Hej! Dziękuję za komentarze! Od razu chce się pisać, gdy ma się świadomość, że ktoś to czyta! Mam nadzieję, że kolejny rozdział przypadnie Wam do gustu. Miłego czytania!
Słońce było już wysoko i promienie wpadające do pokoju raziły Vegetę nawet przez zamknięte powieki. Należało zakończyć zasłużony, ale już i tak zbyt długi odpoczynek. Prawdę mówiąc, po zdrowym, twardym śnie Vegetę wprost rozpierała energia, więc i tak nie wytrzymałby dalszego leżenia bezczynnie w rozkopanej pościeli.
Już na Namek czuł ogrom swojej nowej ki. W sumie nagły jej przyrost nie powinien go dziwić – skoro każde otarcie się o śmierć niewyobrażalnie zwiększało moc Saiyan, to co innego mogło się stać, gdy zostało się zabitym i przywróconym do życia? Teraz, wyspany i wypoczęty, czuł cudowną, niezmierzoną moc w każdym skrawku swojego ciała. Miał wrażenie jakby tysiące małych wyładowań elektrycznych przechodziło przez jego mięśnie, a jego dłonie zaczynały przyjemnie mrowieć. Chce się wydostać. Vegeta był podekscytowany. Nie mógł się doczekać, żeby wyzwolić swoją ki i przetestować jej możliwości. Dziś definitywnie musi wznowić trening. Na tej planecie jest dużo otwartych przestrzeni – nie powinno być problemu z wyborem odpowiedniego miejsca, gdzie nie musiałby się hamować. Jakieś górzyste pustkowie, jak to na którym walczył z Kakarotto, powinno być odpowiednie.
Vegecie nadzwyczaj podobała się perspektywa treningu, ale szybko przypomniał sobie, że przecież nie ma w czym ćwiczyć, a to natomiast zawiodło jego myśli do niebieskowłosej Ziemianki. Byłem wczoraj zbyt pobłażliwy dla tej małej kurewki. Jej impertynencja przekraczała wszelkie możliwe granice. Już sam fakt, że odmówiła naprawienia stroju na następny dzień był karygodny, a to, że ośmieliła się rzucić butem w niego, Księcia Saiyan, nie mieściło mu się w głowie. Vegeta zabijał już za mniejsze przewinienia. Już ja nauczę ją szacunku.
Najwidoczniej nie było tak późno, jak podejrzewał, bo Ziemianie dopiero szykowali się do posiłku. Od ojca kobiety dowiedział się, że jego córka „nie jest rannym ptaszkiem" i najprawdopodobniej jeszcze śpi. Leniwa – dodał kolejną cechę do listy jej wad. Tak naprawdę niewiele go obchodziło czy Bulma zamierza zmarnować cały dzień leżąc w łóżku, a z tym, że będzie musiał obejść się bez stroju, pogodził się już wczoraj. Ale nie było żadną tajemnicą, że Vegeta uwielbiał konflikty. Wprost karmił się nimi. Często łapał się na tym, że specjalnie szukał zaczepki, a nawet najdrobniejszy przejaw nieposłuszeństwa wystarczał mu za pretekst. Zwłaszcza w takie dni jak ten, kiedy czuł, że żyje. Ta mała suka sama się prosi aby posmakować mojego gniewu.
Na śniadanie Vegeta został skierowany do ogrodu botanicznego stanowiącego tymczasowy dom Nameczan, którzy, mimo iż nie jedli, czuli potrzebę nawiązywania kontaktów i przebywania w towarzystwie gospodarzy. Saiyanin był przyzwyczajony do tego, że gdziekolwiek się pojawiał cichły rozmowy. Nie zdziwiło go, że także tym razem, gdy tylko wszedł na spory kawałek zieleni sklepiony szklaną kopułą, wszystkie oczy skierowały się ku niemu a wesoła wrzawa zamieniła się w nerwowy szept. Małe, zielone szczeniaki z przerażeniem chowały się za starszymi, a młodzi nameczańscy „wojownicy" rzucali mu uważne i wrogie spojrzenia. Och, tylko dajcie mi powód. Choćby najmniejszy.
