Część pierwsza — Ginny

Severus obudził się rozluźniony i pełen czegoś, czego nie czuł już od bardzo dawna. Chwilę zajęło mu zidentyfikowanie tego uczucia. Był... szczęśliwy. Wciąż nie otwierając oczu, przeklął w myślach szpitalne łóżko, które było twarde dosłownie jak podłoga i równie zimne. Pomału wrócił pamięcią do wydarzeń z poprzedniego dnia — ból, tortury, jeszcze więcej bólu... Ledwo udało mu się uciec z tej zasadzki i to tylko dzięki pomocy... przyjaciela. Oczami wyobraźni zobaczył twarz mężczyzny, uśmiechającego się do niego, gdy go uratował i wtedy nieproszone przyszło kolejne wspomnienie. Tęczówki zielone niczym Avada... pergaminy dookoła... jęki... Gwałtownie otworzył oczy i wstrzymał oddech. Obok niego, przytulony, leżał niewątpliwie nagi Potter, a to oznaczało, że owo nieproszone wspomnienie nie było niesmacznym kawałem jego wyobraźni.

— O kurwa...

Nie był już w skrzydle szpitalnym, leżał nagi obok gołego Pottera, na podłodze swojego gabinetu.

— Kurwa...

I Potter się do niego przytulał. Jakby tego było mało, ciało Mistrza Eliksirów zdecydowanie nie miało nic przeciwko, chociaż umysł wrzeszczał najprzeróżniejsze przekleństwa i podawał kolejne powody przeciwko takiemu stanowi rzeczy. To uczeń. To POTTER!

— Słodki Merlinie... pieprzyłem się z uczniem... pieprzyłem się z Potterem!

Snape w panice wyplątał się z objęć chłopaka i pośpiesznie ubrał.

Mogę się już pożegnać z pracą i z Hogwartem... Cholera, mogę się już pożegnać z życiem, bo Dumbledore mnie zabije! Lub zrobi ze mną coś jeszcze gorszego... Uczynny umysł Ślizgona podsunął mu dokończenie tego zdania: ...o ile dowie się, że do czegokolwiek doszło.

Mózg Snape'a pracował teraz na najwyższych obrotach. Ponaglany wciąż rosnącą paniką, podsunął najprostszy i jednocześnie najlepszy sposób zatajenia tego przed dyrektorem. Mężczyzna stanął nad wciąż śpiącym Potterem. Trzy machnięcia różdżką i chłopak był już ubrany, a bałagan w gabinecie idealnie sprzątnięty. Gryfon poruszył się niespokojnie, zaczynając się wybudzać. Najlepiej będzie, gdy nikt poza nim nie będzie o tym wiedział. Tylko on będzie pamiętał — to najlepsze wyjście. Zwłaszcza, że nie mógł zrozumieć, dlaczego do tego doszło, jakim cudem tak szybko osiągnął spełnienie i czemu padł po czymś, co ledwo można było podciągnąć pod „krótki numerek".

Obliviate. — Po chwili nastolatek otworzył oczy i popatrzył nieprzytomnie na Snape'a. — Wstawaj Potter. Chyba nie masz zamiaru leżeć na podłodze cały dzień. Nie potrzebuję dywanu w swoim gabinecie. — Chłopak od razu stanął na równe nogi i zmierzył profesora wściekłym spojrzeniem. — Jak miło, że w końcu zdecydowałeś się odzyskać przytomność, po tym jak, z właściwą dla siebie gracją, rozwaliłeś mi się na podłodze. Wracając do naszej, nazwijmy to, rozmowy: miesiąc szlabanu z Filtchem i sto punktów od Gryffindoru. Skoro już sobie wszystko wyjaśniliśmy, bądź łaskaw wynieść się do dyrektora.

— Ale...

— Zejdź mi z oczu, Potter.

— Ale dlaczego straciłem przytomność? — Harry nawet nie ruszył się w stronę drzwi. Czuł się jakby dostał tłuczkiem w głowę i nawet myślenie go bolało.

— Nie jestem twoją niańką, Potter. A teraz WON albo z przyjemnością pozbawię Gryffindor wszystkich punktów!

