EDIT(edytowana notka odautorska):
Witam wszystkich ponownie :) jak już wyjaśniłam w notce do rozdziału piątego, dość konkretna edycja drugiego jest wynikiem pewnych zmian we wcześniejszej konstrukcji opowiadania. Zapewniam, że to sytuacja jednorazowa - wszystkie następujące od tego momentu rozdziały będą po opublikowaniu trwały w formie nienaruszonej. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie ;)
Betowała absolutnie przewspaniała misqa, której bardzo, bardzo dziękuję za ogromną pomoc i wkład w Inside Out, a także za ogólnie dobre rozmowy dotyczące historii i nie tylko ;)
Panno Mi – dziękuję pięknie za tak rozbudowany, szczegółowy komentarz i wstyd mi, że jeszcze nie ustosunkowałam się do korekty i wskazówek. Zapewniam, że zrobię to w najbliższym czasie - oba rozdziały pójdą do edycji, mam nadzieję że już pod okiem bety. Na sam komentarz odpowiem pod koniec tygodnia w wiadomości prywatnej, gdy tylko zaliczę najgorsze dwa egzaminy, do których się przygotowuję.
Jest jeszcze jedna rzecz – bez bicia przyznam, że ostatnim razem pisałam opowiadanie solidne kilka lat temu. Jestem świadoma słabych stron tego tekstu i wiem, że pod względem stylistycznym nie jest z nim najlepiej. Mimo pewnej bezradności językowej, mam jednak nadzieję, że w miarę pisania styl będzie się rozwijał. Pracuję nad tym, ale do poziomu, do którego bym chciała dopiero muszę dojść.
A teraz zapraszam!
-Rozdział Drugi-
Trzy strony szachownicy
Harry otrzepał dżinsy i kurtkę z pyłu, po czym niezgrabnie wyszedł z kominka w Esach i Floresach. I tak na niewiele się to zdało, bo ubrania po Dudleyu zawsze wyglądały okropnie, więc trochę kurzu i sadzy nie robiło większej różnicy.
Schylił się na sekundę przed tym, jak kilka książek, wezwanych zaklęciem przez jednego z subiektów, przeleciało mu nad głową. W księgarni panował zgiełk, a ludzie tłoczyli się w każdym kącie, próbując jak najszybciej uporać się ze swoimi sprawami. Nikt nie zwrócił uwagi na Harry'ego, który szybko pomknął w stronę drzwi.
– Och, najmocniej przepraszam!
Obcy czarodziej zderzył się z nim, upuszczając stertę kociołków. Towarzyszył temu raniący uszy hałas, a kilka najbliżej stojących osób wzdrygnęło się i odskoczyło.
– P-proszę wybaczyć – wyjąkał oszołomiony Harry i pochylił się, by pomóc nieznajomemu.
– Nie trzeba, chłopcze, nie trzeba... Idź, idź, sam jestem sobie winien. Ostatnio zupełnie nie patrzę, jak chodzę!
Harry wyprostował się niepewnie. Gdy mężczyzna posłał mu przepraszający uśmiech, kiwnął głową i wyminął go, wydostając się na ulicę Pokątną. Na zewnątrz padało. Ludzie w pośpiechu przemykali po brukowanej ulicy, starając się omijać co większe kałuże. Niektórzy, stłoczeni ciasno pod markizami, czekali aż deszcz ustanie, a inni po prostu aportowali się ze sklepu do sklepu, by uniknąć przemoczenia.
Rozkojarzony, ruszył pośpiesznie w stronę Dziurawego Kotła, przysłaniając dłonią okulary. Szybko wyrzucił incydent z nieznanym czarodziejem z pamięci. Do rozpoczęcia roku szkolnego pozostało kilka dni, więc magiczne centrum Londynu pełne było rodzin, które zakupy odłożyły na ostatnią chwilę. Sam przezornie zrobił swoje wcześniej, bo i tak nie miał co robić, gdy całymi dniami czekał na kolejne przesłuchania. Dziś odbyło się ostatnie – po dwóch miesiącach sprawa Riddle'a została wreszcie rozwiązana, a szesnastoletniego Czarnego Pana oczyszczono ze wszystkich zarzutów.
Na samo wspomnienie procesu złość i rozczarowanie przyprawiły go o mdłości. Wziął się jednak w garść, zabraniając sobie myślenia o tym – najgorsze lato jego życia nareszcie dobiegało końca, a on po wszystkim, co przeszedł, pragnął już tylko odpocząć. Najchętniej aportowałby się na jakiejś bezludnej wyspie i położył spać, nie niepokojony przez nikogo. Tymczasem w jego uszach wciąż dźwięczał brzdęk upuszczanych kociołków.
Westchnął, nie mogąc odpędzić się od wrażenia, że jest obserwowany. Żaden z przechodniów nie zwracał jednak na niego uwagi, więc doszedł do wniosku, że najpewniej to dzisiejsze zakończenie procesu i te nieszczęsne kociołki wytrąciły go z równowagi. Zaczynał powoli popadać w paranoję.
