyczny, ale Ludwig nie spodziewał się, że z tym zwiąże swoją przyszłość. Dlatego dopiero gdy do wydawnictwa zgłosiła się pewna fundacja ze zleceniem wykonania albumu o młodych artystach, Beilschmidt po raz pierwszy od pięciu lat zetknął się z jakąkolwiek informacją o losach Feliciano.

Projekt albumu trafił w jego ręce niemal przypadkowo, gdy jeden ze współpracowników przemycił go z działu edytorskiego, nie kryjąc zachwytu nad nowym zbiorem.

- A pamiętacie ten album sprzed kilku lat o tym znanym fotografie, który wygrał międzynarodowy konkurs? – zapytał mężczyzna, popatrując na Ludwiga porozumiewawczo. – Pan Beilchmidt jest jego znajomym!

- To tylko znajomy brata – warknął Ludwig, okazując jawną niechęć tej poufałości. Niemal wyrwał album z ręki współpracownika i spojrzał groźnie na zebraną grupkę. – To nie powinno tutaj być. A wy powinniście wrócić do pracy.

- Cholerny służbista – mruknął ten, któremu zabrano album. Zaraz jednak, zgromiony spojrzeniem Ludwiga, posłusznie oddalił się do swoich obowiązków.

Ludwig jeszcze przez chwilę stał z albumem opartym o ramię pilnując, by pozostali współpracownicy również rozeszli się do swoich stanowisk. Zauważył gniewne spojrzenia i usłyszał wymieniane szeptem uwagi o jego uprzykrzającej się obowiązkowości, ale miał je gdzieś. To tylko banda bumelantów, przez których ich dział nazywany był placem zabaw, a samego Ludwiga w zarządzie nigdy nie traktowano poważnie. Gdyby mógł, już dawno by się przeniósł, ale od lat tkwił na tych koszmarnych promocjach, awansując jedynie na vicekierownika.

Wrócił do swojego niewielkiego gabinetu, dzielonego z Eduardem, drugim vicekierownikiem, i rzucił nieszczęsny egzemplarz albumu na biurko. Eduard uniósł spojrzenie znad ekranu komputera.

- Co to takiego? – zapytał, brodą wskazując na album.

- Projekt publikacji o artystach – odpowiedział Ludwig i pokręcił głową, wciąż wzburzony zachowaniem współpracowników. – Przemycili ją z edycji, żeby pooglądać obrazki w czasie pracy.

- No wiesz, nie musisz tego brać sobie aż tak do serca, wszyscy mają prawo do przerwy – odpowiedział Eduard i wstał. – Dlatego ja teraz wyskoczę na papierosa. Jakby Alfred mnie szukał, to będę za dziesięć minut.

Przy drzwiach odwrócił się jeszcze i wskazał kciukiem na album.

- A to lepiej odnieść – powiedział. – Wiesz, jak bardzo ci z edytorstwa nie lubią, jak wtrącamy się w ich pracę. Lepiej ich nie drażnić.

Ludwig kiwnął głową. Gdy jego towarzysz wyszedł, sięgnął po album i od niechcenia przerzucił kilka stron.

Sztuka nigdy specjalnie go nie interesowała, więc tylko pobieżnie przejrzał listę autorów w poszukiwaniu znajomego Gilberta, Francisa Bonnefoya, uznanego fotografa, którego prace nieraz publikowano w tego typu zbiorach. Tym razem jednak go nie było.

Był za to ktoś inny, ktoś, kogo nigdy by się nie spodziewał.

Feliciano Vargas.

Wpatrywał się w nazwisko przyjaciela tak intensywnie, że nawet nie zauważył, że do gabinetu wszedł jego zwierzchnik, Alfred.

- Widziałeś może Eduarda? Potrzebuję go pilnie u siebie… – zapytał szef i naraz urwał, widząc niewyraźną minę Ludwiga. – Coś się stało?