— Dobrze, dobrze. Mógłbym chociaż dostać jakiś eliksir przeciwbólowy? — Z niewyjaśnionych przyczyn wszystko go bolało. Nawet tyłek go piekł. Snape wyciągnął z jednej z szuflad małą fiolkę i wręczył mu ją. Szybko wypił jej zawartość i już po chwili wszelki ból odszedł. — Dziękuję.

W pośpiechu wyszedł z gabinetu i ruszył korytarzem do wyjścia z lochów. Właśnie wchodził po schodach, gdy dotarło do niego, jaką głupotą z jego strony było wypicie eliksiru od Snape'a, bez upewnienia się, że jest to właściwy eliksir, a nie jakaś „piekielna i udoskonalona wersja specjalnie dla Pottera". Przeklinając się w duchu za swoją naiwność i bezmyślność, skierował się do gabinetu dyrektora.

oOo

— Hej, Ginny. Coś się stało?

— Och, cześć Hermiono. — Ginewra skubała nerwowo swoją szatę i unikała wszelkiego kontaktu wzrokowego. — Widziałaś może Harry'ego?

— Ostatnio, kiedy szedł wściekły do Snape'a. Wiesz, w czasie obiadu przysłał mu wiadomość, że został wyrzucony z Eliksirów...

— Wiem o tym, nie musisz mi mówić. — Weasleyówna machnęła ręką i znów wróciła do skubania szaty. Od czasu do czasu zerkała też na wejście do pokoju wspólnego, ale szybko z powrotem odwracała wzrok.

— Ginny, co jest grane? — Hermiona odłożyła książkę i poważnie popatrzyła na przyjaciółkę.

Ginewra rozejrzała się po komnacie i zobaczywszy, że nikt nie zwraca na nie uwagi, usiadła na krześle naprzeciw Hermiony i wzięła głęboki wdech.

— Chodzi o to, że jestem z Harrym już dwa lata, a my nie tego, no wiesz. Co najwyżej czasami się pocałujemy, ale to i tak nic nie wiadomo jakiego. Harry jest w tych sprawach bardzo nieśmiały. Próbowałam już z nim rozmawiać i stwarzałam okazje, jednak to nic nie dało. A ja naprawdę bardzo chcę jego bliskości i w ogóle. I tak sobie pomyślałam, że może, jak mu się doda trochę odwagi i pewności siebie, to w końcu pójdzie na całość, bo przecież on mnie kocha i ja go kocham, to czemu byśmy nie mieli, no wiesz...

Hermiona uważnie przysłuchiwała się nerwowej paplaninie przyjaciółki i szybko przetwarzała ją w swoim wybitnie analitycznym umyśle. No tak. Ron też potrzebował trochę czasu, żeby się przezwyciężyć, ale udało mu się to znacznie szybciej niż Harry'emu. Być z takim super przystojnym i dobrze zbudowanym chłopakiem przez dwa lata w celibacie, to rzeczywiście musiało być dla Ginewry, która jakby nie patrzeć miała temperamencik, niezwykle frustrujące. Jednak coś mocno zaniepokoiło Gryfonkę.

— Ginny... co miałaś na myśli, mówiąc o dodaniu odwagi?

— Bo widzisz... Emma jest genialna z Eliksirów i wie, który ma w przybliżeniu właśnie takie działanie. Miała jakiś problem ze zdobyciem niektórych składników, ale jakoś go rozwiązała i nawet przetestowała ten wywar na swoim chłopaku. Zadziałał, to dolałam dziś podczas obiadu trochę tego eliksiru Harry'emu do soku i...

— Ginny Weasley! Co zrobiłaś? Powtórz, bo chyba się przesłyszałam! — Hermiona zerwała się na równe nogi i patrzyła wielkimi oczami w niedowierzaniu.

— Dodałam ten eliksir Harry'emu do soku... — wyszeptała, jeszcze bardziej zdenerwowana. Część Gryfonów z ciekawością przyglądała się im, gdy krzyk Hermiony zwrócił ich uwagę.

— Nigdy bym cię nie podejrzewała o tak nieodpowiedzialne zachowanie. Dodać komuś niepewny eliksir do soku... A teraz mi go dokładnie opisz, żebym mogła zadecydować, co dalej z tym zrobić.

