Przed Wami kolejny rozdział. Dziękuję za komentarze do poprzedniego - mam nadzieję, że i tym razem tekst przypadnie Wam do gustu.
Jak zwykle, bardzo dziękuję mojej Becie - Ewciavi, która bardzo mi pomaga z doprowadzaniem tego tekstu do porządku.
2. Toujours Pur
Następnego ranka Hermiona wciąż nie czuła się na siłach, by ponownie spotkać się z Lucjuszem — był największym szaleńcem wśród szaleńców — więc podążyła do Ministerstwa, żeby przejrzeć swoje notatki. Mogła równie dobrze zostać w domu, ale idąc do Ministerstwa mogła pokazać wszystkim, że coś robiła.
Szalonooki tak opracował dla nich harmonogram, że wtorki, środy, czwartki i piątki poświęcali na fizyczny, magiczny i umysłowy trening z Moodym, więc weekendy i poniedziałki mieli wolne. Idealnie, bo trenujący aurorzy mogli spędzić część swojego wolnego czasu w Azkabanie, przesłuchując wybranych przez siebie więźniów.
Dzisiaj była niedziela, więc gdy Szalonooki zobaczył Hermionę wchodzącą do swojego boksu, zawołał ją.
— Granger!
Powoli się odwróciła. — Tak, proszę pana?
— Co robisz w Ministerstwie? Nie powinnaś przesłuchiwać Malfoya?
— Pomyślałam, że powinnam poświęcić dzisiejszy dzień na dokładne przeanalizowanie moich notatek, żebym mogła odwiedzić go jutro. On ma bardzo zawiły umysł, proszę pana — wyjaśniła kpiąco. To nie do końca było kłamstwo, z czego Hermiona była o tyle zadowolona, że nie skłamałaby nawet po to, by ocalić swoje życie — zwłaszcza przed kimś takim jak Moody.
— Aha. — Szalonooki przypatrywał jej się przez chwilę. — Niegłupi plan. Dobrze pomyślane, Granger.
— Tak, proszę pana. — Hermiona z szacunkiem skinęła mu głową, gdy odchodził.
Ciasny, ale schludny boks, w którym siedziała, dzieliła z Emmą, ale ta najwyraźniej była dziś w Azkabanie. Hermiona czuła wdzięczność — nie chciała dyskutować o Malfoyu z nikim więcej.
Rolkę pergaminu, którą zabrała do Azkabanu, pokrywała przynajmniej stopa drobnego, skrupulatnego pisma, które bardzo przypominało jej własne. Hermiona wyjęła z szuflady kolejny pergamin i dodała go do pierwszego. Wyciągnęła również pióro i butelkę niebieskiego atramentu.
Zaczęła czytać zapiski zrobione przez samonotujące pióro i robić na nich notatki.
Sposób, w jaki ją traktował na początku rozmowy zadziwił ją teraz tak samo, jak wtedy w celi. Marszcząc brwi, zapisała: „Początkowo zachowywał się w uprzejmy sposób."
Dalsze notatki zawierały takie spostrzeżenia, jak:
„Aż do końca rozmowy był niezwykle chłodny i opanowany."
„Nie użył określenia szlama dopóki bardzo się nie zdenerwował."
„Odpowiedział na wszystkie pytania, może nawet wykazując chęć współpracy, z wyjątkiem prośby o opisanie drugiego aresztowania."
„Dlaczego kochał swoją żonę, ale już nie syna?"
„Jaki związek naprawdę łączył go z Narcyzą?"
I tak dalej, i tak dalej. Kiedy godzinę później Hermiona wreszcie skończyła, obraz, jaki jej się wyłonił, był niewiele jaśniejszy od tego, od którego zaczęła. Lucjusz nie sprawiał wrażenia zupełnego wariata, jak myślała na początku, choć był trochę niezrównoważony. Zakon podejrzewał to już od dawna, ale wydawało się, że ta niestabilność była lepiej zamaskowana — lub do pewnego stopnia kontrolowana — kiedy jeszcze nie przebywał w więzieniu.
Hermiona zdecydowała, że najbardziej denerwował ją jego spokój. Nie mogła zrozumieć, jak ktoś tak dumny jak Malfoy, mógł znieść upokorzenie uwięzienia w Azkabanie i zniesławienie swojego rodowego nazwiska z takim spokojem, z jakim on pozornie to znosił.
