Ministerstwo Magii od lat zalewało ich falą kretyńskich pomysłów, ale to był szczyt wszystkiego. Hermiona doskonale zdawała sobie sprawę, że Program Resocjalizacji Śmierciożerców ma na celu pozbycie się ich, choć nie mówiło się o tym głośno.

Prawda była taka, że Ministerstwo potrzebowało pieniędzy, a od czasu zakończenia wojny, odkąd dementorów w Azkabanie zamieniono na aurorów, utrzymanie więzienia było znacznie droższe. Postanowiono więc zredukować liczbę zarówno strażników, jak i więźniów.

Jedyną nowością i szokiem zarazem był fakt, że Ministerstwo wciąż więziło dementorów, aby w razie czego użyć ich do własnych celów. I oto nadarzyła się ku temu okazja.

Jako doktor psychologii w Szpitalu Świętego Munga, Hermiona została poproszona o udział w programie. Zgodnie z regulaminem miała określić, czy jej pacjenta da się wyleczyć, czy też nie. Jeżeli nie, czeka go pocałunek byłego strażnika więzienia.

Nie wiedziała czemu, ale przyrzekła sobie, że nie ważne na kogo trafi, wyleczy go. Więźniowie w Azkabanie, zwłaszcza po długim pobycie, przestawali być tymi samymi ludźmi, to też łatwiej będzie w nich ukształtować nowe poglądy. Ministerstwo prawdopodobnie nie zdawało sobie z tego sprawy.

Gdy weszła do domu, jej nozdrza zostały zaatakowane przez zapach mocnej kawy. Pokręciła głową. Za nic nie mogła namówić swojego męża do wypicia czegoś innego, niż kawa. Cholernie mocna kawa, swoją drogą.

Siedział w kuchni, pochylony nad gazetą, trzymając w dłoni swój kubek. Uśmiechnęła się na widok gorącej herbaty stojącej naprzeciwko niego. Takimi małymi gestami pokazywał jej, że mu na niej zależy. I dzięki temu czuła się najszczęśliwsza na świecie.

Pocałowała go w policzek, po czym opadła na krzesło i po napiciu się herbaty położyła przed sobą teczkę z aktami. Severus przyjrzał się jej uważnie.

- Co się stało? – spytał.

- Program Resocjalizacji Śmierciożerców. Chociaż 'redukcji' brzmiałoby lepiej.

Uniósł jedną brew w pytaniu. Hermiona westchnęła.

- Mamy określić, którzy więźniowie nadają się do leczenia, a którzy nie. Ci, których się wyleczyć nie da, zostaną pocałowani przez dementorów.

- A to ciekawe…

- Prawda? Ministerstwo trzyma paru w zamknięciu właśnie na taką okazję.

Mężczyzna patrzył intensywnie w jej oczy, po czym uśmiechnął się złośliwie.

- Czyżbyś właśnie postanowiła, że za wszelką cenę wyleczysz swojego pacjenta, nawet, jeżeli trafisz na samego Voldemorta?

Hermiona zarumieniła się lekko ze złości. Zawsze, nawet po ślubie, nabijał się z jej zapału.

- Severusie, oni już nie są tymi samymi ludźmi, co kiedyś. Ja po prostu nie rozumiem, dlaczego Ministerstwo chce się ich pozbyć teraz, a nie zrobiło tego zaraz po wojnie, kiedy ich zamykali!

- Wtedy ministrem był Kingsley, który uważał, że więzienie to doskonała kara. Wychodził z założenia, że ich pokutą będzie cierpienie, śmierć natomiast byłaby nagrodą, ucieczką od kary. Obecny minister ma to wszystko w poważaniu i chce wyciągnąć dla siebie jak najwięcej pieniędzy, a jak ma to zrobić, skoro musi opłacać strażników w Azkabanie?

- Ale dlaczego nikt tego nie zauważa?

- Oczywiście, że ludzie to widzą, ale co mogą zrobić? Mathews przekupił zapewne połowę Ministerstwa, jak nie więcej.

Kobieta posmutniała i spuściła wzrok. Severus złapał jej podbródek i zmusił do spojrzenia w oczy.

- Hermiono, obiecaj mi, że nie wpakujesz się w kłopoty. To śmierciożercy, niektórym z nich mogło się pomieszać w głowie, ale pamiętaj, że niekoniecznie w tę stronę, w którą powinno. – Puścił ją i napił się kawy. – Zapewne zakładasz, że są łatwą masą do rzeźbienia, bo totalnie im odbiło. Być może niektórzy zrozumieli, że robili źle i oszaleli, bo sumienie ich przytłaczało. Weź jednak pod uwagę taką Bellatrix, która po prawie piętnastu latach w Azkabanie, nadal była wierna Voldemortowi. Niektórzy zmieniają się tylko na gorsze i choćbyś nie wiadomo, jak mocno chciała, nie dasz rady im pomóc.

Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Otworzyła teczkę, spojrzała na imię i nazwisko, po czym szybko przebiegła wzrokiem po protokole z rozprawy.

- Na kogo trafiłaś?

- Rabastan Lestrange.

Severus uśmiechnął się delikatnie.

- Zawsze go lubiłem. Masz okazję się wykazać. Podejrzewam, że jest skłonny poddać się leczeniu.

Spojrzała na niego w osłupieniu. Ten mężczyzna odpowiadał za stan rodziców Neville'a, a Severus od tak po prostu stwierdza, że go lubi?

- Severusie, on…

- Był jednym z najrozsądniejszych z nas i podejrzewam, że gdyby ktoś dał mu przykład, to szybko zmieniłby strony.

- On torturował Longbottomów!

- Bo został zmuszony.

- Słucham? – no to była dla niej nowość.

- Rabastan był piekielnie inteligentny. Nie lubił i nie chciał zabijać. Został śmierciożercą, bo do tego został wychowany, ale robił, co tylko mógł by uniknąć morderstw i tortur. Wyznał mi kiedyś, że odszedłby, gdyby nie to, że jest zakochany w pewnej kobiecie, której imienia jednak mi nie zdradził. Prawdopodobnie była mężatką. Podejrzewam Bellę lub Narcyzę. W każdym razie, Rabastan udawał duże dziecko. Wszystkich irytował, głównie ze względu na to, że zdrabniał imiona. Podczas naszych wypadów zabijał tylko wtedy, gdy wiedział, że ktoś mu się przygląda.

- Jednego nie rozumiem. W aktach jest napisane, że był w Azkabanie przez piętnaście lat. Skoro wtedy nie przeszedł na naszą stronę, to skąd twoja pewność, że teraz będzie do tego skłonny?

- Bo jego cela była pomiędzy celami Belli i Rudolfusa. Mogli swobodnie rozmawiać, planować. Miał zajęcie, więc nie miał czasu myśleć nad własnym postępowaniem.

- A teraz ma?

Severus westchnął.

- Razem z Dumbledorem odwiedziliśmy raz Azkaban, kiedy wyciągaliśmy stamtąd Dracona. Cele są obłożone specjalnymi zaklęciami, które uniemożliwiają więźniom komunikację.

- Dlaczego nikt wcześniej nie wpadł na taki pomysł?

- Ministerstwo uważało, że dementorzy wystarczą.

Pokręciła głową i nagle ziewnęła. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest zmęczona.

- Jasper śpi? – spytała o syna.

- Od dobrych paru godzin.

- W takim razie ja też się położę.

- Dobrze, że tak to ujęłaś – odpowiedział Severus z błyskiem w oku, i choć błysk ten miała okazję oglądać od dobrych dziesięciu lat, nogi nadal jej miękły.

Weszła do swojego gabinetu , odłożyła akta, aby zająć się nimi z rana i poszła do sypialni, gdzie jak się spodziewała, mąż nieprędko da jej zasnąć.

Po śniadaniu i pożegnaniu swoich chłopców (Severus nadal uczył w Hogwarcie, a Jasperem opiekowała się Ginny) dużo czasu spędziła na przeglądaniu akt Rabastana. Zdążyła się zorientować, że udowodniono mu zaledwie dwa morderstwa. Mało, bardzo mało, jak na śmierciożercę. Taki Lucjusz Malfoy został skazany za pięćdziesiąt trzy morderstwa. Niemniej jednak, podczas przesłuchania, gdzie Lestrange był pod wpływem Veritaserum, przyznał, że zgadza się z poglądami swojego Pana, i to ją niepokoiło. Była jednak zawzięta, a skoro Severus stwierdził, że może jej się udać, wierzyła w to.

Po południu stwierdziła, że wie o swoim pacjencie dostatecznie dużo, aby go odwiedzić.

Azkaban był przerażający i sama myśl o tym, że będzie musiała stawiać się tu kilka razy w miesiącu, napawała ją strachem. Niby nie było już dementorów, jednak w dalszym ciągu więzienie wyciągało z obecnych wszelkie możliwe, dobre wspomnienia. Nie spodziewała się, że będzie to na nią aż tak bardzo oddziaływać.