Ten potrząsnął tylko głową i szybko otworzył album na stronie poświęconej Feliciano. Niemal westchnął.

Fotografia przedstawiała obraz z dwojgiem starców, stojących naprzeciw siebie, z dłońmi splecionymi i uniesionymi do ust. Wyglądali na zlęknionych, jakby właśnie się żegnali na zawsze. Ciepłe, choć ciężkie barwy i nieco dziecinny styl sprawiały, że w staruszkach dało się dostrzec zakochanych po raz pierwszy nastolatków, przygniecionych nieuchronnym rozstaniem. Miało się wrażenie, że obraz przedstawia nie jedną, ale dwie pary.

- O, to ten autor, który rysuje dziadków – skomentował patrzący mu przez ramię Alfred. – Widziałem próbki opisu w redakcji. Tworzy głównie słodkie obrazki w pastelach lub akwareli, rzadziej w oleju, ze starcami w roli głównej. Raczej nieciekawy artysta. Ciekawe, dlaczego wybrali akurat jego prace do tego albumu… Znasz go?

- To mój… dawny przyjaciel – odpowiedział Ludwig i szybko zamknął album. Wspomnienie, o którym chciał zapomnieć, powróciło. Odruchowo dotknął palcami ust. Alfred patrzył na niego z wyczekiwaniem, szybko więc otrząsnął się i dodał, ucinając dalszą rozmowę. – Już nie utrzymujemy kontaktów.

Myślał, że szybko zapomni o tym epizodzie, gdyby po oddaniu albumu do druku nie okazało się, że nie wszyscy artyści podpisali zgodę na publikację swoich prac w zbiorze. W wydawnictwie zawrzało. Odpowiedzialny za nieporozumienie człowiek został zwolniony, ale to nie rozwiązało problemu.

- To ta fundacja zawiniła, nie mogą oni się tym zająć? – dało się słyszeć wśród pracowników.

- Niedopatrzenie było z naszej strony. Album już jest w druku, jeśli teraz go wycofają, będziemy stratni, a jeśli puszczą go do sprzedaży, któryś z artystów może nas pozwać za bezprawne użycie ich prac.

- Dlatego nie lubię malarzy. Są przewrażliwieni na swoim punkcie.

Wśród artystów bez podpisanej zgody był Feliciano. Jeden z pracowników wydawnictwa skontaktował się z nim i zaaranżował spotkanie, na które wyznaczono Ludwiga. Z jakiegoś dziwnego powodu wydało się, że są starymi znajomymi, i kierownictwo doszło do wniosku, że dzięki temu bez problemu uda im się osiągnąć zamierzony cel. Ludwig jednak nie był tego taki pewien.

- Nieważne, że nie widzieliście się przez tyle lat – przekonywał go Alfred, którego ta sprawa właściwie mało interesowała. – Postaraj się, by podpisał te dokumenty bez gadania. W imię waszej dawnej przyjaźni, z okazji ponownego spotkania, obojętnie. Masz to załatwić do przyszłego poniedziałku.

Dlatego właśnie stał teraz na ganku domu Vargasów, zaciskając w ręku teczkę i próbując się uspokoić. Prawie mu się udało, gdy usłyszał tupot stóp po drugiej stronie drzwi. Wtedy poczuł, że pocą mu się dłonie. Dlaczego tak bardzo się denerwował?

Drzwi uchyliły się i stanął w nich Feliciano. Nie zmienił się prawie wcale. Może odrobinę zmężniał, czy też może stracił na typowych młodzieńczych cechach: nieproporcjonalnie długie i cienkie kończyny nastolatka przybrały trochę na masie. Ciało wciąż jednak pozostawało szczupłe, a twarz chłopięca. Teraz rozjaśniła się, gdy Feliciano rozpoznał, kto przed nim stoi.

- Ludwig? – zapytał. – To naprawdę ty?

Ludwig uśmiechnął się nerwowo, bojąc się reakcji na swój widok.

