Rozdział pierwszy
Naruto był świadom uciekającego czasu. Bezlitośnie odmierzał minuty i godziny, które przeradzały się w dni i tygodnie, a te w miesiące. Trzy lata. Zostało mu tylko niecałe trzy lata na wzmocnienie się na tyle, by móc dorównać w mocy Sasuke i sprowadzić go z powrotem do wioski, nawet wbrew jego woli. Musiał. Związał się obietnicą i zamierzał jej dotrzymać, choćby miało go to kosztować życie.
Dwa lata treningów zbliżały się już do końca. Jeszcze tylko trzy miesiące dzieliły go od powrotu do rodzinnej wioski.
--- ---
Prawie biegł przez miasteczko, mają nadzieję, że zauważy jakiś budynek czy sklep, który pomógłby mu odnaleźć orientację w terenie. Razem z Ero–senninem zatrzymali się w tym mieście tylko na chwilę, żeby odpocząć. Cóż, ta chwila przeciągnęła się na kilka dni. On zaś nie mógł wytrzymać kilku dni bez ramenu. Zawiedziony paskudnym smakiem rosołu instant, co go trzeba było tylko zalać wrzątkiem i rozmieszać, zaczął szukać prawdziwej restauracji, budki czy chociażby stołówki dla ubogich. Byle z ramenem! I efekt był taki, jaki był.
Zgubił się.
Zrobiło się całkiem ciemno, a latarnie zapłonęły już jakąś dobrą godzinę temu.
Właśnie przechodził obok jakiegoś ślepego, ciemnego zaułka, gdy w głębi uliczki zamajaczył mu jakiś cień. Wszedł głębiej, odruchowo wstrzymując oddech, gdyż w powietrzu unosił się niemiły zapach dymu papierosowego, moczu i rozkładającego się jedzenia.
– Bu – usłyszał, prawie podskakując, gdy cień wszedł w krąg światła rzucanego przez światła domu przyległego do uliczki, i okazał się młodą dziewczyną.
Stała oparta plecami o przeciwległy mur ulicy. Patrzyła tępo przed siebie, nawet nie oglądając się na postać zaskoczonego chłopaka.
– Co ty tutaj... robisz? – zapytał o to, co pierwsze przyszło mu do głowy.
– Stoję – nieznajoma odrzekła spokojnie, sięgając ręką do kieszeni swojej kurtki.
Naruto znieruchomiał na chwilę, ale dziewczyna zamiast przewidywanej przez niego broni wyciągnęła paczkę papierosów. Wyciągnęła ją w stronę Naruto, ale gdy ten nie zareagował, wzruszyła ramionami, wytrząsnęła dla dłoń jednego papierosa i schowała pudełeczko z powrotem do wewnętrznej kieszonki.
Błysnęła zapalana zapałka, zajarzył się koniec papierosa. Dziewczyna zaciągnęła się głęboko dymem.
– Czego szukasz w tej okolicy, mały? – zapytała ochrypłym głosem, jak człowiek uzależniony od dymu papierosowego albo po przewlekłej chorobie płuc.
Naruto, który właśnie przyglądał się nieznajomej, drgnął lekko. Dziewczyna miała czarne włosy, w najdłuższym miejscu sięgające ramion, a które w mdłym świetle odległej latarni ulicznej i nikłego światła z okien domów wydawały się szare. Spojrzała prosto na niego, a Naruto uderzył niesamowicie niebieski kolor jego oczu, wrażenie psuły jednak zaczerwienione i poprzecinane czerwonymi żyłkami białka. Przesunął powoli wzrokiem od jej trójkątnej twarzy z dość ostrymi, ale jednak regularnymi rysami, przez rozpiętą kremową kurtkę i kawałek czarnego bezrękawnika, aż po czarne, luźne spodnie, dołem niknące w mroku.
– Napatrzyłeś się już? – mruknęła, uśmiechając się krzywo kącikiem ust. Podeszła kilka kroków bliżej, taksując go wzrokiem. Jej spojrzenie na ułamek sekundy dłużej zatrzymało się na jego czole, gdzie widniała niebieska opaska ze schematycznym znakiem liścia.
Spojrzeli sobie w oczy. Naruto pomyślał, że nieznajoma nie wyglądała jak bezdomna, zdawała się też nie mieć przy sobie żadnej broni, a poza tym, była nastawiona jeśli nie pokojowo, to przynajmniej neutralnie.
Nagle ta dmuchnęła dymem prosto w jego nos, najwyraźniej chcąc go wyrwać z otępienia.
– Mały, głuchy jesteś? – warknęła. – Pytałam, czego tu szukasz. Następnym razem trafisz na kogoś mniej wartego oglądania i jednocześnie bardziej niebezpiecznego. Co z ciebie za ninja, gdy stoisz jak kołek! Jakbym chciała cię zabić, to nawet byś nie zauważyłbyś, kiedy bym to zrobiła – zakpiła.
Naruto odsunął się o kilka kroków i kichnął klika razy, gdy ostry dym załaskotał go w nos.
– Co to jest? – wyjęczał, ocierając załzawione oczy rękawem. – Śmierdzi jak środek owadobójczy.
