Usunięta scena z odcinka "Koniec Podróży" ('Journey's End' - finał 4. sezonu) jest wykorzystana w tej historii. Doktor podarował Meta-Kryzysowemu Doktorowi cząstkę TARDIS, by ten wyhodował swoją własną.
Doktor stał przy łóżku Rose i już po raz trzeci skanował jej ciało swoim sonicznym śrubokrętem, wpatrując się w wyniki z całkowitym niedowierzaniem. Z latarką na powrót w dłoni uniósł mały skrawek gazy z jej czoła, by ostrożnie zbadać niewielką szramę na szczycie opuchniętego guza. To nie mogły być wszystkie obrażenia...
Bezwiednie pogładził knykciami jej policzek, gdy rozmyślał nad nią i jej tajemniczym powrotem do TARDIS. Było to dla niego przede wszystkim surrealistyczne. Wzdychając, podwinął luźne rękawy koszuli szpitalnej, w którą ją przebrał, zawiązał opaskę uciskową wokół jej ramienia i powoli wbił igłę w zgięcie łokcia.
Oczy Rose natychmiast otwarły się, a jej dłonie zaczęły szarpać za jego ręce w oszalałej panice.
- Przestań! Złaź za mnie!
- Nie, Rose. Rose. Rose, jest dobrze - uniósł swoje ręce w bezradnym, uspokajającym geście, upuszczając igłę na podłogę. - Rose, to ja.
- Doktor? - wychrypiała, chwytając szybkie, płytkie wdechy.
- Tak.
Delikatny uśmiech drgnął w kąciku jej ust i pozwoliła swojej obolałej głowie opaść na poduszkę z zamkniętymi oczami. Łzy uciekły spod jej zaciśniętych powiek, rysując maleńkie strumyki na jej policzkach, spływając w stronę uszu.
-Zrobiłam to.
- Nie, nie, nie. Żadnych łez - wyszeptał Doktor, szybko je wycierając . - Łzy są na pożegnanie. Nie witasz kogoś ze łzami. Wystarczy cześć albo.. albo...
- Cześć - wykrztusiła Rose ze śmiechem stłumionym przez łzy.
- Właśnie, cześć. - Doktor otarł kolejną łzę z jej twarzy. Pomimo jego starań, wydawało się, że nigdy nie przestaną płynąć. - Rose, co..? Jesteś..? Ty..?
Jego umysł działał tak szybko, że nie był w stanie sformułować porządnego pytania. Tyle ich było, że nie wiedział od czego zacząć.
- Jesteś ranna? Moje skany mówią, że nie dolega ci nic poza niewielkim wstrząśnieniem mózgu, ale.. ale ty... Czy coś cię boli?
- Jestem tylko trochę obolała.
- Trochę obolała? Twoje ciało właśnie przebiło cztery poziomy TARDIS. Nie rozumiem, jakim cudem przeżyłaś. Tylko obolała?
Rose uniosła dłoń do pulsującej bólem głowy, lecz Doktor szybko ją powstrzymał.
- Rozcięłaś czoło. Zasklepiacz nie skończył jeszcze schnąć, więc nie możesz na razie dotykać. Wiem, że boli, ale nie zdążyłem jeszcze ci niczego podać. Zamierzałem właśnie podłączyć kroplówkę-
- Nie. Żadnych igieł. Żadnych testów. Żadnych próbek. - Jej głos był słaby, a czoło zmarszczone z bólu, jak zakładał Doktor. - Zwykły środek przeciwbólowy. Nic więcej.
- Moje skanery nie wystarczają. Nadal nie mam pełnego obrazu obrażeń. Chcę podać kroplówkę na wypadek-
- Nie. Żadnych igieł. Żadnych badań. Tylko doustne lekarstwa przeciwbólowe. Proszę.
- Rose - Doktor pochylił się nad nią i przytrzymał ją za podbródek, dopóki znów nie popatrzyła w jego. - Jestem przerażony. Ta cała sytuacja nie ma sensu. Nie możesz oczekiwać, że będę po prostu bezradnie stał i patrzył.
Kolejny delikatny uśmiech przemknął przez jej ustach, gdy ponownie zamknęła oczy.
- Nie - odpowiedziała z powracającymi łzami i odrobinę szerszym uśmiechem. - Oczekuję, że bardzo niechętnie się podporządkujesz, będziesz nalegać, żebym odpoczywała i że wrócisz do konsoli, by sprawdzić status napraw TARDIS.
- Rose...
Lampy zamigotały, rozświetlając pokój i dziewczyna mocniej zacisnęła powieki, chroniąc się przed światłem. Doktor westchnął i odszukał dwie małe buteleczki w pobliskiej szafce.
- Zgaduję, że to jest ta chwila, gdy podporządkowuję się, i to dość niechętnie, jak powiedziałaś. Nalegam tylko, żebyś razem ze środkiem przeciwbólowym wzięła jeszcze coś na przyspieszenie leczenia.
Rose skinęła na zgodę głową.
Doktor jeszcze raz westchnął ciężko, otrząsnął się z niepokoju, a jego spojrzenie stało się bardziej przenikliwe.
- Odpoczywaj. To twoja część umowy. Wkrótce tu wrócę i wtedy... wtedy porozmawiamy.
Potarł kark zmęczonym gestem i powoli opuścił pokój, zamykając za sobą drzwi. Amy i Rory stali po drugiej stronie z minami pełnymi zniecierpliwienia.
- Co z nią? Wszystko w porządku? - pospieszył z pytaniem chłopak.
- Tak. Tak. Jest cudownie nietknięta, czy raczej względnie nietknięta. Żadnych złamanych kości ani krwotoków wewnętrznych, tylko guz na głowie.
- J-jak to możliwe? Ona-
- Jak to możliwe, że w ogóle się tu znalazła? - zwrócił uwagę Doktor.
- Właśnie - zgodziła się Amy. - Ale kim ona jest? Znasz ją?
- Tak. - Oczy Doktora podarzyły gdzieś daleko, a jego głos był spokojny. - Jest przyjaciółką. Drogą przyjaciółką, którą straciłem bardzo dawno temu.
- Straciłeś? Straciłeś jak?
- Cóż, te rzeczy, przygody, nie zawsze idą jak byś chciała. Ona... Podjęła raz bardzo odważną decyzję, nie, o wiele więcej niż jeden raz. Była bardzo dzielna. Ale trafiła do równoległego wszechświata. Pęknięcia pomiędzy zamknęły się, zanim ja... To bardzo długa historia, ale... Nigdy nie myślałem, że będzie mi dane znów ją zobaczyć.