- To ja – odpowiedział. – Dawno się nie… Uch!

Feliciano rzucił mu się na szyję ze śmiechem, ściskając go mocno. Zaskoczony Ludwig zawahał się na chwilę, po czym odwzajemnił uścisk, klepiąc przyjaciela po plecach.

- Nie wierzę! Tak się cieszę, że cię widzę! – zawołał. Puścił go i odsunął się na długość ramion, przyglądając się uważnie. – Nie wiedziałem, że pracujesz w tym wydawnictwie, co za niesamowity zbieg okoliczności! Niewiele się zmieniłeś, tylko wyglądasz trochę starzej. Wchodź, muszę ci tyle opowiedzieć!

Ludwig odetchnął w duchu. Jak się okazało, niepotrzebnie obawiał się tego spotkania.

Prowadzony do wnętrza domu, rozglądał się ciekawie, szukając zmian, które zaszły przez te wszystkie lata. Pachniało starością; lekki aromat stęchlizny unosił się w powietrzu, na co Ludwig skrzywił się nieznacznie. Jego oczom nie umknęły też popękane ściany, zapadające się gdzieniegdzie klepki podłóg i podniszczone meble, a także o wiele świeższe ślady zaniedbania: porzucone na szafkach ubrania i stare gazety oraz sterta naczyń w zlewie niewielkiej kuchni.

Feliciano wciąż był bałaganiarzem.

- To miejsce prawie się nie zmieniło – skomentował, siląc się na uprzejmość. Nim usiadł na starej kanapie, dyskretnie sprawdził, czy nie lepi się do brudu. – Przybyło tylko lat.

- Po wyprowadzce dom był wynajmowany – szybko wyjaśnił Feliciano, wychylając się z kuchni. Wyciągnął z lodówki karton z sokiem i rozlał go do dwóch zupełnie niepasujących do siebie szklanek. Po chwili przydreptał z nimi do pokoju dziennego i postawił je na ławie przed Ludwigiem. – Lokatorzy często się zmieniali, ale sam dom pozostał w takim samym stanie, w jakim był wcześniej. Pewnie przydałby mu się remont, ale nie znam się na tym, więc się do tego nie zabieram.

„Nie tylko remont by się przydał", pomyślał Ludwig, potakując przyjacielowi. „Wiele dałoby też generalne sprzątanie".

- Mieszkasz sam? – zapytał. Feliciano zawsze bał się zostawać w pojedynkę, więc zakładał, że gdzieś w domu będzie kręcić się jego brat, a może nawet dziewczyna.
„Albo chłopak", przemknęło mu nieoczekiwanie przez myśl.

- Odkąd wyprowadziłem się od brata jestem sam – odparł Feliciano, z zadowoleniem popijając chłodny napój. Potem widocznie spochmurniał. - Pokłóciliśmy się trochę, dlatego postanowiłem spróbować żyć na własną rękę. Wciąż mieliśmy dom po dziadku, więc wziąłem dziekankę i wróciłem.

Ludwig postanowił nie pytać o powód kłótni z Lovinem, choć naprawdę dziwiło go, że jego młodszy brat wolał zamieszkać sam, co wcześniej było nie do pomyślenia. O co im poszło, skoro Feliciano zdecydował się walczyć ze swoim panicznym lękiem, a Lovino zupełnie się tym nie przejmował?

- Kiedy wróciłeś? Wyjechałeś tak nagle, nawet nie miałem jak się z tobą skontaktować – zapytał, odganiając atakujące po raz kolejny wyrzuty sumienia.

Bo przecież nawet nie próbował się z nim skontaktować.

Feliciano odpowiedział, drapiąc się lekko po głowie.

- Jakieś pół roku temu, na wiosnę.

Ludwig odetchnął w duchu. Wyglądało na to, że chłopak nie miał mu za złe ich burzliwego rozstania.