Czarnowłosa parsknęła, zupełnie jakby rozbawiło ją niefortunne porównanie chłopaka.
– Nalewka z tytoniu jest używana jako środek owadobójczy. Ale masz rację, to nie jest zwykły papieros – zaciągnęła się dymem, najwyraźniej nie czując jego ostrego, przenikliwego zapachu.
– Po co to palisz? Zniszczysz sobie zdrowie – zauważył przytomnie, opierając się o ścianę obok nieznajomej, już całkiem ośmielony.
Ta roześmiała się głośno, płosząc jakiegoś kota, grzebiącego w śmietniku nieopodal. Nie było jednak w jej śmiechu radości. Był to gorzki śmiech.
– Zniszczyć zdrowie? – zapytała z goryczą. – Palę, żeby nie zwariować, palę, żeby żyć.
Po tym zagadkowym stwierdzeniu zdusiła niedopałek skręta butem i zwinnie wyskoczyła na mur, znikając mu z oczu.
– Czekaj...! – krzyknął Naruto, robiąc gest, jakby chciał ją schwycić za rękę, ale jego palce zacisnęły się wokół powietrza. Spojrzał w górę. Dziewczyna kucnęła na wąskim murze z gracją nie ustępującą kotom i wbiła z niego pytający wzrok.
– Co jest? – syknęła. – Nie zadawaj się lepiej z takimi jak ja. Jeszcze okaże się, że zarażam. Pechem.
Zeskoczyła z drugiej strony muru, definitywnie znikając mu z oczu. Naruto niewiele myśląc wyskoczył za nią. Musiał ją dogonić. Musiał się dowiedzieć o niej czegoś więcej. Kim ona była? Czy miała coś wspólnego z ninja? Nie nosiła ochraniacza, ale jej szybkość i zwinność były co najmniej dziwne, jak na zwykłego człowieka.
Rozejrzał się za nią, jednak uliczka była pusta. Pokręcił głową z niedowierzaniem, biegnąc w stronę wylotu ulicy, niezauważając jednak wpatrzonych w niego niebieskich oczu i nieodłączonego obłoczku z dymu.
– Śmieszny chłopak.
--- ---
Jiraiya wyciągnął rękę przed siebie, zupełnie jakby chciał zmierzwić chłopakowi włosy, ale zamiast tego pacnął go mocno w czoło, aż ten odjechał na krześle do tyłu.
– Jakbyś mógł, to zgubiłbyś własną głowę – prychnął. – Jutro wyruszamy dalej, aż na sam południowy kraniec kraju. Lepiej idź spać, bo inaczej rano znów będzie cię czekała lodowata pobudka.
Naruto westchnął głęboko, wyrażając swoje znużenie wobec pouczeń Ero–sennina. Najwyżej znów ten obudzi go kubłem zimnej wody, bo tej nocy Naruto wcale nie miał zamiaru iść wcześniej spać. Kiwnął jednak głową na znak, że zrozumiał i wstał od stołu, udając się schodami na piętro hotelu, do pokojów mieszkalnych. Na dole mieściła się niewielka restauracja.
Na półpiętrze wychylił się dość mocno zza poręczy, ukradkiem spoglądając na swojego obecnego nauczyciela. Jak zwykle zamówił sake, a do tego dosiadło się do niego kilka młodych kobiet, co wyraźnie go rozochociło.
– Jak zwykle – mruknął do siebie, przeskakując po trzy, cztery stopnie naraz. – On będzie balował pewnie do samego rana.
Otworzył drzwi pokoju kluczem i zaraz zamknął je od wewnątrz. Naprzeciwko zatrzymało się dość rozrywkowe towarzystwo i odkąd trójka jego dość mocno podpitych sąsiadów o drugiej w nocy wpadła do pokoiku, najwyraźniej myląc numery, wolał się zabezpieczyć.
Zerknął na zegarek. Dwunasta dziesięć. A więc w najgorszym wypadku miałby do dyspozycji pięć godzin. Miał jednak nadzieję, że uda mu się odnaleźć tajemniczą dziewczynę dużo wcześniej. Bądź co bądź, miał ochotę nieco się przespać, a nawet ciekawość nie była dostatecznie kuszącą perspektywą, by zrezygnować całkiem z odpoczynku.
– Dobrze więc – wymamrotał, kreśląc na kartce niedbale prośbę, by Jiraiya go nie szukał. I tak miał nadzieję, że wróci wcześniej i ten nawet nie zauważy, że gdzieś wychodził. Położył ją na stoliku obok łóżek i otworzył okno. Chwilę później jednym susem przesadził parapet, wychodząc na zewnętrz i starając się utrzymać równowagę na wąskim okiennym gzymsie. Wiedział, że wyglądało to nieco śmiesznie, a może nawet i niebezpiecznie. Jeszcze tylko mu brakowało, żeby jakaś rozhisteryzowana kobieta zaczęła wrzeszczeć o samobójcy. W końcu ich pokój mieścił się na trzecim piętrze.