- Czemu tu jest? Coś się stało? Coś złego? - zmartwiła się.
- Och, mam nadzieję, że nie... - nachmurzył się Doktor. - Porozmawiam z nią, gdy już trochę odpocznie. Ale teraz sprawdzę jak radzi sobie River. Rory, mógłbyś zrobić mi tę przysługę i zajrzeć do niej?
- Oczywiście - szybko przytaknął.
- Właśnie wzięła coś na ból i przyspieszenie leczenia, ale uparła się, żeby nic już więcej jej nie dawać.
- Chcesz powiedzieć, że jest przytomna? - Oczy Rory'ego otwarły się szerzej z zaskoczenia.
- Była. Teraz powinna spać. Ale jeśli się obudzi, daj jej wszystko, o co poprosi.
- Tak, oczywiście.
- Dobrze. Dziękuję. A teraz, Amy, zobaczmy jak sprawy się mają w sterowni.
- Co z nią? - zapytał Doktor, wchodząc do kokpitu.
- Zamierzałam zapytać o dokładnie to samo - wytknęła River, starając się ocenić po jego zachowaniu sytuację, jednak jego stoicka postawa sprawiła, że ciężko było odgadnąć cokolwiek.
- Tak, ale ja spytałem pierwszy.
- Cóż, odzyskała zasilanie w pełnym zakresie. Właściwie to ma zbyt wielu uszkodzeń, więc nie wiem skąd w ogóle ten problem z energią. Sama naprawia wszystkie zniszczenia, nawet w tym momencie. A właśnie, wzięłam kawałek ściany tej drugiej sterowani. Pomyślałam, że możesz chcieć to zobaczyć. Porównałyśmy jej strukturę z papierem, ale bardziej przypomina jakiegoś rodzaju gumę i to bardzo cienką.
Doktor wziął od niej małą próbkę i przyjrzał się jej z ciekawością. Jedna strona miała fakturę i kolor dywanu w pokoju River, a druga była metaliczna w dotyku i połyskliwa, jednak w dotyku bardziej przypominała lateksowy balon.
- Twoja kolej. Co z dziewczyną?
- Wszystko dobrze - odpowiedział oszczędzając słowa i rozciągnął w dłoniach fragment oderwany od TARDIS, testując jego elastyczność.
- Dobrze? Co masz na myśli-?
- Bliska idealnemu zdrowiu. Tylko guz na głowie i nic więcej. - Ton jego głosu był płaski i miarowy.
- Jak to możliwe?
- Nie wiem.
- Ale ją znasz. Kim ona jest?
- Przyjaciółką. Na imię ma Rose. Rose Tyler. Podróżowała razem ze mną bardzo dawno temu. - Doktor trzymał kawałek pod światło, tuż przed swoją twarzą i pociągnął w przeciwne strony, dopóki materiał nie rozerwał się na dwoje.
- To wszystko? Czuje się dobrze i nazywa się Rose Tyler? Tylko tyle zamierzasz nam powiedzieć? - prychnęła z niezadowoleniem.
- Przepraszam, jestem odrobinę rozkojarzony - mruknął cicho. - Jeśli mi wybaczycie, pójdę rzucić okiem na te naprawy; zobaczę, czy nie dam rady wymyślić czegoś nowego.
River i Amy w ciszy pełnej zaskoczenia obserwowały, jak Doktor wychodzi.
- Naprawdę go to ruszyło - zauważyła Amy, przechylając się ponad konsolą i marszcząc z troską czoło. - Nie widziałam go tak przybitego, odkąd zapomniałam Rory'ego.
- Nie... Nie, odkąd dowiedział się, że zostałaś porwana - poprawiła ją River.
- Musi dla niego wiele znaczyć. Nie wiesz o niej kompletnie nic?
- Doktor bardzo niechętnie wyjawia cokolwiek dotyczącego własnej przeszłości. Słyszałam wcześniej jak wymawia jej imię. Robi tak czasami. Popatrzy na coś, zaśmieje się i bardzo cicho wyszepta imię. Donna. Sarah-Jane. Rose. Możliwe, że Rose częściej niż pozostałe.
- Nigdy o nich nie mówi?
- Czasami, ale rzadko. A jak już to jedynie, że on i ta-a-ta byli kiedyś w podobnej sytuacji. Ale nigdy Rose, nie w ten sposób. Nigdy o niej nie mówił. Chociaż... - River wpatrywała się pustym wzrokiem w przestrzeń i posmutniała, gdy dawne wspomnienie wypłynęło z jej pamięci. - Jednego razu... Widzisz, Doktor zawsze stara się być dżentelmenem, gdy wykrada mnie na randki. Stało się tradycją, że zawsze przynosi mi wtedy kwiaty. I gdy pewnego razu sama kupiłam czerwoną różę, zapytałam czemu nigdy ich nie przynosi. W końcu uznawane są za najbardziej romantyczne. Odpowiedział, że nigdy by tego nie zrobił. "Róże są smutne". Ta noc była dla nas o wiele krótsza niż zwykle. Mój boże, on ją kocha... - ukryła twarz w dłoniach w całkowitym przerażeniu.
- Hej, nie możesz być pewna - Amy szybko położyła dłoń na jej plecach uspokajającym gestem. - Ciężko odczytać Doktora. Właśnie uznaliśmy, że wyglądał na tak zmartwionego, gdy chodziło o mnie i Rory'ego, a w nas nie jest zakochany. To było poczucie winy. Czuł się winny. I pewnie jest tak samo z tą dziewczyną, Rose. Powiedział nam, że ją stracił i nie sądził, że jeszcze kiedyś ją zobaczy. Utknęła w równoległym wszechświecie czy coś takiego.
River przytaknęła niepewnie i zmusiła się do uśmiechu.
- Wiem, że to samolubne, ale mam nadzieję, że o to właśnie chodzi.
- Tak... - odpowiedziała Amy, nie mogąc znaleźć innych słów pocieszenia.
- A skoro mowa o Rory'm, to gdzie on jest?
- Doktor poprosił go, by popilnował Rose. Wiesz co, nie wiem jak ty, ale moja ciekawość zaczyna wygrywać. Co powiesz na szybkie zerknięcie do niej?
- Tak właściwie to też mam na to ochotę.
Rose szarpnęła się gwałtownie, czując lekki dotyk tkaniny na szyi i Rory niemal podskoczył z zaskoczenia.