- Szkoda, że nie dałeś znać, że jesteś z powrotem – powiedział, uśmiechając się łagodnie. – Moglibyśmy wcześniej się spotkać.

- Próbowałem – odparł Feliciano, nieco zakłopotany. – Ale nie zastałem cię pod starym adresem i nie mogłem się do ciebie dodzwonić. Zmieniłeś numer telefonu?

- Ach, tak – mruknął Ludwig, spuszczając wzrok. – Zapomniałem ci o tym powiedzieć.

Zapadła niezręczna cisza, warta pięciu lat milczenia. Feliciano nerwowo obracał szklankę w dłoniach, przygryzając przy tym wargę. Ludwig odetchnął lekko.

- Posłuchaj – zaczął. Musiał to w końcu powiedzieć, uspokoić sumienie i wyzbyć się poczucia winy. Jeśli tego nie zrobi, to spotkanie może zakończyć w tej właśnie chwili, razem z ich przyjaźnią. – Przepraszam, że cię zawiodłem wtedy, gdy mnie potrzebowałeś. Bardzo tego żałuję. Żałuję też, że tak niefortunnie się rozstaliśmy i że unikałem kontaktu z tobą od tamtego czasu. Od pięciu lat nie dawało mi to spokoju.

- Wtedy, gdy cię potrzebowałem? – Feliciano wpatrywał się w niego wyczekująco.

- Kiedy zasłabłeś w szkole, a ja zignorowałem twoją prośbę o pomoc. Bardzo cię za to przepraszam.

W oczach Feliciano błysnął zawód, jakby liczył na inne słowa. Spuścił wzrok.

- A, o tym mówisz – powiedział cicho.

Ludwig bardziej czuł, niż wiedział, jakich słów Feliciano oczekiwał. Jednak nie mógł, nie chciał wracać do tamtej sprawy, do tamtego nieszczęsnego pocałunku, który zmienił wszystko. Nie chciał o tym pamiętać, wolał więc grać na zwłokę.

- Tak, o tym właśnie – powiedział trochę niepewnie. – Nie dawało mi to spokoju przez pięć lat.

- Dlaczego więc nie zadzwoniłeś?

Ludwig umilkł. Co miał odpowiedzieć? Że nie potrafił już z nim rozmawiać? Że nie chciał znowu słyszeć tych słów, które wryły mu się w pamięć i odbierały mu spokój? Nie miał nic na swoje usprawiedliwienie.

- Przepraszam – powiedział w końcu cicho. – Bałem się wtedy z tobą rozmawiać.

- Bo powiedziałem ci, że cię kocham?

Był bezpośredni jak dawniej. Walił prosto z mostu i choć Ludwig wolał jasne sytuacje, Feliciano zawsze potrafił go tym zdezorientować i zakłopotać.

Tak jak teraz. Westchnął ciężko.

- Zaskoczyłeś mnie wtedy – powiedział, po czym potarł skroń. – Zrozum, to nie było dla mnie łatwe. Znałem cię od dziecka i byłeś moim przyjacielem. Nic poza tym…

- Rozumiem – odpowiedział Feliciano i odwrócił zranione spojrzenie. Po chwili poderwał wzrok i uśmiechnął się szeroko, choć wciąż z cieniem smutku. – Wybaczę ci.

Ludwig zamrugał zaskoczony.

- Naprawdę? – zapytał.

- Tak. Pod jednym warunkiem – Feliciano uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w jego oczach tym razem pojawiło się ciepło. – Przyjdziesz jutro do mnie?

Ludwig szybko przeszukał pamięć sprawdzając, czy kolejnego dnia nie ma umówionych po południu spotkań i czy wizyta u przyjaciela była możliwa. Następnego dnia był piątek, a przed weekendem na ogół zwalało się mnóstwo spraw, jednak powinien mieć dość czasu, by poświęcić go Feliciano.

