Wiem.
Naprawdę, wiem, że pierwszy rozdział był w marcu ;_; Niestety, wena dotycząca tego fanfika pojawia się i znika jak (tu wstaw elokwentne, dowcipne porównanie). Wrzucam tutaj przykrótki rozdział drugi, który w ciągu tego czasu powstał (wiem, kpina, tyle czasu, a tak mało). Może to da mi wreszcie porządnego kopa... Enjoy, jeśli jeszcze ktoś tu zagląda ;_;
Po tym, jak oczy Sakury posmutniały, a usta drgnęły, jasno można było rozpoznać, jak szorstki ton czarodzieja ja zabolał. Nie pozwoliła jednak, by emocje zagrały na jej głosie. Jej ton był czysty i pewny.
- Szukaliśmy cię – powiedziała, nie uciekając wzrokiem.
- Niepotrzebnie – odparł spokojnie Fay, cały czas zachowując się, jakby mówił o czymś, co go nie interesowało w najmniejszym stopniu. – A jeśli chciałabyś mnie prosić, bym wrócił, to z miejsca rozwieję twoje wątpliwości, Sakuro. Nie.
- Magu! – Kurogane postąpił krok naprzód, ale przeszywające, ostre jak sople lodu spojrzenie blondyna usadziło go na miejscu.
- Chciałeś coś powiedzieć, Kurogane? – spytał cicho Fay. Nadal nie okazywał żadnych emocji, ale ten ściszony ton mówił więcej niż było potrzeba. Wojownik zamilkł, zdając sobie sprawę, że jeśli zacznie wyrzucać magowi, pogorszy jedynie sytuację. – Nie? Doskonale. Posłuchajcie – spojrzał na całą trójkę i Mokonę, która skuliła się przy ramieniu Syaorana. – Odszedłem i ułożyłem sobie życie w tym świecie. I nie zamierzam z niego rezygnować, więc po prostu załatwcie swoje sprawy i odejdźcie.
- W tym świecie znajduje się pióro – odezwał się Syaoran, równie poruszony oschłymi słowami.
- Ta sprawa już mnie nie dotyczy – uciął Fay, odwracając się w kierunku fotela. Z stoliczka obok wziął paczkę jakiś tabletek i przyglądał się opakowaniu z niemal teatralną uwagą. Kurogane miał ochotę mu przywalić.
- Pióro jest w tym budynku – powiedziała nagle Mokona. Podróżnicy drgnęli, po czym spojrzeli na Faya. Blondyn westchnął.
- Tak – odpowiedział. – Pióro jest w tym roku jedną z nagród.
- Walczysz o nie – stwierdził Kurogane, marszcząc brwi.
- Nie – zaprzeczył spokojnie czarodziej. – Walczę o pieniądze. Pióro jest tylko dodatkiem do głównej nagrody, które nic mnie nie obchodzi. Gdy wygram Turniej, dam wam je, a wtedy wy się wyniesiecie i zostawicie mnie w spokoju. Umowa stoi?
- Tak – Sakura pierwsza podjęła decyzję. Wpatrywała się w maga ze smutkiem.
- Macie się gdzie zatrzymać? – spytał jeszcze blondyn, nie porzucając obojętnego tonu. Gdy pokręcili głowami, westchnął ponownie i przez moment Kurogane dostrzegł zrezygnowanie, szybko zastąpione maską. – Przenocuję was te parę dni. Mira, Amir! – rzucił w kierunku drzwi. Kilka sekund później w pomieszczeniu pojawili się dwaj lekarze. – Przekładamy zabieg. Pasuje wam przedzień półfinału?
- Oczywiście. Jesteśmy do dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę – potwierdził jasnowłosy, Mira. Patrzył z zaciekawieniem na przybyszy. – Chcę tylko przypomnieć, że magotechnologia nie współgra z…
- Wiem – uciął Fay. – Amir, zawieziesz nas do mieszkania?
- Tak – ciemnowłosy lekarz kiwnął głową. – Nie powinien pan prowadzić po walce.
Smukły, sportowy samochód o barwie ciemnego złota cicho sunął po ulicach Magopolis. Silnik mruczał usypiającą melodię, zupełnie nie zwracając uwagi na szybkość. Kierujący autem Amir sterował sprawnie, miękko wślizgując się w luki między innymi pojazdami. Z radyjka obok kierownicy sączyła się cicha melodia, a za oknami przesuwały się oszklone, wysokie budynki.