– Nie jesteś tu mile widziany – powiedział Piccolo jakby na prośbę Vegety wyrastając przed nim znikąd. Saiyaninowi zupełnie to wystarczyło. Walka. Cudownie.
Jego ki wrzała. Znowu odczuwał mrowienie w dłoniach jakby właśnie tam miała mieć swoje ujście. Powietrze wokół niego zaczynało wibrować sprawiając, że drobne kamyczki i liście wirowały dookoła jego postaci. Nie musiał odpowiadać na wyzwanie Nameczanina – jego ciało zrobiło to za niego. Zacisnął pięści i uniósł je na wysokość klatki piersiowej gotowy do ataku, gdy nagle drobna rączka wśliznęła się w zgięcie jego łokcia.
– Nonsens! Co pan opowiada, panie Piccolo! – wesoła blondyneczka zawisła na ramieniu Vegety. – Niech pan siada, panie Vegeta, jedzenia na pewno wystarczy. Tak wczoraj ładnie panu apetyt dopisywał, że dzisiaj zrobiłam więcej. Hoho! Co za mięśnie, chyba dużo pan trenuje? Bulma niestety jeszcze śpi, ale nie możemy na nią zaczekać bo mały Gohanek musi niedługo się zbierać. Właśnie raczył nas opowieścią o wydarzeniach na tej uroczej planetce, którą odwiedziliście. No naprawdę, twarde jak stal! Chyba musi mieć pan niezłe powodzenie u dziewcząt!
Vegeta był w zbyt dużym szoku, żeby dotarło do niego co się właściwie stało. Był tak zaskoczony, że całe nagromadzone w nim napięcie gdzieś wyparowało i bezwiednie dał zaprowadzić się trajkoczącej kobiecie do stołu. Nameczanin stwierdził chyba, że póki co zagrożenie minęło, ale podążył za nimi aby mieć go na oku. Bachor Kakarotto w niezręcznej ciszy przyglądał mu się z otwartymi ustami zapominając o miseczce ryżu, którą trzymał w dłoniach.
– Kontynuuj, kochanie – uśmiechem zachęcała matka Bulmy jednocześnie nakładając porcję warzyw Saiyaninowi – skończyłeś chyba na tym, jak twój tata pochował pana Vegetę – równie dobrze mogłaby opowiadać o rabatkach w ogródku czy słonecznej pogodzie. Dzieciak nadal milczał wpatrując się w niego niepewnie.
– Widzę, że przyszedłem w odpowiednim momencie – powiedział Vegeta z dużą dozą sarkazmu. – Kontynuuj, chętnie dowiem się, jak ten pajac poradził sobie z Frizerem.
– A… tak… No więc tatę jakoś poruszyły ostatnie słowa pana Vegety… Chyba poczuł tę dumę Saiyan, o której pan mówił… – opowiadał dzieciak cały czas nerwowo na niego zerkając.
Vegeta najchętniej zapomniałby o tej całej płomiennej mowie. Świadomość nieuchronnej śmierci zrobiła z niego straszną ciotę w jego ostatnich chwilach. Mówił, o zgrozo, o swoich uczuciach. I chyba nawet się popłakał. Kurwa. Gdyby wiedział, że go wskrzeszą zamknąłby japę i zginął z godnością.
Najbardziej interesującym i wyczekiwanym fragmentem opowieści bachora był oczywiście moment przemiany Kakarotto w Super Saiyanina. Sam temat jednak był dla Vegety bardzo drażliwy i ciężko przyszło mu wysłuchiwanie o nadnaturalnej sile tej miernoty. Jednak potrzebował więcej danych, więc mimo kumulującej się frustracji wysłuchał szczeniaka do końca. Na szczęście i jedzenie, i opowieść skończyły się równocześnie.