Po sprawdzeniu jej tożsamości i przepustki, gruby strażnik, którego imienia nie zapamiętała, zaczął prowadzić ją w stronę celi. Korytarze były ciemne, wilgotne, pachniało stęchlizną i uryną. Więźniowie krzyczeli i szarpali kraty. Ciała wielu z nich były pokryte plastrami i bandażami.

- Bijecie ich? – spytała oburzona.

- Skąd – mruknął strażnik – Sukinkoty sami obijają się o wszystko, co możliwe. Sami się kaleczą.

- O mój pacjent?

Strażnik wzdrygnął się.

- Sama pani doktor zobaczy.

Cela Rabastana znajdowała się na końcu korytarza na piątym piętrze.

- To ten tutaj.

Stała na środku korytarza, skąd nie była w stanie nic zobaczyć, ponieważ w celi nie paliła się żadna pochodnia.

- Mogę poprosić o trochę światła?

- Nie ma mowy, pani doktor. Facet lubi się podpalać.

To nie ułatwiało jej zadania. Podeszła trochę bliżej, a gdy jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, zobaczyła obraz nędzy i rozpaczy.

Młodszy z braci Lestrange siedział na ziemi, skulony w kącie celi. Był niewyobrażalnie chudy. Jego skóra w ciemności wydawała się świecić bielą, niczym kości. Rude włosy straciły swój olśniewający blask, który widziała na zdjęciach. Teraz były tłuste i skołtunione oraz tak długie, że sięgały podłogi. Na nogach i rękach miał mnóstwo blizn, a więzienna szata pokryta była krwią. Zapach dobiegający ze środka też nie należał do przyjemnych.

Siedział sztywno, wpatrzony w przeciwległą ścianę. Jego twarz była idealnie gładka. Podejrzewała, że podobnie jak Severus, rzucił na siebie zaklęcie, aby nie rósł mu zarost. Było jednak dziwnym, że zaklęcie nadal działa.

- Jakim cudem nie ma zarostu?

- Każdy więzień mógł o coś poprosić, kiedy był tutaj wsadzany. Ten wybrał zaklęcie golące. Ale on od samego początku był dziwny.

Podeszła jeszcze bliżej i złapała za kraty.

- Rabastanie – powiedziała, jednak nie spojrzał na nią. Nawet nie mrugnął. Wydawało się, że jej nie słyszy. Ona jednak mówiła dalej.
– Rabastanie, nazywam się Hermiona Snape – zauważyła, że mrugnął nerwowo, prawdopodobnie na dźwięk znajomego nazwiska – Jestem psychologiem i przyszłam tu, aby ci pomóc. – Znów brak reakcji. – Zrobię wszystko, aby ci pomóc. Masz szansę wyzdrowieć. Masz szansę być wolnym i zacząć nowe życie.

Patrzyła na niego intensywnie, jednak mężczyzna ani drgnął. Wiedziała że słyszy, nie wiedziała, dlaczego nie reaguje.

Nagle mężczyzna rzucił się na nią. Nie zauważyła nawet kiedy znalazł się tuż przy kratach i złapał ją za gardło. Zaczęła się dusić. Strażnik podbiegł szybko i próbował ją oswobodzić. Dlaczego nie używa różdżki?

I wtedy spojrzała w oczy napastnika. Oczy szare, martwe. Nie poruszały się, powieki nie mrugały. Z jego ust wydobywało się dziwne rzężenie.

- Przestań – zdołała wyszeptać. Nie podziałało, strażnik nadal siłował się z jego rękoma. Postanowiła próbować dalej. – Rabastanie, przestań. Dusisz mnie. Mogę ci pomóc. – Poczuła, że nie może już wciągnąć powietrza. Uścisk przybierał na sile, a jej zaczęło się robić ciemno przed oczami. Ostatkiem sił wyszeptała – Rabastanie, obudź się!

Opadła na podłogę, a strażnik szybko odciągnął ją od celi. Lestrange stał nieruchomo z wyciągniętymi przed siebie rękoma, jakby cały czas ją trzymał. Spojrzała znów w jego oczy i zobaczyła błysk. W zasadzie nie była pewna, czy to po prostu nie było odbijające się światło jednej z pochodni na korytarzu, wmawiała sobie jednak, że ją usłyszał. Że zrozumiał.

Gdy była już w domu i siedząc na kanapie przy kominku, popijając gorącą herbatę, odtwarzała w myślach całe wydarzenie, była w stu procentach pewna, że go obudziła. Jego umysł, który zasnął. Który nie ma żadnej kontroli nad ciałem.

Strach minął. Przyszło zrozumienie. Umysł, świadomość Rabastana umarły. Prawie. A jej uda się go wyleczyć. Inaczej nie byłaby Hermioną.