- Przepraszam! Przepraszam. Myślałem, że śpisz. Wycierałem tylko wodę... N-nie chciałem cię obudzić. Ja-
Rose zaniemówiła, widząc nieznanego, przestraszonego mężczyznę.
- J-jestem Rory. Doktor poprosił, bym się tobą zaopiekował. J-jestem pielęgniarzem - wyjaśnił, przepraszającym tonem.
Uśmiech powoli rósł na jej twarzy, podczas gdy chłopak się jąkał i śmiała się już, zanim skończył.
- Przepraszam. Nie śmieję się z ciebie, przysięgam. Tylko zwykłam mówić Doktorowi, że "każdy porządny doktor potrzebuje dobrej pielęgniarki". Wygląda na to, że posłuchał.
- Dobrzy pielęgniarze zwykle nie budzą pacjentów, którzy powinni spać.
- Tak naprawdę nie spałam. Znajdowałam się gdzieś na granicy jawy i snu, tak myślę.
- Cóż, powinnaś spróbować... Nie, zdecydowanie nie powinnaś, skoro miałaś wstrząs mózgu. Co Doktor sobie myślał? A ja znowu bełkotam. Mam coś ci przynieść? Dobrze się czujesz?
- Nie i myślę, że tak. Tylko... czemu moje włosy są mokre?
- Och, rozbiłaś się w basenie. Cóż, tak właściwie to przez basen.
- A tak...
- Byłaś wtedy przytomna?
- Ciężko nie być. To była dość krótka wycieczka. Długie przygotowania, ale błyskawiczna, gdy już wyruszyłam. Ostatnią rzeczą, jaką widziałam, była konsola.
- Tam właśnie skończyłaś: w starej sterowni.
- Stara sterownia... Tak, przypuszczam, że wiele rzeczy, które pamiętam jest teraz stare.
- Powiedziałaś, że to była krótka podróż, ale Doktor wspominał, że podchodzisz z równoległego świata. Jakim cudem?
- To skomplikowane. Bardzo skomplikowane. A jak to jest z tobą? Skąd jesteś?
- Anglia. Leadworth.
- Przepraszam, ale... która?
- Która..? A! Która Anglia? Racja, zapomniałem, że z nim to opcjonalne. Ziemia. 2011.
- Och, też jestem mniej więcej stamtąd. Londyn 2005, tam spotkałam Doktora - oznajmiła z promiennym uśmiechem.
- I-i jeszcze raz, gdzie trafiłaś na koniec? - zapytał z lękiem.
- Och... Cóż, to trochę podchwytliwe, co nie? Yhym... Pomyślmy... Ostatni raz widziałam Doktora już w równoległym wszechświecie. Zaczęliśmy go nazywać Światem Pete'a. Tak dokładnie to w Dårlig Ulv-Stranden w Norwegii w 2010 roku. Choć dla tego wszechświata to był dopiero 2009. Skomplikowane.
- Łał, to naprawdę nie było tak dawno temu, czyż nie?
- Postrzeganie czasu dla Doktora i tych, którzy z nim podróżują różni się diametralnie od tego, co czuje reszta wszechświata - przypomniała mu.
- Racja, przepraszam.
- Moja torba! - nagle krzyknęła Rose, szybko podnosząc się na łokciach.
- Och, mamy ją. Jest tutaj, obok łóżka. Jest mokra, czy to źle?
- Nie... Nie, w porządku - odpowiedziała, powoli kładąc się z powrotem. Znieruchomiała, gdy zauważyła mignięcie rudych włosów nad ramieniem Rory'ego. Przechyliła się na bok i zobaczyła dwie kobiety, stojące w drzwiach.
- Przepraszam - powiedziała Amy, gdy zorientowała się, że zostały przyłapane. Ruszyła w stronę łóżka, a River trzymała się kilka kroków za nią. - Nie powinnyśmy podsłuchiwać, ale nie mogłyśmy się powstrzymać. Nazywam się Amy, żona Rory'ego, a to jest River.
- Profesor River Song? - oczy Rose otwarły się szeroko.
- Znasz mnie? - w jej głosie słychać było podejrzliwość pomieszaną z niepewnością.
- Eee, przepraszam, nie. J-ja... Tylko imię. Słyszałam o tobie.
- Od Doktora? - strzeliła.
- Eee... nie. Może, tak jakby. - Rose ogromnie żałowała, że w ogóle o tym wspomniała. Było za dużo rzeczy, które trzeba by było wyjaśnić, a ona nie była gotowa, by rozmawiać o tym z kimkolwiek poza Doktorem.
- Skomplikowane? - uzupełniła River głosem podszytym nieufnością.
- Tak - odpowiedziała cicho Rose.
- Hej, nie chcieliśmy cię zasmucić. Tylko zastanawiamy się kim jesteś, to wszystko. Doktor nie mówi nam zbyt wiele - wyjaśniła Amy.
- I prawdopodobnie ma dobre powody. - Głos Doktora sprawił, że w pokoju zapadła cisza. Zaopatrzyli się na niego, a on opierał się o futrynę drzwi. - A to właśnie jest jeden z nich, dlatego poprosiłem Centuriona, by strzegł Rose, żeby chronił ją przed wszelkimi hałaśliwymi osobnikami płci żeńskiej.
- Kiepskie założenie - zauważyła River. - Lojalność Centuriona zawsze leży po stronie Amy.
- Tak, teraz widzę, że się pomyliłem, skoro pozwala wam dręczyć ją przesłuchaniem - po głosie można było poznać, że jest bardzo wściekły.
Rory otworzył już usta, chcąc się obronić, ale to Rose przemówiła pierwsza.
- Wszytko w porządku, Doktorze. Oni są w porządku.
- Nie, nie jest, ponieważ to nie ich interes. Poza tym ja mam pierwszeństwo - w jego wypowiedzi słychać było stanowcze nuty. - Cała reszta wynocha.
- Doktorze - zaczęła Amy przepraszającym tonem.
- Nie teraz, Pond.
Dziewczyna zwiesiła z rezygnacją głowę i powoli ruszyła w stronę wyjścia, ciągnąc za sobą Rory'ego. River stała jeszcze parę chwil w progu, zanim zamknęła drzwi.
Znowu zostali sami, a Doktor ostrożnie usiadł na brzegu łóżka Rose, wpatrując się w jej brązowe oczy z całym mnóstwem niezadanych pytań w kłębiących się pod czaszką. Rozluźniła się podczas rozmowy z Rory'm, ale kiedy znalazła się tylko w jego towarzystwie, myślami wróciła do rzeczywistości i aktualnych komplikacji.
