OK, może jestem niesłownym człowiekiem, ale nie jestem zapominalski i z lekkim opóźnieniem dodaję rozdział ;)

Już wiemy, jak wygląda Mary wg Gatissa, ten tekst został napisany nieco przed premierą 3 sezonu, więc siłą rzeczy pewne elementy się nie zgadzają... ale mogę już dodać Mary jako postać :)

ROZDZIAŁ 2

Samotność obok Mycofta była na tyle trudna do zniesienia, że Sherlock wykorzystał w końcu jedną z nadarzających się okazji, by od niej uciec w samotność z wyboru, ale samotność obok Johna przypominała chińską torturę wodną. Z początku niepozorna, prawie nieuchwytna, tak że pierwszej kropli padającej na czoło ofiara mogła nawet nie zauważyć, ale przy dwusetnej chciała już jęczeć, gryźć i wić się nawet, jeżeli zdawała sobie sprawę, że w rzeczywistości tortura nie jest chińska, wiedziała, że wcale nie uszkadza ona jej ciała, a jedynie ma na celu destrukcję psychiki w sposób tak prosty, że aż uwłaczający godności…

Nawet, jeżeli rozumiała doskonale, że wyłom, którzy się wytworzył pomiędzy… nim a Johnem… jest jedynie stanem umysłu, bo przecież wciąż poruszali się po tej samej przestrzeni, jedli razem śniadania, pili razem kawę, milczeli, mijając się w trajektoriach swoich codziennych ścieżek albo gawędzili, przysiadając w kuchni, wykonywali względem siebie drobne gesty. A jednak z każdą kolejną czynnością coraz wyraźniej skraplała się w Sherlocku świadomość, że nic nie uległo zmianie tylko pozornie. Wkrótce ta mglista myśl skrystalizowała się w pewność, że absolutnie nikt, nawet Sherlock – zwłaszcza Sherlock – nie zdoła unieść takiego ciężaru.

Źródło tej udręki tkwiło w niedotrzymanej obietnicy, która zwiodła Sherlocka z obranej drogi i wywiodła w miejsce, w którym nagle znalazł się sam, zdezorientowany i wytrącony z równowagi. Jego równowagą była samotność. Do momentu, kiedy odwrócił się od niej, zaufawszy słowom Johna, że lepiej zawierzyć w tej kwestii przyjaciołom, którzy ochronią go lepiej – co musiało być prawdą, skoro to John to powiedział, ponieważ to John był jego przyjacielem. Zdanie się na niego pozwoliło Sherlockowi snuć mimowolne i w dużej mierze podświadome fantazje o bezpieczeństwie, z rzadka wybuchające mu w głowie jakimś snem pełnym ciepłego, pomarańczowego światła, wielkiej jak ogromna tratwa albo niezawodna szalupa ratunkowa kanapy oraz gorących, twardych i czułych dłoni Johna. Czasem Sherlock orientował się, że śni i wtedy zastygał, żeby się utrzymać w tym świadomym śnie, zaciskając powieki i biernie poddając obezwładniającemu dotykowi, pod wpływem którego zapominał w końcu nie tylko, gdzie się znajduje, ale częstokroć również, kim właściwie jest.

Nic w tym nie było racjonalne. W szczególność fakt, że obietnica, na której wszystko to narosło, nie tylko nie została dotrzymana, ale przede wszystkim nigdy nie została złożona.

„Przyjaciele chronią ludzi". To właśnie John powiedział, co Sherlock przetworzył, zapewne w opozycji do własnych słów, na „przyjaciele chronią ciebie". I dalej na „ja chronię ciebie". Sherlock czuje, że interpretacja ingeruje jeszcze brutalniej w strukturę Johnowego komunikatu, co przypomina już tłumaczenie tekstu ideograficznego na podstawie obcojęzycznego przekładu. Sherlock boi się o tym myśleć, podejrzewając, że omamił sam siebie do jakiegoś absurdalnego stopnia. Jeżeli nachodziły go myśli na ten temat, próbował je od siebie odgonić albo przemocą zepchnąć do szufladki opatrzonej metką „nie dotykać pod groźbą autodestrukcji" lub chociaż „później, później, później". Obecnie wychodzi mu coraz słabiej i coraz częściej od popadnięcia w panikę ratuje się cudem na ostatniej prostej. Popłoch pacyfikuje, upychając go w sferze umysłu obleczonej głosem Johna w „Boże, nie" lub – coraz częściej – własnym, pozbawionym sensu „błagam".

„Błagam", myśli, ale nie jęczy, nie gryzie i nie wije się, tylko podkurcza nogi i przysuwa do siebie poduszkę, zaciskając obie ręce na jednym jej brzegu tak mocno, że po chwili bolą go palce, co przywraca mu pewien kontakt z rzeczywistością.

Zerka na elektryczny zegarek, ustawiony na półce u wezgłowia rozłożonej kanapy. Druga pięćdziesiąt cztery. To znaczy, że spał. Kiedy ostatni raz sprawdzał godzinę, dopiero mijała druga. Czuje się bardzo zmęczony, chory. Zazwyczaj sypiał mniej więcej cztery godziny na dobę z około godzinnymi odchyłami w obie strony. Wbrew temu, co zdawali się sądzić niektórzy – widzący w nim hybrydę robota z wampirem – potrzebował w miarę regularnego odpoczynku, żeby być w stanie normalnie funkcjonować. Od wielu dni jednak jego noce były rozczłonkowane na niemożliwą do przewidzenia liczbę nierównych odcinków to delirycznej jawy, to niespokojnego snu, z którego wyrywał go najczęściej skurcz jakiegoś mięśnia, albo w który na dobrą sprawę w ogóle nie zapadał, między fazą alfa a theta doznając zrywu mioklonicznego. Przypominało to jednocześnie nieprzewidywalną i powtarzalną dobę niemowlęcia albo ponury poranek świstaka, przynoszący pewność, że się obudzi znowu, znowu zaśnie, jeszcze raz obudzi i tak w kółko, a najbardziej sprawdzalną zmianą będzie zapach coraz bardziej przepoconej pidżamy.

Druga pięćdziesiąt pięć. Pięćdziesiąt sześć. Pięćdziesiąt siedem.

Od wpatrywania się w czerwone kreski Sherlocka zaczynają kłuć oczy, więc przewraca się na drugi bok. Tam wszystko zaczyna się od nowa. Wątki przewalające się chaotycznie przez jego umysł wydają się równie aktualne i równie uporczywe, jak przed kilkoma godzinami, zupełnie, jakby nie podjął już decyzji.

Druga kawa o poranku – sentymenty. Smsy zapisane na karcie pamięci – sentymenty. Czytanie ulubionych fragmentów bloga Johna po raz siedemnasty – sentymenty. Posiadanie ulubionych notek w tekście tak kiepskim literacko, że człowieka potrafi rozboleć głowa od samego marszczenia czoła – sentymenty. Celowe podkradanie skarpetek, przedłużone dotykanie koszul przed włożeniem ich do pralki. Robienie komuś prania. Sentymenty, sentymenty, sentymenty. Niehigieniczne, niezrozumiałe. Niegodne.

I tak samo niegodny i niezrozumiały sprzeciw organizmu w reakcji na zakłócenie, czyli możliwość zostania odciętym od tych wszystkich małych, sekretnych rytuałów. Przeszywający nerwoból mięśnia piersiowego mniejszego wobec jednoczesnej implozji umysłu. Co robić?

Uciec? Dlaczego uciec a nie odejść? Czyli odejść? A może zostać? Po co? Czekać? Na co?