Powstrzymując dreszcze, Hermiona zabrała wszystkie swoje rzeczy i opuściła Ministerstwo. Dziś weźmie urlop — może pójdzie na zakupy albo coś. Zbyt dużo Malfoya mogło być niebezpieczne dla zdrowia każdego człowieka.
Następnego dnia, o trzeciej po południu, Hermiona ponownie teleportowała się do Azkabanu. Urlop, który zrobiła sobie wczoraj, zdziałał cuda dla jej umysłu.
We frontowym pomieszczeniu Hermiona pokazała chudemu mężczyźnie odznakę wydaną każdemu członkowi jej grupy, dającą im nieograniczony dostęp do więźniów, a on zdawkowo skinął głową i nacisnął przycisk na ścianie.
Z bocznego pomieszczenia wyszedł strażnik. Hermiona rozpoznała, że był to ten sam człowiek, co podczas jej poprzedniej wizyty. Ruszyli korytarzem.
— Co z Malfoyem? — zapytała.
Strażnik chrząknął. — Nic mu nie jest. Kilku członków patrolu jest dobrze wyszkolonych w leczeniu, więc jego rany zostały uleczone w minutę. Choć cholernie chciałbym wiedzieć, skąd wytrzasnął ten nóż.
— Więc nie wie pan? — Hermiona była naprawdę zdziwiona.
— Prowadzimy dochodzenie — zawahał się. — Proszę się nie martwić, to się więcej nie powtórzy, proszę pani.
— Och. — To było wszystko, co Hermiona mogła powiedzieć. Osobiście zgadzała się z Szalonookim Moodym — Azkaban wciąż nie wydawał się specjalnie bezpiecznym więzieniem.
To był słoneczny dzień, więc stęchłe powietrze zostało nieco rozwiane.
Kiedy Hermiona weszła do celi Malfoya, mężczyzna znów siedział na łóżku.
— Tym razem nie próbuj żadnych sztuczek, Malfoy — ostrzegł go strażnik. — Albo rzucimy cię dementorom.
Lucjusz po prostu patrzył pogardliwie na mówiącego mężczyznę, zupełnie jakby nie był wystarczająco ważny, żeby zaszczycić go odpowiedzią.
Strażnik wydał z siebie odgłos irytacji, ponownie wyczarował stół i dwa krzesła, i wyszedł. Hermiona była za to wdzięczna.
Gdy cerber wyszedł, Lucjusz wstał, by usiąść przy stole. Jego ruchy miały w sobie tak płynną grację, że Hermiona zachwyciła się mimo woli.
Ona również usiadła.
— Proszę mi pozwolić przeprosić za moje wcześniejsze zachowanie, panno Granger — powiedział Lucjusz, używając tonu, którym z reguły oznajmia się, że dwa plus dwa to cztery.
Jego głos był tak arogancki, a postawa tak ewidentnie nieskruszona, że Hermiona w odpowiedzi jedynie skinęła głową. W gruncie rzeczy uznała jego przeprosiny, ale ich nie przyjęła. Jeśli można było nazwać to przeprosinami.
Tak jak poprzednim razem, ustawiła samonotujące pióro na rolce pergaminu. Gdy już to zrobiła, zaczęła mówić.
— Spytałam pana przedwczoraj, panie Malfoy, jak się panu podoba Azkaban, ale mi pan nie odpowiedział — oświadczyła płynnie.
— To naprawdę było pytanie? Myślałem, że tylko retoryczny sarkazm — odparł, przeciągając zgłoski.
— To było poważne pytanie — stwierdziła, obserwując go uważnie.
— A cóż może się tu nie podobać? — zapytał sarkastycznie. — Mam fantastyczne spartańskie łóżko — wskazał na skromne łóżko, o którym mówił — urocze małe okienko w drzwiach, przez które każdy może sobie popatrzeć jak defekuję w kącie — spojrzał się z obrzydzeniem na brudną toaletę z tyłu — i, jeśli mam szczęście, czasami strażnicy są wspaniałomyślni i dają mi swoją gazetę, by złagodzić nudę.
— Oczywiście — dodał — ostatnio dodatkowa rozrywka pojawiła się w formie ładnej małej szlamy, która zadaje mi wścibskie, osobiste pytania.
— Cała przyjemność po mojej stronie — wymamrotała.
Lucjusz uśmiechnął się krzywo, ale jego oczy pozostały zimne.
— Proszę mi powiedzieć, co pan myśli o swoim otoczeniu — kontynuowała.
