2: 16 czerwca 2012 – 29 czerwca 2012

Gdyby Sherlock miał komuś zaufać, zaufałby Johnowi. I Moriarty o tym wie. Więc Sherlock robi coś, czego nie znosi tak bardzo, że aż skóra go swędzi z irytacji – okazuje zaufanie komuś innemu. I oddaje mu kontrolę.

To działa. Nie wszystko jednak idzie idealnie – Sherlock nie przewidział, że Moriarty wyciągnie pistolet.

Może nie jest to problem nie do obejścia, ale pomyłka wynikająca z bezmyślności, zaś jej rezultat - dość niefortunny. Krew Moriarty'ego rozlewa się wokół ciała i mają o wiele mniej czasu. Detektyw myśli nad tym, jednocześnie błyskawicznie pisząc SMS-a: „Ciężarówka, już, szybko". Sądzi, że nie będzie miała nawet pięciu minut, chyba że John zabawi w mieszkaniu dłużej niż Sherlock zakłada, a przynajmniej dwie minuty zajmie przygotowanie ciała, nawet z pomocą i... nie, nie, cholera, mają jeszcze mniej czasu. Oto taksówka, Sherlocka boli głowa, w której plącze się tylko jedna męcząca myśl: Proszę. Molly. Szybko.

Koszty pomyłki rosną: będzie musiał skoczyć z dachu o wiele za szybko, John nie wytrzyma dużo dłużej. Musi więc uwierzyć, że ona nie popełni błędu. Nie mogą sobie pozwolić na kolejny. Czuje bardzo niepokojący niepokój i pewnie dlatego nie ląduje tak jak powinien, jego jedna noga ześlizguje się boleśnie po worku z pościelą, gdy próbuje bezskutecznie zwinąć się w kłębek. Przygryza mocno dolną wargę i rozpłaszcza się na pościeli, na dnie przyczepy. Zanim pojazd rusza, zdąża doliczyć do jedenastu.

Po pięciu minutach jazdy (skręt w lewo skręt w prawo skręt w prawo skręt w lewo) czuje pojedynczą wibrację telefonu w kieszeni. Wyciąga go, odczytuje wiadomość, głęboko wciąga powietrze i śmieje się cicho, a potem zasłania twarz ręką, by nie patrzeć w niebo.

11:47 Od: +447700900781

Pozwolili mi przeprowadzić Twoją sekcję zwłok. Wszystko dobrze. Nawiasem mówiąc, wisisz mi nowy fartuch laboratoryjny.

Z całą pewnością się poobijał – najgorzej jest z kolanem, obawia się, że może być zwichnięte – ale wie, że mogło być o wiele gorzej. Gdyby nie wycelował tak dokładnie, gdyby nie udało mu się podciągnąć nóg... Drżą mu dłonie, gdy kluczem otwiera drzwi, wchodzi do środka i je zaryglowuje. Jakimś cudem udaje mu się dotrzeć do kanapy. Mebel jest zdecydowanie za krótki, ale płaski, i można oprzeć nogi o podłokietnik. Przychodzi do niego kot (oczywiście, powinien przewidzieć, że będzie tu kot) i wspina mu się na brzuch. Dokładnie dwa razy i ani jednego więcej. Sherlock drugi raz zrzuca zwierzę na podłogę, zamyka oczy i ostatecznie osuwa się w ciężki, pozbawiony snów sen, i nie budzi się, dopóki ktoś lekko nie puka do drzwi.

Sherlock jęczy i podnosi się. Z kolanem jest fatalnie. Przełyka przykre, szarożółte uczucie w gardle i z trudem robi kilka kroków, by wpuścić Molly. Kobieta rzuca na niego okiem, bez pytania obejmuje go ramieniem i pomaga wrócić na kanapę.

- Co złamałeś? - pyta, rzucając swoje rzeczy na ziemię i siadając na brzegu stolika do kawy, by go dotknąć. Szyja, ramiona, żebra.

- Nic nie złamałem – warczy. - Kolano...

Molly ostrożnie przesuwa po jego kolanie małymi dłońmi i wzdycha.

- Skręcone, jak sądzę - mówi. - Ale brzydko puchnie.

- Cholera – Sherlock zgrzyta zębami i pociera twarz. - Nie mogę... Nie mogę po prostu tak leżeć, ja...