Udawać? Nie udawać?

Sherlock ma niejasne wrażenie, że udawać i równie niejasne pragnienie, by jednak nie udawać.

Czego nie udawać?

Kiedy, jak, dlaczego? Od kiedy wolałby zostać sprany batem przez Irene Adler i błagać ją o litość, niż słuchać własnych urwanych, kierowanych w pościel próśb, chociaż nikt nie może być świadkiem jego upokorzenia, co powinno czynić je mniejszym. Nie czyni i Sherlock wyobraża sobie, że może, gdyby wiedział, czego konkretnie się domaga, zrobiłoby to jakąś różnicę, i może, gdyby koło niego znalazł się ktoś, kto by mu wytłumaczył, co się z nim dzieje… Tylko, że Johna nie ma koło niego i nie widział, co się z nim dzieje, bo gdyby było inaczej, nie wytoczyłby w jego stronę propozycji zdecydowanie cięższego kalibru, niż Sherlock w pierwszej chwili to odczuł… chyba że chciałby go bardzo dotkliwe ukarać (za skok z dachu?) albo bardzo dobitnie wskazać mu jego miejsce (nie u boku, ale z boku).

Może, gdyby Sherlock mu pokazał, a może, gdyby

Myśli pęcznieją i spiętrzają się. Pod wpływem tego nadmiaru Sherlock doznaje natrętnego déjà pensé, co robi się nie do wytrzymania i po paru sekundach rozważa na poważnie, czy nie wstać i nie obudzić Mycrofta. Opanowuje się jednak i tylko naciąga sobie rękawy jego pidżamy na dłonie. Śliski jedwab z zewnątrz wydaje się chłodny – a w zetknięciu z nim policzek Sherlocka jeszcze bardziej gorący – ale w środku jest nieprzyjemnie wilgotny. Sherlock wciąga w płuca mieszankę zapachów. Proszek (brak płynu do płukania). Perfumy Mycrofta, których używa dokładnie od roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego: pieprz, tytoń, sandałowiec, piżmo; dziwne połączenie wanilii, od której Sherlock ma mdłości i szałwii, którą lubi; lawenda. Jeszcze niżej inna nuta lawendy – z woreczków przeciw molom odzieżowym – a pod tym wszystkim ledwo uchwytny zapach Mycrofta, nad który wybija się woń Sherlocka. Sherlock półświadomie myśli, że wolałby chyba, żeby było na odwrót.

Zapada w sen i śni mu się John.

Opatruje mu ranę – jak wtedy, gdy Sherlockowi pogruchotało obojczyk i żebra, i jak wtedy pyta: „W porządku?", a Sherlock krzywi się i kiwa głową, więc John otwiera ranę i to boli, piecze, pali, aż wreszcie rozpala i staje się przyjemne.

– „Dobrze?", dopytuje John, tak jak w rzeczywistości, a Sherlock odpowiada:

– „Tak" – chociaż naprawdę wyrwał ramię i nakrył się kołdrą, oskarżając Johna o finezję słonia w składzie porcelany, naprawdę twarz Johna nie znajdowała się tak blisko nad jego własną, oczy nad jego oczami, nie było oddechu wpadającego mu w usta, zawłaszczenia ani rozkoszy.

– „Dobrze?"

– „Tak. Tak."

Prąd szarpie jego ciałem. Natychmiast otwiera oczy.

Zero trzy jeden siedem.

Coś brzęczy. Przez jakiś czas Sherlockowi wydaje się, że to lodówka, i dopiero potem do niego dociera, że włączyło się ogrzewanie. Zaraz woda zaczyna się przelewać w zapowietrzonych kaloryferach.

Sherlock przeciera powieki. Bierze głęboki oddech, wstaje i idzie do kuchni. Filiżanka, w której Mycroft parzył mu herbatę, została uprzątnięta, za to filiżanka Mycrofta wciąż znajduje się na stole – tym razem opróżniona. Na dnie widać ściemniały, rozmoknięty plaster cytryny. Obok porcelanowej podstawki leży rozpostarta gazeta. Czy Mycroft wyszedł do pracy? Sherlock spogląda na zegar – jedenasta szesnaście – i dopiero po chwili przypomina sobie, że przecież zegar stanął. Dysonans poznawczy znika.

Sherlock włącza czajnik i przysiada za stołem, zastanawiając się, czy Mycroft zawsze wychodzi tak wcześnie. Jego tryb życia nadal stanowi dla Sherlocka tajemnicę.

Dzisiejsza gazeta (kto i kiedy ją dowiózł?) otwarta jest na jednej z pierwszych stron, na których zawsze królują bieżące lub nawiązujące do bieżących informacje polityczne. Sherlock organicznie nie cierpi polityki – niechęci do niej nabawił się już na wczesnym etapie dorastania – mimo to prześlizguje wzrokiem po nagłówkach. Migrena migracyjna, referendum niepodległościowe, coś o kryzysie w Chinach. Litery rozmywają się Sherlockowi przed oczami. Czyta idiotyczny artykuł o sposobach pakowania papierosów. Po skończeniu tekstu z trudem wysupłuje jego ideę przewodnią. Jest nią hipoteza, że kolorowy design stanowi milczącą zachętę dla podatnych na wpływy nastolatków. Sherlock ma wrażenie, że jeżeli pewnego dnia zajdzie potrzeba sięgnięcia do jakieś innej informacji, nie będzie w stanie przywołać nic więcej… mimo że zatrzymał przecież wzrok na każdym słowie. Na niektórych nawet więcej niż raz.

Musi być bardzo zmęczony, bo nie czuje zaniepokojenia wydolnością swojego umysłu, która chyba jeszcze nigdy nie była tak niska. Dopiero gdy podnosi wzrok znad gazety, dopada go dziwna mieszanina przestrachu i paraliżu, więc szybko powtórnie wbija wzrok w zadrukowany papier. Przewraca stronę i robi wszystko, żeby pochłonął go raport o rozrzutności ministra transportu. Jest w tym na tyle skuteczny, że – chociaż nie udaje mu się zainteresować specyficzną formą zakupoholizmu, polegającą na kompulsywnym nabywaniu apartamentów w różnych częściach Londynu – przegapia moment, w którym Mycroft pojawia się w drzwiach.

– Jak się czujesz?

A więc nie wyszedł. Ma na sobie szary szlafrok, związany niestarannie frotowym paskiem, pod spodem śliwkową pidżamę, na stopach zaś granatowe kapcie. Wszystko to Sherlock dostrzega znad krawędzi gazety. Odważa się ją odłożyć dopiero po kilku sekundach, kiedy dochodzi do ostrożnego wniosku, że skupienie się na Mycroftcie będzie równie wymiernie w skutkach.

Bezpośrednie pytanie go zaskakuje, a w głowie natychmiast pojawiają się różne warianty odpowiedzi – od zanegowania zasadności takiego pytania względem niego, przez wymowne prychnięcie, do niespodziewanego dla niego samego: „od kiedy cię to obchodzi?". W końcu wybiera:

– Domyśl się. – Brzmi to opryskliwie, ale Sherlock wie, że w rzeczywistości właśnie wydał Mycroftowi przyzwolenie, może nawet skierował do niego prośbę, i ma nadzieję, że brat złamie kod.