— Ten eliksir wcale nie był niepewny. Emma go zrobiła i na jej chłopaka zadziałał bez żadnych skutków ubocznych czy czegoś takiego. Emma! — Ginny odwróciła się w stronę dziewczyn chichoczących na kanapie w rogu pokoju i pomachała do jednej, by podeszła.

Emma była piegowatą blondynką o brązowych oczach. Hermiona mogłaby się założyć, że dziewczyna tylko farbuje włosy na blond, a tak naprawdę ma kolor zbliżony do rudego.

— Hej, Emma. Opowiedz o tym eliksirze, dobrze? Co do niego dodałaś, jak go przygotowywałaś, skąd masz przepis... powiedz o wszystkim.

— W porządku. — Farbowana blondynka usiadła obok Hermiony i zaczęła jej wszystko wyjaśniać. — ...i wtedy trzeba było dodać liście bambusa moczone przez dwa dni w wywarze ze skórki kogelmoga...

— Skąd wytrzasnęłaś skórkę kogelmoga? Przecież jest bardzo rzadko spotykana... — Hermiona wtrąciła zdziwiona. Sama procedura warzenia eliksiru była średnio trudna, ale niektóre ingrediencje były po prostu kosmiczne.

— Nie wytrzasnęłam. Musiałam ją zastąpić sproszkowaną skórką żaby błotnej. Są sobie pokrewne. I dodałam też trochę lawendy i skrzydeł ważki, żeby pogodzić składniki...

— Czyli kompletnie zmieniłaś formułę? — Hermiona wyszeptała groźnie. Harry'ego wciąż nie było. Co jeżeli ten naprawdę felerny eliksir mu zaszkodził? Ze składu mogła łatwo wywnioskować, że wywar nie był śmiertelnie trujący, ale nigdy nic nie wiadomo.

— Tylko go udoskonaliłam — zaperzyła się blondynka. — I zmodyfikowałam wywar początkowy. Dodanie płatków róży i kandyzowanej skórki cytrynowej z goździkami o niebo polepszyło smak. To wszystko. A eliksir wcześniej już przetestowałam na moim chłopaku i zapewniam cię, że działał doskonale, chociaż nie był taki smaczny, zanim nie udoskonaliłam wywaru początkowego...

Trzy dziewczyny odwróciły się w stronę drzwi, gdy do pokoju wspólnego wszedł Harry. Hermiona odetchnęła z ulgą, nie widząc oznak zatrucia. Chłopak był tylko lekko podenerwowany, ale to przecież zrozumiałe, skoro właśnie wracał z niezbyt miłej rozmowy ze Snape'em.

oOo

Dumbledore już czekał na Harry'ego. Siedział wygodnie za starym biurkiem w swoim gabinecie i głaskał feniksa, który przycupnął mu na kolanach. Gestem wskazał chłopcu fotel naprzeciw siebie i obserwował z dobrze ukrywanym zdziwieniem, z jakim spokojem Gryfon zajmował wskazane mu miejsce. Żadnych wrzasków, wyrzutów czy jakichkolwiek innych oznak złości. To mogło oznaczać tylko jedno: chłopak już zdążył skutecznie wyładować się na Severusie.

— Profesorze, proszę mnie wpisać z powrotem na listę OWTM-ów z Eliksirów. I niech mnie pan nie traktuje jak jakiegoś niedorozwiniętego dzieciaka, bo ja naprawdę potrafię sam za siebie decydować.

— Wiem o tym, Harry, ale...

— Nie ma tu żadnego ale — przerwał mu Gryfon. Eliksir od Snape'a zadziałał wybitnie dobrze, jednak — jak większość silniejszych środków przeciwbólowych — sprawił, że Harry'emu rozwiązał się język.

— Czy nie mógł pan o tym ze mną porozmawiać? Po prostu porozmawiać. Może wtedy dowiedziałby się pan, że kurs na aurora chcę przejść tylko po to, by mieć większe szanse na pokonanie Voldemorta, a w przyszłości chciałbym zostać uzdrowicielem. Może wtedy wpadłby pan na pomysł, że wymagane tytuły mistrzowskie z Eliksirów i Zielarstwa mógłbym zdobyć pod okiem profesorów z Hogwartu, co zatrzymałoby mnie tutaj na jeszcze minimum trzy lata. Szkolenie aurorskie mógłbym przejść z członkami Zakonu, którzy są aurorami. Ale pan zamiast przedyskutować całą sprawę ze mną, wolał podjąć decyzję za moimi plecami i wykreślić mnie z Eliksirów. Jak ja mam panu ufać, dyrektorze, skoro ciągle odwala mi pan takie numery?