Minąwszy lodziarnię Floriana Fortescue, przecisnął się między dwiema czarownicami i wymruczał szybkie „przepraszam", prześlizgując się na tyły Dziurawego Kotła. Przed oczami miał już tylko swoje łóżko.
Niestety w środku czekał na niego zgiełk i rozgardiasz.
Przystanął w progu, gdy kilku pogrążonych w zawziętej dyskusji, starszych czarodziejów przepchnęło się koło niego w pośpiechu. Wszyscy klienci byli czymś w najwyższym stopniu zaaferowani i przekrzykiwali się nawzajem – po raz pierwszy nikt go nie zauważył, podobnie jak starego Toma, próbującego uspokoić zebranych.
– Syriusz Black, największy skurczybyk ze wszystkich! – krzyknął jakiś jegomość, po czym cisnął gazetę na stół. – Wiedziałem, że to się stanie!
– Pamiętacie tego nieszczęśnika? Po wszystkim pozostał z niego jeden, mały palec! – zawtórowała mu pewna wiedźma, na dowód pokazując swój własny, cały i zdrowy.
Harry w odrętwieniu przepchnął się ku schodom, po drodze podnosząc z podłogi nadmoczonego piwem Proroka. Głośno rozmawiający ludzie schodzili i wchodzili, potrącając go między sobą – Tego dnia nikt nie myślał o tym, by przyjrzeć się bliżej niepozornemu chłopcu kręcącemu się pod nogami dorosłych, więc w rekordowo krótkim czasie znalazł się w swoim wynajmowanym na poddaszu pokoju. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nim, westchnął ciężko i oparł się o nie mokrą od deszczu kurtką.
Z dołu wciąż dobiegał hałas i donośny szmer rozmów – cokolwiek wywołało takie poruszenie, musiało to zrobić niedawno.
Niechętnie oderwał się od drzwi i, nie zdjąwszy nawet butów, usiadł na niepościelonym łóżku. Rozprostował na kolanach wymiętą gazetę, by zerknąć na pierwszą stronę. Nagłówek głosił:
SYRIUSZ BLACK – SERYJNY MORDERCA ZBIEGŁ Z AZKABANU!
Resztę strony zajmowało ruchome zdjęcie zarośniętego szaleńca, który, skuty łańcuchami, szarpał się wściekle. Harry przyglądał mu się przez chwilę, czując, jak z niewiadomych przyczyn narasta w nim niepokój. Gdy wreszcie postanowił przejść do artykułu na następnej stronie, złe przeczucia okazały się słuszne – z treści wynikało, że Black był jednym z najbardziej oddanych popleczników Voldemorta.
Tak, jakby problemy były czymś, czego w życiu Harry'ego brakowało.
Niedługo mieli wyruszyć na King's Cross.
Draco zacisnął usta, zerkając niecierpliwe na zamknięte, dębowe drzwi. Siedział wygodnie w jednym z foteli stojących przed gabinetem swojego ojca, z rękami rozpartymi na pozłacanych podłokietnikach. Za tymi właśnie drzwiami przyjmowani byli co ważniejsi goście, przychodzący ze sprawami, o których należało rozmawiać na osobności. Zazwyczaj nie mógł się nawet zbliżać do tej części rezydencji, teraz jednak, na wyraźne polecenie ojca, siedział i czekał, aż ten opuści pomieszczenie. Ciekawość zżerała go od środka.
Od czasu tajemniczego skandalu ze śmiercią siostry Weasleyów, atmosfera w Malfoy Manor stale była napięta. Draco nie znał szczegółów tej afery, ale po zachowaniu ojca w czasie wakacji domyślał się, że Malfoyowie mieli w niej swój udział. Przez całe lato ojciec wracał z Ministerstwa późnym wieczorem, a z rozmów, które prowadził z matką wynikało, że był zaangażowany w proces Toma Riddle'a.
Podskoczył, gdy drzwi gabinetu otworzyły się z trzaskiem. Zły na siebie za tak gwałtowną reakcję, podniósł się, oceniając wzrokiem sylwetkę Lucjusza Malfoya. Bez trudu zauważył, że ten był w złym nastroju – pomimo idealnej maski, bruzdy wokół zaciśniętych ust zdradzały poirytowanie.
– Nie mamy wiele czasu, Draco. Mam nadzieję, że jesteś przygotowany do wyjazdu.
Skinął głową i bez słowa podążył za ojcem do jego prywatnych komnat. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi, Lucjusz machnął różdżką, nakładając na nie zaklęcie wyciszające. Jeśli robił to we własnym domu, sprawa musiała być naprawdę poważna. Dopiero teraz Draco odkrył, że ze stresu pocą mu się dłonie.
