Myślę, że lepiej aktualizować częściej niż rzadziej, dlatego pozwoliłam sobie na przedzielenie rozdziału mniej więcej w połowie. Dlatego (uwaga!) moja numeracja rozdziałów nie jest zgodna z numeracją rozdziałów w oryginale. Betowała Clou, za co bardzo dziękuję. Będę wdzięczna za komentarze.


Rozdział pierwszy: Początek wszystkiego

Część pierwsza

Wrzesień 1986

Wybuch rozbłysł w środkowej części klasy. Severus ruszył w kierunku uczniowskiego stanowiska, a czarne szaty zafalowały w takt jego gniewu.

– Dearborn! – huknął z wściekłością, gdy przestraszony trzecioroczny podniósł się z podłogi i skulił się pod spojrzeniem mistrza eliksirów. – Wytłumacz się.

– Yyy… – wyjąkał chłopiec, z każdą chwilą bardziej spanikowany.

Severus przewrócił oczami, pozbył się bałaganu jednym machnięciem różdżki i odwróciwszy się, skierował kroki w stronę biurka.

– Dziesięć punktów od Hufflepuffu. A na piątek napiszesz wypracowanie o wszystkim, co zrobiłeś źle.

Usłyszał zirytowane westchnięcie ucznia, ale wystarczyło jedno spojrzenie ciemnych oczu, aby ten wyprostował się na krześle i przytaknął. Przez chwilę jeszcze patrzył na chłopca, po czym spojrzał na wpatrującą się w niego klasę i uniósł brew.

– Jakiś problem?

Dzieci natychmiast wznowiły pracę nad miksturami.

Severus pokręcił głową nad głupotą uczniów, po raz setny zastanawiając się, dlaczego wciąż jest nauczycielem. Minęło już pięć lat od upadku Czarnego Pana, a on wciąż trwał na stanowisku, wykonując rozkazy Dumbledore'a. Czy to wdzięczność nakazywała mu zostać w Hogwarcie? Czy to ze względu na nią zgodził się pomóc w ochronie Neville'a Longbottoma? Trzeba przyznać, że wtedy był wdzięczny. W jednym momencie Czarny Pan został pokonany i niebezpieczeństwo grożące Lily zniknęło. Kiedy dowiedział się o losie swojego poprzedniego mistrza, z wdzięczności prawie rzucił się na Dumbledore'a, deklarując swą dozgonną wierność.

Dyrektor Hogwartu jednak szybko ostudził jego zapał, ostrzegając, że Czarny Pan powróci. Powróci? Dumbledore nie wyjaśnił tego dokładniej, ale Severus miał pewne przypuszczenia, dlaczego mogłoby to być możliwe. Podejrzenia te ponad rok później potwierdził Regulus, wyjawiając mu, dlaczego tak naprawdę udało mu się uzyskać azyl od staruszka. Przekazał mu bowiem informacje o horkruksie.

Horkruks znaleziono i ukryto w nieznanym miejscu, ponieważ ani Regulus, ani Dumbledore nie wiedzieli, jak go zniszczyć. Z tego, co Severus wiedział, horkruks mógł znajdować się nawet w murach Hogwartu. Niemal zadrżał na samą myśl o tym.

– Panie Profesorze? – odezwał się obok niego nieśmiały głosik.

Severus zerknął na dziewczynkę.

– Panno Tonks?

Ta uniosła rękaw, pokazując brzydki pęcherz, który stawał się coraz paskudniejszy. Przez chwilę patrzył tylko na niego z przerażeniem. W końcu delikatnie chwycił rękę dziewczynki i zbadał ranę. Ton jego głosu nie był jednak w połowie tak delikatny, kiedy zapytał:

– Jak to się stało?

– Yyy… kiedy wybuchła mikstura, proszę pana – odpowiedziała, również z trudem zmuszając się do spojrzenia na pęcherz.

– Powinnaś była powiedzieć mi od razu – rzekł ostrym tonem. – Dearborn, odprowadź pannę Tonks do Skrzydła Szpitalnego i wytłumacz, dlaczego musiałem ją tam wysłać.

