Rozdział 2

Kiedy drzwi się zamknęły Shadowbolt zwrócił się do Blacka.

- Nie pospieszyłeś się zanadto z tą decyzją? – zapytał podpułkownik, podnosząc brew jak to miał w zwyczaju. – W tych aktach, które Ci dałem było kilku niezłych alchemików, a ty wziąłeś tego porucznika po krótkiej rozmowie. Nawet nie przesłuchałeś reszty kandydatów.

- Nie musiałem. – odparł Black uśmiechając się i siadając naprzeciw przyjaciela. – Nie potrzebuje alchemika, tylko dobrego żołnierza. Pomyśl logicznie Shen, ja jestem alchemikiem, ty jesteś alchemikiem, więc, po co nam kolejny?

- No tak, ale mogłeś, chociaż spojrzeć.

- Nie, ten porucznik jest bardzo dobry na to stanowisko, widziałeś jego wyniki strzeleckie? Jak mam mieć już tą ochronę to wolę, żeby stał przy mnie człowiek, który umie dobrze posługiwać się bronią i wie jak zrobić z niej użytek.

- Jak chcesz, w końcu to ty jesteś pułkownikiem. – odparł zrezygnowany Shen.

- Tak na razie ten temat jest zamknięty. Trzeba zająć się ważniejszymi sprawami. – powiedział Black siadając za biurkiem z poważną twarzą. Shen od razu wyczuł zmianę w zachowaniu przyjaciela, stał się poważny i skupiony. – Trzeba znaleźć na początek zabójcę generała Hughesa. Idź i sprawdź, czego szukał w tych starych aktach, dobrze?

- Tak jest, już się za to zabieram. – odparł Shadowbolt podnosząc się z kanapy i kierując się do wyjścia.

- Aha, i jeszcze jedna rzecz. Kiedy przyjdzie raport z balistyki przyślij go od razu do mnie.

- Oczywiście – odpowiedział Shen zamykając drzwi.

Steven odwrócił się do okna i zaczął myśleć o tym, czego generał Hughes mógł szukać w starych aktach, a potem wybiec na ulicę do budki telefonicznej by zadzwonić. Zbyt dużo niejasności było w tym morderstwie, zbyt dużo. Pułkownik westchnął i zabrał się do wypełniania papierów, których pokaźny stos urósł mu już na biurku. Wypełnianie tej nudnej roboty zajęło Stevenowi cały dzień, więc kiedy słońce, zaczęło się chylić ku zachodowi postanowił skończyć na dziś pracę i pójść do domu.

W tym czasie podpułkownik Shadowbolt zgodnie z rozkazami poszedł do starego archiwum. Podszedł do stołu, na którym leżało kilka książek. W niektórych z nich brakowało kilku kartek, a niektóre były całkiem zniszczone. Dziwne pomyślał Shen, książki w tym archiwum powinny być zachowane jak w najlepszym stanie, a te mają ślady jakby ktoś niedawno je zniszczył. Zapytał, więc sierżanta, który pilnował tego miejsca, co znaleziono, kiedy zabezpieczono to miejsce.

- Tylko to, co leży na stole panie podpułkowniku oraz ślady krwi generała Hughesa na podłodze. – powiedział sierżant.

Shadowbolt westchnął zrezygnowany i już miał wyjść, kiedy na ścianie obok drzwi dostrzegł coś dziwnego. Kiedy podszedł do ściany to zobaczył, że było na niej trochę zaschniętej krwi. Natychmiast wezwał do siebie sierżanta i zapytał czy to też jest krew generała.

- Nie, panie podpułkowniku, nie widzieliśmy tego fragmentu ściany, gdyż zawsze zasłaniają go drzwi i jest w cieniu.- powiedział zmieszany strażnik.

- Hmm. W takim razie natychmiast poślij po techników, żeby zbadali tą krew. Może ona należeć do osoby, która zabiła generała. Chce mieć wyniki badań jak najszybciej, rozumiesz?

- Tak jest, proszę pana. – krzyknął sierżant i wybiegł z pomieszczenia.

Dziwne, że nikt do tej pory nie znalazł tych śladów, pomyślał Shadowbolt wychodząc z pomieszczenia i udając się do oddziału komunikacyjnego, którego pracownica, jako ostatnia widziała Hughesa w centrali. Nie wiedział, że w ciemności przygląda mu się para bystrych i uważnych oczu.

- Więc mówi pani, że generał Hughes przyszedł tu tego dnia wieczorem by zadzwonić, lecz po chwili zrezygnował i wybiegł, tak? – zapytał Shen.

- Tak, panie podpułkowniku. – odpowiedziała sekretarka roztrzęsiona tonem.

- A czy pamięta pani coś szczególnego w zachowaniu generała, może coś mówił, albo był czymś zaniepokojony?

- Tak mówił do siebie, że musi powiadomić pułkownika Mustanga, że armia jest zagrożona, a i jeszcze trzymał się mocno za ramię, i chyba krwawił z niego.