Fay, siedzący na najbardziej wysuniętej do tyłu kanapie, obitej czarną skórą, nie odezwał się od chwili, w której wsiedli do samochodu. Odchylił lekko głowę do tyłu i przymknął oczy, nie zwracając uwagi na byłych towarzyszy podróży.
Kurogane, zajmując miejsce na jednej z kanap ciągnących się wzdłuż auta, obserwował go spod oka. Nie zdołał wyczytać z zastygłej maski nic oprócz zmęczenia. Obok Sakura wpatrywała się niepewnie w przyciemnianą szybę naprzeciwko, a Syaoran zerkał na lekarza z miną, która dowodziła, że chłopiec nie do końca rozumie, co tu się dzieje. Szczerze mówiąc, wojownik też niewiele rozumiał.
Miał wrażenie, jakby wpadli w inną rzeczywistość – nie chodziło o świat, w którym się znajdowali. Wkroczyli nagle w sieć dziwnych powiązań, relacji, sytuacji, które były dla nich obce. Fay zachowywał się jak lodowa rzeźba, Amir i Mira wydawali się być nie tylko lekarzami, ale i kimś w rodzaju … patronów? Sam nie wiedział, co o tym myśleć. Będzie musiał naprawdę porządnie porozmawiać z Fayem. O ile ten zechce z nim rozmawiać.
Auto zwolniło przed oszklonym wieżowcem i zwinnie wjechało na podziemny parking. W głuchym milczeniu przeszli za lekarzem i czarodziejem po mrocznym parkingu, wsiedli do obszernej, oszklonej windy i ruszyli w górę, aż przy panelu windy pojawił się napis oznaczający, ze wjechali na ostatnie, dziesiąte piętro.
Mieszkanie Faya, a właściwie jego apartament, było ogromne. Oprócz dziesiątego piętra, na którym mieścił się wielki salon, nowocześnie wyposażona kuchnia i duża łazienka, a także pięć pokoi, mag posiadał ogromny taras widokowy umiejscowiony na dachu budynku. Apartament urządzony był w kolorach śnieżnej bieli i nieskalanej, lśniącej czerni, gdzieniegdzie przełamanych wiśniową czerwienią. Był nowoczesny, elegancki, piękny, ale wydawał się przybyszom niezwykle zimny. Tak jak jego właściciel.
- Fay? – zagadnęła Sakura, gdy weszli, ale blondyn zbył ją szybko, rzucając mimochodem, że jest zmęczony i żeby się rozgościli. Zniknął w jednej z łazienek, a parę minut później minął ich, zupełnie jakby byli powietrzem i wszedł do swojej sypialni. Usłyszeli szczęk zamka.
- Czemu on tak się zachowuje? – Syaoran wydawał się zagubiony.- Co takiego się stało?
Kurogane zacisnął pięści, patrząc gniewnie na drzwi. Chociaż dla dzieciaków mógłby być lepszy, pomyślał. Ma prawo nienawidzić mnie, ale oni nie są niczemu winni.
Trójka spojrzała na siebie, po czym Kurogane uciekł wzrokiem.
- Znajdźcie kuchnię – powiedział w końcu, gdy niezręczne, ciężkie milczenie się przeciągnęło. Miał ochotę czymś rzucić, najlepiej czymś, co rozbiłoby się o ścianę na tysiące małych kawałeczków. Najlepiej, by się jeszcze od tej ściany odbiło i trafiło w niego, bo, cholera, zasługiwał na to. – Spróbuję… z nim porozmawiać.
Sakura lekko uścisnęła jego dłoń, po czym kiwnęła głową, a w jej zielonych oczach pojawiła się znana wojownikowi twardość, której nauczyła się w czasie ich podróży i jednocześnie coś jeszcze – pewność, że rozmowa się uda. Kurogane poczuł się przytłoczony tą wciąż dziecięcą wiarą, ale zmusił się do krzywego uśmiechu. Gdy dwójka nastolatków zniknęła w jednym z pomieszczeń, przez chwilę po prostu patrzył w drzwi, zastanawiając się, co i jak powinien powiedzieć.