- Nie udawaj, bałeś się, że będzie gorzej – odpowiada ona. - Skoczyłeś z czteropiętrowego budynku. To cud, że nic nie złamałeś.

- Nie wylądowałem na asfalcie – prycha, po czym zerka na nią i przyznaje – sądziłem, że może być zwichnięte.

Uśmiecha się do niego lekko, kładąc dłonie po obu stronach jego kolana.

- Raczej nie – mówi i wstaje. - Ale mam lód i udało mi się gwizdnąć trochę co-codamolu. Bałam się, że będziesz go potrzebować.

- Ja... dziękuję – odpowiada jej. Kobieta zamyka drzwi na zasuwę i na łańcuch, przynosi mu lód zawinięty w ręcznik, szklankę wody i swoją torbę, z której wyciąga co-codamol.

- Zaraz dam ci coś do jedzenia, poczekaj – mówi, zdejmując z siebie mokry płaszcz i tenisówki. - Ale nie mam niczego, w co mógłbyś zawinąć kolano, musisz poczekać, aż znów wyjdę z domu.

Sherlock wytrząsa trzy tabletki i połyka je bez popicia, a potem wypija wodę. Dopiero wtedy zauważa naklejkę na opakowaniu. Mruga dwukrotnie i woła:

- Molly! Dlaczego lek jest przepisany na Johna?

- Och... - odpowiada mu, podchodząc z dwoma talerzykami herbatników i dwoma kubkami herbaty. - Przyjęli go do szpitala, on...

- Nic mu nie jest – przerywa jej Sherlock odrobinę zbyt szybko. - On nie...

- Wszystko z nim dobrze, Sherlock – uspokaja go, znów siadając na stoliku i podając mu jego porcję. - Lekkie wstrząśnienie mózgu, trochę się potłukł. Nawet go nie odesłali do Royal London, wypuścili go, zanim skończyłam.

- Och. – Supeł między żebrami odrobinę się rozluźnia. - No to... czemu masz jego co-codamol?

- Zgubił go w metrze. To znaczy... Powiedziałam w szpitalu, że zgubił go w metrze i zadzwonił do mnie, żeby spytać, czy mogłabym załatwić nowy.

Sherlock wbija w nią wzrok.

- Kłamałaś, żeby przynieść mi dragi.

Kobieta odgryza kawałek herbatnika, potem mówi cicho:

- Kłamałam też w sprawie sekcji zwłok. Po tym już nic nie robiło mi różnicy.

Sherlock wypuszcza powietrze z ust i bierze ciastko.

- Molly... - zaczyna, po czym wzdycha i kontynuuje – Jestem twoim dłużnikiem.

Molly obserwuje go z tą swoją poważną miną szarej myszki, a potem mówi:

- Jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli przyjrzą się dokładniej... To nie będzie trzymać się kupy, wiesz o tym.

- Nie przyjrzą się dokładniej – odpowiada.

- No ale wiesz... Nie jesteś teraz specjalnie lubiany – mówi miękko.

- I rzuciłem się z budynku – przypomina jej. - Nie przyjrzą się dokładniej.

Kiwa głową i mówi:

- Chciałeś, żebym ci powiedziała o... - Brzmi odrobinę niepewnie.

Sherlock przełyka ślinę.

- Tak – mówi. Tutaj wszystko może się popsuć, jeśli jest na tyle głupia, że wybrała... ale nie miał wyjścia, nie miał wyjścia, do cholery. Potrzebował jej. - Muszę wiedzieć, kto...

- Kierowca, Brian Jessup. – Pochyla się w jego stronę. - Mieszkał dwa domy od mojego domu rodzinnego. Zawsze się przyjaźniliśmy. Nie spytał nawet dlaczego. Czekał na mojego SMS-a, bo go o to poprosiłam. Nie wie o niczym. I... był jeszcze mój chło... hm. Przyjaciel. Powiedziałam mu, że chodzi o zakład, żeby się upewnić, że on nie... No cóż. Obserwował Johna. Fred Evans. Nie jest głupi, może czegoś się domyśli, wie, że... wie że pracujemy razem.

Sherlock kiwa głową w zamyśleniu.

- A ciało? - pyta.