– Jak wiele wiesz z tego, co udało ci się podsłuchać z rozmów moich i matki? – zaczął cierpko Malfoy Senior, wsparłszy się jedną dłonią o blat dębowego biurka.
Draco poczuł, jak wściekły rumieniec atakuje jego szyję i zdradziecko pełznie ku twarzy. W normalnej sytuacji natychmiast wszystkiemu by zaprzeczył, ale tym razem w porę się powstrzymał. Wiedział, że kłamstwo nie było dobrym pomysłem.
– Wiem, że Potter uniknął oskarżenia – odparł cicho, starając się nie wiercić pod krytycznym spojrzeniem ojca – on i Weasley dostali się do Komnaty, gdzie ponoć zastali martwą Weasleyównę. Miała ze sobą dziennik, z którego wyszedł Tom Riddle.
– Otóż to – Lucjusz uśmiechnął się upiornie, zaciskając drugą dłoń na srebrnej główce laski. – Dziennik przekazany jej przeze mnie w Esach i Floresach.
Draco poderwał wzrok, by spojrzeć prosto w beznamiętną twarz starszego Malfoya. Nagle wyjątkowo wyraziście przypomniał sobie spotkanie z Weasleyami w księgarni – kpił akurat z Pottera, gdy jego ojciec podszedł do nich i wyjął podręczniki z kociołka córki zdrajcy krwi, Artura Weasleya. Rzucił chyba przy tym jakąś kąśliwą uwagę, po czym włożył książki z powrotem.
Skinął głową. Próbował wyglądać na opanowanego, choć serce podjechało mu do gardła.
– Ten dziennik, Draco – Malfoy zrobił krótką pauzę, jakby zastanawiając się ile może wyjawić – został przekazany naszej rodzinie przez Czarnego Pana, który za pomocą magii uwięził w nim swoją szesnastoletnią formę. Dzięki temu Tom Riddle, jako prawowity Dziedzic Slytherina, był w stanie doprowadzić do ponownego otwarcia Komnaty Tajemnic.
Coś lodowato zimnego ścisnęło mu żołądek.
Pod wpływem szoku jego maska roztrzaskała się, odkrywając emocje – w komicznie rozszerzonych oczach odbiło się niedowierzanie wymieszane z przerażeniem. Choć miał już trzynaście lat, pewne rzeczy wciąż postrzegał z typowo dziecięcej perspektywy – nigdy nie przyszło mu do głowy, że mityczny Czarny Pan mógł być kiedyś nastolatkiem. Znacznie bardziej poraziła go jednak powaga całej sytuacji. Zrozumiał wreszcie, dlaczego ojciec zajmował się tym procesem i co było przyczyną nieustannych kłótni z matką, gdy wieczorem wracał do domu.
– W-więc, Tom Riddle...?
Chłód w oczach starszego Malfoya przypomniał mu, że nie powinien pozwalać, by kierowały nim emocje. Draco wyprostował się i uniósł brodę, siłą woli próbując stłamsić wzburzenie.
– Wyrok w sprawie Toma Riddle'a zapadł przed trzema dniami. Został oczyszczony ze wszystkich zarzutów i na okres dwóch lat przydzielony do Hogwartu – Lucjusz Malfoy zachował beznamiętny wyraz twarzy, a Draco domyślił się, że musiał mieć wpływ na ten werdykt. – Oczekuję od ciebie, że bez względu na wszystko okażesz mu szacunek i posłuszeństwo. Czarny Pan może i jest nastolatkiem, wciąż jednak pozostaje księciem Slytherinu. Wykonasz każde jego polecenie, choćby kosztem własnej dumy. Rozumiemy się, Draco?
Młodszy z Malfoyów sztywno skinął głową. Był wystarczająco inteligentny, by zrozumieć wagę tych słów i wiedział, że tym razem nie należy się sprzeciwiać. Nie mogli pozwolić na to, by cokolwiek zagroziło wysokiej pozycji ich rodziny, i chociaż nie padło na ten temat ani jedno słowo, Draco przeczuwał, że reputacja jego ojca została już nadszarpnięta.
– Jeszcze jedno. Ufam, że twoja matka nie dowie się o tej rozmowie.
Draco przytaknął, prawidłowo odczytując ukryte w poleceniu przesłanie. Też wolał nie wiedzieć, jak by zareagowała.
Peron dziewięć i trzy czwarte był, jak zawsze, całkowicie zatłoczony.
Harry nieco zbyt zawzięcie pchnął swój wózek, na co siedząca w klatce Hedwiga zahuczała, z urazą strosząc pióra. Mruknął w jej stronę szybkie przeprosiny i rozejrzał się, próbując przekonać samego siebie, że nie jest zdenerwowany.