Za ścianą Fay ciężko opadł na duże, wygodne łóżko i schował twarz w dłoniach, z całych swoich magicznych i psychicznych sił próbując odbudować mur wokół siebie. Na grubych, nieregularnych ścianach lodu, starannie pielęgnowanych, niespodziewanie pojawienie się przyjaciół stworzyło pęknięcia, które desperacko starał się zalepić, wepchnąć między nie śnieg i zimno, wmówić sobie, że to nic nie zmienia, a przede wszystkim zlikwidować wszelkie drogi do poszarpanego, zakrwawionego kawałka mięsa, które zwykł nazywać swoim sercem. W tym sercu nie miało prawa przetrwać żadne pozytywne uczucie, żadna obecność nie mogła się w nim zadomowić. Powinno być zimne, niegościnne i obojętne. Inaczej wszystko będzie stracone.
Zacisnął zęby z niemą wściekłością, gdy usłyszał ciche pukanie.
- Czego chcesz? – zapytał całkowicie opanowanym, lodowatym głosem, zachowując się jak lodowa rzeźba. Wiedział, kto to.
- Porozmawiać – długa przerwa, potem cichy szept. – Proszę.
Mag drgnął, pierwszy raz słysząc prośbę z ust dumnego wojownika. Przygryzł ponownie wargę, tym razem z bólem i świadomością, że wszystko to, od czego się odcinał, wróci, gdy tylko Kurogane postawi stopę w jego sypialni, wśród ścian, które widziały zbyt wiele aspektów jego rozpaczliwej, hedonistycznej ucieczki od rzeczywistości. Nie powinien go tu wpuszczać, nie powinien gestem zdejmować zaklęcia z zamka, ale…
- Wejdź.
Kurogane zmierzył spojrzeniem sypialnię wyposażoną w duże łóżko, ciemne nowoczesne meble z odcinającym się ciemnoczerwonym kolorem barkiem oraz biurko z jakimiś pierdołami i elektroniką, której Nihończyk nie ogarniał. Fay siedział na łóżku i patrzył na niego z zimnem w oczach.
Kurogane zaklnął w myślach. Co się wydarzyło przez te pół roku? Czy tylko jego kłamstwo tak mocno zraniło blondyna, że ten zamknął się w swojej lodowej, psychicznej twierdzy?
- Mów, czego chcesz - powiedział beznamiętnie blondyn, a jego niewzruszone oczy świdrowały Kurogane na wylot. Jak dwa rytualne ostrza z lazurytu, przemknęło wojownikowi przez głowę. W jednym ze światów, które kiedyś odwiedzili, znaleźli takie. Wzrok Faya był idealnie zimny i gładki. - Nie mam ochoty na rozmowę z tobą.
- Wiem - odpowiedział krótko Kurogane. Wiele razy w ciągu ostatnich sześciu miesięcy układał swoją prośbę o wybaczenie, ale teraz, gdy stanął przed tym, którego niegdyś zniszczył, słowa uciekły mu z głowy. Wszystkie wzniosłe, kiczowate, ale potwornie szczerze zdania odpłynęły w dal, pozostawiając go samego naprzeciw Króla Lodu. - Fay, ja...
Usłyszał ciche westchnienie i zobaczył, jak Fay kieruje oczy w kierunku okna. Dostrzegł to, co innym by umknęło - krótki błysk rezygnacji i przygnębienia, który odbił się na masce czarodzieja. Świadomość, że to on jest jej przyczyną, niespodziewanie dodała mu sił i popchnęła słowa, by znalazły się na jego języku.
- Tamtej nocy skłamałem, Fay.
- Wiem - odparł Fay. Zmarszczył brwi i zmrużył oczy.
- Nie wiesz - zaprotestował Kurogane, podchodząc o krok. - To, co nazwałem kłamstwem, było prawdą, a prawda... - zaplątał się nagle we własnych słowach i prychnął z irytacją. - Magu, do jasnej cholery... Te sześć miesięcy... - westchnął i miał ochotę zapaść się pod ziemię po następnych słowach. - Skłamałem mówiąc, że nie jesteś dla mnie ważny. Wtedy byliśmy pijani... a ja myślałem, że mnie odrzucisz. Spieprzyłem wszystko - dodał szeptem, patrząc w swoje buty. Wstyd, ktory towarzyszył mu przez ostatnie pół roku, zwielokrotnił się. - Przepraszam.
Fay podszedł do okna i oparł się ciężko o parapet, zwieszając nisko głowę. W ciszy Kurogane przyglądał się jego plecom, zastanawiając się, czy kiedykolwiek uda mu się naprawić to, co zniszczył.
- Myślisz, że ci uwierzę? - zapytał Fay, a w jego głosie zamiast dotychcasowego zimna odezwała się gorycz.