— Znowu uczucia? Nigdy bym nie zgadł, że tak bardzo to panią obchodzi.
Hermiona wzruszyła ramionami. Mały makabryczny epizod z poprzedniej wizyty znacznie zahamował jej gniew.
— Piszę o panu dokładne sprawozdanie, panie Malfoy. Potrzebuję informacji. Piszę również o dwóch innych osobach — dodała.
— Rozumiem. Pochlebia mi to. Cóż, myślę że dostarczę pani kilka przydatnych przymiotników. Jest obrzydliwe. Odrażające. To wszystko jest niezmiernie poniżające.
— Więc — powiedziała Hermiona — uważa pan, że pana pozycja jest zbyt wysoka, by przebywać w takim otoczeniu. Czy myśli pan, że jest ono odpowiednie dla ludzi mugolskiego pochodzenia? — Chciała zbadać jego opinię o wyższości czystej krwi.
— Najwyraźniej — odparł z pogardą.
— Dlaczego czarodzieje czystej krwi są lepsi niż ci, pochodzący z mugolskich rodzin i o mieszanej krwi?
— Po pierwsze, można być pewnym wartości osoby, tylko jeśli wywodzi się ona z rodziny, która przez wieki stosowała selektywne rozmnażanie — powiedział, a jego twarz zmieniła się w brzydką maskę nienawiści i pogardy.
— Nie uważa pan, że termin endogamia jest bardziej poprawny? — Hermiona próbowała go poprawić.
Lucjusz zachowywał się lekceważąco. — Dokładność nie jest ważna. Ci, którzy nie mają czystej krwi, pochodzą z długiego ciągu przypadkowych związków. Nieślubne dzieci, puszczalskie matki i lubieżni ojcowie gwarantują, że nie istnieje żywy półkrwi czarodziej, który nie miałby w sobie zhańbionej krwi. Co do szlam — jego usta wykrzywiły się w pogardzie — one są dużo gorsze. Panoszą się między mugolskim i magicznym społeczeństwem, nie należąc do żadnego. Nigdy nie zrozumieją prawdziwych czarodziejów, a jednocześnie są niezadowolone ze smrodu swoich mugolskich przodków. Szlama jest odchyłem. Anomalią. — Przez całą swoją obraźliwą przemowę utrzymywał na niej szydzące spojrzenie.
— Z pewnością nie jest ważne, kim się rodzisz — upierała się Hermiona, patrząc na niego zdeterminowanym wzrokiem i walcząc z chęcią spoliczkowania go. Już nie miała trzynastu lat. — Czy nie zgodzi się pan, że to, na kogo się wyrasta, jest ważniejsze od pochodzenia?
— To jest typowe myślenie tego głupca Dumbledore'a. Tak, poznaję je. Być może miałoby to sens, gdyby nie fakt, że czystokrwiści zawsze są wychowywani tak, by zostać lepszymi dorosłymi niż szlamy i czarodzieje o mieszanej krwi. — Lucjusz uśmiechnął się, pewien swojego rozumowania.
Hermiona pomyślała, że dzięki temu drugiemu stwierdzeniu będzie miała szansę sprawić, żeby zobaczył jej racje.
— Niech mi pan powie szczerze — zażądała Hermiona — kto byłby lepszym dorosłym, Vincent Crabbe, czy ja?
— Uważa się pani za dorosłą? — odparł Lucjusz,
— Więc kto mógłby być lepszym dorosłym? — nalegała.
Lucjusz skrzywił się. — Crabbe. Nawet jeśli tylko dzięki przewadze jego czystej krwi.
— Dobrze. A co, jeśli oboje bylibyśmy czystej krwi? — zapytała Hermiona, czując, że wygrywa tę rundę. Skrzywił się lekko, co nie umknęło jej uwadze, ale też zaskoczyło. Lucjusz był znakomitym kłamcą i mógł z łatwością ją oszukać tak, by myślała, że naprawdę bardziej doceniał Crabbe'a, idiotę, niż ją.
— Nigdy nie mógłbym udać, że jest pani czystej krwi — odpowiedział bezczelnie.
— Czy może więc pan udać, że oboje, Crabbe i ja, pochodzimy z rodzin mugolskich?
— Być może — zgodził się niechętnie.
— Więc kto byłby lepszy?
— Pani, panno Granger.