Mycroft jest bardzo dobry w łamaniu kodów i nienajlepszy w grze w otwarte karty, za to świetny w bardziej subtelnych rozgrywkach, w czym obaj wprawili się przez lata. Sherlock przymyka oczy. Nie jest pewien, czy chodzi mu o to, żeby utrudnić Mycroftowi zadanie – bo przecież zamierza pozwolić mu je rozwikłać – czy chce ukryć przez nim uwierające uczucie, które musi być wstydem, czy po prostu tak jest mu łatwiej odczytać przekaz ukryty w sposobie, w jaki Mycroft nabiera powietrza, wzdycha, przestępuje z nogi na nogę i nie rusza się z miejsca, woląc pozostać w progu.

Stamtąd wykonuje swój ruch:

– John wie, że tu jesteś?

Sherlock domyśla się, że cel został obrany, a strategia opracowana i zastanawia się, ile posunięć do przodu Mycroft przeanalizował: zupełnie niepotrzebnie, bo Sherlock nie ma siły, by zadziałać na przekór jakimkolwiek domysłom, podobnie jak nie miał jej, żeby zmieniać bieg wydarzeń w przeciągu ostatnich dni.

Wsuwa palec w ucho filiżanki i obraca ją wokół własnej osi.

– Nie.

– Nie będzie się martwił?

Sherlock wzrusza ramionami.

– Z pewnością bardziej by się martwił, gdyby wiedział – odpowiada chłodno.

Mycroft puszcza jego słowa mimo uszu.

– Czy nie byłoby w dobrym tonie do niego zadzwonić i mu przekazać, że jesteś… bezpieczny?

Ta sugestia z początku działa na otępiały umysł Sherlocka jak płachta na byka. Zaraz pojawia się świadomość, że wypowiedź taką właśnie miała spełnić funkcję. Mycroft wiedział przecież, co Sherlock sądzi o wykonywaniu czegokolwiek w imię „dobrego tonu", a sam także nie przodował z natury w ogładzie – chociaż potrafił ją wyzyskać w razie konieczności. Kolejny impuls skłania Sherlocka do powściągnięcia ewentualnego wybuchu.

Mycroft jednak posuwa się dalej:

– Mogę to zrobić – proponuje wspaniałomyślnie, mimo że odkąd Sherlock skończył szkołę podstawową, programowo odmawiał wykonywania czegokolwiek za niego. Jest jasne, że Mycroft chce go zmusić do reakcji i tym samym wytrącić z pasywności, a Sherlock nie znosi, gdy się próbuje nim dyrygować. Mięśnie jego karku prężą się samorzutnie, policzki napinają, palce tężeją.

– Skoro ty nie możesz – dodaje Mycroft. To znaczy, że go rozumie, ale Sherlock już jest gotowy, żeby się bronić, bo przecież dzieje się tu jakaś niesprawiedliwość.

– Troska nie jest korzystna – cedzi przez zęby zaciśnięte tak mocno, że prawie się dziwi, że brzmi wyraźnie. Warczy: – Dlaczego miałbyś się przejmować? Co ciebie to obchodzi?

Podnosi wzrok z nieznacznie zaokrąglonego brzucha Mycrofta na jego twarz. Jej wyraz jest rzeczowy, trzeźwy, zdystansowany. Ma w sobie wszystko to, co Sherlock zwykł wyrzucać mu w myślach jako okrucieństwo.

– Co cię obchodzi, co się dzieje z Johnem! – Przypomina to szczeknięcie. Intonacja bardziej niż na pytanie wskazuje na… zarzut.

Mycroft wzdycha ponownie, głośniej. Jego wargi rozluźniają się przy tym a brwi dla odmiany ściągają, wymazując z mimiki tę chłodną rezerwę, która zawsze przyprawiała Sherlocka o niepokój. Usta układają się w grymas wyrażający strapienie i jeszcze coś bardzo… empatycznego. Do Sherlocka dociera, że nie jest to pierwszy raz, kiedy to widzi, choć wciąż jest zagadką, kiedy nabył kompetencji pozwalających prawidłowo odczytać informację. Orientuje się także, że rumieniec, który napłynął na jego własny nos i policzki również niesie ze sobą treść, a ona wcale go nie zdradza, tylko odzwierciedla, i to mu nie przeszkadza – nie bardzo – chociaż planował wyjawić Mycroftowi coś zupełnie innego.

Krzesło przesuwa się po drewnianej podłodze z nieprzyjemnym zgrzytem. Mycroft zdecydowanym ruchem ustawia je przodem nie do stołu, ale do Sherlocka. Opada na siedzenie i naraz znajduje się tak blisko, że ramiona Sherlocka znowu się naprężają i wybrzuszają gęsią skórką, tym razem nie w odruchu obronnym, ale w oczekiwaniu na dotyk. Sherlock podświadomie spodziewa się, że Mycroft go obejmie – mimo że nie ma ku temu żadnych sygnałów – i mimowolnie wraca pamięcią do dnia, kiedy zrobił to John. Wspomnienie jest jak odcisk na skórze. Sherlock potrafi przywołać je w dowolnej chwili, ale zazwyczaj tego nie robi, w obawie, by się nie zużyło. Ciepłe, szorstkie palce Johna na jego własnych, stanowczo wyciągające mu filiżankę z zesztywniałej z napięcia dłoni… potem wędrujące po plecach do łopatek i tam zastygłe na dziesięć długich sekund, podczas których serce Sherlocka zdążyło zabić niedorzeczną ilość razy, i może, gdyby zdołał unieść swoje ręce, żeby odwzajemnić ucisk, zanim zrobiło się za późno, a John odsunął się i wstał, może, jeżeli

Mija parę sekund i Sherlock orientuje się, że Mycroft wcale nie ma zamiaru zbliżyć się bardziej, niż już to zrobił. Wciąż dzieli ich dwudziestocentymetrowa warstwa gęstego powietrza, którym Sherlockowi jakoś ciężko się oddycha. Myśli, że Mycroft i tak już by nie wystarczył – rozumie dlaczego – a mimo to, kiedy brat odzywa się:

– Nie obchodzi mnie John – Sherlock drga i ma nagłą ochotę… potrzebę… uwiesić mu się na szyi i wyjęczeć „Mycroft" w jego szlafrok. Nie ma pojęcia, skąd mu się to bierze, bo wątpi, by kiedykolwiek zrobił coś podobnie żenującego. Przypomnienie sobie, dlaczego byłoby to ujmą na honorze nagle stanowi pewną trudność, być może ze względu na nagłe uczucie zapchania w gardle.

Wbija wzrok w gazetę.

– On… – mówi, i odchrząkuje. – Gdybym…

Słyszy, że brzmi nieskładnie, co mimo wszystko budzi w nim dyskomfort, więc próbuje jeszcze raz:

– Jestem…

Dopada go lęk, że nie będzie w stanie się wysłowić, nawet jeżeli będzie chciał. Wizja niemożności oparcia się na sobie i działania zgodnie ze swoją wolą paraliżuje go jeszcze bardziej. Zbiera się jednak w sobie i odwraca głowę, by spojrzeć na Mycrofta. Napotyka jego badawczy wzrok, na tyle przenikliwy, że Sherlock czuje się obnażony. To mogłoby go zmieszać, ale go uspokaja i po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna sprawia, że rośnie w nim nie wściekłość, lecz wdzięczność. Mycroft widzi – coś, czego nie widział John, czego obecność nawet Sherlock przez długi czas tylko przeczuwał.

Opuszcza wzrok.

– Nie widziałem. Nie wiedziałem.

– Nie wiedziałeś.