- Dla ciebie wszystko – odpowiedział, przyklejając do twarzy profesjonalny uśmiech, którym zawsze obdarowywał potencjalnych klientów składając podobne obietnice. Gdy Feliciano zmarszczył brwi na ten widok, Ludwig chrząknął zakłopotany. Czyżby go przejrzał?

- A jak praca? – zapytał Feliciano, zmieniając temat, na co jego rozmówca odetchnął z ulgą. Opowiedział o swojej karierze w wydawnictwie, współpracownikach i obowiązkach, z którymi musiał sobie radzić na co dzień. Coś w tonie jego wypowiedzi zwróciło uwagę chłopaka.

- Nie jesteś zadowolony z tego, co robisz, prawda? – zapytał.

- Cóż, nie jest to coś, o czym marzyłem. Ale nie jest źle.

- Wyglądasz na zmęczonego.

Ludwig odruchowo potarł twarz, jakby odsuwał od siebie zmęczenie. Naraz sapnął. Dokumenty! Jak to się stało, że przypomniał sobie o nich dopiero teraz? Nigdy nie zdarzyło mu się zapomnieć, że jest na biznesowym spotkaniu, aż do tej chwili.

- Skoro mówimy o pracy – zaczął, sięgając po teczkę. – Właściwie jest jedna sprawa, w której będę musiał prosić cię o pomoc.

Krótko wyjaśnił całą sytuację, skrupulatnie unikając prawdy o tym, że wydawnictwo nie dopilnowało sprawy i potrzebują tych dokumentów na wczoraj.

- To umowa i zgoda na reprodukowanie twoich prac w albumie. Wystarczy, że podpiszesz we wskazanych miejscach i wszystko będzie załatwione.

Feliciano przypatrywał się zadrukowanym kartkom, a jego mina rzedła.

- Więc tak naprawdę przyszedłeś do mnie w sprawie pracy? Nie przyszedłbyś do mnie, gdyby nie to? – zapytał cicho i spojrzał Ludwigowi w oczy. Ten przez chwilę wyglądał na zaskoczonego pytaniem.

- Nie, to nie tak – odparł w końcu. – To znaczy, to prawda, że przyszedłem jako przedstawiciel wydawnictwa. Ale bardzo się cieszę, że mogłem cię zobaczyć.

Feliciano pokiwał głową, choć nie wyglądał na przekonanego. Przyjrzał się jeszcze raz tekstowi jednej z umów.

- Nie bardzo się na tym znam – powiedział w końcu, odkładając kartki na ławę. – Będę musiał poradzić się mojego prawnika.

- Prawnika?

- Tak, prawnika. Sam mówiłeś mi kiedyś, że powinienem pilnować dokumentów i uważać, co podpisuję. Nie jestem w tym najlepszy, więc pomaga mi prawnik – odpowiedział z zakłopotanym uśmiechem.

- A kiedy będziesz mógł się z nim skontaktować?

- Nie wiem, jak nie zapomnę, to zadzwonię do niego dzisiaj.

Ludwig zacisnął zęby. Nie miał czasu na 'nie wiem', najpóźniej w poniedziałek szef musi mieć podpisane dokumenty na biurku.

- A jutro? – zaproponował, starając się zamaskować irytację. – Może uda ci się umówić z nim w godzinach naszego spotkania? Wtedy mógłbym wyjaśnić ewentualne wątpliwości…

Feliciano patrzył na niego przez dłuższą chwilę. Uchylił usta, jakby chciał mu powiedzieć coś ważnego, ale zrezygnował. Kiwnął tylko głową i wymruczał, że się postara. A jeszcze kilka lat temu było to nie do pomyślenia, by nie powiedział czegoś, co mu leżało na sercu.

- A właśnie! – przypomniał sobie nagle Ludwig. Sięgnął do teczki i wyjął z niej elegancki skórzany kalendarz, który wręczył Feliciano. – To taki drobny prezent od naszego wydawnictwa na dobry początek naszej współpracy. Jest na następny rok, ale przyda ci się.