— Przykłada pan zbyt dużo wagi do czystości krwi! — krzyknęła Hermiona, osiągając swój cel. — Gdyby nie wiedział pan, że pochodzę z mugolskiej rodziny, prawdopodobnie ceniłby mnie pan bardziej od Draco.
— Skąd wiesz, że już tak nie myślę? — wymamrotał szybko.
To ją zaskoczyło. Wpatrywała się w niego — Co? — zapytała.
— Czystość krwi jest wszystkim, panno Granger — rzekł gładko. — Jestem w stanie stwierdzić, jakiej kto jest krwi. Zawsze. Czuję to. — Coś mrocznego i złowieszczego czaiło się w jego oczach.
— Powiedział pan coś przed tym — odparła Hermiona. — Spytałam pana, co pan powiedział.
Lucjusz spojrzał na nią z rozbawieniem i leniwie wyciągnął swoje smukłe palce do jej podbródka. Uniósł jej głowę do góry i wyszeptał — Nie jesteś w stanie pytać mnie o nic, drogie dziecko.
Znowu te okropne czułe słówka. Hermiona otworzyła usta żeby zaprotestować, ale zamknęła je gwałtownie. Dała się nabrać myśląc, że to ona była górą. Lucjusz był przebiegłym Ślizgonem i zbyt groźnym przeciwnikiem jak dla niej. Straciła kontrolę nad sytuacją w momencie, gdy weszła do jego celi.
Lucjusz zaśmiał się i cofnął dłoń. — Brudna krew cuchnie jak zgnilizna. Śmierdzi gnojem i odrażającym cudzołóstwem, z którego pochodzi. To ledwo uchwytny, zdradziecki smród, którego ani perfumy ani magia nigdy nie ukryją. Nigdy. — Uśmiechnął się. Wtedy pośpiesznie wytarł rękę w swoje szaty.
— Zabrali mi rękawiczki — wytłumaczył zasmuconym, dziecięcym tonem, choć wyraz jego twarzy był szyderczy.
Hermiona była zdecydowana kontynuować swoją pracę z Lucjuszem, ale teraz nie będzie mogła już nigdy zapomnieć, że to on zdobył przewagę.
— Dlaczego na wojnie popierał pan czarodzieja półkrwi? — Hermiona słabo rzuciła mu wyzwanie.
— Czarny Pan... — dumał Lucjusz. — Był potężny. I był potomkiem Salazara Slytherina. Ale przegrał. Gdyby miał czystą krew, byłoby inaczej.
— Czołgał się pan u jego stóp. Stwierdził pan wyraźnie, że uważa pan, iż czarodzieje o mieszanej krwi i ci mugolskiego pochodzenia, powinni zostać wyklęci i wytępieni. Jest pan niekonsekwentny, panie Malfoy.
— To nie była jego wina — powiedział Lucjusz, elegancko wzruszając ramionami. — Jego matka była zupełnie czystej krwi, ale ojciec... — zawiesił głos, wyraźnie dając do zrozumienia, że matka Toma Riddle'a za poślubienie mugola zasługiwała na los gorszy od śmierci. — Był tak bliski czystości krwi.
— To wciąż jest niezgodne z pana innymi poglądami — powtórzyła Hermiona.
Lucjusz odmówił udzielenia odpowiedzi.
Wiedząc, że toczy przegraną bitwę, Hermiona niechętnie zdecydowała się porzucić ten temat. — Czy zasmuciła pana jego strata?
— To było dla mnie niekorzystne, oczywiście. Ale nie byłem do niego przywiązany. — Lucjusz uśmiechnął się, odgarniając pasmo niemal białych włosów.
— Rozumiem. — Hermiona spojrzała się na swój pergamin, który był całkowicie pokryty zapiskami, a wcale nie wyglądało na to, by pióro miało zamiar zwolnić.
— Znajdzie się inny Czarny Pan— Lucjusz stwierdził rzeczowo. — To tylko kwestia czasu.
— To może być prawda — Hermiona przyznała ostrożnie. — I myśli pan, że on pomoże panu uciec z Azkabanu?
— Na pewno o mnie usłyszy — Lucjusz powiedział wyniośle. — Z moją reputacją, tym, że byłem w Wewnętrznym Kręgu Czarnego Pana, z moimi pokaźnymi zasobami finansowymi i umiejętnościami, które, śmiem twierdzić, są raczej imponujące... każdy następny Czarny Pan byłby głupi, gdyby przeoczył mnie, jako użytecznego podwładnego.
