Lato Draco Malfoya nie należało do najprzyjemniejszych. Właśnie kąpał się w ogromnej wannie ojca, rozmyślając o swoim kłopotliwym położeniu. Najwyraźniej Czarny Pan winił jego ojca za wszystko, co poszło nie tak w Ministerstwie w zeszłym miesiącu. Nie potrafił tego zrozumieć. Przecież to była wyraźnie wina Pottera. Co z tego, że nie znał szczegółów, na przykład, co oni w ogóle robili w Ministerstwie. Każdy, kto znał Pottera, wiedział, że zawsze wciska nos w nie swoje sprawy. Nie po raz pierwszy przypominał sobie swoje podejrzenia z drugiego roku. Ta dziwna rozmowa z Crabbem i Goylem podczas przerwy świąteczne. Ta, o której przyrzekali, że nie miała miejsca. Był pewien, że Potter jakoś był w to zamieszany, ale musiał jeszcze wykombinować jak. Czy jego przyjaciołom zmieniono pamięć? Byli pod Imperiusem? Przecież Potter i ten zdrajca krwi nie mieliby szans dostać w swoje łapska Wielosokowego, a pomysł, że mogli go uwarzyć sami był absurdem, nawet jeśli mieli tą szlamę do pomocy. Draconowi się to nie udawało, a, uwierzcie, próbował już sporo razy. Jeśli jemu to nie wychodziło, nie ma szans, żeby oni mogli tego dokonać, szczególnie na drugim roku. Ale mimo wszystko…
Draco sięgnął po swoją „gumową kaczuszkę", egzotyczny i raczej rzadki obiekt, który jego ojciec przywiózł z podróży biznesowej do Ameryki. Była o niej nawet piosenka. Gdy bawił się kaczką, nucił pod nosem melodię i po raz kolejny pomyślał o swoim niezbyt miłym lecie. Dlaczego Czarny Pan nie mógł obwinić za to wszystko Pottera, a nie jego ojca? Jak przypuszczał, jego pierwszym błędem było wypowiedzenie tej myśli na głos w obecności Czarnego Pana. Myślał, że wiedział, co to ból, dopóki nie usłyszał cicho wypowiedzianego „Crucio". Później był niewyobrażalny ból. Na szczęście, skończyło się to raczej szybko, a on sam otrzymał dwie ważne lekcje. Po pierwsze, nigdy nie kwestionować Czarnego Pana i jego decyzji. A po drugie, fakt, że był Malfoyem znaczył dla Czarnego Pana tyle co nic. Możliwe, że nawet mniej niż nic.
A potem ten znak. Bolesny, ale na inny sposób. Nawet teraz, całe dni później, jego skóra nadal sprawiała wrażenie obcej. A to pieczenie, gdy zwołano zebranie! Jak inni Śmierciożercy z tym żyli? Nigdy nie powiedziałby tego na głos, ale maleńka część jego zaczynała się zastanawiać, czy popełnił błąd (nie żeby naprawdę miał jakiś wybór po złapaniu jego ojca). Co jeśli plotki, że Czarny Pan regularnie i boleśnie karał swoich popleczników, były prawdziwe? Z pewnością nie może to być prawda. Był najpotężniejszym czarodziejem na świecie, z wspaniałą wizją na czystą przyszłość. Czyż nie?
Jedno wiedział na pewno. Był mściwym… przywódcą. Jak w ogóle Draco mógł nawet mieć nadzieję na przemycenie do Hogwartu grupy Śmierciożerców, ale także na zaskoczenie i zabicie Wielkiego Albusa Dumbledore'a? Nie żeby nie chciał tego zrobić, ale czy to naprawdę możliwe, żeby szesnastolatek zabił człowieka, którego sam Czarny Pan nie mógł zabić? Nawet o tym nie myśl. To Czarny Pan. Oczywiście, że mógł zabić Dumbledore'a. Pewnie po prostu nie chciał tego wcześniej robić. No właśnie.
Tak, przyznałby, ale tylko samemu sobie, że zaczynał mieć wątpliwości.
Lato Rufusa Scrimgeoura niezaprzeczalnie zaczęło się z hukiem. W tej chwili nowy Minister siedział za swoim raczej imponującym biurkiem w swoim równie imponującym gabinecie. Właśnie wyglądał na pogrążonego w czytaniu raportu o zaletach delegalizacji kociołków zrobionych ze złota (czy ci idioci naprawdę nie mają nic lepszego do roboty?), ale właściwie był pogrążony w rozmyślaniach. Kilka krótkich tygodni temu, Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać był widziany w Ministerstwie. Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać! Byli świadkowie! Wciąż ciężko było w to uwierzyć. Dumbledore i Potter cały czas mówili prawdę. Podejrzewał to, ale nie mógł tego powiedzieć na głos w obawie przed cenzurą ówczesnego Ministra. Knot, ten głupiec! Jego niechęć do przyznania prawdy rok temu kosztowała cały czarodziejski świat sporo wartościowego czasu na przygotowanie się i ochronę. Ale Rufus szybko się uczył i szybko rozgryzł politykę. Wspierał „właściwych" ludzi, unikał „niewłaściwych" i potajemnie spoufalał się z tymi, którzy mogli najbardziej pomóc. Jeśli tylko dostawałby galeona za każdym razem, gdy wysłuchiwał pijanego Amosa Digorry'ego jęczącego o „niekompetencji reżymu Knota" albo „niesprawiedliwości nagonki na biednego Pottera". Ale jaki pomocny się okazał, gdy przyszło co do czego!