Przez ułamek sekundy Feliciano wyglądał na poruszonego, choć Ludwig nie był pewny, czy mu się nie wydawało. Chłopak przyglądał się kalendarzowi z dziwnym wyrazem twarzy, po czym na powrót się wypogodził, choć gdzieś w jego lekkim uśmiechu czuło się nostalgię.

- To takie w twoim stylu, dawać w prezencie kalendarz – powiedział, na co Ludwig lekko się obruszył.

- Lubię mieć wszystko dobrze zorganizowane – mruknął. – Nie, żebym był nieuprzejmy, ale tobie też by się przydał porządek.

Feliciano roześmiał się. Zdumiony Beilschmidt zdał sobie sprawę, że brakowało mu tego dźwięku. Choć nie był tego świadom, tęsknił za nim i za spokojnymi czasami, które mu przypominał.

- Dziękuję – powiedział w końcu jego przyjaciel, uspokajając się. Pogładził miękką skórkę okładki. – Na pewno się przyda.

Ludwig przyłapał się na tym, że przygląda się palcom gładzącym kalendarz. Były długie i szczupłe, o przebarwionej skórze i krótko przyciętych paznokciach. Palce artysty…
Wstrząśnięty zafascynowaniem, z jakim obserwował dłonie Feliciano, Ludwig potrząsnął głową. Poczuł, że po czole spływa mu pot. Co się z nim działo?

- Będę się zbierać – odezwał się nagle, przerywając przedłużającą się ciszę. Wstał i chwycił teczkę. – Dokumenty ci zostawię, przeczytaj je jeszcze raz. I nie zapomnij zadzwonić do prawnika. Widzimy się jutro…

- Wychodzisz tak szybko? – W głosie chłopaka dało się słyszeć smutek i rozczarowanie. – Jeszcze tylu rzeczy ci nie powiedziałem…

- Opowiesz mi następnym razem, ja dziś jeszcze muszę zrobić kilka rzeczy – odparł, spoglądając na zegarek. Siedział tu zdecydowanie zbyt długo, a przecież miał jeszcze jedno umówione spotkanie. Pospiesznie ruszył w stronę wyjścia, próbując wyrzucić z pamięci długie palce przesuwające się po skórzanej okładce. - Tylko zadzwoń do tego prawnika, proszę. Zapisz to sobie gdzieś, żebyś nie zapomniał. Albo daj mi swój numer telefonu, napiszę ci wieczorem wiadomość z przypomnieniem, dobrze?

Chwilę później już go nie było. Zniknął, zostawiając Feliciano samego tak jak zostawił go pięć lat temu, zaspanego i o zapuchniętych od płaczu oczach. Zniknął wtedy i nawet nie wiedział, że chłopak go obserwował zza uchylonych drzwi, tak bardzo powstrzymując się od rozpaczliwego wołania.

„Nie zostawiaj mnie".

Tym razem jednak Feliciano nie płakał. Oparty o framugę drzwi, zacisnął rękę na piersi, wbijając palce w materiał koszulki. Ludwig się zmienił i to bolało, choć było jeszcze coś, co bolało bardziej.

Wciąż go kochał. I jeśli nie chciał go znów stracić, nie mógł mu tego powiedzieć.


- Dopiero za tydzień?

Ludwig usilnie starał się ukryć frustrację, więc tylko nerwowo potarł powieki. Siedzący naprzeciw niego Feliciano spoglądał na niego z przepraszającą miną.

- Pan Jansen jest bardzo zajęty w nadchodzącym tygodniu – tłumaczył, wyczuwając niezadowolenie Ludwiga. – To najwcześniejszy wolny termin, jakim dysponował.