Skupił chakrę w nogach i skoczył, dotykając ziemi tylko na ułamek sekundy. Kilka sekund później był już wiele metrów od hotelu.
– Gdzie jesteś, nee–san? – zapytał sam siebie, kierując się w stronę zaułka, w którym pierwszy raz zobaczył tamtą dziewczynę.
--- ---
Może wiedza, że niebieskooka dziewczyna go śledzi odkąd tylko wyszedł ze ślepej uliczki oszczędziłaby mu trudu. Wtedy rozglądnąłby się tylko nieco uważniej dookoła siebie i nie musiałby biegać przez pół miasta. Ta natomiast miała całkiem niezłą zabawę, przyglądając się zdyszanemu chłopakowi.
--- ---
– Do jasnej... – zaklął chłopak, gdy zaczęło dochodzić wpół do drugiej.
– Jo, mały – zza jego pleców dobiegło go ciche powitanie połączone z odgłosem tarcia zapałki o mur.
– Nee–san! – wykrzyknął, odwracając się gwałtownie i uśmiechając się szeroko.
– Nee–san, nee–san – przytaknęła bez entuzjazmu. – Co jest? Szukasz mnie usilnie kilka godzin, mały.
Przez chwilę chęć zadania kilkunastu pytań walczyła z nim z ochotą na obrażenie się za słowa dziewczyny. Nawet nie wiedział, co bardziej go obraziło. Czy usilnie zwracanie się do niego per „mały", czy też fakt, że wiedziała o jego poszukiwaniach i zdawała się jeszcze świetnie z tego powodu bawić.
– Jestem Uzumaki Naruto, nie mały – wykrztusił w końcu.
– Dobrze, nie–mały Uzumaki Naruto – zgodziła się, wydmuchując dym. Zsunęła się bezszelestnie z niskiego murku, na którym przysiadła i nachyliła się w jego stronę, tak że prawie stykali się nosami. Naruto zamrugał rozpaczliwie, zmuszony do wpatrywania się prosto w oszałamiająco niebieskie oczy dziewczyny.
– Naruto – poprawił ją.
– Naruto.
Odsunęła się na kilka kroków, a krąg światła rzucanego przez latarnię pozwolił Naruto przyjrzeć się jej bliżej niż wcześniej, w ciemnościach zaułka. Faktycznie miała czarne włosy sięgające ramion, ale z tyłu związała je w kucyk gumką z dużymi, jasnymi koralikami, a kilka kosmyków luźno zwisało po bokach jej twarzy. Pod rozpiętą jasną kurtką nosiła czarny top bez rękawów, dołem i górą, na brzuchu i przy dekolcie, przechodzący w siatkę. Wtedy był też przekonany, że jej spodnie również były czarne, jednak teraz dostrzegł, że były to ciemne bojówki momentami przechodzące w szarość, czerń, a nawet biel, za to z czarnym paskiem, sięgające kolan i nieco podwinięte. Nie nosiła też ciężkich butów, jak mu się zdawało, ale zwykłe sandały na obcasach, z jednym paskiem na stopie i z wiązaniem wokół kostki. Też czarne.
Teraz też zauważył, że prawie ramię dziewczyny zdobił tatuaż, przedstawiający kilka ukośnych, przecinających się kresek, oplatających jej rękę.
– Udało ci się mnie zaintrygować, Naruto – odezwała się nagle, cofając się poza krąg światła, najwyraźniej zmieszana tym dogłębnym przyglądaniem. – Chciałeś ze mną pogadać, to masz okazję. Słucham – powiedziała prawie aksamitnym, modulowanym głosem, ale i tak nagły atak kaszlu pod koniec zniweczył niezwykły efekt.
Schwyciła go za ramię, na wpół ciągnąc i na wpół prowadząc w stronę kolejnego zaułka.
– Musimy rozmawiać w takich miejscach? – zapytał. Przez chwilę jedyną odpowiedzią był niebieski błysk oczu dziewczyny.
– To są najbezpieczniejsze miejsca na świecie, jak przestrzegasz kilku reguł. Pierwsza, nie wchodź na cudzy teren, jeśli cię nie zaproszą. Druga, jeśli już wszedłeś, dostosuj się do reguł gospodarza, inaczej kilka noży zrobi z ciebie sitko, nie ważne, czy jesteś ninja, czy nie – odparła. – Czuj się jak u siebie w domu – dodała ironicznie.
– Jak masz na imię? – zapytał, puszczając jakby mimo uszu jej słowa.
Czarnowłosa zawahała się przez chwilę.
– Jak dla ciebie... Kemuri.
– Dym? Pasuje do ciebie.
– Jak sobie chcesz. Ja jestem jak dym. Niby żyję, ale jakbym nie żyła. Rozwiewam się z wiatrem i zostaje po mnie tylko osad na ścianach i osoby narzekające na brud – powiedziała filozoficznie, obserwując, jak jej skręt powoli się dopala.
– Mówisz samymi zagadkami – jęknął Naruto, chwytając się za głowę, czym wywołał nikły uśmiech na twarzy dziewczyny. Oparł się o ścianę, ale tym razem nie obok niej, a naprzeciw. W ciemności widział tylko żarzący się koniuszek papierosa i zarys ust dziewczyny. – Ile w ogóle masz lat? – zapytał, tknięty jakby nagłym impulsem.