To brzmi trochę jak „nie mogłeś wiedzieć". W każdym razie Sherlockowi wydaje się, że to właśnie usłyszał i pod wpływem płynącej z tego ulgi przestaje się orientować, czy w intencji Mycrofta wypowiedź miała być potwierdzeniem, czy zachętą do rozwinięcia tematu, czy jeszcze czymś innym.

Ciężar z jego gardła przepycha się w górę.

– Poprosił mnie, żebym był świadkiem na jego ślubie. Chce, żebym mu towarzyszył w tym szczególnym dniu. Chce, żebym stał obok, kiedy się będzie wymieniał obrączkami z najzwyczajniejszą, lecz najbardziej wyjątkową osobą, jaką zna. – Słowa wreszcie przelewają mu się przez usta. – Chce, żebym mu podawał te najzwyczajniejsze, lecz najbardziej niezwykłe obrączki. Chce, żebym stał za nim, kiedy będzie się zobowiązywał, oraz będzie zobowiązany, jeżeli zrozumiem, jak ważne to jest dla niego i wierzy, że go wesprę, ponieważ jestem jego najlepszym przyjacielem i powinienem. – W jego płaskim głosie nie ma odrazy, chociaż Sherlock czuje odrazę do całego tego małego, śmiesznego przedsięwzięcia, i do siebie, że nie jest w stanie się ustawić ponad nim. A nie jest, bo w pewnym momencie, bez żadnego intencjonalnego wysiłku z jego strony, po prostu zrozumiał tę żałośnie ludzką potrzebę przynależności, skłaniającą do pchania się w cudze ręce i żądania opieki. – A ja się zgodziłem.

Mycroft milczy. Czy sądzi, że Sherlock jeszcze coś doda? Z pewnością nie, bo przecież z każdego słowa jego kwestii przeziera ostateczność, z której nie zdołał wybrnąć inaczej, niż salwując się ucieczką w stan zawieszenia. Cisza staje się uciążliwa. Sherlock jest świadomy każdego nieśpiesznego stuknięcia paznokcia Mycrofta o blat, każdego nabranego przez niego oddechu, podobnie jak dziwnie nieregularnego rytmu własnego.

Bezwiednie podnosi dłonie, z zamiarem włożenia ich we włosy, ale w połowie drogi powstrzymuje się, zdawszy sobie sprawę z tego, jak dramatyczny byłby wydźwięk gestu. Kilkukrotnie zgina palce, jakby próbował coś złapać, po czym niezgrabnie składa dłonie z powrotem na stole.

– Czy to jest to, czego ty chcesz?

Odpowiedź jest oczywista, więc Sherlock nawet nie prycha. Ignoruje całkowicie pytanie brata i zamiast tego mówi:

– Nie wiedziałem, jak wygląda John, kiedy się idzie oświadczać jakiejś kobiecie – nie będąc pewnym, czy rzeczywiście zwraca się do Mycrofta.

Natychmiast chce jakoś zaprzeczyć jasno wynikającej z tego zdania bezradności.

– Jeżeli bym wiedział…

Że John włoży na tę okazję sweter z pingwinem, kupi pojedynczą frezję w kolorze żółtym, a za idealny anturaż uzna kramik z chińszczyzną na wynos… Sherlockowi zawsze się wydawało, że w takich sytuacjach ludzie uważają za swą powinność przystroić się w garnitur, wcisnąć w niewygodne buty, zaopatrzyć w bukiet róż, a następnie zorganizować kiczowatą kolację przy świecach i tam paść na kolana, czekając na wyrok. Wobec takiego tandetnego scenariusza łatwiej byłoby się dystansować, ale przedzierżgnięty w jednostkowe doświadczenie – gdzie szkaradny sweter okazuje się prezentem drogim tylko sercu, frezja odwołaniem do jakiegoś wspólnego przeżycia, a chińszczyzna wewnętrznym żartem, którego znaczenie jest Sherlockowi obce – staje się dotkliwy, uwierający.

– To było takie oczywiste. – Sherlock krzywi się w niesmaku. – Gdybym…

Się domyślił, co się kryje pod głębokim westchnieniem Johna i wstrzymaniem przez niego oddechu, kiedy przed wyjściem oglądał swoje odbicie w lustrze prawie piętnaście sekund dłużej, niż przed zwyczajną randką… ale jak miał się domyślić, skoro John nic mu nie powiedział, w żaden sposób go nie ostrzegł, co jest kolejnym elementem zdrady, o którą za bardzo nie ma nawet kogo oskarżyć.

Znowu zapada cisza i ciągnie się przed kolejne minuty, tak że Sherlock powoli robi się zły. Mycroft nie tylko nie zwraca uwagi na wyróżnienie, jakiego dostąpił, ale lekceważy większość z tego, co Sherlock do niego powiedział. Wychwytuje za to wszystkie jego „może, gdyby" i kiedy zaczyna mówić, od razu trafia w sedno.

– Myślałeś, że masz wpływ na działania Johna.

To nie jest to, co Sherlock chce usłyszeć. Wręcz przeciwnie – jest dokładnie tym, przed samym pomyśleniem czego bronił się rozpaczliwie przez niemal dwa tygodnie.

Żołądek gwałtownie opada mu w dół, jeszcze zanim Mycroft dokańcza, werbalizując jego najgorsze podejrzenia:

– Ale nie masz.

W pierwszym odruchu Sherlock jeży się. Chce się poderwać i kazać Mycroftowi iść do diabła; dać mu czytelnie do zrozumienia, że co prawda nie wie dokładnie, dlaczego w ogóle tu przyszedł, ale z pewnością nie po to; znaleźć ujście dla swojego oskarżenia. Tylko że wypowiedź Mycrofta uruchamia w nim lawinę czegoś innego, co uporczywie domaga się uznania od jakiegoś czasu. Sherlock prędzej by się udusił, niż powiedział to na głos. To, że być może nie było niczego, co mógł zrobić, nawet, gdyby zwietrzył niebezpieczeństwo wcześniej – i tak nie byłby w stanie mu zapobiec. Nawet, gdyby miał moc korekcji swoich ruchów, nawet jeżeli Moriarty nie wypełniłby swojej groźby i nie niszczyłby go po kawałku za życia, a konsekwencje podjętych pod jego presją decyzji nie wypalały Sherlocka od środka jeszcze długo po śmierci tego najbardziej zajmującego przeciwnika, z jakim przyszło mu się zmierzyć.

Obawy i przypuszczenia kotłują się w nim zajadle, aż w końcu scalają w przykre przeświadczenie, że żadne staranie nie przyniosłoby efektu, ze względu na Johna i jego wolę.

Nagle przed oczami robi mu się bardzo jasno. Krew uderza do mózgu, a litery w gazecie rozmazują się. Przymyka powieki, żeby powstrzymać zawrót głowy.

– Sherlock…

Sherlock podnosi rękę i kręci głową.

– Dość – ucina ochrypłym głosem, prawie obcym, który z niewiadomych powodów bardziej niż własny, przypomina mu głos Mycrofta. Zniesmaczone „nie dramatyzuj" rozbrzmiewa mu w myślach. To jest właśnie to, co naprawdę pragnie sobie nakazać i bardzo chce się temu podporządkować, a jednocześnie oczekuje, że zaraz Mycroft zaatakuje go w tym samym, jak leżało w jego zwyczaju, kiedy Sherlock był dzieckiem i robił się zbyt emocjonalny. Dopóki się taki robił. – Dziękuję za komentarz. Na tym zakończmy.