- Z-znowu wyglądasz młodziej - stwierdziła cicho, licząc na rozładowanie napięcia.
- Rose - zapytał z obawą, nie dając odwrócić swojej uwagi. - dlaczego tu jesteś?
Tama powstrzymującą jej uczucia nagle pękła i łzy zaczęły spływać po jej policzkach.
- Nie wiem. Po prostu nie wiedziałam, gdzie indziej mogłabym pójść - załkała bezradnie.
- O nie, Rose, nie płacz. Wiesz, że nie zniosę widoku twoich łez - nachmurzył się Doktor. - Po prostu... co się stało? Gdzie jest... drugi ja? Co..? Och, proszę, tylko nie płacz.
Rose zakryła twarz dłońmi i przycisnęła palce do zamkniętych powiek, próbując powstrzymać spływające łzy. Oddychała miarowo i głęboko, starając się odzyskać opanowanie.
- Jak długo to było dla ciebie? - zapytała napiętym głosem. - Jak długo odkąd nas tam zostawiłeś?
Doktor z trudem przełknął i odwrócił wzrok.
- Dwieście lat... plus minus.
Rose wybuchnęła śmiechem, zasłaniając usta, nadal we łzach, lecz już spokojna.
- Jesteś takim kłamczuchem.
- Co? - zapytał zaskoczony.
- Po wyglądzie mogę powiedzieć, że to ciało nie ma więcej niż sto lat, najwyżej. Plus, wiem z dobrego źródła, że to gdzieś pomiędzy sześćdziesiąt a siedemdziesiąt. - Choć wydawało się to niemożliwe, wyglądała na zadowoloną z siebie, pomimo nieustępujących łez.
- A kto jest tym źródłem? - Doktor zastanawiał się z podejrzliwym wyrazem twarzy.
- Po kolei - upomniała go. - Jak długo?
- Sześćdziesiąt osiem. Sześćdziesiąt osiem lat.
- Teraz zapytaj mnie.
Czoło Doktora zmarszczyło się ze zdziwieniem i troską.
- Jak długo?
- Trzydzieści trzy lata - Rose znów zacięła się na moment. - A co stało się z moim Doktorem? Ja, ja go przeżyłam.
Znów zaczęła łkać, nie mogąc się już dłużej powstrzymać.
- R-Rose... - Doktor zaniemówił, a jego serca na chwilę zgubiły rytm. - N-nie starzałaś się?
W odpowiedzi gwałtownie potrząsnęła głową, nie mogąc złapać oddechu.
- A-ale... J-ja nie... Rose... - przebiegł palcami przez włosy, próbując uporządkować myśli. Bez skutku. Jego umysł aktualnie nie był w stanie uchwycić choćby jednej myśli. - J-jak? Kiedy? C-co?
- Nie wiedzieliśmy... a przynajmniej nie na początku. Wzięliśmy ślub już po kilku miesiącach. - Przerwała na chwilę, zerkając na obrączkę na swoim serdecznym palcu. Pierścionek wyglądał na bardzo znoszony w kontraście z jej młodą dłonią. - Przyjął moje nazwisko. Mówił, że nie może znieść myśli o przekazaniu mi imienia "Smith". Nie było prawdziwe. Mówił, że "Tyler" jest. Doktor John Tyler. Oczywiście, wszyscy znajomi używali jego "przezwiska". Razem pracowaliśmy w Torchwood, a on był genialny. Jak zawsze... we wszystkim. Często podróżowaliśmy - w dzikie zakątki i do mnóstwa muzeów. Uwielbiał odkrywać różnice pomiędzy Światem Pete'a a tym. Ludzie często wspominali, że wciąż wyglądam bardzo młodo, ale nigdy się nad tym nie zastanawialiśmy. Nie przez blisko sześć lat. My- - Rose zacięła się przy tym wspomnieniu i Doktor chwycił ją za rękę. - B-byłam w ciąży. Mały chłopczyk. Nalegałam na imię Jack, a on tak samo stanowczo na "cokolwiek, tylko nie Jack". Wymalowaliśmy już nawet pokój dziecięcy... Ale nastąpiły komplikacje. Przedwczesne odklejenie łożyska. Życie dziecka było zagrożone, ja krwawiłam, a byliśmy właśnie na wakacjach, daleko od szpitala. Oboje znajdowaliśmy się już w kiepskim stanie, gdy ratownicy do nas dotarli. I wtedy to się stało... - załamał się jej głos, lecz zmusiła się do kontynuowania opowieści - Rozpoczęła się regeneracja. Mogłam to wyczuć. Ta siła rosła wewnątrz mnie. Wszyscy byli przerażeni - ratownicy... Doktor... Myślę, że ja najbardziej. To paliło od środka i nie miałam pojęcia, co robić. Nie wiedziałam, co robię... Ze strachu przepchnęłam całą tą energię w moje nienarodzone dziecko. Regeneracja ustała, lecz moje dziecko umarło. Miałam się dobrze... ale moje dziecko było martwe.
- Och, Rose! - Doktor rozpaczał.
- Pracowałam dla Torchwood. Reakcja moich znajomych i współpracowników... - potrząsnęła głową i zdusiła w sobie wściekłe obelgi, które paliły jej serce. - Torchwood było wzburzone, podekscytowane i przerażone, krążyło tak wiele odmiennych, naprawdę szalonych opinii. Nie minęło wiele godzin po stracie Jacka, gdy zostałam zamknięta w areszcie. Równowaga sił na najwyższym szczeblu władzy zachwiała się przez ten incydent, a mnie zabrali na badania. Siłą odseparowali mnie od mojego Doktora. Nie pozwolili mi pochować naszego dziecka. Badali moją krew i DNA. Sprawdzali moją odporność na czynniki zewnętrzne i tolerancję na ból... Boże, po prostu wszystko. Męczyli moje ciało do granic możliwości tylko po to, by zobaczyć ile potrafię wytrzymać, zanim pojawią się pierwsze oznaki regeneracji. Wtedy przestawali.
Rose oderwała wzrok od obrączki i zobaczyła łzy w oczach Doktora.