Molly odgryza kawałek ciastka, gryzie go i przełyka. Potem mówi:

- Mike.

Sherlock wbija w nią wzrok. Ma wrażenie, że klatka piersiowa mu się otwiera i zaraz na podłogę zaczną wypadać jego wnętrzności.

- Mike. Mike Stamford.

Molly pije herbatę.

- Ty... - mówi, słysząc, jak jego głos robi się coraz wyższy - ...zaangażowałaś w to jedyną osobę w budynku, którą John uznaje za przyjaciela, ty...

- Tak – przerywa mu. - Bo ty zaangażowałeś mnie; powiedziałeś, że chodzi o to, by chronić Johna i że najważniejsze jest, żebym to ja wybrała osobę, która ze mną przeniesie ciało, bo jeśli to ty wybierzesz, Jim będzie wiedział. Więc wybrałam Mike'a.

- Oni się spotykają – mówi Sherlock z desperacją. Serce bije mu jak oszalałe, a kolano nieprzyjemnie pulsuje.

- Wiem – odpowiada. - To on was sobie przedstawił. Ty nie wybrałbyś Mike'a.

- Powie mu – stwierdza Sherlock. - Oni chodzą pić...

- Właśnie na tym polega twój problem – mówi Molly cicho. - Myślisz, że nikomu nie wolno zaufać, tylko ludziom, którzy nie mają żadnego powodu, by cię zdradzić. Myślę, że lepiej byś wyszedł na ufaniu ludziom, którzy mają każdy możliwy powód, by ci pomóc. - Wstaje. - John jest dla Mike'a ważny. I Mike mi ufa. Ufa tobie. Nie piśnie słówkiem.

xxx

Sherlock przesuwa herbatniki na talerzyku, pije herbatę i obraża się. Molly idzie wziąć prysznic. Wychodzi z łazienki pół godziny później, otulona szlafrokiem w odcieniu różu, który zupełnie nie pasuje do jej cery. Ma też na sobie parę miękkich, szarych spodni do biegania. W nich wygląda dobrze, ale nawet nie przychodzi mu do głowy, by to powiedzieć.

- Jutro załatwię coś, czym będziesz mógł owinąć kolano – mówi mu. - Pada, nie będę już dziś wychodzić.

Sherlock oblizuje wargi.

- Mike – mówi.

- Nic nikomu nie powie – zaznacza Molly.

- Masz rację, ja bym go nie wybrał – stwierdza Sherlock. Nie sądzi, żeby było go stać na powiedzenie czegoś bardziej zbliżonego do przeprosin.

Molly na chwilę zamiera. Potem podchodzi, znów siada na brzegu stolika do kawy i podnosi kota z podłogi.

- John – mówi. - Kochasz go.

Sherlock zamyka oczy i wzdycha.

- Naprawdę, Molly, to pytanie jest grubo poniżej twoich możliwości.

- To nie było pytanie.

Sherlock spogląda na nią. Odpowiedź zajmuje mu dłuższą chwilę.

- Jest moim przyjacielem. Jego bezpieczeństwo jest dla mnie istotne.

- No tak – mówi Molly. - To właśnie powiedziałam. - Drapie kota za uszami. Zwierzę przymyka oczy i głośno, miękko mruczy. Sherlock generalnie nie lubi kotów, ale musi przyznać, że ten dźwięk jest uspokajający.

- My nie... Nasza relacja nie jest seksualna – informuje ją Sherlock, a ona odpowiada:

- A co to ma do rzeczy?

Sherlock przełyka ślinę i znów wbija wzrok w sufit.

- Po prostu jego bezpieczeństwo jest dla mnie ważne.

Molly nie odpowiada, wciąż głaszcząc kota po głowie. Takie przycupnięcie na stoliku do kawy musi być niewygodne. W końcu mówi cichym głosem:

- I co zrobisz. - To nie jest nawet pytanie.

