Powoli poluzował uścisk, ale jego ręce wciąż spoczywały na ramionach kobiety. Cisza, która ponownie zapadła pomiędzy nimi zdawała się przeciągać w nieskończoność. Słychać było tylko szum deszczu i od czasu do czasu głuchy grzmot. Kunoichi powoli uniosła prawą dłoń na wysokość piersi, przymknęła oczy. Nie miała pewności, czy w tych warunkach ta technika zadziała, co więcej wcale nie wiedziała, czy użycie jej będzie konieczne. Wolała jednak dmuchać na zimne. Nie rozumiała zamiarów stojącego za nią shinobi i wcale nie była pewna, czy on nagle jej nie zaatakuje. Prawda, że jeśli chciał ją zabić, to mógł to zrobić już na samym początku, ale gdyby tak zrobił, to kobieta nigdy nie poznałaby jego tożsamości, a podświadomie czuła, że stojącemu za nią mężczyźnie bardzo na tym zależy... Szybko wykonała odpowiedni układ gestów i wolno odwróciła się w jego stronę. Tak jak się spodziewała, było zbyt ciemno, aby mogła dotrzeć jego oczy, ale na tyle jasno, aby stwierdzić, że w dłoniach mężczyzny, opuszczonych teraz swobodnie wzdłuż ciała, nie ma żadnej broni... Zmarszczyła czoło, teraz rozumiała jeszcze mniej niż na początku owego spotkania. Ninja nieznacznie przysunął się bliżej.
-Zadziwiające, prawda? Stoimy tu dłużej niż dwie minuty i jeszcze nikt nie jest ranny... – zawiesił głos, jakby chciał za wszelką cenę zagęścić i tak już gęstą atmosferę. Kobieta przymknęła oczy. Gra, prowadzona przez owego osobnika wyraźnie nie przypadła jej do gustu.
-Powiesz w końcu, o co ci chodzi, czy będziemy tu sterczeć, aż nas nowa era zastanie? – spytała z wyraźną nutka irytacji w głosie.
Uśmiechnął się. Wyczuła to wyraźnie w jego odpowiedzi:
-Gdyby to od de mnie zależało, nie dożyłabyś nawet wschodu słońca, ale mam rozkazy... – Cedził słowa powoli, wypowiadał je bardzo starannie, a ona czuła, jak powoli trafia ją szlak. Mimo to, wciąż stała spokojnie, naprzeciw mówiącego, udając zupełną obojętność. Tym czasem mężczyzna kończył swoją wypowiedź:
– Niewiarogodne, jak to się czasem dziwnie układa, prawda? Los może być życzliwy, nawet dla zdrajców, zwłaszcza jeśli, zmienia się władza... – ponownie zawiesił głos i obrzucił pogardliwym spojrzeniem całą jej sylwetkę. – Czwarty kopnął w kalendarz przeszło dwa miesiące temu, a Piąty najwyraźniej ma wobec ciebie inne plany...
Ostatnie słowa jakby ją poradziły, odebrały zdolność szybkiego reagowania, sprawiły, że usta poruszały się bezgłośnie, jak u ryby... Inne plany? Jakie znów inne plany? Po dziesięciu latach... Czy to w ogóle możliwe? Przecież opuściła wioskę z własnej woli i nigdy, ale to nigdy nie myślała, że mogłaby tam wrócić, albo chociażby zbliżyć się do jej bram... Zacisnęła dłonie na rąbku swojej tuniki, aby w ten sposób opanować ich drżenie. Słowa mężczyzny, powoli bardzo powoli torowały sobie drogę do jej umysłu. Oczy, podobnie jak usta, na przemian zamykały się i otwierały. Niestety, język kobiety, wciąż był skołowaciały. Shinobi Mgły wciąż jeszcze mierzył ją wzrokiem.
-Tak, ja też byłem zaskoczony – powiedział z przekąsem – Żeby po tylu latach i to jeszcze kogoś takiego jak ty – w ostatnim słowie wyczuwało się głęboką pogardę. – Ale jak już mówiłem, to nie zależy od de mnie...- obszedł ją dookoła. Znów poczuła na policzku jego oddech. – Zdaje się, że kiedyś twój klan był jednym z najsilniejszych, a zarazem najstraszniejszych klanów Ukrytej Mgły...
