Łzy napłynęły mi do oczu. Jak mógł? Zabrak podszedł do mnie, złapał mnie za ramię i wyciągnął siłą z domu. Patrzyłam na twarz Ralika, ale on odwracał wzrok. Bał się? Głupi tchórz! Oddał mnie! Oddał mnie! Oddał mnie!
Uspokój się, pomyślałam. Nie walczyłam z Zabrakiem, tylko posłusznie szłam. To było dziwne, ale cieszyłam się, że odchodzę. Mój brat nie był wart zostawania. Mógł zginąć, nie chciałam go. Prawdziwy brat by mnie ratował, prawda?
Szliśmy przez pustynię kilkanaście minut, może dłużej, aż dotarliśmy do niewielkiego domu ze statkiem zaparkowanym niedaleko. Czyżby chciał mnie gdzieś nim zabrać? Moja pierwsza podróż, czy to nie ekscytujące? Cieszczyłam się na myśl, że opuszczę tą kupę piachu i rozpocznę życie gdzieś indziej. Ale gdzie? Najbardziej prawdopodobnym wydało mi się, że zostanę niewolnicą. No proszę, zostałam niewolnicą w wieku dwunastu lat. Miy początek, pomyślałam ironicznie.
- Gdzie polecimy? - zapytałam niepewnie, gdy Zabrak wprowadził mnie na pokład statku.
- Do twojego nowego Pana - odpowiedział. Czyli na pewno będę niewolnikiem, pomyślałam.
- A gdzie jest mój nowy Pan? - Zabrak zwolnił uścisk na moim ramieniu i westchnął.
- Onderon. - Znałam tą nazwę. - Zapadła dziura Republiki. Nie mam pojęcia jak ten facet może tam mieć niewolników - mówił z lekkim współczuciem, ale szybko zmienił ton na twardszy - ale dopóki dużo płaci, ja nie mam problemu z dostarczaniem mu towaru.
Nie brzmiało to najlepiej. Kim był owy człowiek? Zapewne okrutnik i bogacz. Zabrak wepchnął mnie do jednego z pomieszczeń na statku, zamknął je bez pożegnania i odszedł. Znajdowali się w nim twi'lekowie. Każdy z osobna śmierdział, jakby przynajmniej od miesiąca się nie mył, twarz mial szarą i wyniszczoną, a w ich oczach widać było smutek, przygnębienie, strach i pustkę. Ta pustka była najgorsza. Pewnie już lata temu stali się tymi, kim są teraz. A byli niczym. Nie chciałam być niczym, patrzyłam na nich z pogardą. Oni... bali się mnie. Dzieci nie śmiały nawet zapłakać, szły tylko do swych rodziców, by je pocieszyli, a rodzice obawiali się każdego mojego ruchu. Dlaczego? Byłam tylko małą dziewczynką, zagubioną w obcym miejscu, nie rozumiałam ich strachu.
Znalazłam puste miejsce między ścianami i w nim usiadłam. Twi'leki się nie odzywały, nawet ich oddechy były cichrze niż normalnie. Postanowiłam się zdrzemnąć. Onderon był oddalony o spory kawałek od Tatooine. Odpoczynek był tym, czego potrzebowałam.
I trochę zdziwioło mnie, jak po tych wszystkich wydarzeniach łatwo zasnęłam, ale ten sen nie był spokojny. Była w nim śmierć, głosy, walka. Była krew i krzyk umierających. Były oczy błagające o litość i kobieta, emanująca mrokiem.
Jestem ukrytym strachem.
Zbudziłam się zdyszana, spocona, przerażona. Ona do mnie mówiła! Nie wiedziałam dlaczego, po co, ale mówiła. Pokręciłam głową, twi'leki patrzyli zdziwnieni. To był tylko sen, powiedziałam sobie w myślach. Czekałam, aż podróż się skończy.
Trwała długo, za długo, ale się skończyła. Zdążyłam się uspokoić, pogodzić ze wszystkim, co się wydarzyło. Może Ralik nie mógł wtedy nic zrobić, ale w końcu mnie uratuje? Marzenie. Dziecięca prośba, której mogłam się trzymać jak kawałka drewna na wodzie. On mnie nie uratuje... Drzwi się otworzyły.
- Dziewczyno - patrzył na mnie. - Wstawaj! Idziemy. - Wykonałam polecenie i ruszyłam za nim do dziwnej, wielkiej posiadłości. Przerażała mnie.