Ludwig odetchnął, próbując się uspokoić. Nie mógł czekać tygodnia. Już wczoraj dostało mu się od zwierzchników, którzy liczyli na szybkie załatwienie sprawy i dostarczenie podpisanych przez Vargasa dokumentów. Ostatecznym terminem był poniedziałek i nie było mowy o jego przesunięciu.

- Nic nie szkodzi – powiedział polubownie. – Możemy to przecież załatwić z innym prawnikiem. Zaraz skontaktuję się z jednym, który współpracuje z wydawnictwem i…

- Wolałbym nie – zaprotestował lekko Feliciano. Widząc powstrzymywaną przez Ludwiga złość, skulił się mimowolnie. – Nie znam go i nie wiem, czy mogę mu ufać…

- To taki sam prawnik, jak pan Jansen, to naprawdę nie ma znaczenia.

Feliciano zagryzł usta i Ludwig wiedział, że to koniec. Wciąż pamiętał ten gest, gdy jako mały chłopiec Feli uparcie przy czymś obstawał. Nie zmieniło się nic poza tym, że tym razem zamiast zjedzenia lodów przed obiadem, żądał on swojego prawnika. Ludwig westchnął.

- Bardzo potrzebuję tych dokumentów, Feliciano – powiedział w końcu, postanawiając zagrać ostatnią kartą. – Jeśli do poniedziałku ich nie dostarczę, będę miał kłopoty w pracy. Mógłbyś je dla mnie podpisać? Proszę ze względu na naszą starą znajomość…

Czuł się jak skończony dupek, grając w ten sposób. Nie miał żadnego prawa, by czegoś od niego żądać, nie po tych wszystkich latach milczenia z jego strony.
Feliciano myślał nad czymś głęboko, po czym nagle wstał i bez słowa wyszedł do drugiego pokoju.

„Obraził się?", pomyślał Ludwig. „Choć to nie w jego stylu, on tak nie robi. Woli głośno dawać znać o tym, co mu nie pasuje, krzycząc, wymachując rękami lub płacząc".

Chyba że się zmienił.

Po chwili Feliciano wrócił i usiadł z powrotem na swoim miejscu. Położył na stole otwarty na notatkach kalendarz i przesunął go na ławie w stronę Ludwiga. Był to ten sam organizer, który dzień wcześniej dostał w prezencie.

Ludwig pochylił się nad zapisaną stroną, niewiele z niej rozumiejąc.

- Co to jest? – zapytał w końcu.

- To są rzeczy do spełnienia – powiedział z nienaturalną dla niego powagą Feliciano, choć wypowiedziane przez niego zdanie brzmiało dziwacznie. – Marzenia – dodał po chwili.

- Dlaczego mi to pokazujesz?

Feliciano odetchnął głęboko, jakby zbierał się na odwagę.

- Chcę, żebyś je spełnił – wypalił w końcu, po czym zaczerwienił się i spuścił wzrok. – Dla mnie.

- Nie rozumiem. Ja mam je spełnić dla ciebie?

- To miało być twoje zadanie – zaczął tłumaczyć Feliciano, nagle zawstydzony. – Chciałeś, żebym ci wybaczył. Wymyśliłem więc te życzenia, które musisz spełnić, bym to zrobił.

Ludwig zaniemówił.

- Rozumiem – odpowiedział w końcu, choć nie bardzo rozumiał. – Ale jaki to ma związek z dokumentami?

Feliciano spojrzał w jego twarz, nagle nabierając pewności siebie.

- Podpiszę te dokumenty, jeśli spełnisz życzenia.

- To niemożliwe. Nie dam rady tego wszystkiego załatwić do poniedziałku.

- W takim razie jedno życzenie. Jeśli spełnisz jedno życzenie z tej listy, podpiszę co tylko będziesz chciał.

Ludwig nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. „Zupełnie jak dziecko", pomyślał, zaciskając szczęki. „Nie mam czasu na takie głupoty".

Mimo to pochylił się nad tekstem, zapisanym równym pismem Feliciano.