Sherlock pociera kciukami o resztę palców, a potem kładzie dłonie na piersi. Myśli o inwentarzach, o zmiennych, o nieprzewidywalnych reakcjach chemicznych; o Molly, która nie zadaje pytań; o Johnie, który rozświetla ciemność. Myśli o Richardzie Brooku, aktorze, i o zabójcach mieszkających na Baker Street; o trzech pistoletach, trzech kulach i o haśle, o sygnale; o Stamfordzie, który stanowi niespodziankę; o ciężarze pistoletu Johna, który wciąż tkwi w jego kieszeni. Myśli o dokumentach, o identyfikacji, o komórce w kieszeni, która nie odpowiada mu aż tak bardzo, jak stara. Myśli o dziurze w przestrzeni po jego prawej stronie i przed nim, o niezliczonych mężczyznach i kobietach w Londynie, którzy wcale nie chcą nic widzieć, o jednym adresie e-mailowym, zawieszonym na zakrzywionym palcu gdzieś w głębi jego umysłu, połyskującym czterema szotami fatalnej amerykańskiej whiskey. Myśli o tym, co wciąż ma, a co nie jest bezużyteczne.

- Myślę... - mówi w końcu - … że będę musiał zabić kilku ludzi.

Dłoń Molly zamiera na kociej głowie.

Sherlock odwraca twarz w jej stronę i pyta:

- Nadal chcesz mi pomóc?

Obserwuje go przez chwilę, zaciskając usta, a potem kiwa głową, a jej oczy błyszczą determinacją i strachem.

- Muszę pożyczyć twojego laptopa – oznajmia Sherlock.

xxx

Spędza większość niedzieli leżąc na plecach, z torbą lodu przyciśniętą do stabilizatora kolana, który Molly kupiła za jego ostatnie pieniądze; spędza poniedziałek i wtorek pokazując się ludziom, ale tylko we właściwych miejscach. Zmusza się, by ignorować cały swój niepokój. Wie, że problemy finansowe wkrótce się skończą, John nie ma swojego pistoletu, a on pożyczył od Molly wystarczająco forsy, by zainwestować tam, gdzie musi. Nie zawsze jednak musi – z jakiegoś powodu oni darzą go zaufaniem – w środę jego telefon jest do połowy zapchany zdjęciami, a kolano niemal nie boli.

John nie pojawia się na pogrzebie, tak jak Sherlock. Pojawiają się za to jego ludzie i Sherlock obserwuje twarze, dzieląc je na grupy: głównie dziennikarze, których z kolei można podzielić na poważnych i niebezpiecznych; garstka osób, które chcą się upewnić, że naprawdę nie żyje; Molly i Stamford, którzy nieustannie odwracają oczy – jasna cholera, żadne z nich nie umie kłamać!; pani Hudson, która nigdy w niego nie wątpiła; Lestrade, który nie chciał wątpić. I Mycroft, który wygląda na złego (przynajmniej na tyle, na ile Mycroft zdolny jest do takich emocji) i, z jakiegoś powodu, dziwnie młodego. Nikt inny, kogo zna, nie zaszczycił pogrzebu swoją obecnością. Wie, że Donovan siedzi w swoim mieszkaniu, zastanawiając się, czemu czuje się winna, a Anderson w swoim, zastanawiając się, czy uda mu się wykorzystać sytuację, by znów ją przelecieć. Wszyscy są przewidywalni, poza Johnem. Który nie przyszedł.

Wysyła e-maila w środę, w środku nocy, czeka z telefonem, dopóki nie sztywnieje mu kark i dopóki nie ma pewności, że ona wie, czego mu trzeba. Zmaga się z deszczem, odbierając nowy paszport w czwartkowe popołudnie i podrzucając paczkę na pocztę. Telefon wibruje mu w kieszeni niecałe dziesięć minut później. To zdjęcia. Jedno, drugie, trzecie. John, z zaciśniętymi ustami i mokrymi rękawami obok Harry, która sięga do klamki. Jej parasolka ocieka wodą. Jest zamazana z powodu deszczu – John, z jakiegoś powodu, nie jest. Kąciki ust Sherlocka opadają, gdy przekazuje wiadomość dalej.