Spojrzał raz jeszcze z dezaprobatą na chłopca, po czym zwrócił się do klasy:

– Jeżeli ktoś jeszcze jest ranny, niech zgłosi to teraz. – Poczekał chwilę, a kiedy nikt się nie odezwał, machnął ręką. – Idźcie już.

Idioci!

Dzieci czasami doprowadzały go do szaleństwa. Trzynastolatka powinna wiedzieć, że magiczne kontuzje, szczególnie te związane z nieznanymi miksturami, powinny zostać zbadane bezzwłocznie.

Po niedługim czasie uczniowie ustawili się w kolejce, aby oddać próbki mikstur i opuścić klasę. Severus spoglądał na fiolki bez entuzjazmu. Zapowiadała się długa noc.

Musiał przejrzeć artykuły dotyczące Fundacji Aureliusza, do tego za niewiele ponad tydzień miał rozpocząć się nowy projekt, a on nie znalazł jeszcze czasu na zaznajomienie się z podstawowym materiałem przed pierwszym spotkaniem. Co prawda, słyszał od innych członków, że przygotowania przedłużają się i nie jest pewne, czy przedsięwzięcie rozpocznie się zgodnie z grafikiem. Wielu nie wybrało jeszcze swoich stypendystów!

Cóż, pomyślał z dumą, on wybrał.

Severus wiedział jednak doskonale, co to oznacza. W ciągu najbliższych czterdziestu ośmiu godzin to właśnie on zostanie zasypany podaniami o Stypendium Zaawansowanego Uzdrowicielstwa. Eugene działał zawsze w sposób chaotyczny i prawdopodobnie nawet na nie nie spojrzał. Prychnął z uśmiechem, przypominając sobie taktykę z zeszłego roku, kiedy zaczynali projekt Libiusza. Stary uzdrowiciel wziął do ręki przypadkowe podanie i, nie czytając nawet podstawowych informacji, przyjął aplikującego czarodzieja. Gorzko tego pożałował.

Szczerze mówiąc, Severus nie widział sensu w przyjmowaniu stypendystów, zwłaszcza gdy chodziło o najnowszy projekt. Dotyczył on trudnej materii i z pewnością nie zostanie ukończony, kiedy Stypendium dobiegnie końca. Severus zamierzał spędzić nad nim kolejne kilka lat.

I jeśli miał być szczery w tej kwestii, był przygotowany na porażkę. Nie uważał, by przedsięwzięcie było kompletnie niemożliwe, ale też było wielce nieprawdopodobne, że akurat im się uda. Ostatecznie magomedycy pracowali nad tym od lat.

Chwilę później do klasy zaczęli napływać przygotowujący się do owutemów Ślizgoni i Gryfoni. Z cichym, zrezygnowanym westchnieniem Severus odgonił myśli o pozaszkolnych obowiązkach.


– Albusie – Lily westchnęła z rozdrażnieniem – dobrze wiesz, dlaczego cię o to proszę.

Minęło prawie dziesięć lat, odkąd opuściła Hogwart, i choć służyła w Zakonie podczas wojny, to wciąż myślała o nim jako o starym, mądrym dyrektorze szkoły. Dlatego też bardzo rzadko zwracała się do niego w sposób inny niż „profesorze Dumbledore". Teraz jednak odłożyła na bok wszelką grzeczność i błagała staruszka o pomoc.

Dumbledore przyglądał jej się w zamyśleniu. Po chwili zaczął przeglądać papiery, które kobieta dała mu na początku spotkania.

– Lily, nie posiadasz wystarczających kwalifikacji, aby się o to ubiegać.

– Ale z twoim listem polecającym…

– Moje poparcie niewiele pomoże w tej kwestii – przerwał jej dyrektor. – Co ja mogę wiedzieć o tych sprawach?

Lily rzuciła mu gniewne spojrzenie, czując, że jej frustracja osiągnęła maksimum.