Było to niecałe osiem dni po Ministerialnej Burdzie, jak nazwał to Prorok, gdy Knot został zmuszony do dymisji. Pani Bones z pewnością byłaby oczywistym wyborem na następcę, gdyby tylko nie znaleziono jej zamordowanej w jej własnym domu, tego samego dnia, gdy Knot poddał się dymisji. Właściwie to jej śmierć była ostatnim gwoździem do trumny Knota. Ponieważ nie było Bones, Rufus szybko został nowym Ministrem.
Pierwszą rzeczą, którą zrobił, to mianował Knota jego „Łącznikiem z Rządem Mugoli". Była to posada stworzona specjalnie na taką okazję, żeby Rufus mógł mieć oko na Knota. A ten idiota był wdzięczny za tą pozycję, biorąc to za wotum zaufania. Tak, Rufus wiedział, jak się bawić w te klocki.
Do gry weszły dawne doświadczenia Rufusa z Departamentem Aurorów. Spędził trochę czasu na przesłuchaniu każdego pracownika Ministerstwa, który widział Sami-Wiecie-Kogo, albo jego Śmierciożerców. Ci, którzy uczestniczyli we właściwej bitwie, to była już zupełnie inna para kaloszy. Wszyscy wydawali się opowiadać dokładnie to samo, od pracowników Ministerstwa, po byłego nauczyciela Hogwartu: uczniowie byli w niebezpieczeństwie, a bardzo niewinny Syriusz Black również się pojawił, a Dumbledore uratował sytuację w kluczowym momencie. A potem była niezwykle bezużyteczna opowieść Dumbledore'a o wydarzeniach, które miały miejsce. Jak zawsze, jego szczegóły były ogólnikowe i nie odpowiadał na jego pytania. Czego chciał Sami-Wiecie-Kto? Jak Dumbledore i jego zespół wiedzieli, że były kłopoty? No i oczywiście, co tam w ogóle robił Harry Potter? W ogóle to jak Potter razem z piątką innych uczniów dostał się z Hogwartu do Departamentu Tajemnic? A skoro już przy tym jesteśmy, to jak tuzin Śmierciożerców znalazł się w Departamencie? Czy Knot kiedykolwiek słyszał słowo „bezpieczeństwo"?
Ile by dał za dziesięć minut w cztery oczy z Potterem. Wtedy przynajmniej miałby kilka odpowiedzi. Starał się wyciągnąć coś od pozostałych uczniów, ale wszyscy twierdzili, że nie tak naprawdę nie rozumieli, co tam się działo. Trójka z nich utrzymuje, że Potter otrzymał informację, że jego ojciec chrzestny (nikt inny jak sam Syriusz Black) był tam przetrzymywany. Jeden z nich twierdził, że nie wiedział, co się w ogóle dzieje, i poszedł tam tylko dlatego, że Potter potrzebował jego pomocy. A ostatnia rozmowa była najlepsza. Uczennica powiedziała, że po prostu przypadkiem wpadła na Pottera i jego przyjaciół, i pomyślała, że brzmiało to ciekawie.
Rufus czuł się przyciśnięty do ściany. Od niewymownych wiedział, że bitwa zaczęła się w Sali Przepowiedni. Potwierdzili, że znajdowała się tam przepowiednia opisana „Czarny Pan i Harry Potter", która została wygłoszona przed narodzinami Pottera. I to wtedy narodził się wymysł „Wybrańca". Czarodziejskie społeczeństwo było spanikowane. Potrzebowali płomyka nadziei. Czemu nie pozwolić Potterowi, żeby pełnił rolę tego płomyka? Jeśli chłopak nie chciał ujawnić szczegółów Ministerialnej Burdy, tym lepiej. To znaczy, że nie ma nikogo, kto mógłby zaprzeczyć jego wersji wydarzeń.
Tak, to lato układało się dosyć przyjemnie.
Mroczny Lord Voldemort usiadł na swoim tronie, tworze zdobionym kamieniami szlachetnymi, z wysokim oparciem, i podziwiał swój geniusz. Jego plany były wspaniałe. Więc dlaczego zawiodły? To tak jakby sam los zwrócił się przeciwko niemu. Już od tamtego Halloween, gdy dziecko, dziecko!, zniszczyło jego ciało, fortuna mu się sprzeciwiała. Ale los nie był godnym przeciwnikiem dla Lorda Voldemorta. Nie zginął tej nocy, bo nie mógł umrzeć. Przewidział to. Niemal roześmiał się na myśl o Albusie Dumbledorze i jego żałosnym Zakonie Feniksa. Niech chroni chłopaka i prowadzi swój Zakon. Żaden z nich nie znał sekretu Voldemorta. Czarodziej tak zapatrzony w światłość jak Dumbledore Wszechmogący nigdy nawet nie podejrzewałby, że stworzył horkruksy. A poza tym, Zakonowi pisana była porażka.
