1. Potocznie zwany sąsiad

Wyspa targana burzami
Pory roku takie same
Kotwicowisko nienamalowane
I statek bez imienia.

Poranek zaczynał się schematycznie, jak każdy inny, nie wyróżniając się praktycznie niczym, czym mógłby się wyróżnić. Chcąc opisać plastyczne i elegancko, można bez sensu dodać, że wraz ze wschodzącym, bladym słońcem przyszła nieproszona mgła, sadowiąc się wygodnie gdzie popadnie i czekając, aż słońce wstanie na tyle, by móc ją z powrotem wygonić.

No tak, owszem, ale plastyczno-literackie opisywanie słonecznych poranków Seireitei nie należało do skąpego zakresu obowiązków oficera dywizji piątej. Nie.

Do tego skąpego zakresu obowiązków wszystkich oficerów dywizji piątej należało porządkowanie kartoteki Gotei. Na samo wspomnienie mało wdzięcznej roboty, każdy normalnie myślący shinigami zaczynał gwałtownie łapać wszelkie możliwe przeziębienia – byleby tylko uniknąć cholerstwa.

W tym miesiącu kapitan Abarai chcąc uniknąć zbędnych kłótni wewnątrz oddziału, sam drogą losową wybrał dwóch na pierwszy rzut oka, odpowiednich ludzi.

Jak to się zazwyczaj zdarza, popełnił ogromny błąd.

Gdy właśnie to o godzinie szóstej rano oficer Umari powiedział kilka średnio mądrych słów, których z racji ich wulgarnego i bezsensownego brzmienia lepiej nie cytować, druga oficer o powszechnie znanym (i wywołującym nerwicę u kapitan dywizji drugiej) nazwisku, czyli po prostu Urahara, przystanęła z niemałą radością.

W końcu byliby nienormalni, gdyby stwierdzili że kartoteka Seireitei od czasów zakończenia wojny z Aizenem, jest ciekawa.

Słowa Umariego nie brzmiały wcale szczególnie (ani ładnie), pomysł był wręcz prostacki, nieprzemyślany i co najgorsze – po prostu durny. Jednakże w obliczu całonocnej nudy, owa idea wydała się obojgu wręcz genialna.

Mniej więcej w tym samym czasie kapitan Mayuri Kurotsuchi z psychodelicznym uśmiechem na twarzy zamykał po kolei wszystkie wejścia i wyjścia w laboratorium, sprawdzając starannie klatki z hollowami i ciesząc się z nich, niczym myśliwy po udanych łowach. W sumie, miał powód. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, następnej nocy będzie mógł nareszcie porządnie i legalnie poeksperymentować na prawdziwych, żywych hollowach, a nie na sztucznych atrapach, które częściej wywoływały w beztroskich pracownikach laboratorium śmiech, nie wyłączając Nemu.

Ano, dywizja dwunasta nie była zjawiskiem normalnym, to fakt.

Podczas, gdy dwaj oficerowie omawiali swój zrodzony z nudy, diabelski plan, a głowa dywizji dwunastej udała się na spoczynek (bo nawet Kurotsuchi zna takie pojęcie jak sen), gdzieś daleko w lasach na granicy Soul Society, pewien oddział oficjalnie rozpoczął swój patrol. Konkretnie, to jedenasty. A jeszcze konkretniej, to pewien młody gniewny oficer, który postanowił odłączyć się od swojej jednostki w poszukiwaniu jakiegokolwiek sensownego środku na nudę.

Tak brzmiała wersja oficjalna.

Nieoficjalna wyglądała odrobinę inaczej. Najpierw należy zaznaczyć, że młody oficer był Kuchikim. Mało tego, Kuchikim z tej głównej linii (choć nikt do tej pory nie uzasadnił jakim cudem, skoro główna linia liczyła zaledwie Byakuyę, głowę rodu i Rukię, jego siostrę. Chyba, że do głównej linii można zaliczyć bliższych kuzynów, wujostwo i ich potomstwo). Czyli szlachta najszlachetniejsza i najwyższa.

I mimo faktu, że jak na Kuchikiego przystało, Kuchikiego nie przypominał w ogóle, a jego maniery niewiele różniły się przykładowo od Madarame Ikkaku, co zazwyczaj zyskiwało w oczach dywizji jedenastej, to był i tak bardzo średnio lubiany.