- Dotarcie do mnie zabrało mu czterdzieści trzy dni - mój Doktor. Prawie w ogóle nie spał i zrobił wszystko by mnie odnaleźć. A był tylko człowiekiem. Bez TARDIS, bez dźwiękowego śrubokręta, tylko mężczyzna szukający swojej żony. I sam też musiał być bardzo ostrożny. Nadal był częściowo Władcą Czasu. Miał szczęście, że wydostał się, zanim pomyśleli o przebadaniu także i jego. Kiedy mnie odnalazł, zniszczył to. Cały budynek i wszystko... wszystkich w środku. Każdy komputer, wykres i wynik. A potem uciekliśmy. Sam mnie zbadał, delikatnie. - Jej ciemne oczy zamigotały, gdy pozwoliła sobie ponownie napotkać jego wzrok. - Bad Wolf. To był Bad Wolf. Zmienił moje DNA, gdy pochłonęłam wir czasowy. Nawet tego nie pamiętałam; Doktor musiał mi wyjaśnić, czym był. Nazwał mnie "nadczłowiekiem". Zamiast dwóch nici DNA mam trzy.
- Jak mogłem o tym nie wiedzieć? - głos Doktora był napięty i kiedy mówił, parę łez spłynęło mu po policzku. - Jak mogłem nie..? Rose... ja...
- To nie jest coś, czego się szuka, Doktorze. Tylko dwie nici mojego DNA są widoczne na nie skalibrowanych czasowo skanerach. Jak często używasz ich na znajomych? - drażniła się z nim z delikatnym uśmieszkiem. - P-potem jakoś wszystko się ułożyło. Nie przestaliśmy się przenosić z miejsca na miejsce przez blisko trzy lata, potem osiedliśmy w Ameryce Południowej. Przytulna chatka w górach z widokiem na Jezioro Titicaca na granicy Boliwii i Peru. Było wspaniale i spokojnie. Oczywiście Doktor miał obiekcje co do lokalizacji... Kiedy zorientowaliśmy się, że nie starzeję się ani nie umrę, zdecydował, że muszę do ciebie wrócić. I właśnie to zrobił. Zaczął szukać sposobu, by dostać się tutaj bez tworzenia kolejnego pęknięcia we wszechświecie. Zabrało mu to lata, ale udało mu się.
- Jak..? Nie możesz przebić się bez zrobienia dziury - Doktor podniósł sprzeciw przyciszonym głosem. W tym momencie nie dbał nawet, jeśli musiała zniszczyć osnowę wszechświata, by się do niego przedostać, ale ta łamigłówka wciąż doprowadzała go do szału. Przez lata bezskutecznie próbował ją rozwiązać. Nie poświęcił się temu całkowicie, ale co pewien czas niezmiennie do niej powracał.
- Spędziłam lata razem z nim nad równaniami i diagramami, których nadal do końca nie rozumiem. Najprostszym porównaniem, przy pomocy którego mi to wyjaśniał, był balon i igła. Spróbuj przepchnąć igłę przez balon, a ten pęknie. Ale jeśli znajdziesz odpowiednie miejsce, to przy odpowiednim impulsie igła z łatwością prześlizgnie się przez balon. A jeśli dodać do tego odpowiedni czynnik, dziura sama się zamknie.
- Ile mu to zajęło? - zapytał, nadal z wykrzywioną twarzą.
- Sześć lat na ukończenie projektu, ale potrzebował kolejnych trzech, by upewnić się, że wszystko działa. On... Mówił, że te trzy lata są konieczne do udoskonalenie planu, ale ja dobrze wiedziałam, co robił. Nie chciał, żebym jeszcze odeszła, więc za wszelką cenę opóźniał pracę. To śmieszne, że w ogóle tak pomyślał. Kochałam go całym sercem i ze wszystkich swoich sił. Obiecałam mu "póki śmierć nas nie rozłączy" i dokładnie to miałam na myśli. To już będzie 10 dni, odkąd odszedł. Na akcie zgonu napisano sześćdziesiąt siedem lat, ale do samego końca zachował sprawność. Wiedzieliśmy, że umiera. Od lat miał problemy z sercem, jego system odpornościowy także szwankował. Jednak w żaden sposób nie przygotowało mnie na ten ból. Mój mały braciszek, Tony... Wciąż uwielbiam go tak nazywać, choć teraz wygląda na dużo starszego. Ma trzydzieści pięć lat, a ja nadal mam aparycję dwudziestolatki... Może bliżej dwudziestu czterech, tak mi się wydaje. W każdym razie, przyjechał i pomógł mi skremować ciało mojego Doktora, a prochy rozrzuciliśmy nad naszym jeziorem, z małym wyjątkiem...
Poruszyła łańcuszkiem wiszącym na jej szyi, do którego przyczepiony był niewielki koralik, skrywający zaledwie szczyptę popiołu.
- Tony wrócił do domu, a ja siedziałam w naszej chatce, jeszcze raz wszystko analizując. Doktor zakazał mi czekać. Chciał, bym odszukała cię od razu po jego odejściu, tylko... Nie miałam najmniejszego pomysłu, co miałabym ci powiedzieć. Ja... On oczekiwał, że będziesz mnie szukać. Obwiniał się za mój stan, a co za tym idzie, także i ciebie. Uważał, że powinieneś wziąć za mnie odpowiedzialność, ale chcę postawić tę sprawę jasno, Doktorze: Bad Wolf to ja. Jestem, jaka jestem przez decyzje, które sama podjęłam. Niczego od ciebie nie oczekuję. Przyszłam tylko dlatego... dlatego, że... - Rose czuła jakby krztusiła się od powstrzymywanego szlochu. - Szukałam pocieszenia. Uścisku kogoś, kto rozumie. - Jej opanowanie znikło i zaczęła się trząść od hamowanego łkania. Słowa umykały jej, nie potrafiła ich już dopasować do opowiadanej historii. - Straciłam wszystko. Jestem zdana tylko na siebie. Młoda na wieki. Skazana na obserwowanie, jak wszyscy wokół zmieniają się, podczas gdy ja pozostaję taka sama. Oglądanie jak powoli usychają i umierają. Mama odeszła pięć lat temu przez raka. Pete w zeszłym roku. Mój Doktor... Nie mogę mieć przyjaciół. Nie mogłam nawet porozmawiać z ludźmi w sklepie, ponieważ ktoś w końcu wpadłby na to, że coś ze mną nie tak. Mam dwie bratanice, których nigdy nie poznałam, bo mój brat nie może nikomu o mnie powiedzieć. Nikt nie ma moich zdjęć. Nikt, poza Tony'm, nie wiedział, że istnieję. Po prostu... Nie chcę tak dłużej żyć... To boli... Cały czas...