Wiekowy czarodziej siedział w milczeniu i patrzył na chłopaka, jakby go widział po raz pierwszy w życiu. Na jego twarzy zaskoczenie mieszało się ze wstydem.

— Harry...

— Po prostu niech mnie pan z powrotem wpisze na Eliksiry. — Harry wstał i skierował się do drzwi. —To było naprawdę nie fajne z pana strony, żeby mnie z nich wyrzucić w środku semestru.

— Dobrze, Harry. I przepraszam. Ja nie...

— Dowidzenia, dyrektorze.

— Dowidzenia, Harry.

Gryfon udawał, że nie usłyszał bólu w głosie starszego czarodzieja i wyszedł z jego gabinetu. Po drodze do swojego Domu zaszedł za potrzebą do toalety. Czuł się bardzo zmęczony i jakby wyssany z energii. Najchętniej położyłby się do łóżka i przespał kilka dni. Wiedział jednak, że nie będzie mu to dane. Tuż przed nadejściem sowy od Snape'a umówił się z Ginny na romantyczną przechadzkę na wieżę astronomiczną. Bardzo lubił rudą Gryfonkę. Musiałby być ślepy, żeby nie zauważyć, że Ginny chce czegoś więcej niż pocałunek od czasu do czasu, ale on nie czuł się gotowy. Prawdę mówiąc młodsza siostra Rona nie podniecała go tak, jak to opisywali chłopcy w dormitorium. Podobała mu się i lubił się z nią czasami przejść do Hogsmeade czy gdziekolwiek na spacer, ale nic więcej.

Rozmyślając, wszedł w końcu do kabiny. Czy to jest nienormalne, że...

— Aaa...! — pisnął i osunął się na kolana. Co się, do jasnej cholery, stało? Sikanie jeszcze nigdy nie było takie... inne. Dziwne. Chory jestem czy co?

Nagle przypomniało mu się, że pewnego dnia Seamus wrócił do dormitorium w środku nocy i wszyscy usłyszeli, jak w bardzo podobny sposób zawył w toalecie. Wypytywali go tak długo, aż w końcu się przyznał, czerwony na twarzy niczym dojrzała czereśnia, że kochał się ze swoją dziewczyną i że coś takiego „po" jest normalne, gdy jeszcze mięśnie się dobrze nie rozluźnią. Seamus nie potrafił tego dobrze wytłumaczyć, ale taka odpowiedź ich całkowicie zadowoliła. To było nawet więcej, niż się spodziewali usłyszeć i później już nikt się go o nic nie pytał, chociaż czasami wydawał naprawdę ciekawe dźwięki w łazience.

— Cholera.

W jego przypadku było to jednak niemożliwe, prawda? Nie mógł mieć tego od seksu, bo przecież z nikim się przed chwilą nie kochał. W ogóle się nigdy z nikim nie kochał, ale to akurat nie było istotne. Obiecał sobie, że następnym razem, kiedy się to powtórzy, pójdzie do Pomfrey lub do kogoś innego. Albo i nie pójdzie, przecież to nic takiego.

W końcu udało mu się zaspokoić potrzebę, umył ręce i poszedł w górę korytarza do pokoju wspólnego. Gdy wszedł, zobaczył, że Hermiona i Ginny patrzą na niego z ich ulubionego miejsca przy kominku. Razem z nimi siedziała jedna z koleżanek Ginewry, Emma.

— Cześć skarbie. — Ginny podeszła do niego, uśmiechając się od ucha do ucha i pocałowała w policzek. Błyszczącymi oczami zmierzyła go z góry na dół i objęła w pasie. — Czkałam na ciebie.

Harry'emu jakiś dziwny dreszcz przebiegł po plecach, ale uśmiechnął się do swojej dziewczyny.

— Taaak?

— Oczywiście, że tak, głupolku. — W jej oczach pojawił się figlarny błysk. — I skombinowałam trochę miodu na dzisiejszą noc. Idź po pelerynę, spotkamy się przy portrecie za dwadzieścia minut, dobrze?