I młody Kuchiki nie chcąc stracić swojej cierpliwości do danej mu pod opiekę jednostki składających się praktycznie z samych żółtodziobów i Kusajishi Yachiru, która wyruszyła ni to pod jego opieką, ni bez, nakazał przefiltrować podejrzany przez siły wyższe obszar koło Rukongai, a sam wyszedł w głąb lasu w nadziei, że znajdzie coś z listy poszukiwanych, jaką wcisnął im kapitan Zaraki.

Poszukiwani – to znaczy te hollowy, które urwały się z Hueco Mundo i postanowiły zwiedzić ziemię i Seireitei. W tym pierwszym miejscu, radochę z wybijania średnio mądrych pustych, miał Kurosaki oraz towarzysząca mu zawsze i wszędzie Kuchiki Rukia. Tutaj w Soul Society, zaszczyt ten przypadł oddziałowi jedenastemu.

I na jego szczęście, a może nieszczęście, znalazł. Coś. Coś, co przy optymistycznym wejrzeniu można by nazwać średnie z największych. Przy okazji, całkowicie przekraczało jego możliwości bitewne. Ano bo Kuchiki Kurosakim nie był, choćby się starał.

- Cholera – zaklął szlachcic, wyciszając reiatsu i odsuwając się na umowną bezpieczną odległość. Pospiesznie wysłał piekielnego motyla do jednostek Ayasegawy z prośbą o wsparcie, po czym powoli i ostrożnie zaczął zbliżać się do potwora z drugiej strony. W dłoni zabłysł miecz, który długim, ochrypłym westchnięciem objawił swą gotowość do walki. A gdy Kuchiki poczuł na sobie pełen głodu i wściekłości wzrok hollowa, nie myślał więcej i natarł, celując ostrze prosto w głowę.

~*~

- Umari-san, co jak co, ale tej ostatniej kreatury mogliśmy nie wypuszczać.

- Ajć, Urahara, a co zawsze mówił Kuchiki po swoich patrolach?

- Że to najnudniejsza rzecz pod słońcem.

- Otóż to! Nie dostrzegł nigdy chłopak uroków kartoteki Seireitei, to panoszy się nudnymi patrolami… No, to poszliśmy mu na rękę i je skutecznie urozmaiciliśmy. A kapitan Kurotsuchi będzie złyy, oj złyyy…

Zmęczony śmiech oficera rozległ się echem po pustej sali laboratorium. Nieuwolnione hollowy zamruczały nieprzyjemnie.

- Zwali winę na biednego Akon-sana!

- Kto? Kuchiki?

- Mówię przecież. – westchnęła dziewczyna odgarniając długie włosy i wyglądając za małe okienko na zamglony dwór.

- I dobrze – parsknął Umari – to przez niego pół roku błąkałem się z patrolami po wymiarach! Gdyby nie zauważył mnie pewnego razu kapitan Abarai…

- Na miejscu Akon-sana też bym tak zrobiła, gdyby przyszedł do mnie taki mały Umari Heihachiro i potłukł wszystkie próbówki Kurotsuchiego. – mruknęła Urahara, wyłamując palce i ponownie odgarniając włosy. Ano, bo pomysł na nudę traci termin ważności zaraz po wykorzystaniu i dopiero wówczas widzi się skutki, jakie wywołuje. Nie trzeba dodawać, że pozytywne to one w żaden sposób nie są.

- Czepiasz się.

- Skądże, klepię prawdę!

Zapadła cisza. Na krótko.

- Umari-san, przyznaj, że mocno przesadziłeś. Biedny Masanori… może pójdę mu pomóc?

- Kuchiki sobie poradzi! W końcu… no to Kuchiki jest!

- Ale Kuchiki to nie Kurosaki.

I znów zapadła cisza, tym razem negatywna, niezręczna. Uśmiechy już dawno spełzły z twarzy, zamiast nich pojawiło się zmartwienie i poczucie winy. Och, a podobno byli odpowiedzialnymi oficerami piątej dywizji!

Heihachiro machnął nerwowo ręką, po chwili przygryzł wargę, niemo przyznając koleżance rację.

- Noo too coo teraz?

~*~

Masanori Kuchiki był wściekły. Wściekły w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Zresztą, nie bez powodu.

Cholerny patrol. Cholerny hollow. Cholerna rana. Cholerny zanpakutou. Cholerny śmiejący się Madarame.

…cholerny ten, kto śmiał wypuścić pustych.

- A czy z Nori-chanem będzie dobrze? – dopytywała się zmartwiona Yachiru Kusajishi. Kapitan Unohana spokojnym, stoickim głosem uspokajała dziewczynkę, tłumacząc, że chory Nori-chan dojdzie do siebie w oka mgnieniu, bo przecież Nori-chan jest taaaki silny… no i jest przecież Kuchikim od samego Bya-kuna! Uroczo.