Przed pociągiem gromadzili się już uczniowie; niektórzy właśnie do niego wchodzili, inni stali na peronie, żegnając się z rodzinami. Ze wszystkich stron dobiegał do Harry'ego gwar rozmów, pożegnalnych okrzyków i gromkich wybuchów śmiechu. W morzu twarzy ciężko było dostrzec kogoś znajomego, wiedział jednak, że natychmiast zauważy czarodziejów, których bał się spotkać najbardziej. Weasleyów.
Z walącym jak tłuczek sercem ruszył w stronę tłumu, przeciskając się ku wagonom gromadzącym bagaże. Cały czas bał się, że gdzieś przed oczami mignie mu plama dobrze znanych, ognistorudych włosów... Zdecydowanie popadał w paranoję. Nawet jeśli uda mu się uniknąć konfrontacji z państwem Weasley, i tak za kilka godzin zobaczy się z bliźniakami, Percym…. nie wspominając o tym, że dzielił dormitorium z Ronem.
Tiara Przydziału popełniła błąd, przydzielając mnie do Gryffindoru.
Ledwie zdążył uformować tę myśl do końca, gdy kilka stóp od krawędzi peronu dostrzegł ostatnich po Weasleyach ludzi, których miał ochotę spotkać. Ubrany w eleganckie szaty, jasnowłosy chłopiec żegnał się z wysoką kobietą, a stojący obok nich mężczyzna patrzył prosto na Harry'ego.
Odważnie odpowiedział na przeszywające spojrzenie Lucjusza Malfoya, próbując opanować zimny dreszcz, który przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa.
Tom Riddle był wściekły.
Co prawda, część wyroku poszła po jego myśli – został uniewinniony i oczyszczony ze wszystkich zarzutów, jednak na wniosek Dumbledore'a przydzielono go z powrotem do Hogwartu, pod stałą magiczną kuratelą.
Nadal więc coś go ograniczało – wcześniej karty pamiętnika, a teraz magiczne obręcze. Błękitne żyłki wokół nadgarstków ledwo pozwalały jego mocy sięgnąć odcienia szarości, stopniowo ciemniejąc pod wpływem każdej próby przekroczenia granicy. Były jak przepaść, oddzielająca go od magii, z którą się utożsamiał – pochłaniały energię, posyłając ją w niebyt, zanim zdołał z niej skorzystać.
Z zaciętą miną poprawił mankiety rękawów, jedną dłonią przytrzymując czytaną właśnie książkę.
Musiał się upewnić, że nikt poza nim i Dumbledore'em nie będzie wiedział o tych więzach, tak upokarzająco zawężających jego pole działania. Nie sądził jednak, by ten stary obłudnik zdecydował się podzielić z całą szkołą informacją o ciążącej na jego mocy blokadzie – i bez tego pozostawał w oczach dyrektora wystarczającym zagrożeniem, by utrzymanie uczniów na dystans stanowiło jego priorytet. Ujawnienie tej tego szczegółu nie tylko wzbudziłoby niepotrzebne zainteresowanie, ale także zaprzepaściłoby i tak już kruche plany Dumbledore'a dotyczące zatrzymania go w Hogwarcie. Stary z pewnością miał tego świadomość.
Jedynym plusem obecnej sytuacji był dostęp do imponujących zasobów największej magicznej biblioteki na terenie Wielkiej Brytanii. Tam, niezależnie od kurateli, z pewnością znajdzie informacje potrzebne do przełamania klątwy – jak również takie, które pomogą mu rozwiązać zagadkę Harry'ego Pottera.
– Właźcie, wszędzie jest pełno – niecierpliwy, damski głos poprzedzony hałaśliwym skrzypieniem rozsuwanych drzwi, wyrwał Toma z zamyślenia.
Zamrugał, szybko kierując wzrok ku intruzom. Do jego przedziału, jeden przez drugiego, wepchnęła się czwórka uczniów w szatach Slytherinu – trzej chłopcy i jedna dziewczyna, na oko w wieku Chłopca, Który Przeżył. Żadne z nich nie zwróciło na niego uwagi.
– Cóż za imponujący brak manier – odezwał się ozięble, po czym wrócił do lektury książki. Ton jego głosu mógł zamrozić piekło. Nienawidził obecności innych ludzi, zwłaszcza, gdy ci w jakikolwiek sposób naruszali jego prywatność. – Ciekaw jestem, co sprawiło że poczuliście się zaproszeni?
Czwórka Ślizgonów zamilkła, dopiero teraz zauważając jego obecność. Jeden z chłopców, sądząc po wyglądzie, mógł z dużym prawdopodobieństwem okazać się młodym Malfoyem – rodzinnych korzeni pozostałej trójki Riddle nie rozpoznał.
– A ty kto, nowy? – pierwsza agresywnie zareagowała dziewczyna, patrząc na niego z wyższością.
Nie podnosząc wzroku znad książki, uśmiechnął się lekko.
– Być może – zakpił i zręcznie poprawił wolną dłonią swój gładki, czarny krawat – sądzę jednak, że uprzejmość wymaga odpowiedzi na pytanie, nim samemu się je zada.