- Nie - odpowiedział cicho wojownik. - Chcę tylko, byś wiedział.
Odwrócił się i wyszedł, a drzwi zamknęły się za nim po cichu.
Chociaż Kurogane zapomniał napomknąć o kwestii nastolatków w rozmowie z Fayem, ten samoistnie się poprawił i zaczął odnosić się do Syaorana i Sakury uprzejmie, ale z ogromnym dystansem. Jeśli chodziło o ich dwóch, przez resztę dnia albo unikali swoich spojrzeń, albo Fay po prostu go ignorował. Zajmował się własnymi sprawami, zupełnie jakby nie miał w mieszkaniu nieproszonych gości.
Gdy nadszedł wieczór, Kurogane wyszedł z pokoju, który otrzymał jako tymczasową sypialnię i natknął się na Faya w kuchni. Blondyn smażył naleśniki, a z radia położonego na blacie kuchennym płynęła szybka muzyka. Wojownik zatrzymał się w progu, ale mag najwidoczniej go nie zauważył, zajęty przygotowywaniem posiłku. Kurogane obserwował go przez chwilę, korzystając z tego, ze stoi w cieniu - korytarz był ciemny i mroczny.
Będąc przekonanym, że jest sam, Fay zrzucił maskę. Kurogane odczytywał po kolei konkretne emocje: rezygnację, smutek, a nade wszystko zmęczenie. Dłonie blondyna drżały lekko, zauważył też jak utyka, gdy przenosił talerz z blatu na wysepkę kuchenną. Lekarze nazwali to pozostałością po Piffle, uszkodzonym nerwem czy czymś.
Fay krzątał się po kuchni jeszcze chwilę, aż w końcu sięgnął do wysokiej szafki blisko otwartych drzwi i wtedy właśnie musiał dojrzeć Kurogane kątem oka. Drgnął przestraszony, ale maska pojawiła się na jego twarzy natychmiast.
- Próbujesz mnie zabić? - zapytał neutralnym, chociaż chłodnym tonem, odwracając się do Kurogane. Wojownik nie dał tego po sobie poznać, ale był pod wrażeniem, jak szybko mag się opanował.
- Nie chciałem cię wystraszyć - odpowiedział szczerze.
Fay tylko wzruszył ramionami i powrócił do krzątania się po kuchni, wciąż utrzymując obojętny wyraz twarzy. Minęła minuta, może dwie, aż wojownik zaczął się niecierpliwić.
- Zamierzasz mnie ignorować aż do końca turnieju? - zapytał, tłumiąc irytację.
- Całkiem niezły pomysł - odparł nonszalancko Fay, nie odrywając oczu od patelni.
Kurogane przez te pół roku zdołał zapomnieć, jak bardzo wkurzający potrafi być mag.
- Nie podoba mi się, że walczysz - powiedział w końcu cicho, ostrożnie, nie wiedząc, jak daleko może się posunąć. W tej chwili ich wzajemne relacje były tak kruche, że jedno nieostrożne słowo mogło doprowadzić do destrukcji i zniszczyć szansę odzyskania zaufania, do którego Kurogane postanowił dążyć.
- To już tylko i wyłącznie twoja sprawa - Fay z pewnością starał się wpleść w swoje słowa lód i mróz, ale zdradziły go oczy, w których na ułamek sekundy pojawił się ból. Może i był wspaniałym kłamcą, który udoskonalił swoje umiejętności łgania przez ten okres, ale i tak nie był w stanie ukryć się całkowicie przed czujnymi oczami Kurogane.
- Możesz zginąć - wbrew swojej woli Kurogane poczuł, jak słowa opuszczające jego gardło nasączają się niepokojem i dziwną kruchością. Gdyby była to inna sytuacja, pewnie od razu dobitnie wyłożył Fayowi, co o tym wszystkim myśli.
Ale tu chodziło o coś więcej. Jeden nieprzemyślany ruch z jego strony i wszystko będzie stracone. A on musi odzyskać maga. Inaczej zwariuje.
Fay zacisnął mocniej zęby i przez szczeliny maski przebił się gniew. Kurogane zaklął w myślach.
- Chodź - rzucił krótko blondyn, wyłączając kuchenkę i szybkim krokiem wychodząc z kuchni. Wszedł do pomieszczenia obok swojej sypialni, a Kurogane podążył za nim.