– Dwadzieścia sześć – odrzekła spokojnie, strzepując popiół na brudną drogę. – A skoro gramy w dwadzieścia pytań, to teraz moja kolej. Jak przedstawia się sytuacja polityczna, hm?
Tym pytaniem kompletnie go zaskoczyła. Spodziewał się raczej pytań bardziej dotyczących jego, w ostateczności pytań, dlaczego za nią cały czas chodzi, ale nie pytań związanych z polityką wiosek. Co powinien jej odpowiedzieć?
– Która wioska warczy na którą? – sprecyzowała.
– Suna Gakure i Konoha się sprzymierzyły przeciw Oto Gakure – powiedział wymijająco, a dziewczyna skinęła głową, zupełnie jakby tego się spodziewała.
– Twoja kolej.
– Dlaczego palisz to świństwo? – zapytał oskarżycielsko, wskazując palcem na końcówkę papierosa w jej dłoniach. – I co to w ogóle jest?
– Narkotyk. A palę, żeby żyć.
– To już słyszałem. A narkotyki niszczą zdrowie. Czyżby brak logiki? – wytknął jej, zadowolony, że udało się mu znaleźć coś sprzecznego.
– Pozorny.
Podeszła bliżej i znowu nachyliła się w jego stronę, zdecydowanie za blisko, by mógł czuć się w miarę komfortowo. Prawie czuł na policzku jej oddech, śmierdzący czymś podobnym do tytoniu, ale dużo ostrzejszym. Źrenice jej oczu rozszerzyły się tak mocno, że zakryły prawie całą tęczówkę. Naruto zaczął się zastanawiać, ile papierosów zdążyła wypalić do tej pory.
– Mam dziury w mózgu, mały – szepnęła. – Coś zżera mi mózg. Zżera mi całe ciało, po kawałku. Żyję, ale jakbym nie żyła. Nikt nie wie, co to za draństwo. Nikt, a ja powoli zamieniam się w roślinkę. I wyląduję w szklarni. Chociaż nawet nie, zdążę się wcześniej zabić. Lepiej wbić sobie kosę między żebra, niż wegetować.
Odsunęła się, starając uregulować nieco przyspieszony oddech. Wyciągnęła jeszcze jednego papierosa, czując, jak już zaczynają trząść się jej ręce. Wciągnęła łapczywie dym, uspokajając się nieco.
– Narkotyki pozwalają mi utrzymać dłużej świadomość, aż... może to samo przejdzie. Mam jeszcze w najlepszym wypadku dwa, trzy miesiące. Dwa miesiące, a potem do futerału i w piach. Wszyscy są bezradni. Może to i dobrze. Życie cuchnie – powiedziała wręcz melancholijnie, bez cienia złości.
Spojrzała mu prosto w oczy, ze zdziwieniem zauważając, że w jego oczach błyszczą łzy.
– Nie pozwolę ci! – krzyknął nagle, uderzając pięścią o mur. – Musi być jakiś sposób! Musi! Nie możesz umrzeć!
– To bardzo szlachetnie, że tak się przejmujesz losem nieznajomych. Minąłeś się z powołaniem, mały. Powinieneś być tym... wolontariuszem, albo lekarzem. Dla mnie jednak najprawdopodobniej nie ma już ratunku.
Dotknęła jego policzka, kciukiem ocierając łzę.
– No, nie becz, mały – pocieszyła go. – Nie becz, nie jestem warta twojego płaczu.
Zaczęła żałować, że mu o tym opowiedziała.
– Najlepiej zapomnij, że mnie spotkałeś – poradziła mu. – Ja przynoszę tylko pecha.
Rzuciła papierosa na ziemię i zamierzała wyjść z uliczki, gdy poczuła, że chłopak ściska ją mocno za rękę, tak, że nie dałaby rady się mu wyrwać.
– Co jest? – mruknęła prawie nieprzyjaźnie.
– Znam kogoś, kto mógłby ci pomóc – powiedział z mocą chłopak. – Ona... ona z pewnością ci pomoże! Musi!
– Mówiłam ci już. Nikt nic nie wie – ostudziła jego zapał. – A teraz bądź łaskaw mnie puścić.
Zrobiła taki ruch, jakby chciała podciąć mu nogi. Może zadziałałoby to na zwykłego człowieka, ale nie na ninja. Zanim się obejrzała, leżała przyciśnięta policzkiem do zimnej ziemi, czując, jak kolano chłopaka wbija się jej w plecy.
– Złaź ze mnie, pędraku – wycedziła z trudem, podnosząc głowę, by móc na niego spojrzeć.
– Ale ona nie jest zwykłym kimś, ja mówię o najlepszej medycznej ninja na świecie! – wykrzyknął, wykręcając jej rękę, którą chciała złapać go za kosmyk włosów. – Chodzi mi o Tsunade–baa–chan!
Przestała się szarpać i spojrzała lekko zdziwiona na chłopaka.