— Tak przy okazji, dlaczego zadowala się pan pozycją podwładnego, zamiast władcy? — zastanawiała się Hermiona. To zdawało się być raczej sprzeczne z charakterem Malfoya.
— Ponieważ osoby rządzące zawsze są bardziej zagrożone — wyjaśnił Lucjusz.
To brzmiało jak coś, co wcześniej powiedział Moody, pomyślała Hermiona.
— I, jak za pierwszym razem, gdy upadł Voldemort, możesz zawsze powrócić do łask publicznych, mówiąc, że zmuszono cię do wspierania upadłego Czarnego Pana wbrew własnej woli — ciągnął Lucjusz.
— Bardzo sprytne — skomentowała Hermiona.
Lucjusz uśmiechnął się jak krokodyl.
— A co, jeśli drugi Czarny Pan nie powstanie za pańskiego życia? — zapytała.
— Wówczas zgniję tutaj i będę mu asystował z piekła. Szatan będzie szeptał do mojego ucha, a ja będę szeptał do jego.
To było straszne, że Malfoy nigdy nie odsłaniał zębów, nawet gdy uśmiechał się tym swoim krokodylim uśmiechem. Hermiona nagle zdecydowała, że nie ważne, jak przerażający będzie, nie ustanie w próbach przejęcia kontroli na sytuacją, ani nie ustąpi. Czasami ta wychwalana gryfońska odwaga była bardzo przydatna.
Hermiona znów miała to dziwne przeczucie, to samo, które miała zanim Lucjusz wyciągnął nóż i pociął się poprzednim razem.
— Nie będzie drugiego Czarnego Pana — powiedziała bardziej do siebie (by dodać sobie otuchy), niż do Malfoya.
— Tak pani myśli? — Szare oczy Lucjusza błyszczały z rozbawieniem. Wydawało się, że uznał to za wyjątkowo zabawne.
— Jest pani w błędzie, panno Granger. — Odchylił głowę do tyłu i roześmiał się.
Hermiona natychmiast gwałtownie wstała, przewracając swoje krzesło. Bogaty, głęboki śmiech rozbrzmiewał w pomieszczeniu. Dziewczyna krzyknęła, a jej różdżka obficie wystrzeliła czerwonymi iskrami.
Olbrzymi strażnik wpadł do pomieszczenia i zagrzmiał — Petrificus Totalus!
Ciało Lucjusza zamarło i straszny śmiech ustał, ale Hermiona widziała jego oczy, które wciąż się śmiały. Pośpiesznie wepchnęła swoje pióro i pergamin z powrotem do torby.
Strażnik, pochylił się nad więźniem. Gdy się wyprostował, wyglądał na zmartwionego. — Bardzo mi przykro, proszę pani, nie wiem co w niego ostatnio wstąpiło. Zazwyczaj jest spokojny.
— Nic się nie stało. Jestem cała — zapewniła strażnika. — Ja już... teraz już pójdę.
Pokiwał głową, gdy drżąc wybiegała z pomieszczenia. Śmiech był tak samo przerażający, jak incydent z nożem i Hermiona poważnie się zastanawiała, czy nie powinna odpuścić. Śmiech sam w sobie nie był ani histeryczny, ani maniakalny, ale tak samo mocno ją przestraszył. Jego niekonsekwentne i niepokojące (nie wspominając, że w pewnym stopniu dramatyczne) zachowanie, w połączeniu z faktem, że zawsze kontrolował sytuację, bardzo ją denerwowało.
Gdy Hermiona skinęła głową chudemu recepcjoniście (bo taką funkcję wykonywał ten strażnik), jej dłoń powędrowała do tego miejsca pod podbródkiem, gdzie spoczęły blade palce Malfoya. Przerażona zamknęła oczy.
Przerażenie było spowodowane nie tylko jego dotykiem, ale również tym, że nagle uświadomiła sobie, że Lucjusz ją fascynował i że chciała go ponownie zobaczyć — straszna fascynacja, tak, ale jednak fascynacja.
Hermiona zastanawiała się, czy Lucjusz chciał, aby jego działania odniosły taki efekt. Powiedział coś o tym, że jej obecność była interesującym urozmaiceniem — a nie miała wątpliwości, że Azkaban był bardzo nudny.
Malfoy był niezmiernie zagmatwany.
Był straszny.
Nienawidziła go.
CDN.