- A co było potem?

- Odszedł od aparatu i normalnym tonem jak gdyby nigdy nic powiedział mi dobranoc, i wyszedł. – odparł dziewczyna.

- No cóż dziękuję za pomoc i do widzenia.

- Do widzenia panie podpułkowniku.

Za wiele się tu nie dowiedziałem, pomyślał Shen, ale Hughes musiał coś odkryć w tych archiwach, dlatego bał się skorzystać z linii służbowej. Znalazł coś, co mogło komuś zaszkodzić i go uciszyli. Tylko, czego się dowiedział, myślał Shadowbolt idąc korytarzem.

Kiedy pułkownik Steven Black wyszedł z budynku centrali, nie wiedział gdzie ma pójść. Do domu jeszcze mu się nie chciało wracać, a na picie w barze też nie miał wielkiej ochoty. Nagle pewna myśl wpadła mu do głowy i poszedł w miejsce, które już miał dawno odwiedzić. Po drodze kupił w kwiaciarni bukiet pięknych białych kwiatów i udał się w stronę cmentarza wojskowego. Bardzo mało czasu zajęło mu odszukanie odpowiedniego nagrobka. Kiedy położył na nim kwiaty i wyprostował się, promienie słońca oświetliły nazwisko tego, który tam spoczywał „Generał Brygady Maes Hughes. Żył lat trzydzieści". Uśmiechnął się ironicznie, tak, ty nigdy nie zabiegałeś o żadne awanse a jesteś wyżej niż ja. Nagle za Blackiem pojawiły się dwie postacie. Kiedy kobieta położyła kwiaty na grobie i podniosła dziewczynkę uśmiechnęła się do alchemika.

- Miło, że pan przyszedł pułkowniku. – powiedziała

- Przestań Glacier, nie musisz tak do mnie mówić, w końcu znałem Maesa i was kilka dobrych lat. Jak sobie radzicie?

- Jest ciężko odkąd go nie ma, ale jakoś dajemy radę. Dziękuję, że pytasz.

- Nie martw się, znajdziemy tego bydlaka i zapłaci za to co zrobił. Masz moje słowo. No to na mnie już czas, nie przeszkadzam wam. – powiedział pułkownik uśmiechając się do matki i jej córki, żony, która straciła męża, i córki, która straciła ojca. Dlatego Steven przyrzekł sobie, że ten człowiek nie zabije już nikogo więcej.

Kiedy Black wychodził z cmentarza zauważył, że zaczyna się powoli ściemniać. Cholera, muszę się pospieszyć, jeśli mam jeszcze zdążyć przejrzeć te dokumenty, które dostałem od Kate. Zatopiony w swoich myślach pułkownik nawet nie zauważył, kiedy wszedł do ciemnej uliczki, która była pewnym skrótem do jego domu. Nagle za swoimi plecami usłyszał cichy śmiech. Odwracając się szybko zobaczył, że wyjście z uliczki jest zatarasowane przez wielką postać, której twarzy pułkownik nie mógł dostrzec z powodu panującego mroku. Postać w dłoniach miała dwa olbrzymie tasaki. Niedobrze, pomyślał Steven. Chociaż był jednym z najlepszych alchemików w państwie i stoczył niejedną potyczkę, wątpił czy starczy mu czasu by narysować krąg. Zakapturzona postać w międzyczasie zbliżyła się do Blacka, dzieliło ich już nie więcej jak dziesięć kroków. Jego oczy jarzyły się na czerwono jak u jakiegoś demona.

- Czy to nie za późna pora na przechadzki? – zapytała postać robiąc kolejny krok w stronę pułkownika, wtedy to światło księżyca padło na jej twarz. Black uświadomił sobie, że to, co brał za kaptur było w rzeczywistości hełmem.

- Kim jesteś? – zapytał pułkownik obserwując uważnie przeciwnika, postać miała na sobie pewnego rodzaju zbroję. Kimkolwiek by nie był musi być mocno wysportowany, jeśli jest w stanie unieść taką broń i zbroję pomyślał.

- Jestem twoim najgorszym koszmarem. Jestem jedyny i niepowtarzalny, Barry Rzeźnik! – krzyknęła postać śmiejąc się przy tym głośno. Black przypomniał sobie, że tydzień temu z więzienia uciekło kilku kryminalistów. Nie wiedział, czy koleś, którego ma przed sobą jest jednym z nich, ale miał pewność, że musi uważać.

- Aha, nie kojarzę cię, ale mam wiadomość, aresztuję cię za napaść na pułkownika wojsk Amestris. – powiedział Steven wyciągając pistolet z kabury i wycelował go w przeciwnika.