Patrząc w przeszłość, głupim pomysłem było powierzenie Malfoyowi kontroli nad Ministerstwem. Czy nie udowodnił już swojej niekompetencji przy Dzienniku? Ale nie skończyło się to taką katastrofą, jaką wszyscy przewidywali. Racja, nie zdobył przepowiedni, ale udało mu się uświadomić coś dużo bardziej wartościowego. Będzie musiał jeszcze raz przemyśleć plany śmierci Pottera. Generalnie tak zwaną Ministerialną Burdę uważał za neutralną; nie do końca wygrana, ale z pewnością nie porażka.
Jego myśli powędrowały do kary Malfoya i tym razem roześmiał się: był to zimny, okrutny śmiech, który przeraziłby każdego, kto by go usłyszał. Ale oczywiście, w warowni Voldemorta nie było nikogo, pomijając Pettigrewa, który się właściwie nie liczył. Och tak, zemsta na Malfoyu będzie słodka. Rozkazanie jego synowi zabicia Dumbledore'a było istnym przejawem jego geniuszu. To kretyńskie dziecko nigdy nie ukończy tej misji i Voldemort będzie miał przyjemność zabicia dziedzica Malfoyów, tym samym kończąc ród Malfoyów, za jego własny błąd. Oczywiście będzie musiał zaaranżować ucieczkę Malfoya z Azkabanu, żeby mógł obserwować ostatnie chwile swojego syna. Musi jeszcze przemyśleć ostateczny los Malfoya.
Jedną luką w jego planie było niespodziewane pojawienie się Snape'a w równaniu. Cóż, przynajmniej składając Wieczystą Przysięgę, że jeśli, właściwie to kiedy dzieciak zawiedzie, dokończy jego dzieło, udowodniło jego lojalność raz na zawsze. Nie było już potrzeby, żeby tego lata obserwował go Glizdogon. Nawet Bella nie mogła już mieć wątpliwości. Czy będzie musiał interweniować, żeby nie stracić swojego najcenniejszego szpiega? To też będzie musiał przemyśleć.
Ostrożne pukanie do drzwi wyciągnęło go z rozmyślań. Najwyraźniej Pettigrew nie potrafił zebrać się na tyle, żeby normalnie zapukać w drzwi. Miał nadzieję, że spędzenie lata na obserwacji Snape'a dodałoby mu trochę pewności siebie, ale wygląda na to, że to się nie zdarzy. Ale być może przy odrobinie szczęścia udało mu się przynajmniej przyprowadzić ze sobą odpowiednią osobę.
- Wejść.
Drzwi otworzyły się, ujawniając Pettigrewa, prowadzącego za rękę niskiego, łysego mężczyznę. Człowiek z pewnością nazywał się Creag Nanhah. Oślepiony w wieku sześciu lat, gdy nie jeden, ale dwa widłowęże plunęły jadem w jego oczy, otrzymał także niezwykły dar odczytywania losu ludzi. To, jak ślepy człowiek mógł odczytywać karty tarota, było tajemnicą, której nikt nie potrafił rozwiązać. Ale Voldemorta nie interesowało jak. Po prostu potrzebował odpowiedzi. Co mówiła reszta przepowiedni? Voldemort poczuł, że nagli go ciekawość.
- Rozłóż karty, Nanhah i powiedz, jakie sekrety skrywają.
Ponad godzinę później, gdy Nanhah był wyprowadzany z komnaty przez Pettigrewa, Voldemort powrócił na swój tron. Więc pełna przepowiednia naprawdę przepadła. Nawet Nanhah nie mógł jej odczytać. To definitywnie wymagało głębszego przemyślenia. Przy ostatnim odkryciu, nie był do końca pewien, czy chce Pottera martwego. Ale nie do końca mógł pozwolić, żeby „ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana" robił co chciał. Czy przeciągnięcie go na swoją stronę było możliwe? Prawdopodobnie nie. Mógł wezwać Bellę i powiedzieć, żeby przeczytała jej tą mugolską książkę, którą znalazł, „Struś Wiatropęd". Była pełna słów, których nie potrafiła wypowiedzieć. To zawsze było zabawne, a każdy geniusz potrzebował chwili rozbawienia.
Od autorki:
To najkrótszy rozdział w tym opowiadaniu, ale chciałam pokazać, co się dzieje w świecie "zewnętrznym", zanim wejdziemy do świata Harry'ego. "I am Lord Voldemort" podsunęło mi pomysł Creag'a Nanhah, bliżej znanego mi jako Grace Hannah, moje najstarsze dziecko.
Od tłumacza:
Na razie spokojnie, ale rozkręci się, nie ma się co bać. "Struś Wiatropęd" brzmi w oryginale "The Runner of the Road", co jest inwersją "The Roadrunner", a Roadrunner to po polsku Struś Pędziwiatr. To tak gwoli ścisłości.
A w następnym rozdziale zobaczymy, co tam u Harry'ego.