13:04 Do: +12125557139

Musisz zrobić to teraz

(załączono zdjęcie)

Spędza popołudnie, kompletując potrzebne mu rzeczy. Przed powrotem do mieszkania Molly ma już nowy laptop. Student historii, bez dziewczyny, rozwiedzeni rodzice, nawracający refluks. Idiota nie zamykający mieszkania na klucz, kiedy wychodzi po kawę (której, swoją drogą, nie powinien pić). Głupi i przewidywalny, a Sherlock i tak potrzebuje laptopa bardziej. W przypływie wielkoduszności kompresuje folder z plikami dotyczącymi studiów, otwiera skrzynkę e-mailową i wysyła go razem z informacją o podstawowych zasadach bezpieczeństwa w domu z adresu należącego do tego chłopaka. Cztery eseje, na które Sherlock rzucił okiem nie były zupełnie do niczego, więc przypuszcza, że można mu pozwolić na ukończenie studiów. Potem formatuje dysk i instaluje na nowo system z dwóch DVD, które chłopak trzymał wetknięte w kieszeń torby na laptopa. Naprawdę, czego oni ich uczą na tych uniwersytetach?

Do czasu gdy system śmiga na nowo, Molly zdążyła przygotować chińszczyznę, która już nawet wystygła. A Sherlock otrzymał swoją odpowiedź.


21.07.2012 00:05

Od: rekanapulsie gmail. com

jeszcze oddychasz?

powinieneś znać mnie lepiej. Cóż, podziel się troskami. +1212-555-7139


21.07.2012 14:59

Od: rekanapulsie gmail. com

zrobione

a co zamierzasz zrobić, jeśli spróbuje ci odpisać?


21.07.2012 15:30

mw10618562 gmail. com

Re: zrobione

Nie odpisze.


21.07.2012 20:37

od: rekanapulsie gmail. com

Re: zrobione

Bo on cię nigdy nie zaskakuje. No tak, zapomniałam.


Sherlock odnajduje Diaczenko w niedzielę rano. Nie daje mu dużo informacji, zaledwie dwa nazwiska (mężczyzna z Brukseli, o którym nikt nie wie zbyt wiele), ale to zawsze coś. W ramach wdzięczności pozwala jej najpierw stracić przytomność – to jedyna wdzięczność, jaką może okazać.

Potem pozwala sobie podążyć za tym, co wynika z dwóch zamazanych zdjęć pani Hudson (ubranej na czarno, z liliami w ręku), i widzi to, na co miał nadzieję. Z Johnem wszystko w porządku, wygląda w porządku; płacze, ale jest w porządku. Sherlock zaciska palce na johnowym pistolecie w kieszeni i obserwuje go, chociaż stoi zbyt daleko, by odczytać słowa przyjaciela z ruchu jego warg, chociaż to zapewne niebezpieczne. Z Johnem wszystko w porządku.

Z Johnem wszystko w porządku.

xxx

Sherlock kupuje Molly nowy fartuch laboratoryjny w czwartkowe popołudnie, a potem sobie - najtańszy bilet, jaki może znaleźć, i leci do Brukseli. Wraca w piątek i włamuje się do mieszkania, bo Molly wciąż nie dorobiła kopii kluczy, i zasypia na kanapie z nogami przerzuconymi przez podłokietnik. Nawet nie zdejmuje płaszcza. Śpi, dopóki drzwi się nie otwierają, a wtedy zrywa się na nogi, automatycznie wyciągając pistolet, a ona zamiera w drzwiach.

Kobieta oblizuje wargi.

- Kiepski dzień? - pyta.

Sherlock wzdycha i opuszcza ramię, zabezpiecza znów broń i wsuwa ją do kieszeni.

- Nie, właściwie to nie.

Molly zamyka drzwi.

- Mike o ciebie pytał.

- Mam nadzieję, że użył kodu. - Sherlock podrywa głowę.

Kobieta prycha śmiechem, po czym urywa i mówi:

- No nie, ty mówisz poważnie.

- Hmm. - Jego głos robi się wyższy. - No nie wiem, udałem własną śmierć, zastanówmy się, czy mówię poważnie.

- Nie użył imienia ani nic. - Zmarszczka na czole postarza ją. - Spytał tylko, co z moim kumplem. Poza tym nikogo nie było w pobliżu.

- Nie zachowuj się jak idiotka – warczy Sherlock. - Nigdy nie wiesz, czy kogoś nie ma w pobliżu.

- Ty wiesz, że nikogo nie ma w moim mieszkaniu – stwierdza sucho. Odkłada torbę na podłogę i zdejmuje ubranie wierzchnie.

- Przeszukałem je – odpowiada.