USŁYSZEĆ WYZNANIE MIŁOŚCI

DOSTAĆ ŚNIADANIE DO ŁÓŻKA

BYĆ ZADOWOLONYM Z PRACY

MIEĆ PORZĄDNY DOM

POGODZIĆ SIĘ Z RODZINĄ

POJECHAĆ NA ZAGRANICZNĄ WYCIECZKĘ

- „Usłyszeć wyznanie miłości" jest skreślone? – zapytał trochę wbrew sobie, jakby pytając zgadzał się na postawione mu warunki.

- Tak – odpowiedział Feliciano z lekkim uśmiechem. – Zapomniałem, że to już się spełniło.

- To dobrze – mruknął, czując w piersi jakiś nieokreślony ucisk. Czyli pojawił się ktoś, kto wyznał Vargasowi uczucia. Ciekawe, czy on je odwzajemnił…

Widząc głębokie zamyślenie na twarzy przyjaciela, Feliciano się zaniepokoił.

- Wystarczy jedno życzenie, obojętnie jakie – powiedział.

- Dlaczego tak ci na tym zależy? – zapytał nagle Ludwig, unosząc wzrok znad zapisanej strony. Feliciano wyglądał na zbitego z tropu.

- To ty chcesz, żebym podpisał dokumenty…

- Nie możesz mi po prostu zaufać i zrobić to bez tych wszystkich dziecinnych gierek?

- A mogę ci znowu zaufać?

Patrzyli na siebie przez długą chwilę, obaj dotknięci wypowiedzianymi słowami.

- Nie widziałem cię od bardzo dawna, chcę tylko z tobą pobyć – powiedział cicho Feliciano. – To wszystko.

Ludwig westchnął, długo i ciężko.

- Niech ci będzie – rzucił w końcu zrezygnowany. – Jedno życzenie, a potem podpiszesz te dokumenty, jasne?

Wtedy zobaczył coś, czego dawno nie widział. Twarz Feliciano nagle rozjaśniła się w szerokim i szczerym uśmiechu, poruszył się też na kanapie, jakby chciał wstać i rzucić się przyjacielowi na szyję. Oczyma wyobraźni Ludwig widział go uwieszonego na sobie w morderczym uścisku i krzyczącego z radości, więc odruchowo cofnął się i napiął, szykując się do wygłoszenia protestu. Ku jego zdziwieniu jednak Feliciano, choć już gotowy do skoku, naraz się powstrzymał. Lekko uniesione barki opadły nagle, a cała sylwetka chłopaka skurczyła się, jakby początek tamtego ruchu był tylko mirażem dla zmylenia przeciwnika. Jedyne, co pozostało niezmienione, to łagodny uśmiech na jego twarzy.

„Czy on mnie wciąż kocha?", zadał sobie pytanie Ludwig. „Zachowuje się niemal tak samo jak przed tamtym wyznaniem miłości. Czy zgadzając się na tę grę znowu mogę obudzić jego szczeniackie uczucia? A jeśli on znowu spróbuje…".

Nie. Nie wolno mu tak myśleć. Ciągła podejrzliwość całkowicie zniszczy ich już i tak nadwątloną przyjaźń.

Miał dwa dni. Spojrzał na wypunktowane w kalendarzu życzenia i próbował sam siebie przekonać, że to nic wielkiego. To tylko praca, kolejne wyzwanie biznesowe, których już wcześniej doświadczał, a Feliciano był po prostu jego kolejnym klientem. Jeśli będzie to tak traktować, to wszystko szybko się skończy i będzie mógł wrócić do swoich codziennych obowiązków.

Jednak słuchając nagle ożywionej paplaniny Feliciano, nie mógł pozbyć się jednego wrażenia: to nie będzie takie łatwe.


Od autora: HTML wciąż nie działa, nie mam pojęcia dlaczego. Dlatego też nie mogę ustawić tego przeklętego przekreślenia. Przepraszam za niedogodności.