- A mogę go odwiedzić? Proooszę…

- Poruczniku Kusajishi, myślę, że jutro Masanori-kun będzie się już lepiej czuł i wtedy będziesz mogła go swobodnie odwiedzić. Dzisiaj musi wypocząć. No, zmykaj już, Zaraki pewnie cię szuka.

Jak nie jej, to szuka Unohany, bo trzeba komuś naskarżyć na podwładnych i powyżalać, khehee. Cały kapitan.

- Szkooda…

Ale mała Yachiru w żadnym wypadku nie była cholerna. Traktował ją nawet trochę, jak młodszą siostrę, taka fajna i śmieszna.

Masanori odetchnął z ulgą, że mimo wszystko nie wpuszczono jej tu. Po prostu nienawidził, gdy oglądano go w tak okropnym stanie.

…ani po tym, co zrobił. Głupi głupek.

Wtem rozległ się cichy szczęk otwieranych drzwi i do ciemnej salki wsunęła się bezszelestnie jedna z medyczek, która przez jedną głupią chwilę, bardziej przypominała ulotne, anielskie zjawisko aniżeli lekarza. Zamrugał, chcąc wybić sobie z głowy ten durny obraz, rodem z kolorowych baśni Yachiru. Dziewczyna odgarnęła jasny kosmyk włosów i spojrzała na niego przenikliwymi zielonymi oczami.

Masanori skrzywił się i odwrócił wzrok, żałując całego minionego dnia i klnąc na czym świat stoi.

- Narozrabiałeś. – mruknęła dziewczyna, siadając koło niego na łóżku i odkręcając buteleczkę z lekarstwem i przygotowując jakieś zioła, zapewne mające mu pomóc.

- No patrz, Ukitake, możesz sobie teraz na mnie swobodnie popraktykować – prychnął Kuchiki, patrząc z obrzydzeniem na lekarstwo, które swoim zapachem przywoływały wszystkie najgorsze skojarzenia.

- Uważaj, Masanori. – westchnęła spokojnym głosem, mieszając coś w miseczce i wręczając mu ją. – Wypij to, będzie ci lepiej.

- Słuchasz mnie?!

- Masanori, czy mam ci to sama podać?

I weź tu gadaj z taką Ukitake, posiadającą własny tok myślenia i mówienia, a przy okazji nieźle naśladującą Unohanę? Cóż, Masanori Kuchiki miał to szczęście, że odkąd pojawił się na tym świecie, takie osoby otaczały go nieustannie, traktując jak średnio zrównoważonego osobnika w fazie buntu najwyższego.

Ostatecznie łyknął to lekarstwo, mając nadzieję, że nie poleży tutaj zbyt długo.

- Jeśli nie będziesz się denerwował i nigdzie ruszał, wyjdziesz nawet jutro wieczorem.

- Wystarczy, że wyjdziesz, Ukitake, a będę spokojny. Już dostałem opieprz od kapitana, od Madarame… więc nie dobijaj mnie z łaski swojej… Kaori.

- Dziękuję, za zwrócenie się do mnie po imieniu. Ale nie dziw się za kapitana, że miał ci wszystko za złe. Nie za mądre jest, że odłączyłeś się od jednostki i wyruszyłeś na samotne łowy. To jedna część twojej winy. Pozostała w należy do Urahary Yukichi i Umariego Heihachiro.

Drgnął na dźwięk znajomych nazwisk i spojrzał zaskoczonym wzrokiem na dziewczynę. W tej chwili poczuł, jak dosłownie zalewa go fala czystej wściekłości. No tak, jasna cholera, przecież mógł się tego wszystkiego domyślić! Tylko wiecznie znudzony Umari i za bardzo pomysłowa Urahara mogli wpaść na coś tak durnego i nieodpowiedzialnego!

Aż nie mógł w to uwierzyć.

- Skąd to wiesz?

- Widziałam dziś Shihouin Yoruichi, jak rozmawiała z Yukichi. Nie wiem, która była bardziej wściekła, matka, czy córka. Ale z ich rozmowy wywnioskowałam, że hollowy kapitana Kurotsuchiego przedostały się na ziemię i mają tam niezły problem. Yukichi twierdzi uparcie, że to była idea Umariego.

- Zabiję jak psa.

- Umariego?

- Oboje!

Aż nie mógł w to uwierzyć.