Pokój był gabinetem. Niewielki, kwadratowy obszar zajmowało potężne białe biurko i czarne półki na książki. Surowy wystrój łagodził trochę wiśniowy dywanik na podłodze. Fay wskazał mu jedną z półek, tą blisko sufitu, a Kurogane uniósł wzrok.
Puchary. Pięć szczerozłotych pucharów, ustawionych obok siebie. Na każdym widniał ten sam napis - Turniej Arkadii - podtrzymywany przez rzeźbioną sylwetkę czarownika w wirujących wokoło szatach.
- Dla ciebie minęło sześć miesięcy - powiedział cicho Fay. - A dla mnie sześć lat.
Kurogane zrozumiał, patrząc na pseudonim wyryty na każdym z pucharów.
- Wygrywam Turniej odkąd się tu zjawiłem - kontynuował blondyn szeptem. - Zabiłem wielu moich przeciwników. Nie żałuję. Każdy zdecydował się na walkę z własnej woli, mógł zrezygnować w każdej fazie Turnieju. W Turnieju zarabiam pieniądze, to, co widzisz dookoła, to moja własność. Urządziłem sobie życie na nowo i skreśliłem stare. Byłem szczęśliwy... I nagle pojawiliście się wy.
- Nie byłeś - odpowiedział Kurogane. Na twarzy Faya odmalowało się zaskoczenie i niechęć, co dało do zrozumienia wojownikowi, że się nie mylił. - Gdybyś był, nie nosiłbyś tej maski.
Fay odwrócił wzrok, a z jego twarzy nic nie dało się wyczytać.
Kurogane leżał na wznak, z głową skierowaną w stronę okna. Nie potrafił zasnąć tutaj, w tym dużym, biało-srebrnym pokoju z wiśniową pościelą i misternymi, delikatnymi figurkami za szklanymi drzwiczkami szafek. Było tu zbyt obco, zbyt zimno, zupełnie jakby pokój nie był sypialnią, a muzealną komnatą, w której wszystko otoczone jest taśmą w obawie przed dotykiem. Nocne niebo również nie ułatwiało sprawy - nie było granatowe czy czarne, nieskazitelne albo upstrzone drobinkami gwiazd. W Magopolis niebo płonęło brudną pomarańczą niezliczonych lamp ulicznych, które świeciły od zmierzchu do świtu. Zmęczone dniem ciało również nie mogło szukać ciszy - co rusz w nieustający szum, odrobinę tylko cichszy od tego w dzień, wbijały się ostre dźwięki karetek.
Tak więc patrzył i słuchał, a przez jego głowę przelatywały setki myśli, dotyczące głownie tego, co powiedział i pokazał mu Fay.
Skoro to był szósty turniej, w którym mag brał udział, z jego rąk musiało zginąć już wielu przeciwników. Skoro decyzja należała do uczestników, Kurogane nie mógł za cokolwiek winić Faya - w końcu i on sam pozbawił życia wielu osób. Także przeciwnicy wojownika wstąpili na ścieżkę walki świadomi, że kiedyś trafią na lepszego od siebie. Był wściekły natomiast na tych, którzy wpadli na pomysł organizacji tego Turnieju - zamiast walki o ojczyznę, honor czy w obronie bliskich, czyli tych potyczek, które znał i rozumiał, zrobili sobie z niego widowisko dla tłumów.
Kurogane odpłynął myślami od samego Turnieju, skupiając się na postaci Faya. Gdy już przyjął do wiadomości, jak wiele czasu upłynęło dla maga, zaczął analizować jego zachowanie. W ciągu sześciu lat zdołał znacznie ulepszyć swoje zdolności ukrywania uczuć, to Kurogane musiał przyznać. O ile maska z okresu ich wspólnej podróży była warstwą matowego, nieprzepuszczającego, lecz całkiem cienkiego lodu, tak teraz wydawała się być grubą warstwą lodowca. Miała jednak wadę, którą wykrył i chciał wykorzystać. Dawniej Fayowi rzadko zdarzało się tracić kontrolę nad maską, teraz jednak - paradoksalnie do jej grubości - maska pękała częściej. Była silniejsza, owszem - ale Kurogane odnotował już kilka momentów, w których na chwilę ulegała destrukcji.
W ten sposób Kurogane, który nigdy raczej nie poświęcał czasu na rozmyślanie o jakimkolwiek zdrowiu psychicznym czy duchowym, zaczął niepokoić się o stan Faya. Jak bardzo to wszystko mogło go zniszczyć?