– Babcia? Tsunade–hime to twoja babcia? – zapytała, oszołomiona. – Przecież...
Naruto puścił ją i niecierpliwie zamachał rękami, jakby chciał pozbyć się nadmiaru energii czy też frustracji.
– Nie, nie dosłownie, ale lubię ją tak nazywać – wyjaśnił. – Ona z pewnością ci pomoże. Nie mów, że o niej słyszałaś. Każdy ją zna.
– Słyszałam. Jeśli jest tak jak mówisz, to ona jest moją jedyną szansą – szepnęła jakby do siebie, po czym wstała, otrzepując się z pyłu. Zanim Naruto zdążył cokolwiek powiedzieć, usiadła na klęczkach na ziemi, pochylając głowę i podpierając się na dłoniach.
– Przepraszam, Naruto–kun, za bycie niemiłą. Przepraszam – wyrzuciła z siebie jednym tchem, krzywiąc się przy tym, jakby próbowała czegoś niemiłosiernie kwaśnego.
– Nie ma potrzeby przepraszać – odparł trochę zaskoczony chłopak, uśmiechając się niesfornie. – Ero–sennin i ja ruszamy jeszcze tylko w jedno miejsce, a potem... – westchnął, przybierając rozmarzoną minę – a potem, wracamy do domu. Do Konohy.
– Naruto–kun, czy mogłabym wyruszyć z wami? – zapytała cicho, starając się brzmieć jak najbardziej pokornie. –Tsunade–sama nie miałaby żadnego powodu by mnie leczyć, ale jeśli ty byś ją poprosił...
– O tym mówię! – uśmiechnął się. – Tsunade–baa–chan z pewnością cię wyleczy! Wyruszamy o piątej rano. A teraz chodź, pokażę ci, gdzie się spotkamy. Bądź nieco wcześniej, dobra?
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy dziewczyna przytaknęła i wstała, niemal odruchowo zaczynając szukać paczki papierosów po kieszeniach. Otworzyła ją, krzywiąc się lekko.
– Ostatni – szepnęła. – Naruto, zostało mi niewiele czasu, jeśli wierzyć naszym konowałom. Nie chcę być nieuprzejma, ale... kiedy dotrzemy do Wioski Liścia?
– Zależy od tego, jak szybko potrafisz biegać – odparł poważnie chłopak, mierzwiąc sobie włosy. – W najgorszym wypadku, za miesiąc, a jak dobrze pójdzie, nawet za dwa tygodnie.
– Dziękuję – powiedziała w przestrzeń tak cicho, że oddech Naruto prawie to zagłuszył. Ten zrobił zdezorientowaną minę.
– Eee... Mówiłaś coś?
– Że mamy ładną pogodę – odrzekła, patrząc w rozgwieżdżone niebo.
--- ---
Naruto wszedł cicho, przymykając okno. Na szczęście pokój był pusty. Chwycił kratkę leżącą ciągle na stoliku, tak jak ją zostawił, i zmiął ją w ręce, uśmiechając się wesoło.
– Tsunade–baa–chan potrafi wyleczyć każdego – szepnął do siebie z pewnością.
Prawie podskoczył na trzask otwieranych drzwi. Do pomieszczenia wtoczył się Jiraiya, a trzy rozchichotane dziewczyny starały się mu pomóc, a w rzeczywistości przeszkadzałaby tak bardzo, jak tylko się dało. Naruto podbiegł i złapał swojego mistrza, zamykając dziewczynom drzwi przed nosem.
– Nie szpisz, Na–aruto? – wybełkotał ten, ziewając potężnie.
– Jest po czwartej – odmruknął, patrząc, jak ten gramoli się na łóżko.
– To b–bardżo... dobrze...
Chwilę później słychać było tylko jego chrapanie.
Naruto wyjrzał przez okno. Właśnie miał się położyć, żeby zdrzemnąć się choć na chwilę, ale dziwne hałasy z ulicy przyciągnęły jego uwagę.
Jakiś zarośnięty typek zaczepił Kemuri. Dziewczyna spoglądnęła na niego z odrazą i odsunęła się dalej, ale ten nie zrezygnował. Naruto z okna swojego pokoju zobaczył, jak olbrzym położył swoją włochatą łapę na jej ramieniu, bełkocąc coś pod nosem.
– Zjeżdżaj! – zawarczała nieprzyjaźnie ta, strącając łapsko tamtego ze swojego ramienia, a w jej głosie zabrzmiała ukryta groźba.
– Nie pamiętasz mnie, lala?
Kemuri z niesmakiem wyczuła odór alkoholu bijący od mężczyzny.
– Jasne, że pamiętam, kablu. Miałeś trzymać mordę w kubeł, nie? Spłyń stąd. Na sam twój widok chce mi się rzygać.
Naruto zdziwił nieco język dziewczyny. Część słów brzmiała jak jakiś rodzaj slangu. Skąd go znała?
W każdym razie jednego był pewien – wyrośnięty typ najwyraźniej jej groził.
– Chyba, że masz ochotę zarobić kilka następnych sznytów – syknęła jadowicie.