~*~

Piekielny motyl osiadł łagodnie na zakurzonym biurku i spokojnym, rzeczowym głosem Unohany Retsu przekazywał wiadomość, która to sprawiła, że Kira Izuru odłożył pióro, a Hisagi Shuuhei pierwszy raz od wielu dni, zaczął się bezczelnie śmiać. Po zostawieniu nowiny, motyl ulotnił się, zanikając we wszechobecnym kurzu i blasku słońca. Izuru westchnął, chowając twarz w dłoniach. Najpierw ta pobudka nad ranem, zrobiona przez hałasujący w całym Seireitei oddział jedenasty, teraz to.

- To chyba przez te dzieciaki od Abaraia. – powiedział przez śmiech Hisagi, starając się jakoś opanować, bo w końcu kapitanowi nie wypada żartować sobie z takich rzeczy.

Kira pokiwał smętnie głową, patrząc w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą siedział motyl.

- Słyszałeś, Hisagi-san – mruknął zmęczonym głosem bez specjalnego entuzjazmu. – dywizje trzecia i dziewiąta mają zrobić z tym porządek. W Hueco Mundo. Tak wiem, też mi się nie chce.

- Thyhy… pocieszyć cię?

- Nie.

- Dobrze, że nie skoczyli numerek wyżej i nie wysyłają Matsu…

- Cieszę się z tego tak samo, jak ty, Hisagi-san.

~*~

Umari Heihachiro powinien wrócić do jednostek patrolowych pomiędzy wymiarami, tam przynajmniej mógł się spokojnie wyszaleć. W Seireitei po prostu się nudził, mimo zaszczytu pełnienia dość odpowiedzialnego stanowiska trzeciego oficera. Eh.

Chaotyczne przemyślenia o minionym dniu, przerywał szybki, głośny tupot stóp, nerwowe nawoływania i rozedrgane reiatsu członków dywizji trzeciej. Jakoś tak się szczęśliwie trafiło, że dostała mieszkanie dokładnie obok kwater owego oddziału.

No tak, pewnie otrzymali rozkaz zrobienia z tym bałaganem porządku. Ehh!

Była zła. Wściekła. Pomijając gniew matki, która, jak to miała w zwyczaju, o wszystkich wydarzeniach dowiadywała się natychmiast i stawiała wszystkich na nogi.

Ale tym razem matka miała świętą rację. Yukichi wiedziała to, ale konsekwencje głupich czynów z reguły widzi się po fakcie. Tak, żałowała tego wszystkiego.

I tylko minuty oddzielały ją od rozmowy z Yamamoto.

- Urahara, wiem, że tam jesteś.

Zegar tyka, tik… tak…

- Urahara, twoje reiatsu czuć na kilometr.

A niech to, tyka w rytm jednostajnego głosu kapitana Kiry. Zlewają się w jeden dźwięk, tworząc cudaczny duet, na który nie sposób nie zwrócić uwagi. Śmieszne.

Drzwi rozwarły się cicho, wpuszczając do środka snop światła. Twarz kapitana, jak zwykle nie wyrażała zbędnych emocji, no może po za zrezygnowaniem i lekkim znudzeniem. Cóż.

Ano bo kapitan Kira był między innymi sąsiadem. Takim, od którego w razie potrzeby można było pożyczyć sól bądź cukier, i który zawsze uprzejmie ochrzaniał, żeby nie hałasować nad ranem ze znajomymi z dywizji jedenastej, bo ludzie chcą spać.

Był istnym cudakiem. Znaczy, zaczynał nim być, kiedy zakładał haori i szedł do pracy. Przedtem był całkiem miły i uprzejmy, a nawet zabawny. Nie, żeby Yukichi zawierała z nim bliższą znajomość, ale wyniesiona z domu grzeczność, nakazywała, żeby chociaż z nim czasami porozmawiać, zwłaszcza, że kapitan Kira całym sobą wręcz prosił o jakiekolwiek zainteresowanie ze strony innych. A sęk w tym, że ci „inni" nie zawsze tą niemą, zasłoniętą prośbę widzieli.

Yukichi rozpoznała to już przy pierwszej rozmowie. Nie wiedziała jak, ale wyraźnie czuła.

Kapitan Kira był przygnębiony.

- Czy jeśli powiem, jak bardzo mi przykro i jak strasznie mi głupio…

- To i tak niczego nie zmieni. Zachowaliście się jak totalne szczeniaki. Ruszaj się, idziesz ze mną do Hueco Mundo.

Dziewczyna uniosła brwi w geście zdziwienia, a przepraszający uśmiech powoli zrzedł. Tak, kapitan Kira był jedną z najdziwniejszych osób (po za Kisuke, ale to już zupełnie inna kategoria), jakie miała okazję poznać. Pomijając jego dwie maski, jedną zakładaną razem z haori, a drugą w domu, to Kira był… cichy. Ponury. Najczęściej niezadowolony. No i te oczy, które przywodziły na myśl wzburzone morze.