Nagłówki artykułów znowu zaczynają nabierać właściwych kształtów. Mycroft coś mówi, ale Sherlock przełącza się na tryb ignorowania otoczenia i przestaje zwracać na niego uwagę – może to być jakąś reakcją obronną, bo faktem jest, że Sherlock nie chce go już słuchać. Po jakimś czasie Mycroft wstaje, zostawiając go przy stole samego, ale nie wychodzi, tylko zaczyna kręcić się naokoło, otwierając szafki i wyjmując z nich różne rzeczy, trzaskając drzwiczkami, brzękając naczyniami. Te dźwięki w przedziwny sposób łagodzą napięcie i po jakimś czasie do Sherlocka znowu zaczyna docierać głos brata, w którym nie ma zdegustowania ani wartościowania, za to jest coś o kanapce czy toście…

– Sherlock? – Mycroft potrząsa jego ramieniem. – Chcesz coś zjeść?

Sherlock wzdryga się i mruczy przecząco. Ręka znika z jego ciała. Zanim Sherlockowi udaje się przeanalizować co to dla niego oznacza, zastępuje ją coś bardziej miękkiego, cieplejszego.

– Muszę wyjść załatwić coś ważnego. – Sherlock nie jest pewien, czy faktycznie Mycroft się przed nim usprawiedliwia, bo właśnie do niego dociera, że brat narzucił mu na barki swój szlafrok oraz że nadal trzyma na nich dłonie. Przez materiał Sherlock czuje ciepło cudzych palców i ma wrażenie, jakby dostał gorączki, bo pomimo dodatkowego nakrycia robi mu się zimno. Po plecach przepływają dreszcze. – Spróbuj się przespać.

– Mhm – wykrztusza.

Mycroft zabiera swoje kanapki i wychodzi. Schody skrzypią pod jego krokami, odzywa się podłoga, długo leje woda, coś szeleści, a potem Mycroft powtórnie zagląda do kuchni, po czym bez słowa ją opuszcza. Szczękają drzwi i robi się cicho.

Wtedy Sherlock owija się szlafrokiem tak ciasno, że tkanina wrzyna mu się w szyję.

Dopiero po godzinie decyduje się wrócić do salonu. Nigdy w dorosłym życiu łóżko nie budziło w nim tyle wstrętu. Aby go przezwyciężyć, unika intelektualnego rozbioru pojęcia, i kładzie się na kanapie z silnym postanowieniem wytrwania w tej pozycji. Obwiązuje sznurek od szlafroka wokół pasa i zaciska mocno. Opatula się kołdrą, a potem dodatkowo ściąga ze skórzanego oparcia koc i okrywa nim swój puchowy kokon.

Czuje się potwornie znużony, marzy o tym, żeby się wyspać albo chociaż zasnąć, z zewnątrz jest mu na przemian zimno i gorąco, a od wewnątrz toczy go jakaś straszna choroba, ale i tak nie może przestać myśleć. Zastanawia się półprzytomnie, czy to wszystko jest częścią misternego planu, ułożonego dla niego przez człowieka, który postanowił napisać mu życie.

Czy Moriaty wiedział?

Wypalę z ciebie serce. Nie – wyrwę ci serce. Nie: wypalę ci serce. Wypalę serce z ciebie. Powolny proces, stały drenaż treści poza organizm. Sherlock dopiero teraz w pełni rozumie maestrię konceptu, którego groza w rzeczywistości nie tkwiła w fałszywym założeniu, że Moriarty jest tylko wytworem umysłu Sherlocka, ale w tym, że w istocie to Moriarty wymyślił jego.

Sherlock wciska głowę w poduszkę. Wszystko mu się miesza, ale nie na tyle, żeby mógł się wreszcie odłączyć. Jest gotów na wiele, byle tylko przestać to odczuwać. Po kolejnej pół godzinie wydaje mu się, że jest już gotów na wszystko, gotów skapitulować, przyznać Moriarty'emu wyższość, przyznać się do przegranej. Przyznać, że John złamał mu serce, że Mycroft zrobił to samo wiele lat wcześniej, zostawiając go dla Królowej… W obliczu całkowitej, bezwzględnej niezgody na to pierwsze, Sherlock niespodziewanie znajduje w sobie przyzwolenie na ostatnie.

Robi się już jasno, kiedy przywołuje z pamięci obraz pokazanych mu przez Lestrade'a zdjęć dokumentujących ostatnie śledztwo. Koncentruje się na wspomnieniu zaropiałych ciał – popękanej skóry, przepalonych żył, przetrawionych śmiercionośną substancją wnętrzności – i w końcu zasypia.


Mycroft zdaje się rozumieć coś, czego Sherlock do końca nie pojmuje, i przez kolejne dni jest gdzieś w pobliżu. Chodzi po domu, trzaskając drzwiami, odbierając telefony i przysłuchując się melodii skrzypiec, na których Sherlock jednak gra. Wymienia z nim skinienia głową i nadaje lapidarne komunikaty, na przykład żeby nie zapomniał o odebraniu jedzenia, kiedy Mycroft będzie musiał wyjść. Sherlock wie, że w rzeczywistości przypomnienie jest nakazem, w którym pobrzmiewa ton ostrzeżenia, by nie próbował ignorować dzwonka do drzwi. W innych okolicznościach prawdopodobnie kusiłoby go, żeby się sprzeciwić i tym samym rozdrażnić Mycrofta, ale obecnie nie widzi w tym sensu. Nie ma siły nadwyrężać własnej cierpliwości, gnębiąc i tak zmaltretowany już umysł dotkliwie wwiercającym się weń ostrym dźwiękiem dzwonka.

Podporządkowuje się więc woli brata i codziennie koło dwunastej zwleka się z miejsca, które danego dnia obrał za odpowiednie do podjęcia kolejnej próby zaśnięcia, i otwiera drzwi. Musi wyglądać naprawdę okropnie, z coraz bardziej przetłuszczonymi włosami i spojrzeniem tracącym przytomność. Czwartego dnia dostawca – który pierwszego dnia spiął się i zacisnął wargi w oburzeniu na zjadliwą uwagę Sherlocka (o treści wyrzuconej przezeń z pamięci po minucie) – patrzy na niego z jawnym współczuciem. Sherlock prawie wyrywa mu styropianowe pudełka z rąk, wciska pozostawiony przez Mycrofta napiwek i pośpiesznie zatrzaskuje drzwi przed nosem, nie chcąc oglądać swojego odbicia w jego oczach.

Idzie do kuchni i tam prosto z opakowania apatycznie wyjada obtoczony w płatkach kukurydzianych oraz migdałowych filet z kurczaka. Przez dziesięć minut grzebie w warzywach, wydłubując zieloną fasolkę, żeby od czasu do czasu którąś połknąć, i gmerając w marchewce. Zgarnia ją na bok pudełka i tam zgniata na gęstą papkę, przyglądając się, jak roztarta, pomarańczowa masa z wilgotnym chlupotem przedostaje się między ząbkami widelca. Oblizuje sztuciec. Na języku pozostaje mu słodki smak, od którego zbiera mu się na wymioty.

Wyrzuca pudełko do kosza, wraz z nieruszonym ryżem i zmiażdżoną marchewką. To załatwia sprawę: można zapomnieć o jedzeniu. Sherlock myśli, że tak proste pozbycie dowodów posiłku jest zdecydowanie bardziej ekonomiczne niż całe to domowe babranie się w naczyniach na Baker Street, nieodłącznie związane z utarczkami, czyja akurat przypada kolej. W przypadku braku konsensusu talerze zalewano wodą i pozwalano im moczyć się w resztkach jedzenia, dopóki John nie poczuł się w obowiązku doprowadzić zlew do porządku albo dopóki Sherlock nie zapragnął zasłużyć na uznanie swojego współlokatora. Pod jego czule rozbawionym spojrzeniem zeskrobywał resztki tłuszczu z patelni, umoczony po łokcie w odrażającej miksturze, a każda mijająca minuta napełniała jego pierś niewytłumaczalną dumą z siebie.