Ślizgonka aż się zaperzyła. Tom doskonale wiedział, że publiczne wytknięcie braku dobrych manier komuś z czystokrwistej rodziny było dotkliwą obrazą, zrobił to więc z pełną premedytacją. Dziewczyna już otwierała usta, by się odgryźć, gdy stojący obok blondyn ostrzegawczo zacisnął dłoń na jej ramieniu.
– Parkinson, lepiej idź sprawdzić, gdzie jest Zabini – syknął i niezbyt kulturalnie pociągnął ją za łokieć, wypychając na korytarz.
Nuta niepokoju w jego głosie, choć dobrze zamaskowana, nie umknęła uwadze Toma. Ten chłopiec, jako jedyny z całego towarzystwa, najwidoczniej domyślał się, z kim mieli do czynienia. Na jego twarzy zaczęły pojawiać się pierwsze oznaki nerwowości, zapewne więc rzeczywiście był to młody Malfoy, odpowiednio poinstruowany przez ojca.
Riddle przyjrzał mu się znad książki, szukając oznak fizycznego podobieństwa do Lucjusza – w trakcie procesu spędził wiele godzin obserwując Malfoya seniora. Jego syn, poza posiadaniem podobnych rysów twarzy, kopiował też niektóre z gestów i zachowań ojca – w podobny sposób zaciskał na przykład wargi w wąską linię, gdy czuł się niepewnie. Przypomniał sobie, co na temat tego konkretnego Ślizgona miała do powiedzenia Ginny, następnie na jego wargach zagościł uśmiech, który większość ludzi zamroziłby na miejscu.
– Jesteś całkiem podobny do swojego ojca, Draco.
Na te słowa chłopiec zastygł, a z jego i tak już bladej twarzy spłynęły resztki kolorów. Pozostali dwaj tylko rozdziawili usta i zagapili się na nich obu w konsternacji, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego. Draco jako pierwszy odzyskał opanowanie, po czym skłonił się niezręcznie.
– Dziękuję... Panie.
Te słowa sprawiły, że twarze towarzyszących Malfoyowi Ślizgonów – o ile w ogóle było to możliwe – przybrały jeszcze bardziej głupkowaty wyraz, a brwi Toma uniosły się z rozbawieniem. Draco rzeczywiście zdawał się być dobrze poinformowany – Lucjusz musiał naprawdę obawiać się kary, skoro dla ratowania swojej reputacji zaczął wysługiwać się synem.
– Och, mów mi Tom. Jesteśmy w końcu w tym samym domu, prawda? – zadrwił, zamykając książkę. Odłożywszy ją na podstawkę, zapraszającym gestem wskazał na siedzenia wokół siebie.
Zapadła chwila niezręcznego milczenia.
– To są... Vincent Crabbe i Gregory Goyle – mruknął w końcu Draco i, chcąc nie chcąc, zajął miejsce przy oknie, naprzeciw Riddle'a. Dotychczas widocznie pełniący rolę przywódcy, zdawał się wkładać wiele wysiłku w udawanie, że nie przejmuje się degradacją na oczach kolegów.
– Crabbe, Goyle – Tom z rozbawieniem wypróbował w ustach stare, znajome nazwiska. Być może powrót do Hogwartu nie był wcale takim złym pomysłem. Z pewnością uczyło się tam znacznie więcej dzieci śmierciożerców, co tworzyło wspaniałą okazję, by odegrać się na niezbyt lojalnych poplecznikach jego starszego „ja". Wystarczyło tylko odpowiednio pociągnąć za sznurki.
Był to jednak nieistotny szczegół. Nie mógł sobie pozwolić na dłuższy pobyt w Hogwarcie, nie, kiedy Albus Dumbledore wiedział o horkruksach. Przed końcem roku będzie musiał się uwolnić, zdobywszy po drodze niezbędne informacje. Czekało go zwłaszcza jedno, szczególnie ważne zadanie – historia życia Voldemorta wymagała skompletowania. Bez tego szukanie horkruksów było trudne i czasochłonne, a miał nadzieję, za pomocą dedukcji, ułatwić sobie sprawę.
Ekspress do Hogwartu jak zwykle przypominał ul, a znalezienie pustego przedziału graniczyło z cudem.
Harry sądził, że po beznadziejnych wakacjach powrót do znajomej rzeczywistości okaże się zbawienny. Stres i skołatane nerwy, od których w ciągu lata nie mógł się uwolnić, przez ostatnie parę dni łagodziła nadzieja na ulgę – która teraz, gdy nadszedł dzień wyjazdu, okazała się płonna.
Cholerna Komnata Tajemnic zamierzała towarzyszyć mu już zawsze, tak jakby choć na moment był w stanie o niej zapomnieć.