Harry nawet nie próbował mówić, że jest zmęczony i ogólnie dziwnie się czuje. Za dobrze znał Ginny, by wiedzieć, że lepiej przemilczeć takie sprawy, zwłaszcza, gdy ona już coś sobie zaplanowała. Nie chodziło o to, że jego dziewczyna była egoistką czy coś w tym stylu — chodziło raczej o jej nienormalnie matczyne zapędy i o... jej inne zapędy.

— Dobra. To ja zaraz wracam — znów uśmiechnął się do niej i, po uwolnieniu z objęć, poszedł do dormitorium.

Ginny popatrzyła jeszcze za nim chwilę.

— Emma, czy ten twój też tak się zachowywał? — zwróciła się do koleżanki.

— No, też był troszkę nieobecny na początku. Ale tylko na początku. — Emma uśmiechnęła się sugestywnie. Kątem oka rudowłosa zobaczyła, jak Hermiona marszczy brwi, ale nim otworzyła usta, by wyrazić swoje zdanie na ten temat, Ginny już pobiegła do dormitorium po miód.

Gdy wróciła, Hermiona zatrzymała ją z bardzo poważną miną.

— Posłuchaj. Cokolwiek ten eliksir robi, już dawno przestał działać. Od obiadu minęło dużo czasu. Na razie nie powiem o tym Harry'emu, ale zrobię poszukiwania w bibliotece i jeśli odkryję, że ten eliksir zrobił mu coś złego, to nie ręczę za siebie. Zrozumiałaś?

— Tak, Hermiono, zrozumiałam. Ale powiedz mi, co miałam zrobić?— Ginny nerwowo popatrzyła na wejście do dormitorium chłopców. — Przecież on...

— To trzeba było z nim zerwać i poderwać jakiegoś Ślizgona — przerwała jej Hermiona. Ginny skrzywiła się na myśl o chodzeniu z kimś ze Slytherinu. — Nie krzyw się tak. Jeżeli chcesz ogiera w łóżku, to oni są najlepszym wyborem. Gryfoni w łóżku są niczym małe, przerażone zwierzątka i potrzebują być naprawdę długo oswajani, zanim przejmą inicjatywę.

Ginny patrzyła na Hermionę z niedowierzaniem.

— A co z Krukonami i Puchonami?

— A jak myślisz? Krukoni są podręcznikowi, a Puchoni bardzo się starają, to chyba oczywiste. Ale wracając do tematu, jeżeli skrzywdzisz Harry'ego, to też pożałujesz. Nikt nie ma prawa krzywdzić moich przyjaciół i jestem pewna, że Ron w tej sprawie całkowicie się ze mną zgodzi.

oOo

Harry wyciągnął pelerynę niewidkę spod łóżka i usiadł na nim ciężko. Co się z nim działo? Nie rozumiał, dlaczego był aż tak obojętny w stosunku do Ginny. Może i nigdy nie przyprawiała go o jakąś gorączkę pożądania, ale przecież nie bez przyczyny była jego dziewczyną. Kochał ją i nie powinien czuć się tak obojętny. Jeszcze wczoraj było inaczej, tego był pewny.

Ciekawe, skąd wzięła miód...? Całkiem bez związku przeleciało mu przez głowę. Nieważne. Musiałby być gumochłonem, żeby nie wiedzieć, po co jej miód i w ogóle ten cały wypad na wieżę. Ale nim nie był i nie podobało mu się to wszystko. Westchnął poirytowany.

Rzucił na siebie kilka zaklęć odświeżających, nałożył inna koszulę i zszedł z powrotem do pokoju wspólnego. Ginny już na niego czekała i obdarzyła go uśmiechem, gdy tylko go zobaczyła.

— To idziemy. — Jej podekscytowanie bynajmniej nie było zbyt zaraźliwe, ale Harry i tak się uśmiechnął. Przecież ona nie zrobi niczego, czego nie będą oboje chcieli, prawda? Zobaczył, że Hermiona chce mu coś powiedzieć, ale Ginny niecierpliwie wyciągnęła go na zewnątrz.