Tu będzie idealnie. Vegeta wylądował w głębokim kanionie pomiędzy dwoma skalnymi ścianami. Miał na sobie granatowy, sportowy strój z wielkim logiem Capsule Corp. na plecach. Nie było on może najlepszym rozwiązaniem, ale przynajmniej nie krępował jego ruchów. Saiyanin stanął w niedużym rozkroku i uniósł zaciśnięte pięści na wysokość swoich ramion. Zamknął oczy i przez chwilę rozkoszował się kompletną (gdyby nie wycie wiatru pędzącego przez skalne korytarze) ciszą.
– HAAAAAAAA! – przyciskając łokcie do swoich boków z potężnym okrzykiem wyzwolił olbrzymią falę ki. Poziom mocy przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Promieniująca na wszystkie strony energia spowodowała gwałtowny skok ciśnienia, a drobne wyładowania elektryczne rozchodziły się z jego ciała ze złowieszczymi sykami.
Chwilę później znowu było cicho, a Vegeta z półuśmieszkiem obserwował swoje dzieło. Nie stał już pomiędzy pionowymi blokami skalnymi zasłaniającymi słońce. Teraz dookoła niego, jak daleko by nie spojrzeć, rozpościerało się ogromne rumowisko. Był tylko jeden problem – nadal nie stał się Super Saiyaninem. Nie musiał sprawdzać koloru swoich włosów, żeby się o tym upewnić. Jego moc była niewyobrażalna, to fakt, ale stanowiła zaledwie ułamek tej, którą po transformacji wyzwalał Kakarotto. Uśmiech spełzł z twarzy Vegety.
Z tego co mówił bachor, do przemiany konieczny był czysty gniew. Kakarotto osiągnął ten stan, gdy Frizer na jego oczach rozsadził łysola na kawałki (to musiał być niezły widok, swoją drogą). Gniew nie powinien być problemem. Na samą myśl o latach, które spędził na usługiwaniu Frizerowi ogarniała go niepohamowana złość. Jakby dołożyć do tego fakt, że jakiś wojownik niższej klasy przewyższył i pokonał jego, Księcia Saiyan, furia praktycznie go pochłaniała. Jednak najwyraźniej to nie wystarczało. Vegeta naprawdę miał nadzieję, że tragiczna utrata bliskiej istoty nie jest wymogiem koniecznym, bo szczerze wątpił żeby czyjakolwiek śmierć wywołała u niego takie emocje. Albo w ogóle jakiekolwiek. W końcu nie uronił łzy gdy zginął Nappa, jego wieloletni towarzysz. Ale może to dlatego, że sam go zabił. Jedyne, co Vegeta mógł zrobić w tym momencie, to skoncentrować się na treningu.
Gdy wreszcie wrócił do siedziby korporacji Capsule, było już grubo po północy. Liczył na to, że zastanie zarówno domowników jak i gości pogrążonych w głębokim śnie, co da mu odrobinę spokoju. Vegeta nacisnął na klamkę, ale drzwi nie ustąpiły. Już miał je wyważyć, gdy zauważył światło sączące się z małego piwnicznego okienka znajdującego się tuż nad ziemią. Gdy kucnął naprzeciwko niego, wewnątrz dostrzegł niebieskowłosą Ziemiankę pracującą nad czymś w skupieniu. Oby był to mój strój. Vegeta zastukał delikatnie w szybę i, gdy przykuł jej uwagę, kciukiem wskazał w stronę drzwi.
– Może zainteresuje cię fakt, że udało mi się rozpracować strukturę tego dziwnego materiału – oznajmiła wyniosłym tonem nieudolnie starając się ukryć ekscytację swoim odkryciem.
– Pokaż go – Vegeta rozkazał stanowczo.
– Co? Strój? Nie bądź śmieszny. Najpierw trzeba będzie wyprodukować materiał, a potem zlecić komuś szycie. O właśnie, potrzebne będą twoje wymiary.
– Zmierz strój, kobieto – warknął kierując się w stronę kuchni – przecież nie był aż tak zniszczony. I zrób mi coś do jedzenia.