Osunęła się, na jej zdaniem bezpieczną odległość. Na reszcie była w stanie logicznie myśleć, a co najważniejsze wróciła jej zdolność mowy...
-Kekkei Genkai – wyszeptała – Więc to jest powodem, dla którego tu jesteś... jednak wciąż nie rozumiem, dlaczego? Przecież do tego wystarczy moje ciało...
Przyśpieszył kroku, nie przejmując się zupełnie szalejącą wokoło burzą. Odruchowo przymknął oczy, aby osłonić je przed coraz mocniej zacinającym deszczem, którego duże podobne do igieł krople, raz po raz uderzały w twarz mężczyzny. Zacisnął zęby. Jakiś dziwne, zupełnie nie zrozumiałe uczucie gnało go na przód i nie pozwalało się zatrzymać. Chociaż, nie miał pojęcia, skąd ono się bierze, wolał mu się nie sprzeciwiać. Niepokój coraz mocniej ściskał jego serce, sprawiał, że minuty ciągnęły się w nieskończoność... Zacisnął zęby. Zdawało mu się, że odległość po między domem, a łąką nagle wzrosła i wciąż się powiększa. Zaklął cicho. Ten dziwny, z każdą chwilą wzmagający się lęk wyzwalał w nim irytację, a jednak z jakiegoś powodu, nie potrafił mu się przeciwstawić. Zacisnął pięści, uniósł dotychczas opuszczą, wręcz wtuloną między ramiona głowę i spojrzał przed siebie. W świetle kolejnej błyskawicy, zobaczył wreszcie upragniony cel: niewielki pagórek, otoczony różanymi krzewami, wraz z dwoma postaciami stojącymi na jego szczycie. Zatrzymał się gwałtownie, jego prawa ręka powoli skierowała ku przymocowanej do uda pochwy. Powoli wyciągnął z niej kunai, a następnie uniósł na wysokość swojej klatki piersiowej i mocno ścisnął. Skradając się, chyłkiem okrążył wniesienie dokoła, starając się przy tym pozostać w jego cieniu. Z miejsca gdzie stał, nie mógł, z powodu burzy usłyszeć dokładnie całej rozmowy, ale od czasu, do czasu dochodziły do niego pojedyncze słowa, z których mógł bez większego trudu wywnioskować jej sens. Schował broń, oddychając jednocześnie z ulgą. Nic nie wskazywało na to, aby jego pomoc była konieczna, tym bardziej, iż po między rozmówcami raczej na walkę się nie zanosiło. Westchnął bezgłośnie. Więc, to co czuł było niczym nieuzasadnionym, fałszywym alarmem? Ale skoro tak, to dlaczego tak łatwo się temu poddał, co sprawiło, że tak po prostu dał się ponieść temu uczuciu? Co się z nim dzieje? Przecież nigdy nie reagował tak impulsywnie. Niewiele brakowało, a wyszedł by na głupca, gdyby nie elementarne zasady ostrożności... Mokre włosy wchodziły mu do oczu, poprawił je wolnym ruchem dłoni i raz jeszcze uniósł wzrok, akurat w tym samym momencie, kiedy jedna ze stojących na szczycie postaci, znikła w niewielkim obłoczku białego dymu. Dopiero wówczas wyszedł z cienia i szybkim krokiem zacząć wdrapywać się po śliskich od błota stokach pagórka...
Kobieta usłyszała dźwięk wydawany przez czyjeś obuwie i odwróciła się gwałtownie, z dłońmi na wszelki wypadek przygotowanymi do zawiązania pieczęci. Kiedy jednak rozpoznała zbliżającą się postać, natychmiast ponownie opuściła je wzdłuż ciała, a lekko drżące wargi, rozciągnęły się w wymuszonym uśmiechu.
-Tenshin? Jak długo tu jesteś? – pytanie jakby samo wyrwało się z jej gardła.
-Dopiero przyszedłem – skłamał tak naturalnym tonem, na jaki tylko było go stać. – Może wydać ci się to dziwne, ale poczułem, że możesz mnie potrzebować Nori-Chan...
-Jak widać wszystko w porządku – zaśmiała się nieco sztucznie. – Nie potrzebnie się martwiłeś...