- Rose Tyler, nie chcę więcej słyszeć ciebie wypowiadającej te słowa - Doktor wyszeptał do jej ucha. Gdy straciła nad sobą panowanie, momentalnie wziął ją w ramiona i przygarnął mocno do piersi. - Tak, to boli. To okropne, okropne cierpienie, ale to nie musisz tak się czuć przez cały czas. Przyrzekam. Jest tyle rzeczy wartych życia.
- Wiem, lecz tak długo żyłam tylko dla niego... - zapłakała. - Straciłam wszystko. To jakbym znowu musiała zacząć wszystko od początku. Ja nie... Nie wiem, co robić.
- Biegnij - odpowiedział. - Gdy zatrzymanie się boli, po prostu tego nie rób; idź dalej. Kiedy czujesz, że nic ci nie pozostało, zatop się w ogromie wszechświata i odkryj, co jeszcze ukrywa. A gdy ból stanie się zbyt ogromny, poszukaj czegoś, co uczyni twoje istnienie maleńkim. Jeśli nie potrafisz uwolnić się od własnego cierpienia, pomóż ukoić je komuś innemu. I to właśnie zrobimy, Rose. Pobiegniemy.
Rose potrząsnęła zawzięcie głową.
- Nie musisz tego robić, Doktorze. Naprawdę nie przybyłam tutaj, byś składał mnie do kupy. Ja... Ja...
- Przyszłaś, ponieważ Doktor... twój Doktor tego chciał. Znał mnie dobrze... był mną. Wiedział, jak bardzo jesteś dla mnie ważna. A skoro już tu jesteś, Rose, skoro opowiedziałaś mi o wszystkim, serce byś mi złamała, nie zostając na dłużej. Ja rozumiem. Na niebiosa, Rose, ja znam ten ból. I naprawimy go. Na pewno. Znowu zobaczysz, jak piękne jest życie. Tak bardzo piękne. - Odciągnął ją od siebie i delikatnie otarł jej oczy. - Proszę, Rose, pozwól mi to udowodnić.
Uśmiechnęła się przez łzy i skinęła głową.
- Będzie jeszcze czas na łzy, ale myślę, że ostatnio miałaś ich już dość. Zamierzam cię więc poprosić o krótką przerwę, ponieważ potrzebujesz też trochę uśmiechu. A więc... Rose Tyler, co myślisz o łyżwach?
- Nie byłam od wieków.
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie, ale założę, że je lubisz i jesteś za - powiedział Doktor radośnie i wstał z leżanki. Rose dojrzała szczęście w jego uśmiechu i smutek w oczach. "Uśmiechaj się, póki tego nie poczujesz " to było motto, któremu od zawsze był wierny. Zamierzała teraz sama spróbować.
- Jestem za.
- To świetnie, bo już obiecałem Amy i Rory'emu, że ich tam zabiorę z okazji rocznicy. Nie podróżowali ze mną od miesięcy, wiesz? To taka mała rekompensata, na którą wpadła River. Znów gadam od rzeczy. Zdarza mi się i to dość często. Możesz mi przerwać w każdej chwili, bo nigdy nie wiadomo, jak daleko się zapędzę, gdy już się rozkręcę. A uwierz mi, potrafię nadawać tak bez końca, jeśli tylko da mi się tę szansę. Choć tak naprawdę to nie jestem w stanie -
- Doktorze - przerwała mu Rose.
- Właśnie. Dziękuję. Teraz... szlafrok. Potrzebujesz ubrań, ale tutaj ich nie znajdziemy, więc po pierwsze szlafrok. - Ściągnął z półki puszysty, biały szlafrok i wręczył go jej.
- Co powinnam zrobić z torbą?
- Nie jestem pewien. Co jest w środku?
- najważniejszy element układanki, nad którą próbujesz rozgryźć - odpowiedziała z samozadowoleniem widocznym na twarzy. - Chciałbyś zajrzeć?
Nie czekając na odpowiedź, Rose przeniosła ciężki, czarny plecak na łóżko i rozpięła go. Nie potrafił powstrzymać ciekawości, momentalnie znalazł się przy niej. Oczy niemal wyskoczyły mu z orbit, a szczęka opadła, gdy zajrzał do środka.
- T-to jest... Och, to jest piękne! - krzyknął z podziwem. - Więc pomysł Donny zadziałał, czyż nie? Wyhodować własną TARDIS...
- Tak, rośnie wspaniale - zgodziła się, łagodnie gładząc palcem wskazującym chropowaty koral. - Nie w takim tempie, jak przewidywała Donna, ponieważ nie mieliśmy takich możliwości, ale nadal dwadzieścia sześć razy szybciej niż zwykle.
- M-mogę? - zapytał niepewnie.
- Nie w tym momencie - Rose odpowiedziała przepraszającym tonem. - Nadal jest podłączona do...
- Och! - wykrzyknął z radością. - Łamigłówka! Twój Doktor... Och, łał! Jest geniuszem. Absolutnie genialny!
- Rozumiesz teraz? - Rose promieniała dumą.
- Mama TARDIS i Mała TARDIS. A to urządzenie umożliwiło ci start, następnie TARDIS'iątko pomogło ci ze współrzędnymi.
- Są raczej jak siostry - poprawiła go. - I to Duża Siostrzyczka odwaliła lwią część roboty. Mała wysłała sygnał-
- A Duża przyciągnęła ją do siebie niczym magnes! Nie rozbiłaś się w TARDIS, zostałaś powitana! Ha! - Doktor klasnął w dłonie w ekscytacji. - To jest genialne. To ona jest tym twoim "dobrym źródłem", tak? Och, nie mogę się doczekać, by się później dobrze jej przyjrzeć.
- Ale wracając do pytania: co mam zrobić z torbą?
- Pozwól mi ją ponieść. Po powrocie odpowiednio się nią zajmiemy. - Doktor na powrót zapiął plecak i zarzucił szelki na ramiona tak, że torba znalazła się z przodu. Objął ją ramionami, jakby tulił dziecko. - Następny przystanek: konsola.
Rose zarzuciła szlafrok na proste szpitalne ubranie i ciasno zawiązała szarfę. Jeszcze pobieżnie przeczesała wilgotne włosy, po czym skinęła głową i razem ruszyli do sterowni.
Rose zatrzymała się i rozdziawiła usta, gdy znaleźli się na górnym poziomie trzypiętrowego pokoju kontrolnego. Był o wiele większy, jaśniejszy i krzykliwy niż kiedykolwiek to sobie wyobrażała.
