Rozdział 2

Długość: 1 085 słów

Betowała: Raijin

Orientujesz się, że znów jesteś przy jego drzwiach. Opierasz ramiona na swoich zgiętych kolanach i jesteś pochylony wystarczająco nisko, żeby wyglądać jakbyś przyciskał swoje nogi ciasno do siebie. Zresztą pewnie dokładnie to właśnie robisz, ale jesteś zbyt skupiony na dźwiękach, których wcale nie chcesz słyszeć, żeby to zarejestrować. Nie przyszedłeś tu, żeby znów być świadkiem tego, jak jest wykorzystywany. Właściwie to skóra cierpnie ci za każdym razem, kiedy do twoich uszu dociera jego jęk.

Jest coś niepokojącego i ponurego w każdym dźwięku, który dobiega cię z tego pokoju — nawet jeśli wszystkie są przytłumione przez drzwi, które zamknąłeś. Nie byłeś w stanie znów naruszać jego prywatności tak, jak poprzednio, ale jednocześnie zdajesz sobie sprawę, że w jakimś stopniu wciąż to robisz. W całej tej sytuacji jest coś takiego, przez co cały rwiesz się do działania. Twoje dłonie aż świerzbią, bolą; może nawet uderzyłbyś go w twarz, chcąc odciągnąć od niego tego nieznajomego mężczyznę, który jest z nim tym razem. Pewnie nawet nie jeden raz. Powtarzałbyś to do momentu, w którym w końcu uświadomiłby sobie, że to co robi, w niczym mu nie pomoże. Nie uleczy w ten sposób żadnej ze swoich ran. Boisz się, czy czasem nie zrani siebie tak głęboko, że blizny po tym pozostaną z nim na zawsze.

Może część ciebie jest zbyt naiwna i ślepa, żeby dostrzec, że on już teraz jest cały wyniszczony — poraniony od wybuchu granatu, który trzyma we własnych rękach. Wyciągnął zawleczkę i przybyłeś dużo za późno, żeby móc osłonić go przez niebezpieczeństwem. To jednak nie wystarczy, żeby zniechęcić cię i zmusić do odejścia. Wciąż tu jesteś i czekasz, aż osoba, która się nim zabawia odrzuci go na bok jak byle kogo.

Nie miałeś pojęcia.

Nawet najmniejszego pojęcia…

…Że robił to tak często. Wszystkie ślady na jego ciele znikały w przeciągu godziny, więc nie było takiej możliwości, żeby było coś po nim widać, kiedy już pojawi się między ludźmi. Jego postawa nigdy nie zmieniała się ani odrobinę. Kanda, niezależnie od wszystkiego, zawsze był Kandą. Wyjątek, rysę w jego zachowaniu, stanowił ten incydent, kiedy to tak otwarcie wraziłeś swoją troskę o niego. Jesteś pewien, że nikt przed tobą tego nie zrobił. Gdyby tylko on wziął sobie do serca to, co powiedziałeś…

Nie zrobił tego jednak, tyle było jasne. Znów górowało nad nim ciało jakiegoś mężczyzny i pozwalał obijać się o wezgłowie łóżka, jakby jego samopoczucie i zdrowie nie miało żadnego znaczenia.

Dla niego samego naprawdę nie miało.

Miało jednak dla ciebie. Miało na tyle, żeby utrzymać cię w miejscu, póki głuche uderzenia o stelaż łóżka nie ucichną, póki nie będzie się zanosiło na to, że nocny gość kończy ze swoją zabawką — bo tak właśnie myślisz o Kandzie, za każdym razem kiedy widzisz jak zaszywa się w swoim pokoju z jakimś przypadkowym Poszukiwaczem, który może nawet nie przeżyć najbliższych kilku dni. To zupełnie tak, jakbyś patrzył, jak ktoś wycina krwawe wzory na ciele Kandy raz po razie, dopóki nie przestanie dostarczać mu to rozrywki. To okrutne.

Chciałbyś sprawić, żeby przestał tak się krzywdzić, ale możesz tylko siedzieć pod jego drzwiami i mieć nadzieję, że za którymś razem w końcu cię wysłucha.