Cisza, która zapadała wokół, gdy przeciskał się przez korytarz, działała mu na nerwy. Miał wrażenie, że każdy, absolutnie każdy, ostrożnie śledzi go wzrokiem, w oczekiwaniu na atak. Harry nie mógł zaprzeczyć, że tak właśnie zareaguje, jeśli jeszcze raz usłyszy za plecami nazwisko Riddle'a.
Miał tego po prostu dość.
– Harry... HARRY!
Zastygł, z ręką gotową do pchnięcia drzwi przedziału i rozejrzał się z zaskoczeniem, szukając wzrokiem źródła wołającego go głosu. Nim zdążył je znaleźć, ktoś wpadł na niego z impetem, przysłaniając mu widok burzą ciemnych wło...
– Harry, tak się cieszę, że cię widzę!
Siła uścisku omal go nie udusiła. Stęknął, gdy przekrzywione okulary boleśnie wbiły mu się w skroń, na szczęście po chwili czyjeś ramiona cofnęły się na bezpieczną odległość.
Przed nim, w całej okazałości, stała rozpromieniona Hermiona, trzymając w dłoni coś, co prawdopodobnie było ropuchą Neville'a. Natomiast pomiędzy jej nogami pałętał się najdziwniejszy kot, jakiego Harry w życiu widział; wielki i pomarańczowy, z dziwacznie spłaszczonym psykiem, wyglądającym jakby w pełnym rozpędzie zderzył się ze ścianą. Kocur łypnął na Harry'ego spode łba, następnie z gracją podszedł do niego na swoich krzywych łapach.
Silna ulga, którą wywołał widok przyjaciółki, rozeszła się falą gorąca po jego klatce piersiowej. Ostatnim razem, gdy widział Hermionę, ta leżała spetryfikowana w Skrzydle Szpitalnym, pod opieką madame Pomfrey.
– H-hej… – wyjąkał nieskładnie, ze wciąż ściśniętym gardłem. Nagle wszystko stało się zbyt trudne, by stawić temu czoła. – Ciebie też dobrze widzieć, ja... – Kocur wybrał akurat tę chwilę, by zacząć się do niego łasić, mrucząc przy tym gardłowo. Harry, zdezorientowany, spojrzał w dół a następnie na Hermionę.
– Wyjaśnię ci później – machnęła ręką, zapominając, że trzyma w niej ropuchę, która zarechotała w proteście. – Och, wybacz mi, Teodoro! Neville znowu ją zgubił – dodała, dostrzegając oszołomienie Harry'ego. – Wejdźmy po prostu do środka. Chodź, Krzywołapku! – Najzdolniejsza uczennica Hogwartu, jakby nigdy nic, chwyciła Harry'ego za ramię i otworzyła drzwi przedziału. Ruda bestia, z dumnie podniesionym ogonem, przemknęła zwinnie pomiędzy ich nogami.
– Gdzie byłeś przez całe lato, Harry? – zapytała, zamykając drzwi. Odłożyła obrażoną Teodorę na siedzenie i sama zajęła miejsce obok. Krzywołap od razu wskoczył jej na kolana i zamruczał z zadowoleniem, gdy podrapała go za uszami. – Myśleliśmy, że coś ci się stało, przez całe lato nam nie odpisywałeś i nie dawałeś znaku życia!
Harry poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku i odruchowo zacisnął dłonie na skraju swojej bluzy. Nawet przez chwilę nie przeszło mu przez myśl, że po tym wszystkim, co się stało, któreś z jego przyjaciół chciałoby do niego napisać. Jedynymi ludźmi, usilnie starającymi skontaktować się z nim przez całe lato, byli pracownicy Ministerstwa Magii i redaktorzy różnych gazet, którzy tak męczyli Harry'ego listami, że w końcu kazał staremu Tomowi nawet ich mu nie przekazywać, tylko od razu palić. W życiu nie przyszłoby mu do głowy, że w tych plikach mogły znajdować się jakiekolwiek inne wiadomości, a już na pewno nie te od Rona i Hermiony.
– Byłem przesłuchiwany w sprawie Riddle'a.
Zupełnie nie to chciał powiedzieć, ale słowa opuściły jego usta, zanim zdążył je powstrzymać. Było tyle rzeczy, którymi chciał się podzielić w ciągu minionych dwóch miesięcy ze swoimi przyjaciółmi, tyle razy planował w myślach tę rozmowę… Teraz jednak, siedząc naprzeciwko Hermiony, miał w głowie kompletną pustkę. Nie potrafił dobrze ubrać w słowa tego, co chciał powiedzieć.
Hermiona przyjrzała mu się z troską, najwyraźniej zauważając męczące go napięcie.
Dotyk mniejszej dłoni na jego własnej, uzmysłowił mu, że przez cały czas zaciskał ręce w pięści. Spróbował się rozluźnić, zaskoczony swoją nerwowością.