- T-to jest sterownia? - westchnęła oszołomiona. - Och, to niesamowite. Absolutnie piękne. Nie to, że zmieniłabym cokolwiek w starej-
- A ja tak - wtrąciła Amy. - Ta druga jest taka... ciemna i przyprawiająca o gęsią skórkę.
Rose była zaskoczona widokiem Amelii i Rory'ego, którzy stali na schodach po prawej stronie Było tutaj ich tak wiele...
- O nie, uwielbiałam każdy jej aspekt - zapewniła gorliwie. - Doskonale oddawał klimat TARDIS - trochę metalu, trochę koralu, a konsola, jej serce, dokładnie pośrodku tego wszystkiego. A to... To jest po prostu popisywanie się; jakby staruszka wbiła się w kosztowną suknię balową. Po prostu... łał.
- Wiem - Doktor promieniał dumą, pochylając się nad konsolą.
- Och, możesz przestać stroszyć piórka jak dumny paw. Nie miałeś nic wspólnego z tym wystrojem. To o wiele zbyt spockowate jak na ciebie.
- Spock - wymamrotał, krzywiąc się. Przyciągnął do siebie ekran widokowy. - Ty i ten twój Spock...
- Spock? Jak tan ze Star Treka? - zapytał Rory.
- Ta, tak jakby. To taki nasz stary żart. Kiedy pierwszy raz go poznałam, był całkiem konserwatywny co do metod działania. Robił wszystko po swojemu. On był Doktorem, a ja tylko zabrałam się na przejażdżkę. Gdy pojawiliśmy się w Londynie w czasie drugiej wojny światowej, szukając rozbitego statku kosmicznego, zapytałam czemu nie zrobi czegoś jak Spock i zeskanuje otoczenie pod kątem technologii pozaziemskiej. On jednak nalegał, by tylko popytać wśród ludzi. A kiedy on poszedł na zwiady, ja zostałam odszukana przez kogoś, kto właśnie skanował obcą technologię, co w tym okresie oznaczało to mój telefon i zegarek. Nie widziałam, co robić i musiałam jakoś wyłgać się z tej sytuacji. Nie mogłam podać imienia "Doktor", więc przedstawiłam go jako "pan Spock".
- Nadal mnie tak nazywa, wiesz? - wtrącił się Doktor, ewidentnie z tego faktu niezadowolony. - A właściwie to przedstawił mnie tak jednemu z jego "znajomych".
- Widziałeś Jacka? - zapytała podekscytowana.
- Nie teraz - zbył ją, nadal szukając czegoś na monitorze konsoli.
- W każdym razie, to nie jest jeszcze ten zabawny fragment. Przynajmniej nie dla mnie - kontynuowała. - Ciągle starał się udowodnić, że wszystko sprowadza się do ludzi. W całym czasie i przestrzeni, wśród tych wszystkich gadżetów, gier i zabawy, tak naprawdę ważni są ludzie. I kiedy regenerował... nowy doktor. Cóż, nie ten Doktor - machnęła ręką w stronę mężczyzny przy konsoli. - To jest nowy, nowy doktor. Nie mój pierwszy, nie ten - ten pomiędzy. Był bardziej energiczny, nadal nieuprzejmy, może odrobinę gapowaty...
- Stoję tuż obok, Rose - przypomniał jej. Uśmiechnęła się w odpowiedzi i pomachała mu palcami.
- Dla nowego Doktora wszystko kręciło się wokół jego niewielkich zabawek i skanowania czego tylko mógł przy pomocy swojego śrubokrętu. Raz, gdy nie wiedzieliśmy co robić, popatrzył na mnie i zapytał co teraz. Więc zaproponowałam popytanie sąsiadów, a on nazwał mnie udomowioną! Jakby to była zniewaga! A kiedyś to byłoby coś, od czego by zaczął.
- Powiedziałem "To jest to, co w tobie lubię - domowe podejście." Nigdy nie mówiłem, że to coś złego.
- Naprawdę jest zupełnie inny, gdy się zmienia? - zapytała z obawą Amy. - Całkiem nowa osoba?
- Cóż... jest inny, ale nie. On-
- Nadal tu stoi - przerwał Doktor. - I ciężko mu się skupić, gdy wciąż jest obgadywany. A teraz, gdzie to może być?
- Jeśli zdradzisz nam czego szukasz, to może będziemy mogli pomóc - zasugerowała River. Rose podeszła bliżej środka pomieszczenia i dostrzegła ją na siedzeniu blisko konsoli.
- Pokój Rose. Musi być przechowywany gdzieś w Przytrzymującym Pierścieniu, ale go nie widzę. Byłoby prościej, gdyby poukładać to alfabetycznie, ale-
- Tam nie ma jej pokoju, skarbie.
- Co masz na myśli? - zapytał zaskoczony.
- TARDIS sama już go przywróciła. Jest dokładnie naprzeciw twojego. - Ton jej głosu wydawał się beznamiętny, ale ułożenie warg i błysk w oczach mówił każdemu, kto odważył się przyjrzeć bliżej, że nie jest zadowolona z nowego układu.
- Och, wspaniale. Idealnie. Ale czekajcie... - Doktor powiódł oskarżającym wzrokiem pomiędzy Pondami. - Wy..?
- Tak, sprawdzaliśmy - oświadczyła Amy. - I się tego nie wstydzę.
- Ja tak - cicho dodał Rory. - Przepraszam.
Rose dotknęła ramienia Doktora, powstrzymując go, zanim zdążył coś powiedzieć.
- W porządku, Doktorze. Na ich miejscu zrobiłabym dokładnie to samo. Kiedy nie dajesz ludziom odpowiedzi, sami ich szukają.
- Na to wygląda. Więcej szacunku dla prywatności innych na przyszłość, jeśli można. Rose będzie teraz w pobliżu. Jeszcze raz podróżnik na pełen etat. - Doktor uśmiechnął się promiennie.
- Naprawdę? Więc nic złego się nie dzieje? Nikt jej nie ściga? My nie musimy nikogo ścigać?
- Nie, Rory, my jedziemy na łyżwy, jeśli tylko ci to pasuje. - Doktor wywrócił oczami i uśmiechnął się ponownie do Rose. - Chodźmy znaleźć twój pokój.
Poprowadził ją w górę schodami i dalej korytarzem, nadal tuląc jej plecak do piersi.
- O boże, na drzwiach nadal jest "Bad Wolf"! - ucieszyła się Rose, cała podekscytowana.