- Chciałbyś. – powiedział Barry i w następnej sekundzie zaatakował pułkownika z szybkością, której po tym olbrzymie się nie spodziewał. Tylko dzięki swojemu nabytemu przez lata ćwiczeń i doświadczeń refleksowi Black nie został przecięty na pół przez silny cios, którym został zaatakowany. Odskakując na kilka metrów od przeciwnika Steven w powietrzu odbezpieczył broń i kiedy tylko dotknął ziemi oddał w kierunku przeciwnika dwa strzały. Zobaczył, że jego pociski trafiły Barrego w pierś i lewy policzek, ale ten nic sobie z tego nie robiąc, stanął naprzeciw pułkownika.

- Co jest do cholery po czymś takim nie masz prawa stać! – krzyknął do przeciwnika.

- Ty chyba nie wiesz, kim ja jestem. – powiedział Barry i zdjął hełm. Tam gdzie powinna być jego głowa, była pustka. Po chwili zdumienia Black uśmiechnął się. No tak, transmutacja duszy. Black kiedyś czytał o tym, ale nie sądził, że jest to w ogóle możliwe. Niestety teraz miał przed sobą dowód, który chciał go posiekać na kawałeczki. Po chwili Black jednak odzyskał rezon.

- Jestem ciekaw, kto Ci to zrobił Barry? – zapytał Steven uśmiechając się kpiąco. Jego przeciwnik o mało nie upadł, kiedy zobaczył, że pułkownik się nawet nie przestraszył.

- Nie boisz się mnie, nie jesteś zdumiony? – pytał

- Nie, ponieważ już czytałem o tym jak cię można stworzyć i wiem jak cię pokonać. Wystarczy zmazać tylko twój znak, który utrzymuje twoją duszę w tej zbroi. – powiedział Black celując ponownie w swojego przeciwnika.

- No to spróbuj! – krzyknął Barry i znowu ruszył w stronę przeciwnika. Strzały, które oddawał Steven w jego stronę nie zatrzymywały go, ale odrobinę spowalniały. Cholera, muszę szybko coś wymyślić, bo inaczej mniej zabije myślał pułkownik, strzelając ciągle do Barrego, który powoli, ale stale się do niego zbliżał. Gdybym tylko mógł narysować krąg pomyślał Black. W tym momencie usłyszał charakterystyczny suchy trzask, kiedy to iglica nie odnalazła pocisku w komorze. Teraz pistolet był już bezużytecznym przedmiotem.

- Jakieś ostatnie słowa przed śmiercią – zapytał Barry podchodząc do pułkownika.

- Tak. – usłyszeli i obaj jak na komendę odwrócili się w stronę wyjścia z uliczki gdzie zobaczyli silny blask i w następnej chwili fioletowa błyskawica uderzyła Barrego rzucając nim o ścianę. Kiedy błysk minął, Steven zobaczył postać z wyprostowaną ręką w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał Barry. Na wnętrzu dłoni miał wytatuowany trójkąt wpisany w okrąg z przedłużonymi poza niego ramionami, w środku trójkąta znajdowało się coś na kształt oka. Krąg transmutacyjny błyskawicy.

- Co chciałeś zrobić mojemu przełożonemu? – zapytał Shen Shadowbolt opuszczając rękę.

- Zabiję cię! – ryknął Barry po wygrzebaniu się ze ściany i ruszył ku Shenowi, który tak jak wcześniej Black, zdziwił się jego szybkością. Nagle przed Barrym wyrosła duża kamienna ściana.

- Chyba zapomniałeś o mnie, co nie Barry? – usłyszał zza pleców. Kiedy się odwrócił zobaczył Stevena, który klęczał przy kręgu transmutacyjnym. Dywersja Shena dała pułkownikowi czas na narysowanie kręgu. Teraz Black odzyskał panowanie nad walką. – No dobra, Barry, spróbuj tego! – krzyknął i nagle Barrego uderzyła olbrzymia kamienna dłoń. W następnej sekundzie Barry znalazł się dobrych kilkadziesiąt metrów nad ziemią, po czym zniknął pułkownikowi i jego przyjacielowi z oczu.

- Dzięki za pomoc Shen. – powiedział Steven wyciągając dłoń do kumpla, po czym w następnej chwili dostał od niego w łeb. – Ała, a to, za co?

- Ty jesteś niepoważny. Mówiłem ci, że grasuje bandyta i musisz mieć ochronę, a ty jakby nic wyszedłeś sobie sam z centrali! – ryknął Shadowbolt. Black wiedział, że jego zastępca jest na niego wkurzony i wolał to przeczekać. – Masz szczęście, że powiedzieli mi gdzie poszedłeś i zauważyłem jak wchodzisz do tej uliczki. Gdyby nie ja, ten psychopata by cię zabił.

- Ale nie zabił, bo przybyłeś na ratunek.

- Tak, ale na drugi raz możesz nie mieć takiego farta. Dlatego obiecaj mi, że od teraz będziesz brał ochronę, ok?

- No dobra, jak mus to mus. – westchnął pułkownik.- Dzięki za wszystko. Chodź, postawię Ci piwo. – powiedział i wziął przyjaciela pod rękę. Nie wiedzieli, że ich życie niedługo się mocno skomplikuje.