Jak tylko znaleźli się na korytarzu, Harry narzucił na nich pelerynę niewidkę i przytulili się pod nią, żeby dobrze ich okrywała. Spokojnym krokiem skierowali się do wieży astronomicznej.

oOo

Severus odetchnął z ulgą. Właśnie skończył sprawdzać wszystkie wypociny tych matołów, które sobie na dzisiejszy wieczór zaplanował. Nie miał do uwarzenia żadnych eliksirów do skrzydła szpitalnego czy gdziekolwiek indziej, a to oznaczało, że tej nocy wreszcie się wyśpi. Lub ewentualnie będzie miał całą noc na przemyślenie tego, co się dziś stało między nim i Potterem, ponieważ nie dawało mu to spokoju przez cały czas. Ale najpierw relaksująca kąpiel z jakimiś eliksirami wzmacniającymi. Jego słaba kondycja była wręcz alarmująca!

Wyjął z jednej z szafek dwie fiolki eliksiru i skierował się do łazienki. Postawił buteleczki na półce przy wannie, odkręcił wodę i zaczął się rozbierać. Czarna szata, koszula, buty, spodnie... gdy zsunął bieliznę, krzyknął zaskoczony.

— Co, do cholery...?

Na jego podbrzuszu, po prawej stronie, tuż nad męskością, widniał znak do złudzenia przypominający bliznę Pottera... błyskawica. Severus wstrzymał oddech, gdy uzmysłowił sobie, co to znaczy. Nagle wszystko nabrało sensu i po raz drugi w tym dniu ogarnęła go panika.

Jak? Skąd miał eliksir? Dlaczego to zrobił? I co ja mam teraz, do cholery, z tym zrobić?

oOo

Harry musiał przyznać, że nie było tak źle. Po wypiciu połowy miodu, oboje się zrelaksowali i pogodna rozmowa naprawdę poprawiła mu humor. Rozmawiali o głupotach i podziwiali gwiazdy. Ginny opowiedziała mu nawet zabawną legendę dotyczącą jednej z konstelacji. Mile spędzając czas, zapomniał o swoich niepokojach i z uśmiechem przytulał swoją dziewczynę.

— A mówiłem ci już, że Dumbledore zgodził się wpisać mnie z powrotem na zaawansowane Eliksiry?

— Naprawdę? To super! Będziesz mógł zostać aurorem! — Ginny roześmiała się i zaczęła bawić jego włosami.

— No, nie do końca. W zamian za to, mam tutaj zostać tak długo, aż nie zdobędę mistrza z Eliksirów i Zielarstwa. — Harry doszedł do wniosku, że lubi, jak Ginny bawi się w ten sposób jego włosami.

— A co z kursem aurorskim? — Ginny wyszeptała mu w szyję i jej oddech miło połaskotał go za uchem.

— Mmm... Członkowie zakonu będą mnie szkolić. — Harry pociągnął kolejny łyk miodu z butelki. Ron zawsze krzywił się na samo wspomnienie miodu. Według niego był zdecydowanie mdły i przeznaczony dla bab, a nie dla prawdziwych facetów, którzy powinni pić Ognistą. Harry nie podzielał jego opinii. Uwielbiał miód tak samo jak kremowe piwo. Wiadomo, nie w nadmiarze, ale od czasu do czasu lubił wypić butelkę lub dwie...

— Mmm? Ginny? Co robisz? — Z rozmyślań o miodzie wyrwały go ręce, które wśliznęły się pod jego koszulę i zaczęły pieścić ciało. To również było miłe, ale niepokojące. Ginny nachyliła się nad nim i musnęła ustami jego wargi.

— Nie musisz się krępować, Harry. Ja... chcę tego. Jestem gotowa.

oOo

Snape zrezygnował z relaksującej kąpieli, ubrał się z powrotem i udał na obchód zamku. W mroku zimnych korytarzy ochłonął trochę z szoku, w jaki wpędził go widok tej cholernej błyskawicy na jego podbrzuszu. Oddychał głęboko i nasłuchiwał, czy przypadkiem gdzieś nie szwendają się uczniowie. Z chęcią odjąłby kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt punktów. Najlepiej jakiemuś Gryfonowi...

oOo

Taaak... Ginny umiała całować. Harry nie miał zielonego pojęcia dlaczego całowali się tak rzadko. Nawet nie zauważył, gdy ręce jego dziewczyny sprawnie rozpięły mu pasek. Przerwała pocałunek i ich spojrzenia znowu się spotkały. W jej oczach Harry zobaczył tak wielkie pragnienie, że aż ciarki mu przeszły po plecach. Wciąż ją obejmował, jedną ręką gładząc plecy. Ginny najwyraźniej zobaczyła narastający dyskomfort w jego oczach, gdyż uśmiechnęła się do niego ciepło.