Zanim podpity typek zdążył mrugnąć, Kemuri płynnie wyskoczyła w powietrze, uderzając stopą w jego brzuch. Siła ciosu nie była imponująca, ale wystarczyła, by pozbawić go równowagi. Chwilę później poprawiła uderzenie dwoma kopniakami prosto w twarz, aż Naruto usłyszał trzask łamanego nosa lub szczęki.
– Łapiesz, czy mam wyjaśniać dalej?
– Po co te nerwy, lala – mruknął typ, podnosząc się z ziemi i trzymając za rozbity nos. Spomiędzy jego palców zaczęła powoli wyciekać krew. – Już mnie nie ma.
– Gnida – dosłyszał jeszcze pełen obrzydzenia syk dziewczyny, która odprowadziła mężczyznę wzrokiem. Po chwili splunęła na drogę i złapała się za lewy bark, zupełnie jakby ją zabolał, ale Naruto był pewien, że tamten nie uderzył jej ani razu. Zerknął na zegar słoneczny na trawniku pod hotelikiem – wskazywał wpół do piątej.
– Czego tam tak wypatrujesz, Naruto? – Jiraiya zapytał sennie ze swojego łóżka. Jedną ręką trzymał się za najwyraźniej bolącą głowę, a drugą pocierał zaspane oczy.
– Niczego – odparł po chwili zapytany i zamknął okno.
Nie powiedział jeszcze Jiraiyi o Kemuri, ale był pewien, że ten z pewnością się zgodzi, szczególnie jeśli był lekko na kacu. Wtedy zwykle udało się mu uzyskiwać wszystko, co chciał. Jirayja odpuszczał wtedy dla świętego spokoju i ulżenia swojej bolącej głowie.
– Spaa–akuj się – dosłyszał niewyraźne mamrotanie połączone z mocnym ziewnięciem.
Naruto spojrzał na jedną i swoją ostatnią koszulkę leżącą na podłodze i schylił się po nią z westchnieniem.
Pięć minut później usiadł na swoim łóżku krzyżując nogi i patrząc na smętną zawartość swojego plecaka. Wszystkie cztery pary dresów, które ze sobą zabrał, podarły się, tak jak jego koszulki. Pamiętał jeszcze do teraz, jak musiał walczyć na półnago, gdy najeżone jak kolce włosy Jiraiyi podarły na strzępy jego bluzę i koszulkę, raniąc go dość dotkliwie aż do krwi. Najprawdopodobniej będzie musiał zrobić jeszcze jedne zakupy zanim wróci. W końcu nie pokaże się w Konoha w ostatniej, w dodatku nieco przykrótkiej, parze dresów sprzed pół roku.
Powoli dochodziła piąta, a równiutko z wybiciem piątej przez zegarek stojący na stoliku, Jiraiya otworzył oczy i sięgnął po swoją torbę, leżącą tuż obok jego łóżka.
– Dobra, Naruto! Wstawaj, idziemy! – zakrzyknął dziarsko, zupełnie jakby wcześniej wypił jakiś cudowny eliksir na kaca. Znając jego, to było całkiem możliwe. W następnej minucie wytrzeszczył oczy na widok chłopaka siedzącego na łóżku. – Niemożliwe – powiedział do siebie, zdumiony. – Ty nie śpisz?
– Majaki poalkoholowe, Ero–senninie – odparł nieco przygaszony chłopak. – Chodźmy. Chciałbym ci kogoś przedstawić.
Najwyraźniej nutka tajemniczości w słowach chłopaka wzbudziła ciekawość w Jiraiyi, bo podczas całej krótkiej drogi z piętra na dół dopytywał się, o kogo chodzi. Jedyne, co wydobył z niego, to informacja, że osoba ta jest płci żeńskiej, że jest młoda i całkiem ładna. Jednak w tej kwestii Jiraiya nie ufał gustowi Naruto, wychodząc z założenia, że jego uczeń takowego po prostu nie ma.
--- ---
Byli w drodze już od dłuższego czasu, robiąc sobie tylko krótkie przerwy co kilka godzin na złapanie oddechu. Naruto niespokojnie obejrzał się przez ramię na Kemuri, która zostawała nieco w tyle. Mimowolnie uśmiechnął się – Jiraiya może nie był specjalnie zafascynowany nową towarzyszką, ale jemu było chyba obojętne, z kim by szedł, byleby ten ktoś był płci żeńskiej i miał niezłą figurę, a tego Kemuri nie można było odmówić. Długo więc nie musiał go przekonywać.
– Hej... – zwrócił się do niej, widząc, jak zwalnia jeszcze bardziej. – W porządku?
– Jassne – syknęła, wyrównując z nim krok.
Mimo wyraźnego zmęczenia nie straciła oddechu, szła może trochę zbyt wolno jak na tempo do którego był przyzwyczajony, ale krok miała mocny i sprężysty.
– Za godzinę przerwa – oznajmił Jiraiya, nawet się do nich nie odwracając. Naruto mruknął coś pod nosem i założył ręce za głowę, spoglądając w chmury.