Tenshin tylko wzruszył ramionami:
-Sam nie wiem co to było – powiedział cicho, jakby się przed kimś tłumaczył, ale po chwili wyprostował się i rzekł – Może lepiej będzie jak wrócimy? Jesteś całkiem przemoczona...
Drgnęła lekko, jakby ktoś nagle wyrwał ją ze snu.
-Tak, wracajmy – zgodziła się mechanicznie, podczas gdy jej myśli powoli zaczynały powracać do zakończonej ledwo parę chwil temu rozmowy z wysłannikiem Piątego Mizukage... Czy naprawdę miała szansę wrócić? Po tylu latach. Nigdy o tym nie marzyła, nawet nie zastanawiała się, czy tego chce, a jednak, jego słowa obudziły w niej wątpliwości. Mogła przestać być wyrzutkiem, mogła zagwarantować przyszłość swoim podopiecznym. Mogłaby znów nazwać jakieś miejsce domem, ale z drugiej strony przypomniała sobie ten pełen jadu i nienawiści głos posłańca. Głos mówiący: „zabije cię jak tylko nadarzy się ku temu okazja... Zerknęła ukradkiem na idącego obok Tenshina. Czy przypadkiem on nie dał jej domu? Takiego prawdziwego, nie tylko dachu nad głową, ale też odrobiny czegoś... Czegoś dziwnego, czego nigdy wcześniej nie zaznała. Nawet gdy była małą dziewczynką... Przysunęła się bliżej mężczyzny i delikatnie ujęła go za rękę. Może krótko się znali, ale i tak on był dla niej kimś wyjątkowym, kimś przy kim po prostu czuła się dobrze. Jednak on także należał do wyrzutków, a jedyna przyszłość, jaką mógł zapewnić zarówno sobie, jak i wszystkim, którzy go otaczali, wiązała się z ciągłym odrzuceniem przez jakąkolwiek społeczność i walką o własne przerwanie... Walka dla samego siebie? To przecież nie ma sensu, żadnego. A Kiri-Gakure dawała jej i nie tylko jej możliwość całkiem nowego startu...
Pierwsze promienie słońca zaczęły nieśmiało przebijać się przez cieniutką zasłoną chmur. Delikatny blask stopniowo rozjaśniał szarość poranka, sprawiając tym samym, że mało kto pamiętał o nocnej burzy. Okolicę napełniał śpiew ptaków, oraz bojowe, można by rzecz okrzyki małej dziewczynki. Jej długie, fioletowe włosy były upięte w ciasną kitkę na czubku głowy, w fiołkowych oczach płonęły wesołe iskierki. Gwałtownie zmieniła pozycję, orając się przy tym o sto osiemdziesiąt stopni. Kunai, dotychczas mocno ściskany w dłoni dziewczynki, teraz wyleciał w powietrze niczym pocisk z karabinu maszynowego i... Upadł na ziemię kilka metrów dalej, tuż obok drzewa, na którym zawczasu powieszono niebiesko-żółtą, okrągłą tarcze strzelniczą.
-A niech to cholera... – dziewczynka wyradzała na głos swoją dezaprobatę. Znów nie trafiła, chociaż trenowała to od ponad dwóch tygodni, to ciągle nie potrafiła poprawnie wymierzyć. Fakt ten sprawiał, że z każdą chwilą jej upór wrastał, ale teraz odczuwała jedynie irytacje.
-No ładnie się wyrażasz – Niewysoki, czarnowłosy chłopiec, o chłodnym, pozbawionym emocji spojrzeniu ciemnych oczu, od niechcenia odepchnął się do konara wiśni, o którą się opierał. – Co by na to powiedział Tenshi-sensei?
-Ankoku – dziewczynka odruchowo zwróciła się w jego stronę i odepchnęła głęboko, z wyraźną ulgą. – Ale mnie wystraszyłeś...