- Czym jest ten "Zły Wilk"? - zapytała River. - Widziałam już wcześniej te słowa.
- To była wiadomość. Ostrzeżenie, które wciąż się pojawiało - ogólnikowo wyjaśnił Doktor. - Napisałem to na jej drzwiach w ramach żartu. Choć raz to ja chciałem być tym, który to napisał. Rose wzięła głęboki oddech i pchnęła drzwi. Wszystko było dokładnie tak, jak to zostawiła w 2007 roku. Zamierzali tylko wpaść na chwilę do domu, by zobaczyć jej mamę, a potem równie szybko ruszyć dalej, ale "duch" w kuchni zmienił ich plany.
Nietknięte. Jej pokój wyglądał na nieruszony od tamtej chwili. Każdy przedmiot był na swoim miejscu. Po podłodze walały się brudne ciuchy, czyste ubranie leżało przygotowane na naprędce pościelonym łóżku, drzwi od szafy były nadal otwarte, a przybory do makijażu walały się dookoła.
- Jest tak samo - wyszeptała, a łzy szczypały ją w oczy. - Jakby zaledwie godziny temu... Patrz! - Podbiegła do szafki nocnej. - Baśniowe ciasteczko. Z Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku z tymi małymi, jadalnymi kuleczkami, którymi tak się zachwycałeś. Chciałam zachować je na później i patrz, nadal jest tutaj.
- Nie jadłbym tego - ostrzegł ją Doktor. - Prawdopodobnie jest dobre, ale-
- Nie zamierzam go zjeść, po prostu nie mogę uwierzyć, że wszystko jest jak wtedy. J-ja... W tamtym czasie przez myśl by mi nie przeszło, że stąd odejdę. Potem przez lata wierzyłam, że już więcej tego nie zobaczę. Ale jest. Dokładnie tak samo. W każdym calu.
- Nie, już nie płaczemy, pamiętaj. Koniec z łzami. Wszyscy wychodzą, żeby Rose mogła się przebrać - rozkazał Doktor. - Widzimy się za niedługo w sterowni. Już bez łez.
- Gdzie idziesz? - zapytała go River, podążając za nim przez jeden z korytarzy. - I co masz w ramionach?
- To plecak Rose. Opiekuję się nim przez chwilę. Och, i wiem już jak wdarła się do TARDIS. Nie zrobiła tego.
- Słucham? - w jej głosie słychać było irytację.
- Tak właściwie to TARDIS zsynchronizowała się z jej parametrami i przeciągnęła przez wir czasowy oraz własne ściany, aż do starej sterowni. Dlatego były tak cienkie. To była amortyzacja. Dlatego nie była ranna.
- Ale jak? Jakim cudem TARDIS mogła się z nią zsynchronizować? Czemu?
- Rose, zupełnie jak ty, ma bardzo wyjątkową relację z TARDIS - wyjaśnił. - Jest w jej lojalności, czystości i pasji coś, co ta staruszka podziwia.
- A ty? - zapytała zimnym tonem.
- A... co?
- Wygląda na to, że też ją podziwiasz. - Wargi River były zaciśnięte, ledwo powstrzymywała gniew. - Kim ona jest, Doktorze?
- Mówiłem ci, ona-
- To Rose Tyler, droga przyjaciółka, tak wiem. Ale jak bardzo droga, Doktorze? - zażądała odpowiedzi.
- Bardzo - jego głos był cichy. - A teraz, jeśli pozwo-
- Nie. Nadal mi nie odpowiedziałeś. Ja to widzę, Doktorze. Nie jest kolejnym, zwykłym towarzyszem. Jak bardzo droga? Kim ona jest dla ciebie? - niemal błagała.
Doktor zatrzymał się i przez chwilę wpatrywał się w oczy River, zanim wbił wzrok w podłogę, głęboko się nad czymś zastanawiając.
- Myślałem, że nigdy więcej jej nie zobaczę. Gdy naprawdę mocno w coś takiego wierzysz, zmienia to pewne rzeczy... Nie wiem, River. Wiem, o co pytasz i nie potrafię ci odpowiedzieć, ponieważ naprawdę nie wiem. Jest mi bardzo droga.
- Ale kiedyś wiedziałeś, czyż nie? Kochałeś ją wtedy i możliwe, że teraz też?
Doktor westchnął i ujął twarz River w swoje dłonie.
- Cokolwiek do niej czuję czy nie, w żaden sposób nie odbije się to na moich uczuć do ciebie. Wiesz o tym. Przepraszam, jeśli to nie jest to, co chciałaś usłyszeć, ale tylko to mogę ci zaoferować. Wiesz, ile dla mnie znaczysz.
- Ona jest dzieckiem - zaprotestowała.
- Jest kobietą, nie dzieckiem.
- Ledwie kobietą. Ile miała lat, gdy ją poznałeś? Jak możesz-?
Doktor przycisnął kciuk do jej ust, by ją uciszyć, a łzy zebrały się w jej oczach, gdy z całych sił próbowała się opanować.
- Jeśli określasz dojrzałość latami, to w porównaniu do mnie ty też jesteś dzieckiem - wyszeptał. - Przepraszam, że nie mogę ci dać odpowiedzi, których żądasz. Wiesz, że głęboko o ciebie dbam i proszę cię o wyrozumiałość. A jeśli nie możesz być wyrozumiała dla mnie, chociaż bądź dla Rose.
- Dla Rose? - niemal warknęła.
- Nic ci nie zrobiła. Proszę, żebyś ty też nie robiła nic jej. Przechodzi teraz przez naprawdę ciężki-
- Nie robiła jej nic? - wściekła się River. - Za jaką osobę mnie masz, skoro uważasz, że musisz o to prosić? Może nie jestem uradowana, gdy z nią rozmawiam, może i byłam wścibska, kiedy rozpoznała moje imię, ale nie byłam napastliwa. Nie zamierzam jej zaatakować ani postrzelić czy coś. Czy właśnie to o miałeś na myśli?
- Nie, River, ty wiesz, że-
- Poprosiłeś ją o to samo? Poprosiłeś, żeby była wyrozumiała, czy może jest na to zbyt idealna? Czy, CZY ona ma chociaż blada pojęcie kim dla ciebie jestem?
- River... - Doktor ostrożnie położył plecak Rose na podłodze, opierając go o ścianę i czule przygarnął do siebie płaczącą kobietę. - Nie musiałem jej mówić kim jesteś, ponieważ ona już to wie.
