Severus starał się udawać, że nie widzi uczniów, którzy uciekali na jego widok. Nie było to aż tak łatwe, odkąd cały peron był pełen rozkrzyczanej dzieciarni. Rodzice żegnali swoje błędy młodości, udając podobnie jak on, że te pomioty szatana mają dla nich znaczenie. Nie miał pojęcia dlaczego te kobiety wypchnęły tę zgraję z siebie, a potem podrzucały mu je na kolejnych dziesięć miesięcy, ale Minewra nazywała to edukacją.

- Strata czasu – powiedział całkiem nieświadomie na głos.

Harry uśmiechnął się do niego szeroko, jakby doskonale wiedział, co chodziło Severusowi po głowie. Potter jednak nadal był bohaterem, zapomnianym i może trochę przykurzonym, ale może dlatego w tym roku do Hogwartu zapisało się o dziesięć procent więcej uczniów. Minerwa była szczęśliwa. On bał się przepełnionej klasy idiotów. O ile panował nad garstką – teraz niebezpieczeństwo po prostu wzrastało. Potrzebował wykreślić kilka mikstur z planu zajęć. Widział po twarzach przyszłych pierwszoroczniaków, że wysadzenia Hogwartu nie byłoby dla nich wcale wielkim wyzwaniem.

- Nie przesadzaj – prychnął Harry.

- Masz wiarę w ludzi i młode pokolenie. Ja uczę nie pierwsze i nie ostatnie, więc zdaj się na moje doświadczenie. Zaczniesz przeklinać w duchu nim uniosą różdżki w górę – poinformował swojego kochanka, chociaż pewnie nie powinien tak myśleć o Harrym.

Mężczyzna był czymś więcej. Może zwrócił i jemu w pewnym sensie nadzieję, bo Severus w duchu nie wierzył, że kiedykolwiek będzie jeszcze kochał i będzie kochany. Może Regulus dawał im jakieś swoje błogosławieństwo ze swojej zimnej krypty. Czuł jego aprobatę na każdym kroku, co powinno być upiorne, ale jego roztkliwiało. Regulus zapewne wyśmiałby jego pociąg do kogoś o połowę od siebie młodszego, a potem po prostu pogratulowałby mu wyboru z błyskiem w oku, który tylko sugerował wszystkie te okropności, które chodziły po głowie Blacka. Spoglądanie na Syriusza, gdy obaj byli tak różni i jednocześnie tak podobni – kilka lat temu; było prawdziwą torturą.

- Nie przesadzaj – powtórzył Harry o wiele zbyt śpiewnie i radośnie.

Może coś z tym wspólnego miał fakt, że jego dłoń ściskano, a Severusa unikano. Nie dostał żadnego bukietu kwiatów. Nie, żeby chciał, ale to byłby miły gest.

Miał właśnie powiedzieć coś na temat okropnie słodkawej woni tych chwastów, gdy dostrzegł w tłumie postać zbyt wysoką na jedenastolatka. Wspomnienia sprzed trzydziestu lat zalały go, gdy chłopak starał się w sobie skurczyć, przedzierając się do przodu. Kobieta, która mu towarzyszyła miała niezdrowe rumieńce na policzkach, które świadczyły o emocjach, które nią targały, ale nawet to nie było w stanie zamaskować czerwonego śladu od uderzenia, który starała się ukryć pod włosami.

Dziecko patrzyło na własne stopy, kiedy matka szeptała do niego zapewne coś uspokajającego. Severus nie pamiętał jej, ale widział tak wiele twarzy podczas poprzedniej wojny, że to nie miało znaczenia. Dreszcz, który przebiegł po jego plecach wcale nie był przyjemny ani oczekiwany.

- Coś się stało? Severusie? Zbladłeś – rzucił Harry pospiesznie. – A wiesz, że jeśli bledniesz przy twojej karnacji to… - urwał Potter.

Pewnie próbował być śmieszny, ale Severus wiedział dokładnie, kiedy wzrok jego partnera padł na jedenastolatka tak bardzo różniącego się od pozostałych dzieci. Miał na sobie nie tylko mugolskie rzeczy, ale jego aparycja była nie do pomylenia. Harry widział go w myślodsiewni, kiedy sam był nastolatkiem i to nie pozostawiało żadnych złudzeń.