— Spokojnie Harry. Dziś tylko przełamiemy lody...

Harry westchnął, gdy zaczęła pieścić pocałunkami jego szyję.

— Nie bój się — wyszeptała i chłopak przytaknął skinieniem głowy.

Nie miał zielonego pojęcia, co Ginny rozumie pod pojęciem przełamywania lodów, ale jeżeli będą to tylko takie pieszczoty, to on nie ma raczej nic przeciwko. Nie trzeba jej było tego dwa razy powtarzać. Szybko rozpięła mu koszulę i obsypała pocałunkami. Pieściła językiem sutki (Słodki Merlinie, gdzie ona się tego nauczyła? Och...), ssała i drażniła. Gdy wsunęła mu dłoń do majtek, Harry jęknął.

— Ginny...

— Ciii, spokojnie Harry, przecież nie zrobię ci krzywdy...

Harry jeszcze nigdy nie był tak podniecony. I on myślał, że Ginny go w ten sposób nie pociąga? Oto i dowód jego nieskończonej głupoty, tak często wypominanej mu przez Snape'a. Na myśl o Mistrzu Eliksirów przeszył go dziwny dreszcz, jednak jego umysł, zasłonięty miodową mgiełką, nie zwrócił na to nawet najmniejszej uwagi. Pod wpływem impulsu pchnął lekko dziewczynę do tyłu i już po chwili to on był na niej, ku jej wielkiemu zaskoczeniu.

— A co, jeśli to ja chcę zrobić ci krzywdę? — wyszeptał do ucha dziewczyny i podciągnął jej bluzkę do góry. Jak miło, że nie miała na sobie biustonosza. Nie miał pojęcia, jak by sobie poradził z rozpinaniem tego paskudztwa. Pieścił Ginny tak jak się przed chwilą od niej tego nauczył i z satysfakcją stwierdził, że dziewczyna reaguje na jego pieszczoty, więc postanowił dalej podążać tą drogą. Dziewczyna jednak przyciągnęła jego usta do swoich i oplotła go nogami. Koniecznie musimy się częściej całować. Przemknęło mu przez myśl. W końcu Ginny go uwolniła, ale nie dała mu pozostać tą aktywną stroną. Przygryzając dolną wargę, zsunęła mu spodnie razem z majtkami, uwalniając jego erekcję. Cały czas patrząc mu w oczy, ujęła ją w dłoń. Harry przymknął powieki i jęknął, gdy palcem zaczęła drażnić jego żołądź.

— Och.. nie wiedziałam, że masz tatuaż — zaskoczony głos Ginny i przerwanie pieszczot zmusiły chłopca do powrotu do rzeczywistości.

— ...tatuaż? — wydyszał i podążając za spojrzeniem swojej dziewczyny, popatrzył na swoją męskość. Tuż nad nią, po prawej stronie, znajdował się tatuaż róży oplecionej przez węża. Co to, do diabła, ma znaczyć? Jeszcze rano go tutaj nie było!

— Wiesz Harry, to trochę dziwne. Różę to mogłabym jeszcze zrozumieć... ale dlaczego wąż? — Gryfonka dotknęła palcem tatuażu i Harry poczuł coś na kształt porażenia prądem. Dziwne uczucie zniknęło, gdy tylko dziewczyna zabrała z niego palec.

— Ja nie... — zaczął Harry, ale w tym samym momencie przerwało mu znaczące chrząknięcie kogoś stojącego przy drzwiach.

— Jakkolwiek odkrywanie najskrytszych tajemnic ciała Złotego Chłopca jest zapewne niesamowicie pasjonujące, panno Weasley, radziłbym wam obojgu się ubrać. I nie dajcie mi czekać na was zbyt długo.

Przerażona para patrzyła, jak Snape z ironicznym uśmieszkiem odwraca się i znika w mroku wieży.

— O cholera... — Harry w końcu otrząsnął się z szoku.

— Słyszałem, panie Potter.