Chłopak podszedł bliżej, a na jego wargach pojawił się ledwo zauważalny uśmiech. Hotaru także się uśmiechnęła, ale w jej przypadku było to raczej wymuszone. Tymczasem Ankoku ledwo zwrócił uwagę na jej minę. Wolnym krokiem minął filoletowowłosą, a następnie przykucnął obok miejsca w którym upadła broń dziewczynki. Podniósł ją z ziemi i zawiesił na środkowym palcu prawej dłoni. Dziewczynka wpatrywała się w niego z milczącym zaciekawieniem. Od kąt pamiętała, ten chłopak przyprawiał ją o dreszcze, wywoływał uczucie szczerego podziwu w jej młodej duszy, ale równocześnie bala się zostać z nim dużej sama. Może przyczyną były te przeszywające zdawałoby się na wylot czarne oczy, może jakaś dziwna aura bijąca od całej jego postaci... Coś, co sprawiało, że raczej nie chciałoby się go za przyjaciela. Przebywając w jego obecności, Hotaru zawsze odczuwała nienaturalne napięcie, coś, co sprawiało, że czuła się tak jakby nagle zmniejszyła się do rozmiarów mrówki. Starała się tego nie okazywać, ale jej rozszerzone źrenice, oraz odruchowo wędrujące przed klatkę piersiową ręce, mówiły same za siebie. Mechanicznie cofnęła się o kilka kroków, ale brunet nawet nie zwracał na nią uwagi, tylko ze skupieniem przyglądał się lekko rozbujanej broni, wciąż zawieszonej na jego palcu. Chwilę później powoli stanął na nogach, a jego spojrzenie po raz kolejny spoczęło na niszczej o głowę adeptce. Ta, po rozciągnięciu warg w kolejnym wymuszonym uśmiechu spuściła głowę. Naprawdę, nie potrafiła zachować się przy nim inaczej...
-Mogę pomóc ci w treningu – uśmiechnął się zakładając za ucho jakiś pojedynczy kosmyk.
-Dzię-ku-ję – wyjąkała – po-po... poradzę sobie.
-Jak chcesz – wzruszył ramionami, a następnie wziął lekki zamach i zanim Hotaru zdołała połapać się w zamiarach chłopca, wypuszczony z jego rąk kunai przeleciał dosłownie kilka milimetrów od jej policzka, po czym wbił się w pień rosnącej za nią wiśni.
Ankoku oddalał się powoli, z dłońmi wsuniętymi do kieszeni spodni i cichą, smutną melodyjką na ustach, chociaż wcale nie było mu przykro. Przywykł do tego, żeby poranne treningi odbywać w samotności i nie sprawiało mu to większej różnicy, a może nawet podświadomie się z tego cieszył? Minął bramkę w drewnianym, otaczającym sad odrodzeniu i skierował swoje kroki w stronę widocznego nieopodal domu. Kiedy znalazł się blisko, przestał nucić, wyjął ręce z kieszeni i spojrzał w górę, ku spadzistemu dachowi. Uśmiechnął się. Najbardziej na świecie kochał samotność, wysokość i ciemność... I pewnie dlatego większość swoich ćwiczeń odbywał na dachu tej starej, dawno upuszczonej posiadłości, która obecnie służyła im za schronienie... Tak też stało się i tym razem.
Obszerne, prostokątne pomieszczenie, którego jedyne okno zakrywała ciężka, welurowa kotara barwy miodu, oświetlała niewielka świeca, stojąca na zawalonym papierami biurku. Migotliwy płomień przyciągał wzrok, rzucał głęboki blask na twarze obecnych w owym pokoju osób. Jedna z nich, wysoki dobrze zbudowany mężczyzna, krzyżował ręce na piersi i nawet nie próbował ukryć niezadowolenia, które dokładnie uwidaczniało się zarówno w jego twarzy, jak i w głosie:
-Znalazłem ją, ale nadal nie rozumiem, do czego miałaby nam być potrzebna? I bez niej możemy spokojnie dokonać tego, czego chcemy. Mamy świetnych, naprawdę dobrze wyszkolonych shinobi, jedna kur... – mężczyzna w ostatniej chwili powstrzymał przekleństwo i tylko splunął na podłogę, z zaawansowaną linią krwi nic nie zmieni!
Druga z postaci, szczupły mężczyzna w średnim wieku uśmiechnął się lekko.
-Kirogan to jedna z najlepszych linii genetycznych naszej wioski. Szkoda by było ją tak zupełnie stracić, nie uważasz? Po za tym to doskonała broń...
-Ale przecież...
-Uwierz mi, to najlepsza i najszybsza droga. Badania zajęły by sporo czasu, tym bardziej, że mamy tylko ją, a czasu jest nie wiele. Naprawdę nie wiele...