– Kim był ten typek pod hotelem? – zapytał znienacka, mając nadzieję, że uda się mu zaskoczyć dziewczynę. Zawiódł się – Kemuri spojrzała na niego zgaszonym i znudzonym wzrokiem, zupełnie jakby opowiedział jakiś mało śmieszny kawał.
– Były znajomy – odparła krótko.
– Groził ci – stwierdził, nie ustępując.
– To moja sprawa – ucięła, krzyżując ręce na piersi. – Czy ja pytam o twojego demona?
Ostatnie słowa zaskoczyły go tak bardzo, że zatrzymał się, patrząc z półotwartymi ustami na dziewczynę.
– Skąd wiesz...? – wyjąkał.
Bez słowa podniosła jego bluzę do góry, odsłaniając brzuch i pieczęć.
– Stałeś w oknie bez koszulki – oznajmiła, opuszczając materiał. – Poza tym, umiem słuchać, bywałam w wielu miejscach. O tobie dużo osób wie. Domyślałam już wtedy, odkąd się przedstawiłeś.
Przez następną godzinę, aż do przerwy, żadne z nich nie przerwało ciszy.
--- ---
Naruto zorientował się, że coś było nie tak w chwili, gdy ujrzał Kemuri prawie przyciśniętą do drzewa przez jakiegoś mężczyznę, który zaciskał ręce na jej szyi. Był obrócony do niego tyłem, więc zauważył tylko jego długie, rozczochrane i brudne włosy, koloru płowego brązu.
– Kemuri...! – krzyknął, zatrzymując się w pół kroku, gdy mężczyzna powoli osunął się na ziemię. Dziewczyna wyciągnęła z jego piersi nożyk przypominający wyglądem średniej wielkości pilnik. Ostrze było umazane we krwi.
– Nie stój tak! – syknęła. – Ich jest więcej!
Zaraz potem wyskoczyła na dobre dwa metry wzwyż, słysząc świst shurikenów i głuchy odgłos wbijania metalu w drzewo.
Spojrzała przed siebie, szukając napastników. Ilu ich mogło być? Gorączkowo przeczesała wzrokiem krzaki, szukając choćby najmniejszych oznak ludzkiej obecności.
Siedmiu? Może ośmiu.
Powoli opadła na ziemię, stając twarzą w twarz z następnym.
– Shinto – powiedziała z ogromną odrazą, ledwo powstrzymując się od splunięcia mu prosto między oczy. Ten roześmiał się głośno, rozkładając ramiona, zupełnie jakby chciał ją objąć jak dawno niewidzianą znajomą.
– Miło, że mnie pamiętasz, mój Czarny Kwiecie! – zawołał z sadystyczną radością.
– Zamknij się! – wypluła z furią.
Prosty cios nogą na niego nie zadziałał. Przekręciła się w powietrzu, czując jak ten puszcza jej nogę i blokuje pięść. Chwilę później również ona zatrzymała jego cios. Wisząc do góry nogami przez chwilę siłowała się z nim, gdy ten nagle wyrzucił ją do przodu. Przekoziołkowała zgrabnie i oparła się stopami o wbite shurikeny w drzewie, odbijając się od nich. Kątem oka zauważyła Naruto, szepczącego coś ze zdumieniem.
– Gdzie nauczyłaś się tak walczyć?! – krzyknął, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.
– Bywało się tu i tam! – odwrzasnęła. Może ninja taki jak on był na tyle wyćwiczony, że taka walka była dla niego pestką, ale ona musiała cały czas się koncentrować.
– Złotko, nie rozpraszaj się! – O, właśnie.
Moment nieuwagi poskutkował otrzymaniem solidnego ciosu w podbródek i kopniaka w brzuch. Zakrztusiła się krwią, starając się odzyskać równowagę na tyle, ile to było możliwe w powietrzu. Shinto pojawił się nagle za nią, ale Kemuri z zadziwiającą szybkością odwróciła się w jego stronę, blokując cios kolanem rękami. Chwilę potem jednak kolejny cios z pięści w żołądek odrzucił ją do tyłu. Prawie tuż przed drzewem złapał ją Jiraiya, chroniąc przed połamaniem nóg. O ile ninja takie uderzenie nic by nie zrobiło, dla zwykłego człowieka mogło być bardzo niebezpieczne.
– Dzięki – wysapała Kemuri, patrząc jak Naruto jednym Rasenganem powala prawie dwa razy większego od siebie typka.
Rozejrzała się. Ośmiu mężczyzn leżało nieprzytomnych na trawie, jeden wykrwawiał się pod drzewem.
– Śmieć – pomyślała nienawistnie. – Nie zasłużył na nic lepszego.
– Masz nam może coś do powiedzenia? – zapytał nieoczekiwanie Jiraiya, jedną ręką unieruchamiając jej ręce, a drugą odsuwając materiał bluzki z lewej łopatki.
Kemuri szarpnęła się mocno, dusząc krzyk.
– Ero–senninie...! – krzyknął zdumiony Naruto, biegnąc w ich stronę, ale zatrzymał się dwa metry przed Kemuri, dostrzegając na jej łopatce ciemny tatuaż.