- Czy to… - zaczął jego partner. – Nie… Znaczy nie może… Kto to jest? – spytał w końcu Harry wprost i Severus wziął głębszy wdech, bo ta nadzieja w zielonych tęczówkach była bolesna.

Nie znał dobrej odpowiedzi na to pytanie, ale pociąg miał zaraz odjechać.

- To mój syn – powiedział spokojnie, niemal szeptem. – Nie wiedziałem, że mam syna – dodał, żeby to było jasne i Harry bardzo powoli skinął głową, jakby przyjmował to do wiadomości. – Muszę porozmawiać z tą kobietą.

- Nie znasz jej imienia? – zdziwił się Harry.

- Była wojna, Potter. Rusz głową – warknął i po prostu zaczął przedzierać się przez tłum, co wcale nie było takie trudne, bo wszyscy schodzili mu z drogi.

Dziecko nadal nie podnosiło głowy do góry, ale kobieta umilkła, kiedy podszedł do nich bliżej. Nie wyglądała na wystraszoną jego obecnością, ale on starał się wymazywać wspomnienia albo korygować je, kiedy miał taką okazję i nikt nie mógł mu przeszkodzić. Legilimecja nie była tylko niebezpieczną bronią, ale czasami niosła ukojenie dla ludzi, którzy nigdy nie powinni byli przeciąć jego drogi. Voldemort jednak zawsze dbał o to, żeby mieli ofiary do swojego użytku. Kobiety porywane z mugolskich miast, niekoniecznie nieostrożne. Po prostu miały pecha znaleźć się w nieodpowiednim miejscu w fatalnym czasie.

- Nazywam się Severus Snape, jestem nauczycielem w Hogwarcie – przedstawił się, starając się nie wyglądać groźnie, ten jeden raz.

- Maria Appelbaum – odparła kobieta, uśmiechając się lekko, prawie nieśmiało. – A to Callahan, dopiero dzisiaj zaczyna szkołę. Przywitaj się z panem profesorem – dodała odrobinę bardziej natarczywie.

Chłopak podniósł nareszcie głowę i spojrzał prosto w jego oczy. Nie mógłby być bardziej jego synem. Dwie czarne tęczówki nie miały w sobie zbyt wiele nadziei i radości. Zawsze zastanawiał się nad tym jak wyglądałoby jego dziecko. Jego geny nie były szczęśliwe. Zbyt toporne rysy wychodziły z tego połączenia, ale Callahan był tylko dzieckiem, więc wiek je jeszcze łagodził. Jego oczy jednak… W oczach kryła się prawda i Severus widział się w nim w całości.

- Proszę powiedzieć mężowi, że jeśli uderzy panią jeszcze raz, nauczyciele tej szkoły zareagują właściwie – powiedział spokojnie.

Chłopak wydawał się zaskoczony, a potem w jego wzroku coś drgnęło, ale zaginęło równie szybko co się pojawiło.

Kobieta wydawała się zszokowana, ale szybko pokryła to nerwowym śmiechem.

- Nie wiem o czym pan mówi – rzuciła i wzruszyła ramionami.

- Możemy udawać, że nie wiem, ale proszę mu to przekazać. Z zamkiem porozumiewamy się za pomocą sowiej poczty, upewnię się, że jeden z ptaków zawsze będzie do pani dyspozycji – ciągnął dalej. – Chciałbym z panią porozmawiać w najbliższym czasie, jeśli to będzie oczywiście możliwe – dodał.

- Czy coś się stało? – spytała niepewnie i tym razem zbladła przez niego.

Nie miał jednak łatwej odpowiedzi na ten temat. Miał jej powiedzieć, że nie chciał, aby bito dzieciaka tak jak on obrywał. Nie interesowało go czy Maria obrywała za fakt, że porodziła dziecko z gwałtu, całkiem pewnie nieświadoma tego kiedy zaszła w ciążę. Nie powinna być bita i ten dzieciak nie powinien na to patrzeć przez ostatnie jedenaście lat. Może miał kompleks własnego ojca, ale przez to tylko wiedział lepiej, co należało uczynić.