– Jeśli chodzi o sowy… – pokrótce opowiedział jej o natrętnych dziennikarzach, czekających na niego w hallu Ministerstwa po każdym przesłuchaniu i wysyłanych przez nich listach, których nie miał zamiaru czytać, a co dopiero na nie odpowiadać. – Przepraszam, naprawdę nie sądziłem, że którekolwiek z was będzie chciało mieć ze mną kontakt.
– Nie bądź głupi, Harry – żachnęła się Hermiona, choć jej głos był miękki. – Śmierć Ginny nie była twoją winą, zapewniam cię, że nikt z nas tak nie myśli.
Harry sztywno kiwnął głową, a na jedno z jego kolan wskoczyła Teodora.
– Co... co u Rona? Jak się czują państwo Weasley? – spytał cicho, pozwalając ropusze Neville'a zagnieździć się w swojej dłoni. Rozległ się krótki, skrzekliwy rechot. – Chciałem przyjść na pogrzeb, ale zatrzymano mnie w Ministerstwie.
– Wiemy, Harry, Dumbledore nam przekazał. Zjawił się na pogrzebie, ale nie chciał z nami rozmawiać i zniknął zaraz później – odpowiedziała z pewną nutą wahania. – Cała rodzina Weasleyów bardzo to przeżyła, ale wszyscy zaczynają już dochodzić do siebie. Pan Weasley wygrał w pracy jakąś nagrodę pieniężną, więc po pogrzebie pojechali do Billa, do Egiptu. To trochę pomogło im otrząsnąć się z szoku, choć pani Weasley nadal miewa napady płaczu – głos Hermiony załamał się nieco przy ostatnich słowach, ale dzielnie kontynuowała: – A Ron… on bardzo chce się z tobą zobaczyć, Harry. Musisz jednak zrozumieć, że jest w tej chwili... rozchwiany emocjonalnie, zwłaszcza od kiedy dowiedział się, że Riddle...
– Został oczyszczony ze wszystkich zarzutów – dokończył gorzko Harry, czując nieprzyjemne ukłucie nienawiści – i wypuszczony na wolność, gdzie z pewnością będzie się starał powtórzyć sukces Voldemorta.
Krzywłap prychnął, a Hermiona skrzywiła się na dźwięk tego nazwiska, ale ze zrozumieniem podeszła do nagłej zmiany tematu.
– Zupełnie nie rozumiem, jak do tego doszło. Tom Riddle to Sam-Wiesz-Kto we własnej osobie, to po prostu niepojęte – zacisnęła usta, niezwykle upodabniając się tym do profesor McGonagall.
– Hermiono, oni tam wszyscy po prostu postradali zmysły. Ten proces to kpina, a Knot zamiast myśleć logicznie, zbagatelizował sprawę, by ośmieszyć Dumbledore'a! – Furia i rozpacz nareszcie znalazły ujście w jego głosie. Z trudem powstrzymywał się przed krzykiem. – Cały ten Wizengamot to banda czystokrwistych dupowłazów, którzy wpływ na Ministerstwo wykupili sobie złotem. Więcej niż połowa obecnych poparła ten chory wniosek, a Dumbledore po wszystkim nawet nie pofatygował się, by ze mną porozmawiać!
– Harry, on z nikim z nas nawet...
– TAK, ALE TO PRZY MNIE UMIERAŁA! TO JA WALCZYŁEM Z BAZYLISZKIEM! TO JA, JA PATRZYŁEM, JAK RIDDLE OPUSZCZA PAMIĘTNIK! TO ODE MNIE WSZYSCY OCZEKUJĄ POKONANIA VOLDEMORTA, A NIKT NAWET NIE KWAPIŁ SIĘ, BY POWIEDZIEĆ MI O HORKRUKSACH!
Dyszał ciężko, znów zaciskając dłonie w pięści, a krew pulsowała mu w żyłach. Wiedział, że Hermiona nie była niczemu winna, ale nie był w stanie powstrzymać się od wybuchu. Kotłujące się w nim emocje przez całe lato szukały ujścia – wściekłość mieszała się z bezradnością, a rozpacz z poczuciem winy. Najgorsze ze wszystkich było jednak poczucie osamotnienia, które tylko przybrało na sile, gdy zobaczył Hermionę i usłyszał o Weasleyach.
Dwójka jego najlepszych przyjaciół żyła w zupełnie innym świecie. Oboje wychowywali się w kochających rodzinach i od zawsze doświadczali tego, czego on nigdy nie zaznał. Jak bardzo by się nie starał, zawsze ostatecznie kończył sam, nierozumiany przez nikogo – bo jego przeżyć po prostu nie dało się opisać, trzeba było samemu ich doświadczyć.
– Posłuchaj Hermiono – podjął, gdy trochę już ochłonął – ja po prostu... myślę, że powinniście zostawić mnie samego. Żadne z was nie ma obowiązku się tym zajmować, a ja... ja będę musiał stawić temu czoła, bo tego właśnie się ode mnie oczekuje.