Na szczęście Mycroft uznaje taki ceremoniał za niepotrzebną stratę czasu, od której tylko marszczą się palce. Zresztą Sherlock i tak nie zmywałby naczyń Mycrofta – póki co pozwalał bratu samodzielnie zająć się filiżankami po swoich herbatach, a wieczornego tosta kładł od paru dni na tym samym talerzyku, najczęściej po to, by w nienaruszonym stanie zutylizować go rano w muszli klozetowej.

Po schowaniu pudełka dla brata do lodówki, Sherlock sprawdza godzinę (znowu jedenasta szesnaście – zegar przecież nie działa), nalewa sobie wody do szklanki i wraca do salonu.

Przysiada na brzegu rozłożonej kanapy, po chwili układa na niej również nogi. Zerka na zegarek. Zbliża się południe Sherlock bierze głęboki oddech i opiera głowę o podłokietnik, przymykając powieki. Czuje się wycieńczony ciągłym kołataniem serca i kłopotami z błędnikiem. Ma wrażenie, że dotarł na skraj wytrzymałości. Wie, że to nieprawda – organizm ludzki potrafi znieść zaskakująco wiele – ale i tak nadchodzi jeden z tych momentów, w których ma chęć popłakać się z frustracji. Wyobraża sobie, że może to zmęczyłoby go na tyle, że wreszcie padłby nieprzytomny na pościel. Sama myśl nieco go rozluźnia, ale nie na długo. Zdaje sobie sprawę, że nie zna sposobu, aby to osiągnąć. Posiada aktorską umiejętność przywoływania łez, niezbędną, żeby czasem wyprowadzić w pole jakiegoś podejrzanego, lecz nigdy nie angażuje go to wewnętrznie. Nie może sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek umiał płakać naprawdę.

Pamięta, że w dzieciństwie zwykł czasem wyć monotonnie, ale doprowadzanie się do granic katatonii nie przynosiło żadnej ulgi. Po jego twarzy obficie ciekła przy tym ślina, wsiąkając mu w spodnie na kolanie albo mocząc materiał Mycroftowej marynarki, jeżeli akurat Sherlock wczepił się w nią pięściami, ale oczy pozostawały suche, chociaż czasem robiło mu się przed nimi czarno. Zza tej ciemnej płachty docierały do niego szarpanie i krzyk Mycrofta. Bardzo rzadko krzyk przybierał dziwnie błagalną formę i wtedy zmartwiały Sherlock natychmiast zaprzestawał buczenia, zamiast tego rzucając butem w okno albo czyniąc inne spustoszenia, które sprawiały, że Mycroft na powrót stawał się wściekły, a w furii zawsze był niezłomny, stanowczy i silny.

Sherlock otwiera oczy, żeby odepchnąć od siebie wspomnienia. Rzuca kontrolne spojrzenie na zegarek (mija kwadrans po dwunastej) i sięga po książkę. Nigdy nie był typem osoby potrafiącej delektować się aktem czytania. Tym razem nie jest w stanie wykrzesać z siebie nawet najmniejszego zainteresowania losami bohaterów historii ani uznania dla stylu, jakim została opisana. Samo śledzenie tekstu na pewien czas przyszpila jednak jego uwagę i w ten sposób przynosi rodzaj krótkotrwałej ulgi. Sherlock poddaje się jej niemal z wdzięcznością, choć wie, że zawieszone odczucia i tak odnajdą do niego dostęp. Póki co dobór lektury minimalizuje ryzyko rozgałęzienia i tak już rozrośniętych ciągów skojarzeniowych: w ostatnich dniach nie prowadzących do żadnej konkluzji, za to pełnych odnośników odsyłających do siebie wzajemnie, nabrzmiałych i grożących erupcją.

„Każdy inny, równie straszliwie osamotniony człowiek, leżałby dalej z zamkniętymi oczami tam, gdzie upadł. Ale gigantyczny umysł Haka pracował dalej", czyta. Treść opowieści pozwala mu równocześnie oddalić się i przybliżyć do stanu, w takim się znajduje.

Skupia się na tekście, żeby nie dać się wciągnąć w sieć konotacji, co ułatwia fakt, że ostatni raz czytał tę książkę w okresie, kiedy mapy jego myśli nie układały się w tak skomplikowane wzory, a on nie udoskonalił jeszcze umiejętności wyciągania z nich klarownych wniosków. Wykształcenie tej zdolności wynagradzało męczący proces uporządkowywania chaosu informacyjnego zalewającego mu umysł w reakcji na wątły nawet bodziec – niedokończony napis, niepełny odcisk, strzęp ubrania: kawałki układanki. Zdarzało się, że rozsupływanie szczególnie zawikłanej tajemnicy przyśpieszało mu tętno, rozszerzało źrenice, powodowało zwiększone wydzielanie śliny i dobami karmiło go adrenaliną, tylko po to, by po rozwiązaniu zostawić go wyposzczonego do imentu, z uczuciem głodu nie tylko niezaspokojonym, ale niezaspokajalnym.

Chodziło bowiem o pragnienie w żadnym razie nie dające się zrealizować na drodze śledztwa – pracy, zbrodni, kompensacji – które przeżywane teraz, w samotności, nadal niesie ze sobą prawdopodobieństwo zaspokojenia równe zeru. Jedyna różnica tkwi w fakcie, że teraz Sherlock wie, że żadna sprawa nie zdoła go sobą pochłonąć i nasycić, ponieważ to John powinien go pochłonąć, okiełznać, okroić z właściwości i zaanektować dla siebie.

Nigdy by nie przypuścił, że niemożność stania się przedmiotem czyjejś konsumpcji kiedykolwiek wywoła w nim sprzeciw i rozjątrzy mu umysł tak bardzo, jak to się właśnie dzieje. Z dostępnych przesłanek nie potrafi wyciągnąć jednoznacznego wniosku i nie może rozsądzić, czy chciałby spełnienia (od Johna) czy ukojenia (od Mycrofta?).

Przewraca kartkę i zaczyna piętnasty rozdział („Wszystkim nam przydarzają się w życiu dziwne rzeczy, z których długo nie zdajemy sobie sprawy"). Przypomina sobie, że jeszcze tylko dwa przed nim, i to przyprawia go o niekontrolowany dreszcz niepokoju. Zerka na zegarek i zwalnia tempo czytania, powtarzając każde słowo w myślach, jakby czytał na głos, i w ten sposób przeczekując do momentu, w którym Mycroft wróci i rozproszy go głośną rozmową przez telefon. Jest coś w tonie jego głosu – przypuszczalnie pewność, z jaką się zwraca do rozmówców – co nawet przez ścianę działa na Sherlocka uspokajająco.

Jest zbyt zmęczony, żeby zanegować tę dziwną myśl. Zamiast ukrócić fantazję, pozwala jej się rozwinąć. Kiedy Mycroft naprawdę wraca, Sherlock odczuwa rodzaj rozczarowania: brat nie toczy żadnej konwersacji, tylko przez dłuższy czas chodzi po kuchni, z szelestem opróżniając papierowe torby. Do Sherlocka dociera odgłos pstryknięcia czajnika, jęk otwieranej lodówki. Odkłada książkę i siłą woli przekierowuje całą uwagę na dźwięki, które wkrótce zamieniają się w pogłos kroków w przedpokoju. Przerwa, szmer – Mycroft zatrzymuje się, schyla, może podnosi coś z ziemi.