- Przeszu... - Molly wypuszcza z płuc powietrze. - Sherlock, przeszukałeś moje mieszkanie?

- Pomieszkuję tu – odpowiada. - Muszę mieć pewność, że nikt nie podsłuchuje.

Molly wydaje z siebie cichy, zirytowany dźwięk i umieszcza płaszcz na wieszaku bardziej gwałtownie niż to konieczne.

- Co ty tu właściwie robisz? - pyta. - Dlaczego nie... nie mieszkanie? Albo hotel? Skoro nie jesteś tu, bo oni... bo nikt nigdy o mnie nie myśli, bo oni nie... Nie rozumiem, dlaczego włamujesz mi się do mieszkania, śpisz na kanapie bez pytania albo...

- Wiadomo mi, że wolałabyś, żebym skorzystał z łóżka – prycha, zaciskając ręce na swoim płaszczu.

Kobieta uderza dłonią w drzwi. Zaskakujące. Wbija w nią wzrok.

- Ani się waż to wykorzystywać – mówi, a jej głos się łamie. - Nie waż się. Nie waż się, nie po tym... Po wszystkim, co... Po prostu... Nie.

Sherlock milczy. Molly wbija w niego wzrok, a potem ociera rękawem twarz.

- Nie wykorzystałbyś tego przeciw Johnowi – mówi zduszonym głosem. - Nie przeciw niemu, więc czemu musisz to wykorzystywać przeciw mnie?

- Dla Johna nie jestem atrakcyjny – odpowiada Sherlock po chwili ciszy, a ona prycha cichym, ostrym śmiechem, a potem spogląda na niego twardo i mówi:

- Nie o to chodzi. Nie o to chodzi, Sherlock, po prostu... nie o to chodzi.

Odwraca się i odchodzi. Sherlock otula się płaszczem. Po minucie słyszy włączony prysznic. Przełyka ślinę, wstaje i podchodzi do lodówki. Nie jest wybitnym kucharzem, ale umie przygotować jajka i tosty, i herbatę, więc to robi. Kiedy Molly wychodzi z łazienki w szarych spodniach i t-shircie, z mokrymi, rozpuszczonymi włosami, Sherlock przysuwa w jej stronę talerzyk stojący na malutkim stole i mówi:

- Dwie kostki cukru, bez mleka? - I podaje jej herbatę.

Molly wbija w niego wzrok.

- To było... niepotrzebne – mówi on i znów starannie owija się płaszczem. - Przepraszam.

- Och.

- Naprawdę – Urywa i oblizuje usta. - Jesteś... jesteś dla mnie pomocna. Myślę, że... że bez twojej pomocy bym sobie nie poradził.

- Och. - Bierze łyk herbaty i sięga po widelec.

Po chwili Sherlock mówi:

- Mike.

Ona mówi:

- On nic nie powie.

On na to:

- Jest lekkomyślny, Molly.

Ona przełyka kawałek jajka i nie patrzy mu w oczy.

Sherlock myśli nad tym przez chwilę, od korzeni poprzez pień aż do gałęzi, po czym powoli wypuszcza z płuc powietrze i idzie po swojego laptopa. Otwiera skrzynkę mailową, rozprostowuje palce i pisze:

Potrzebuję, żebyś zrobiła coś jeszcze.

Potem zapada długa cisza.


03:41 Od: +12125557139

oszalałeś.


03:42 Do: +12125557139

Proszę.


03:42 Od: +12125557139

chyba nie wyobrażasz sobie, że to zadziała.


03:43 Do: +12125557139

Zapłacę ci.


03:43 Do: +12125557139

Proszę. Ja zrobiłem to dla ciebie.


03:47 Od: +12125557139

...już lepiej.


03:47 Do: +12125557139

Zrobisz to?


03:48 Od: +12125557139

lecę do Tokio. Nie dostałam nawet jeszcze twojego prezentu. Czego oczekujesz?


03:49 Do: +12125557139

To drobiazg. Irene, proszę.


03:53 Od: +12125557139

dobrze. Zrobię to, bo jestem twoją dłużniczką. Jeśli spróbujesz mi zapłacić, zabiję cię.


03:53 Od: +12125557139

i uważaj na słowa, SHERLOCKU...