– Jesteś najbardziej poważanym czarodziejem wszech czasów. Oczywiście, że twoje poparcie pomoże.

Starszy czarodziej patrzył na nią niemal z rozbawieniem. Czy on naprawdę nie rozumiał, jaka to była dla niej szansa?

„Musisz zrozumieć, że poziom prowadzonych tam badań jest bardzo wysoki" – powiedział na początku spotkania.

Zaperzyła się. Miała dostatecznie dużo życiowego doświadczenia, determinacji i motywacji. Tak, mogła nie mieć dostatecznych kwalifikacji, ale przecież zdarzało się, że czarodzieje otrzymywali stypendium zaraz po ukończeniu kursu. I choć wiedziała, że jej szanse są niewielkie, to wciąż warto było chociaż spróbować, a list polecający dyrektora Hogwartu mógł tylko pomóc.

– Albusie, co ci szkodzi po prostu przychylić się do mojej prośby?

– To nie moja szkoda martwi mnie w tym momencie – odpowiedział, patrząc jej głęboko w oczy.

Westchnęła, czując, jak opuszczają ją resztki energii. Dlaczego zawsze musiała walczyć? Czy nikt nie rozumiał, że właśnie tego potrzebowała? Już wielokrotnie musiała się kłócić z Syriuszem i Remusem w sprawie tego stypendium – żaden z nich tego nie popierał i nie okazywał żadnego wsparcia.

A to już nie była wcale ta sama desperacja, co pięć lat temu, kiedy to potrafiła myśleć tylko o Jamesie, o tym, jak go odzyskać i o wszystkim, co straciła. Z tą desperacją skończyła, kiedy dwuletni Harry zaczął zadawać pytania, dlaczego nigdy nie ma jej w domu. Nie chciała, aby chłopiec stracił ich oboje, i zaprzestała wtedy tych wariackich poszukiwań. Ale wciąż żyła nadzieją, że kiedyś James do nich wróci, a to stypendium mogło sprawić, że nadzieja ta stanie się rzeczywistością. Tak czy inaczej, musiała odbyć jakąś praktykę, zanim zostanie wykwalifikowaną uzdrowicielką i, chociaż zazwyczaj nie ubiegano się od razu o stypendium, to nie było żadnych zasad, które by tego zabraniały. Mogła więc uczestniczyć w programie stypendialnym i zdobyć doświadczenie jako uzdrowicielka, jednocześnie szukając leczenia odpowiedniego dla męża.

Może zanim ten program dobiegnie końca, ona i Harry odzyskają Jamesa. I na nowo staną się rodziną. Lily westchnęła.

– Jestem już zmęczona, Dumbledore. Zmęczona walką; nie tylko o Jamesa, ale też z wszystkimi, którzy twierdzą, że im na mnie zależy. Z tobą, Syriuszem, Remusem. – Potrząsnęła głową. – Jeśli naprawdę troszczylibyście się o mnie, poparlibyście mnie. Zrozumiałbyś, dlaczego o to proszę.

Popatrzyła na niego w sposób, o którym wiedziała, że jest dziecinny, jednak nie mogła nic na to poradzić.

– Przecież, bądź co bądź, nie proszę cię o wiele.

Oczy Dumbledore'a lekko zamigotały, zauważyła też lekkie uniesienie warg w odpowiedzi na jej czupurność. Przez chwilę przyglądał się kobiecie, podczas gdy ta walczyła z napływającymi do oczu łzami. W końcu odchylił się na krześle.

– W porządku, Lily.

Jego była uczennica wyprostowała się pełna dziecięcego entuzjazmu, a jej oczy szeroko się otworzyły.

– Udzielę poparcia twojej kandydaturze.

Już chciała podziękować, kiedy dyrektor dodał:

– Nie ciesz się za bardzo. Jak powiedziałem, mój list polecający nie jest żadną gwarancją.

Lily przewróciła oczami na całkiem skuteczne ostudzenie jej zapału.

– Dziękuję, panie profesorze.