Znowu kroki. Drzwi do salonu uchylają się.

Sherlock automatycznie sięga po koc, żeby się okryć, choć nie wie po co. Ma świadomość, że skulony w rogu rozłożonej kanapy i tak prezentuje sobą żałosny obraz ofiary depresji. Zastanawia się, czy Mycroft już teraz straci do niego cierpliwość i każe mu funkcjonować – myć się, ubierać; czy będzie chciał wymóc na nim posłuszeństwo i czy w razie oporu zacznie zdzierać z niego spodnie, jak zdarzyło mu się to dwie dekady temu. Ku swemu zdziwieniu Sherlock odkrywa, że wspomnienie nie wzbudza w nich echa dawnego poniżenia i złości – wydaje mu się prawie zabawne.

Na razie Mycroft tylko stoi w drzwiach. Sherlock jest odwrócony do niego tyłem, więc nie wie, jak interpretować tę milczącą obecność.

– Nie śpię – mamrocze w końcu.

Mycroft nie rusza się z miejsca.

– Potrzebujesz czegoś?

Sherlock prycha anemicznie.

– Tak. Snu.

Chciał wyrazić rozdrażnienie brakiem domyślności, a brzmi, jakby się skarżył.

– Rozumiem.

„Co mi przyjdzie z twojego zrozumienia", myśli Sherlock. Prawdopodobnie oczekiwał, że Mycroft powie coś więcej, bo kiedy drzwi zamykają się z kliknięciem, czuje się zdezorientowany.

Jest mu zimno. Podkurcza palce u stóp i poprawia koc na ramionach. Przysuwa się bliżej jednego z podłokietników i tam przymyka oczy. Przez pewien czas znowu wsłuchuje się w to, co dzieje się w kuchni (Mycroft coś gotuje? Po co?). Na chwilę odpływa w stan podobny lekkiej hipnozie, z którego po paru minutach wyrywa go mdlący zapach, złamany słabą nutą spalenizny.

– Proszę.

Sherlock drga. Odwraca się, mrugając powiekami.

Mycroft stoi obok, ubrany w szary garnitur, kamizelkę, granatowy krawat i zapiętą pod samą szyję koszulę, a w ręce trzyma potężny, wyszczerbiony kubek w żółte parasolki. Sherlock automatycznie wyciąga po niego rękę.

Mycroft odsuwa się.

– Zacznij od tego – poleca, wskazując brodą na szafkę nocną.

Sherlock kieruje nań wzrok i dostrzega obok swojej szklanki z wodą małą tabletkę.

– Nie pomagają mi – krzywi się. Ma na myśli tabletki Johna, które zabrał ze sobą z Baker Street, nie narażając się na żadne podejrzenia, ponieważ John i tak od dawna ich nie potrzebował.

Mycroft wygląda, jakby się powstrzymywał przez wywróceniem oczami.

– Ta pomoże – zapewnia lekko zniecierpliwionym głosem.

Sherlock jest zdesperowany, więc decyduje się dać wiarę suchemu obwieszczeniu brata, nie czekając na zachęty.

Podciąga się do pozycji siedzącej i podkurcza nogi. Szybko połyka tabletkę, popijając ją wodą tak łapczywie, że trochę płynu wypływa mu spomiędzy warg i skapuje z brody na pidżamę.

Mycroft podaje mu kubek. Sherlock zagląda do środka.

Mleko.

Mycroft zagrzał mu mleko.

To jest moment, w którym Sherlock identyfikuje siebie jako trzydziestoletniego mężczyznę od paru dni rozciągniętego na kanapie swojego brata i pod kocem czytającego książeczki dla dzieci. Fakt, że najwyraźniej przeżywa właśnie dobrowolny regres do ponurego okresu zwanego dziecięctwem, jest kolejną rzeczą, o którą kiedyś by się nie posądził… Podobnie jak o to, że nie poczuje się znieważony przyjęciem opieki.

Podnosi wzrok na brata, który patrzy na niego spojrzeniem jednocześnie czujnym i nieco odległym, co jest dla niego bardzo typowe – bo Mycroft zawsze myśli o wielu sprawach naraz – i bywało bardzo, bardzo denerwujące dla otoczenia.

Mycroft zakłada ręce na piersi i unosi brwi wyczekująco, co uwydatnia zmarszczki na jego czole. Sherlock otwiera usta, żeby powiedzieć coś zjadliwego, ale ostatecznie po prostu przytyka je do kubka i zanurza w ciepłym mleku.

– Smacznego.

Budzi się po wielu godzinach. Nie pamięta, kiedy zasnął, ale zasługę przypisuje tabletce od Mycrofta – działanie nasenne mleka to tylko i wyłącznie efekt placebo, który nie mógł zajść, skoro Sherlock zdawał sobie z tego sprawę. Coś wbija mu się w szyję. Na oślep wyszarpuje spod głowy książkę i odrzuca ją w róg kanapy. Ostre, zimne światło razi go w oczy. Przymyka jedno i przez palce patrzy za okno: sądząc po wysokości słońca musi być już około osiemnastej. Jest dziwnie skołowany, ale mija jeszcze parę sekund, zanim dociera do niego, że czuje się lepiej. Bardziej sobą – serce przestało kołatać, a w głowie już nie zawraca mu się przy każdym oddechu – a jednak lepiej.

Dodatkowo odkrywa, że w jego umyśle nagle – bez żadnej iluminacji, niepostrzeżenie, mimo że podczas ostatnich nocy wielokrotnie był pewien, że nigdy więcej nie będzie w stanie korzystać ze swojej inteligencji – pojawia się gotowe rozwiązanie.

Nadal jest Sherlockiem Holmesem.

Przechyla się przez podłokietnik i sięga do szafki nocnej. W pojedynczej, wąskiej szufladzie, obok starego notatnika Mycrofta oraz listka aspiryny leży jego telefon, który wyłączył przed paroma dniami i ukrył tam przed samym sobą.

Waha się przez moment. Poprzez kark przebiega mu nieprzyjemny dreszcz, ale to za mało, aby go zatrzymać, więc uruchamia komórkę. Na wyświetlaczu pojawiają się wizualizacje, ciszę przerywa znana melodia, chwilę później sygnał nadesłanej wiadomości, a potem kolejnej. Sherlock ignoruje obydwa. Zamiast tego wchodzi w listę kontaktów i wybiera numer.

– Lestrade? – chrypi. Gardło drapie go nieznośnie, przełyka więc ślinę, żeby się nie rozkasłać i nie przedłużać połączenia. – Minister transportu. – Przerywa uprzejmie powitanie inspektora. – Szczególny rodzaj fetyszu. Mieszkania wykupione lub wynajęte naprzeciwko hoteli, w których nastąpiły zgony. Na długo przed. Zaplanowana akcja, cyzelowanie. Ktoś taki będzie się upajać zbrodnią. Prawdopodobnie kolekcjonował pamiątki. Nic oczywistego. Nie zdjęcia, zapewne prywatne rzeczy ofiar. Zarządź przeszukanie i szukaj szczegółów.