- Wojna, wojna się stała – powiedział jedynie.

ooo

Harry wydawał się milczący, kiedy wracali Hogwart Expressem do szkoły. Nie było to naturalne dla Gryfona, ale Severus nie czuł się za bardzo w temacie do rozmów. Odnosił wrażenie, że jego świat stanął na głowie. Kiedy planował ten rok szkolny, nie sądził, że pośród uczniów znajdzie się jego syn. Nie miał jeszcze pojęcia co zrobi, bo wyznanie jedenastolatkowi jak został poczęty na pewno nie było dobrym startem znajomości.

Callahan chciał nawet podążyć za nim do wagonu dla nauczycieli, pewnie całkiem nieświadom tego, że musi wtopić się w tę rozwrzeszczaną zgraję i stać się jednym z nich. Lub zostać odrzuconym. W tym Severus nie mógł mu pomóc i na pewno nie zamierzał ingerować. Dzieciaki tylko z czystej złośliwości wyżywałyby się na nim, a Callahan z pewnością na to nie zasłużył. Noszenie jego nazwiska nadal było bardziej klątwą niż błogosławieństwem. Wielu jeszcze pamiętało jego grzechy i jeden z nich właśnie objawił się w osobie bezbronnego chłopca.

Wyszli z pociągu w milczeniu prowadząc uczniów do szkoły. Harry zerkał na niego raz po raz, jakby chciał coś powiedzieć, ale powstrzymywał się. I Severus nie wiedział tak naprawdę co teraz. Jeśli Potter czuł się zdradzony, był idiotą. I jeszcze niedawno to byłoby tak proste. Severus był przyzwyczajony do swojej samotności, ale odkąd Harry wkroczył w jego życie, wypełniło się czymś niesamowitym. I nie chciał tego utracić. Miał ochotę przekląć Pottera, który przyszedł do niego z całą tą miłością, nadzieją i oddaniem. Byłby szczęśliwy, gdyby tego ponownie nie doznał, chociaż to zapewne stanowiło w pewnym sensie paradoks.

Minerwa rzuciła mu zaskoczone spojrzenie, kiedy usiedli przy stole bez zbędnych powitań, a potem uniosła do góry długi pergamin i zaczęła swoje nudne przemówienie. Pierwszoroczni czekali na przydział w dwóch równych rzędach i szeptali między sobą. Callahan patrzył nadal na swoje buty i Severus pewnie nie powinien się na niego gapić, zwracając na dziecko tylko większą uwagę. Jakaś dziewczynka szeptała coś do jego syna, a ten nawet uśmiechnął się lekko, ale pokręcił przecząco głową. A potem podniósł głowę i spojrzał wprost na niego z czymś, co było cholerną wdzięcznością. Zapewne nikt nigdy nie próbował obronić jego matki i Callahan widział w nim kogoś, kim Severus Snape z pewnością nie był.

Przydział się rozpoczął. Tiara wyglądała na jeszcze bardziej strudzoną niż w latach ubiegłych. Jak większość hogwarckich artefaktów odzyskiwała moc wraz z każdą drobną naprawą zamku, który ucierpiał podczas bitwy. Harry spytał go kiedyś naiwnie dlaczego nie zburzyli Hogwartu do fundamentów i nie wznieśli budynku ponownie. Nie chodziło jednak nigdy o miejsce czy cegły, ale magię zaklętą w murach, które przeżyły odejście Slytherina oraz powrót Voldemorta.

- Callahan Applebaum – wyczytała Minerwa.

Chłopak wydawał się onieśmielony uwagą, którą nagle go obdzielono. Dość niepewnie usiadł na krześle i pozwolił sobie ubrać starą Tiarę, która mamrotała coś pod nosem, aż policzki chłopaka stały się czerwone.

- Ravenclaw – zdecydowała i Severus nie był zaskoczony.

W oczach dziecka nie było zawziętości, którą sam miał w tym wieku. Krawat w szkolnej szacie dziecka zabarwił się błękitem i posypały się brawa. Callahan uśmiechnął się szeroko i zapewne po raz pierwszy od dawna szczerze.