To już któryś raz, odkąd odkryłeś co robi nocami — trzeci przynajmniej — i niezmiennie napełnia cię to poczuciem winy; bo przecież po prostu siedzisz tuż obok i pozwalasz na to wszystko. Ale co takiego mógłbyś zrobić, żeby było to uzasadnione? Zastanawiasz się nad tym naprawdę częściej niż powinieneś. Nie masz z tym nic wspólnego, a fakt ten z kolei sprawia, że czujesz się jeszcze gorzej — gorzej do tego stopnia, że robi ci się niedobrze od samego przebywania w pobliżu.

Drzwi w końcu otwierają się, skrzypiąc przy tym w zawiasach, i mija cię para topornych, czarnych butów. Nigdy nie patrzysz wyżej. Nie chcesz widzieć twarzy osoby, która pozostawiła tymczasowe sińce na ciele Kandy i plamy krwi w jego pościeli. Człowiek ten znika z pola twojego widzenia; przyzwalasz na to i jak zwykle, z pokoju wychodzi też druga osoba. Nie trudno zgadnąć, że dopiero co ubrana w pośpiechu.

— Widzę, że ty znów tutaj. Nie najlepiej ci idzie przekonywanie mnie, że wcale nie masz jakiegoś chorego fetyszu na słuchanie, jak ktoś mnie pieprzy.

Kulisz się w sobie, bo te słowa są dla ciebie jak uderzenie w twarz.

— … Wolałbym, żebyś nie mówił tego w ten sposób. — Kłuje cię to w piersi z powodów, których nie byłbyś w stanie do końca wyjaśnić. Jedyne o czym jesteś w stanie myśleć, to ten jeden moment, kiedy jego maska opadła i wraz ze łzami dało się dostrzec ukrytą za nią prawdę. On musi wiedzieć, że jesteś tu właśnie przez to, bo teraz się pilnuje i wątpisz, żeby w najbliższym czasie znów miał pozwolić sobie na taką chwilę słabości.

— W jaki? Najbardziej zgodny z prawdą? — Kanda pochyla się nad tobą do momentu, w którym możesz dostrzec jego twarz przed sobą i trochę cię to przeraża. Jest w niej pustka, która w ciągu dnia nigdy nie jest aż tak widoczna — ale tutaj, w ciemności, jest porażająca. Cienie na jego twarzy nadają mu udręczony wygląd i chcesz wyciągnąć do niego rękę, ale wiesz, że nie możesz. — Nie wiem, po co tu jesteś kiełku, ani czemu upierasz się, żeby wtrącać się w moje sprawy, ale masz dwa wyjścia: możesz albo odejść w końcu w cholerę, albo chociaż nie sterczeć pod moimi drzwiami i postawić sprawę jaśniej.

— Co… Czy ty proponujesz, żebym siedział w twoim pokoju, kiedy ktoś wykorzystuje cię do zaspokojenia swoich potrzeb? — Głos masz przepełniony niepokojem, bo wiesz, że, owszem, dokładnie to miał na myśli. Przechodzi cię dreszcz i czujesz się na tyle nieswojo, że chcesz odsunąć się od niego. Nie robisz tego jednak.

— Masz dwa wyjścia — powtarza, a jego słowa brzęczą w twojej głowie, jakby nie miały ani krzyny sensu. — Dziwisz się, jakbyś był w szoku, ale mogę się założyć, że jutro o tej samej porze będziesz czekał w moim pokoju na tym krześle tam w rogu.

Kierujesz oczy w dół i twoja własna frustracja przysłania ci wzrok. Zaciskasz zęby na tyle mocno, że aż boli cię od tego głowa. Myślisz ze smutkiem, że z tego zakładu nie ma żadnej zwycięskiej drogi, a przecież hazard to od zawsze twój konik.

Drzwi zamykają się, a ty wciąż pozostajesz w miejscu. Wiesz, że już zaszył się w środku, ale z jakiegoś powodu czujesz jego ból i zdenerwowanie. Wcale nie radzi sobie z całą tą sytuacją lepiej, niż ty sam. Wbrew wszystkiemu co mówi i co stara się sobą prezentować — nic nie jest z nim w porządku.

Ale wtedy zaczynasz zastanawiać się, czy w całym jego życiu kiedykolwiek wszystko było z nim w porządku.