Rozłącza się, zanim Lestrade cokolwiek z siebie wykrztusza, a następnie powoli i metodycznie kasuje niepotrzebne już dane. Przez chwilę podtrzymuje w sobie wizję rozkładu, po czym pozwala jej odejść – z całym balastem weryzmu i turpizmu – i zostaje sam, z telefonem coraz bardziej ciążącym w ręce.

Zaciska zęby i otwiera pierwszą wiadomość od Johna.

Jak będziesz wracał, kup kawę.

Ból poraża dłoń Sherlocka nagłym skurczem. Wyświetlacz pobłyskuje łagodnym światłem i przykuwa jego wzrok tak, że nie potrafi go odeń oderwać, podobnie jak stężałych wokół telefonu palców. Po paru sekundach ból mija, zamieniając się w… Sherlock ostrożnie rusza palcami i marszczy brwi… żal?

Gdyby odebrał wiadomość trzy dni temu, mógłby się jeszcze wycofać: kupić kawę i pojawić się z nią na Baker Street niczym z trofeum, milcząco domagając się aprobaty. Zgarbić się przed komputerem, uprzednio wyrzuciwszy do śmieci zostawioną dla Johna wiadomość, informującą krótko, że wybiera się na kilka dni poza miasto, przekonać się o prawdziwości paru kryminalnych hipotez.

Znalazłem kartkę. Kupię sam. Kiedy wracasz?

Możliwość powrotu jakby nigdy nic nadal istnieje w teorii, ale nie w praktyce. Sherlock bywa w przekonywaniu siebie bardzo sugestywny, ale przeczuwa, że tym razem zadanie przerosłoby jego siły. Rzecz jasna powinien wrócić i tak, żeby…

Wzdryga się, kiedy głośny sygnał obwieszcza nadejście kolejnego SMSa.

Halo?

Sherlock zerka na zegar. Osiemnasta pięć. Godzina pokrywa się z tą, w której wiadomość od Johna została nadana. Sherlock spodziewał się, że John zacznie się niepokoić, nalegać – częściowo chciał, żeby się o niego upominał – ale nie spodziewał się tego teraz. To znienacka, po paru dobach hibernacji, wrzuca go z powrotem w ramy rzeczywistości.

Czuje się zobowiązany, by się odezwać – od dawna czuje się zobowiązany wobec Johna – a jednocześnie odczuwa pokusę, żeby zostawić pytanie bez odpowiedzi. Tym samym dałby sobie jeszcze trochę czasu, zanim będzie musiał podjąć działania.

Metka socjopaty, którą sobie nakleił i z którą przez lata całkiem skutecznie funkcjonował, pozwoliłaby mu zachować się nieodpowiednio. W głębi siebie Sherlock wie jednak, co powinien zrobić, i czuje, że chciałby wyjść z tego z honorem.

Wie, że powinien wrócić na Baker Street: przede wszystkim wycofać się z własnej zgody na prośbę Johna. Mógłby odmówić tłumaczeń, John prawdopodobnie by to uszanował. Mógłby nawet powiedzieć prawdę, skoro i tak John zacznie się jej domyślać, choć zapewne będzie wolał szukać winy gdzie indziej – w fanaberyjności Sherlocka albo w sobie – i zapewne nie będzie potrafił, co pozostawi po sobie osad wątpliwości i poczucia winy.

Dalej przyjdzie pora na ustalenie szczegółów wyprowadzki Johna i wyprowadzki Sherlocka, który nie będzie w stanie mieszkać na Baker Street bez niego… jako człowiek, który pozwolił się dopaść czyhającemu na niego od zawsze niebezpieczeństwu i który będzie musiał nauczyć się żyć bez bardzo istotnej części siebie… Za to z cieniem.

Wie, że powinien zrobić pierwszy krok, czyli – stanąć z Johnem twarzą w twarz.

Wie także, że nie zdoła wykonać nic z tego tak, jak powinien.

– Mycroft! – woła.

Oczywiście nic się nie dzieje. Mycroft nie ma zwyczaju pojawiać się na jego komendę. Sherlock zwleka się więc z łóżka, nakłada na siebie za duży szlafrok – który po związaniu wybrzusza się fałdą w okolicach pasa– i wspina się na piętro. Schody trzeszczą pod jego krokami i kiedy staje przed drzwiami do sypialni brata, wie, że ten zdaje sobie sprawę z jego obecności. Mimo to waha się dobrą minutę, zanim decyduje się wejść do pokoju. W ostatniej chwili podejmuje decyzję, by wcześniej zapukać.

– Tak?

Sherlock naciska klamkę i wchodzi do środka.

Pokój w połowie wydaje się pedantycznie wręcz zadbany. Łóżko jest idealnie pościelone, jak na potrzeby sesji w żurnalu. Ciemnobordowe poduszki, złożone równo na grubej, zdobionej szarymi wzorami narzucie, współgrają idealnie ze zwieszającymi się z karnisza zasłonami. Na przeciwnej ścianie wiszą półki, ciasno zastawione książkami i tylko na jednej układ zaburza pojedyncza ramka. Sherlock nie musi się przyglądać, by wiedzieć, co przedstawia zdjęcie.

Mycroft siedzi vis-à-vis drzwi przed przeraźliwie zabałaganionym biurkiem – zastawionym teczkami, stosami książek i papierów, a także kilkoma filiżankami. Na blacie znajduje się nawet jasny, porcelanowy czajnik. Mycroft przesuwa go w głąb biurka, robiąc sobie miejsce na łokieć, i odwraca się, zmęczonym ruchem ściągając z nosa okulary.

Sherock nigdy nie widział Mycrofta w okularach.

– O co chodzi?

Sherlock ma na końcu języka: „Chcę, żebyś załatwił dla mnie jedną rzecz", ale prawie natychmiast dochodzi do wniosku, że to nie jest odpowiednia forma.

Chrząka.

– Mam do ciebie prośbę.

Mycroft rozciera sobie skronie i kilkukrotnie mruga powiekami. W jego znużonym spojrzeniu nie widać zaskoczenia – może jedynie odrobinę przyjemnego zdziwienia oraz przebłysk umiarkowanego zainteresowania.

– Słucham.

– Mógłbyś… załatwić kogoś, żeby zabrał moje rzeczy z Baker Street?

Tym razem Mycroft jest zaskoczony. Jego brwi podskakują. Sherlock podejrzewa, że będzie się domagał konkretyzacji, określenia celowości, zada mu serię rzeczowych pytań w rodzaju: „dokąd?" albo nawet: „tutaj?!", zapyta o Johna lub zbije go z tropu uznaniem prośby za niepoważną i zupełnym jej zlekceważeniem.

Zaskoczenie w oczach brata ustępuje miejsca frasunkowi – przez krótki moment Mycroft wygląda na zmartwionego. Sherlock naraz czuje się zażenowany i zaniepokojony i to trwa, dopóki Mycroft nie mówi wreszcie z pełnym opanowaniem:

– Wszystkie?

Sherlock bierze głęboki oddech, głośno wypuszcza powietrze. Zanim odpowiada, zamyka oczy.

– Wszystkie.

Najpierw był dźwięk tak cichutki, że mógłby go zagłuszyć spadający liść, ale im był bliżej, tym stawał się wyraźniejszy.

Tyk–tyk–tyk–tyk!

KONIEC

Kraków, grudzień 2013

watch?v=2csLfBAGpPM - Dead Man's Bones, My Body's a Zombie for You, potężne źródło inspiracji do tego tekstu

Przepraszam za ewentualne błędy i uchybienia. Raczej szybko nie napiszę już niczego z Sherlocka, więc weźcie, odezwijcie się na koniec^^''