Spodziewał się, że Hermiona obrazi się i wyjdzie, ale ona nawet nie ruszyła się z miejsca. Zamiast tego Harry zobaczył w jej oczach złość, co wprawiło go w konsternację. Krzywołap, również wychwytując zmianę nastroju, zjeżył się i zeskoczył na ziemię.
– Czy ty słyszysz, o czym w ogóle mówisz, Harry Potterze? Oczywiście, że ja, Ron i wszyscy inni mamy obowiązek się w to angażować! – gdy w końcu się odezwała, jej głos brzmiał tak, jakby lada moment miała go rąbnąć zaklęciem. – Nie tylko ty walczysz przeciwko niemu, my wszyscy musimy stanąć w obronie przyszłości świata czarodziejów! Myślisz że teraz, kiedy Riddle jest na wolności, po prostu sobie odpuścimy, jak gdyby nic się nie stało?!
– Nie, ja po prostu...
– Cokolwiek mówi Ministerstwo, śmierć Ginny NIE BYŁA nieszczęśliwym wypadkiem, Harry! To morderstwo, tak samo, jak w przypadku Quirrela czy twoich rodziców, a znając Sam-Wiesz-Kogo, na tym z pewnością się nie skończy!
Harry nie wiedział, jak zareagować na to nagłe, ostre oświadczenie Hermiony. Prawdę mówiąc, po jej słowach poczuł się dość głupio – dopiero teraz dotarło do niego, że przez ostatnie miesiące faktycznie myślał przede wszystkim o sobie. Hermiona miała rację – niezależnie od tego, jak bardzo jego własne życie przeplatało się z życiem Voldemorta, większość czarodziejów w pokonaniu Czarnego Pana miała własny interes.
– Hermiono, muszę cię o coś spytać...
– Harry, co to są horkruksy?
Ten rok zapowiadał się ciężko.
Tom stał, w milczeniu obserwując Hogwart, rozświetlający tysiącem świateł nocne niebo.
Widok ten wywoływał w nim niechciane uczucia. Nostalgia była jednym z nich, prowokując przy tym inne emocje do wypłynięcia na wierzch – radość i ekscytację, wymieszane z dziwnym żalem i poczuciem bezpowrotnej straty. Trwał zawieszony pomiędzy rzeczywistością, a intensywnymi wspomnieniami sprzed pięćdziesięciu lat, gdy jako jedenastolatek stanął tu po raz pierwszy.
W jakiś pokrętny, niezrozumiały dla niego sposób doznanie było równocześnie przyjemne i irytujące. Z całą pewnością nie chciał tam wracać, mimo to nie mógł stłumić silnego wrażenia deja-vu. Hogwart był niegdyś jego prawdziwym domem, jedynym, jaki kiedykolwiek miał. Te czasy minęły jednak bezpowrotnie i musiał o tym pamiętać.
Po dłuższej chwili zmusił się w końcu do odwrócenia wzroku.
– Tom Marvolo Riddle? – rozległ się oschły głos tuż przy jego uchu.
Otrząsnął się z zamyślenia i szybko wyprostował, krzyżując spojrzenie z nauczycielem, wysłanym, by odebrać go ze stacji. Okazał się nim wysoki, posępnie wyglądający czarodziej w czarnych szatach, którego twarz w słabym świetle latarni nieprzyjemnie kojarzyła się z sępem. Unosił teraz brwi, patrząc na niego pytająco.
– Tak, to ja – odparł raczej uprzejmie, choć było to oczywiste. – A pan, jak mniemam...
– Severus Snape, Mistrz Eliksirów pierwszego stopnia i nauczyciel tegoż przedmiotu. Za mną.
Tom nie ociągał się z wykonaniem polecania, niechętnie podążając za łopoczącą szatą Snape'a. Przez całą drogę do zamku nie odezwał się nawet słowem, całkowicie zatopiony we własnych przemyśleniach. Żaden z nich nie czuł zresztą potrzeby wszczynania konwersacji – choć, jak zdążył zauważyć, Mistrz Eliksirów umiejętnie maskował emocje.
Nie mógł wyczytać jego twarzy żadnych wskazówek odnośnie tego, co czekało go Hogwarcie. Dumbledore'em i jego strategią zajmie się później.
Zabawne było to, że rozstrzygnięcie jego procesu zostało częściowo utajone. Prorok Codzienny zamieścił, co prawda, dłuższy artykuł na ten temat, brakowało w nim jednak informacji dotyczącej przydzielenia Toma do Hogwartu. Pomijając fakt, że przedstawiciele czarodziejskich mediów nie mieli wstępu na żadną z rozpraw, połowiczne zatajenie wyroku było zabiegiem dość dziwnym. Wyglądało na to, że Dumbledore nie chciał, by ta informacja wyciekła do prasy przed rozpoczęciem roku szkolnego.
Riddle uśmiechnął się, wyobrażając sobie reakcję Harry'ego na swoją obecność w zamku.
/