– Chyba śnisz – prychnęła idąc za nim. – Za to mama zostawiła ci coś w lodówce. Była bardzo zmartwiona, że nie wróciłeś ani na obiad, ani na kolację. A z twojego stroju niewiele już zostało, musiałam przeprowadzić mnóstwo testów. Więc jeśli ci zależy na nowym musisz dać mi się zmierzyć.
– Jestem zajęty. Jem – oznajmił Vegeta otwierając lodówkę. Przynajmniej jej matka potrafi zrobić coś porządnie – pomyślał patrząc na górę jedzenia, którą mu zostawiła.
– Bardzo dobrze, zjedz. A potem się umyj, nawet nie chcę myśleć jak musisz być spocony po całodziennym treningu. Będę czekać w laboratorium.
– Tylko się pośpiesz kobieto, chcę się już położyć – oznajmił znudzonym głosem najedzony i wykąpany Vegeta. Stanął w samych bokserkach opierając się o framugę drzwi.
Z satysfakcją zauważył, że gdy tylko spojrzała na niego, jej policzki spłonęły szkarłatnym rumieńcem. Czuł jak zafascynowany wzrok Bulmy prześlizguje się z jego muskularnych ramion na szeroką klatkę piersiową, zatrzymuje się na niej na chwile, po czym schodzi niżej podziwiając jego twardy i płaski brzuch, a potem jeszcze niżej na…
– Ekhm! – chrząknęła Ziemianka odwracając wzrok i starając się ukryć zażenowanie. Nadal była czerwona, a w jej oczach pojawiły się jasne ogniki – długo kazałeś na siebie czekać, ja też mam lepsze rzeczy do roboty! Stań tutaj, pójdę po miarkę.
Początkowe rozbawienie reakcją kobiety na widok jego nagiego ciała szybko się ulotniło. Ku własnemu przerażeniu stwierdził, że dotyk delikatnych paluszków przesuwających się po jego skórze miał wprost piorunujące działanie. Wystarczyło, że musnęła lekko jego szyję, by włoski na karku stanęły mu dęba, a gdy przejechała dłonią wzdłuż jego piersi i brzucha poczuł mrowienie w okolicach żołądka. Aby przeprowadzić miarkę naokoło jego klatki piersiowej musiała go objąć i Vegeta na przez kilka sekund czuł miękki biust Bulmy napierający na jego plecy. Panika nadeszła jednak dopiero gdy Ziemianka klęknęła przed nim by zmierzyć wewnętrzną stronę jego ud. Kurwa, kurwa, kurwa! Saiyanin wspiął się na wyżyny samokontroli, na szczęście skutecznie, bo nie miał pojęcia jak wytłumaczyłby się z potężnej erekcji.
Jedyne pocieszenie znajdował w tym, że dla kobiety ta sytuacja była równie krępująca. Z minuty na minutę jej twarz robiła się coraz bardziej czerwona, a miarka kilkukrotnie wypadła z jej drżących palców. Co jakiś czas próbowała do niego zagadać wychodząc chyba z założenia, że krępująca rozmowa jest lepsza od krępującej ciszy. Dowiedział się między innymi, że prace nad jego pancerzem potrwają znacznie dłużej, nie wspominając o pokoju grawitacyjnym. Saiyanin wiedział, że powinien wyrazić niezadowolenie. Obawiał się jednak, że jego głos zabrzmi równie słabo, co jej.
Gdy kobieta pobrała ostatnią miarę, oboje sprawiali wrażenie jakby robili coś o wiele bardziej zdrożnego. Ani jedno, ani drugie nie podnosiło wzroku z bliżej nieokreślonego puntu na podłodze laboratorium. Vegeta nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek w życiu był tak zażenowany jak teraz.
– No więc… dzięki – odezwała się głupio.
– Nie ma sprawy – odpowiedział jeszcze głupiej.
Vegeta postanowił wziąć jeszcze jeden prysznic. Tym razem zimny.
