Lucyfer leżał na wielkim łóżku w pokoju jego i Sama i rozmyślał, wpatrując się w sufit.

Miał wszystko. A pod pojęciem "wszystko" mieścił się młodszy Winchester. Archanioł do szczęścia nie potrzebował niczego więcej. Choć w zasadzie była jedna rzecz, która go drażniła i nie dawała spokoju.

Jasnowłosy wszedł do kuchni i wstawił wodę na kawę. Wyciągnął z szafki kubek i postawił go na blacie, przygotował cukier, puszkę z aromatycznymi ziarenkami i czekał.

Teraz było zdecydowanie lepiej.

Z kubkiem parującego napoju w ręku powędrował do salonu. Bunkier był ogromny, jednak Lucyfer doskonale wiedział, gdzie najczęściej można było znaleźć jego człowieka.

Tak. Sam siedział przy ogromnym stole, z obu stron zasłonięty książkami, całkowicie zatracony w ich świecie. Gdy pociągnął nosem, poczuwszt zapach kawy oderwał wzrok od lektury. Wyprostował się chcąc odszukać źródło zapachu, a gdy rozejrzał się po pokoju i zauważył archanioła, wybuchnął gromkim śmiechem. Lucyfer zmarszczył brwi, ponieważ powód tej nagłej radości był mu absolutnie nieznany. Po chwili Sam uspokoił oddech, lecz wciąż uśmiechał się szeroko, a następnie podszedł do niebieskookiego.

– Luci, mogę wiedzieć, gdzie są twoje spodnie? – spytał, patrząc jedynie na czerwone bokserki z płomiennym wzorkiem i napisem "Chłopak z piekła rodem".

– No tak, spodnie są strasznie niewygodne, więc postanowiłem, że nie będę ich nosił.

Sam zaśmiał się po raz kolejny i objął swojego anioła, który zawsze potrafił go rozśmieszyć, czasem nawet niezamierzenie.

– Jesteś skarbem – wymruczał w rozczochrane włosy mężczyzny.

– Też cię kocham.

Stali tak przez jakiś czas, po czym Winchester złożył czuły pocałunek na czole Lucyfera. Lucyfer mocniej przytulił się do łowcy.

– Wyprowadzam się – powiedział zrezygnowany Dean, który właśnie wszedł do salonu.