Mieszanka niesamowita. Cudaczna.

Tyle, że Yukichi znała go tak naprawdę bardzo słabo. Bo tak naprawdę do Kiry dotrzeć było trudno. A jej nie zależało zbytnio na zacieśnieniu więzi. Taka zwyczajna sąsiedzka znajomość.

Dlatego też Yukichi wiele razy zdawało się, że sporo cech zwyczajnie dopisuje, by mieć dokładniejszy i pewny obraz kapitana.

Gdzieś musiała się mylić.

- Do Hueco Mundo? Z tobą? – powtórzyła niezbyt mądrze, podnosząc się z łóżka i odruchowo odgarniając kosmyk włosów.

- Oczywiście! Myślisz, że gdzie trafiają wszystkie hollowy Kurotsuchiego?

- Do świata żywych chyba.

- Też. Ale wedle słów patrolu z oddziału siódmego, w Hueco Mundo mamy niezłe nasilenie całkiem niegłupich arrancarów, które, pal licho, prawdopodobnie mają kontakt z Tousenem i zbierają jakąś kolejną armię hollowów. A Hisagi-san jak o tym usłyszał, to się bardzo przejął.

- Ale… po co mi to mówisz kapitanie?

Sztorm w oczach Kiry nieco przygasł, a w świetle zachodzącego słońca włosy wydały się nagle jakieś takie bez koloru. Jak u ducha.

- Żebyś zdała sobie sprawę, że to dość poważna sprawa, której twoje pokolenie nigdy do końca nie zrozumie. Acha i czuj się wyróżniona, bo jak mniemam, Umari pewnie zaszył się gdzieś i wznosi modły do wszystkich bóstw świata, żeby nie dopadł go Abarai-kun.

- Aa… kapitan Abarai o tym wie tak w ogóle?

- Hm, jakoś nikt nie kwapi się powiedzieć mu, że to wasza sprawka. O, słuchaj, mam genialny pomysł. Sama mu o tym powiesz.

- Że jak?!

- No to w takim razie idziesz z moim oddziałem do Hueco Mundo i starasz się udowodnić, że naprawdę jest ci przykro i głupio. No i popatrz, Abarai-kun już nigdy więcej nie wciśnie ci kartoteki Seireitei. Mądre, nie?

Z nadmiaru tej inteligencji, aż się zaczęło przelewać.

Powtarzając (do znudzenia, ale czasem trzeba), kapitan Kira był dziwnym człowiekiem i posiadał tok myślenia jeszcze cudaczniejszy niż Kaori Ukitake, a warto wiedzieć, że ta medyczka swoimi argumentami potrafiła zaskoczyć nawet oficerów Zarakiego. Izuru Kira postawił dziwne ultimatum, które nijak wiadomo, jak wypełnić. Na zdrowo myślący rozum, należało pokiwać głową i zgodzić się na Hueco Mundo, a Umariemu zostawić gniew kapitana Abaraia. A wobec kapitana Kiry musiała okazać szacunek i respekt, choćby nie wiadomo, jak inny był od całej reszty.

A może po prostu słabo go znała.

- A dlaczego ci zależy, kapitanie?

Wzrok gniewnego na ułamek sekundy wyraził rozbawienie.

- Mszczę się za dzisiejszą pobudkę.

Ach tak.

- Szósta nad ranem!

~*~

W momencie obecnym Izuru Kira nie należy do osób szczęśliwych i jest to widoczne, dla tych, którzy w jakiś sposób spędzają z nim czas. Wliczając w to Renjiego Abaraia, Shuuheia Hisagiego, Momo Hinamori, wiecznie roześmianą sąsiadkę Yukichi Uraharę oraz mieszkającego na ziemi niby-psychologa, vaizarda, jest tych osób pięcioro.

Ale Izuru Kira w żaden sposób nie umie znaleźć się w nowych warunkach. Ani jako shinigami, ani tym bardziej jako kapitan.

Ani jako morderca.

- …brawo, Izuru!

Sny. Upiorne, czarno-czerwone sny, trupi, martwy uśmiech, ostatnie uderzenia serca i bezbarwne łzy Rangiku Matsumoto, w których tonęło wszystko inne. Koszmary. Wciąż żyjące. Nie chcące umrzeć.

Śmieszne.

Jakże chciał, żeby umarły tak łatwo, jak Ichimaru Gin.