Dziewczyna prawie całkiem zawisła w ramionach Jiraiyi, przestała się wyrywać i spuściła głowę. Jiraiya patrzył na nią w milczeniu.
– Tysiąc dwieście siedemdziesiąt cztery? – Naruto odczytał na głos przekreślone prosto cyfry wytatuowane na skórze Kemuri. Ta podniosła głowę bez słowa.
– Numer więzienny – wyjaśnił cicho Jiraiya.
– Niestety – przytaknęła beznamiętnie, wyszarpując ręce z uścisku mężczyzny i zasłaniając tatuaż. – Przez trzy lata byłam tylko numerem tysiąc dwieście siedemdziesiątym czwartym. Pierwsza cyfra typ przestępstwa, trzy ostatnie numer celi. Człowiek jako rząd cyferek.
– Masz jakieś porachunki z innymi kryminalistami? To dlatego cię szukają? – domyślił się mężczyzna, bez niepotrzebnych pytań.
Słowa Jiraiyi wyrwały dziewczynę z dziwnego otępienia.
– Ja... Tak, chyba tak. Jak widać – dziewczyna wróciła do swojego ironicznego tonu – grzecznie odsiedziałam karę. Ale nie wsadzili mnie za morderstwa czy coś podobnego. Opowiem wam, jak było. Tylko chodźmy stąd – dodała, patrząc prawie z nienawiścią w stronę leżących nieruchomo kryminalistów. – Niedobrze mi na sam ich widok.
W miarę jak szli, dziewczyna paląc jednego papierosa za drugim, powoli opowiadała, dlaczego znalazła się w więzieniu.
– Jestem sierotą – zaczęła bez ogródek, patrząc prosto przed siebie. – Sierociniec był moim domem do osiemnastki. Potem, niestety, wpadłam w dość nieciekawe towarzystwo – przyznała niechętnie. – Właściciel baru, w którym pracowałam, wciągnął mnie do gangu. Wsadzili mnie za włamanie i drobne rozboje, nie za zabójstwa czy coś podobnego – powiedziała z mocą. – Błąd młodości. Rok temu wyszłam na wolność, ale sami wiecie, jak ciężko wyrwać się z takiego bagna. Udało mi się, ale nie do końca, jak widać – opowiedziała ogólnikowo. – To co, zostawiacie mnie w lesie? – zapytała sarkastycznie, mrużąc oczy.
– Twoja choroba może być wystarczającą karą, za te, jak się wyraziłaś, błędy młodości – powiedział Jiraiya, przybierając moralizatorski ton.
– Nie moralizuj, kobieciarzu, i nie bądź hipokrytą, świętoszku – dociął mu Naruto kąśliwie, a Kemuri spojrzała nagle na niego z zainteresowaniem.
– Może i będą z niego ludzie – stwierdziła w duchu.
Pod koniec dnia, gdy rozłożyli śpiwory i koce, Kemuri oparła się plecami o drzewo, zastanawiając się, ile czasu musi jeszcze minąć, by jej przeszłość przestała ciągnąć się za nią. Najwyraźniej któryś z jej byłych kolegów śledził ją, doniósł reszcie, a ta przecież nie mogła dopuścić, by wymknęła się im z rąk. W końcu była takim dochodowym nabytkiem...
Ostatnie lata były dla niej jedną wielką udręką. Przemykanie się między domami, smród zaułków, wypady na wiele dni do lasu, gdzie nikt z jej byłej bandy nie mógł jej znaleźć. Musieli być bardzo zdesperowani, skoro poszli za nią aż tu. Ale to koniec. Może ta przegrana ich czegoś nauczy, może ten cały pseudo boss zrozumie, że skoro jego dziewięciu ludzi dostało po buźkach, to powinien dać sobie z nią spokój. W końcu, chyba nie zaryzykuje dla niej rozbicia całej szajki?
Wsunęła się w śpiwór, wzdychając głęboko. Odruchowo poszukała paczki papierosów po kieszonkach, ale żeby zapalić, musiałaby wstać, a tego się jej nie chciało. W końcu pokusa zwyciężyła. Wskoczyła na drzewo i zaciągnęła się ostrym dymem.
Nagle coś jej przyszło do głowy.
– Naruto... – zapytała, patrząc na śpiwór chłopaka.
– Jeszcze... pięć mm–minut... – wymamrotał ten niewyraźnie, unosząc jedną rękę do góry i zaraz ją opuszczając bezwładnie.
Westchnęła.
– Jiraiya–sama? – spróbowała ponownie.
– Hm?
Ciche mruknięcie dobiegło ją od jej prawej strony. Zaskoczona, straciła równowagę i byłaby spadła z dobrych pięciu metrów, gdyby Jiraiya nie złapał jej za nadgarstek i nie wciągnął z powrotem na drzewo.
– O co chodzi?
– Ja... jak się nazywa to miasto, do którego zmierzacie? – zapytała pospiesznie, modląc się, by nie zauważył jej niepokoju. Było dość ciemno, a noc była bezksiężycowa i pochmurna.
– Kushiro – odparł ten, a lekki niepokój na twarzy Kemuri zmienił się na ułamek sekundy w prawie zwierzęcy strach.
